MORDERSTWO Z DEDYKACJĄ

(część 3 z 7)

	Kalinowski był już u siebie. Gdy weszli, napomknął znowu o herbacie z samowaru, na co Gąsior przyzwolił, zastrzegając tylko, że dzisiejsza rozmowa z właścicielem domu przy Kokosowej 7 potrwa pewnie nie dłużej niż dwa kwadranse.
	– O panu sporo już wiemy, – tłumaczył – a przecież czas leci i przyjechaliśmy tutaj nie z powodu naszych towarzyskich aspiracyj. Mamy dzisiaj do pogadania bodaj z pięcioma osobami.
	– Rozumiem – krótko odparł pułkownik, po czym wniósł prędko samowar, szklanki i cukier, podpalił węgle.
	– Dowiedzieliśmy się, – zaczął Gąsior – że często dochodzi u panów do, no, może nie prawdziwych, ale w każdym razie  n i e u d a w a n y c h  bitew światopoglądowych, przy czym rozkład sił rysuje się według zasady: wszyscy na jednego. Tym jednym jest Bluziński. Czy nie sądzi pan, że właśnie ta płaszczyzna nieporozumień może decydować o nienawiści jednego z was do domniemanej ofiary niedalekiej już konfrontacji?
	– Och, jak pan się wyraża! – zaśmiał się Kalinowski. – Zupełnie słowami referatu z posiedzenia dyrektorów… No, wie pan: właściwie to nie można wykluczyć niczego.
	– Po to tu jesteśmy, żeby właśnie wykluczać pewne ewentualności – nie zgodził się Gąsior. – Ponieważ na wszystko w ten trzeci dzień listopada przygotowani być nie możemy. Musimy się skupić na kilku wybranych płaszczyznach, na jak najmniejszej ich liczbie.
	– Z własnego doświadczenia wiem, że najbardziej złego trzeba się spodziewać po jawnych recydywistach, ale nieobliczalny może być każdy.
	– Tak – skinął głową Maras. – Ale, póki nie ma lepszego sposobu, musimy kierować się prawdopodobieństwem, a ono jest do obliczenia.
	– Sam pan zresztą powiedział, że od sprawy anonimu oddziela pan całkowicie pannę Lasik. A to już coś jest – poparł kolegę Gąsior.
	– Panie kapitanie! – Kalinowski spojrzał na Gąsiora z wyrzutem. – Na Lasikównę wystarczy spojrzeć!
	– Jako były wojskowy powinien pan wiedzieć, że pod względem zdolności do bardzo gwałtownych upustów agresji osoby mające powierzchowność… powiedzmy: spokojną, są szczególnie uprzywilejowane, a więc najbardziej groźne – bronił swego Gąsior.
	– Mówi pan o „upustach agresji” – odciął się Kalinowski – podczas gdy wiadomo, że zbrodnia, do której dojdzie, jest czystej klasy premedytacyjna.
	– Niech pan nie będzie aż tak bardzo pewien, że dojdzie do zapowiadanej zbrodni – podniósł głos Gąsior. – Wszystko bowiem wskazuje na to, że ten zarozumiały autor anonimu to debiutant, podczas gdy my spotkania oko w oko ze zbrodnią zaliczyliśmy już nie raz.
	– Niepotrzebnie się pan unosi, kapitanie – odparował pułkownik. – Ja tak stawiając sprawę, chcę przecież tylko zmobilizować panów.
	– No, niech panu będzie – Gąsior bębnił paluchami po oparciu fotela. – Ale przejdźmy może do konkretów. Niech pan powie, kto w waszych bitwach dyskusyjnych najsilniej atakuje majora Bluzińskiego.
	– Chodzi panu o to, czyje argumenty najtrudniej mu zbić?
	– O to też, ale i o to, kto atakuje go najusilniej, z największą zaciętością.
	– Te wszystkie zbrodnie – roześmiał się Kalinowski – może przypisać pan mi, choć możliwe, że tu przeceniam siebie.
	– Czy takie stanowisko wobec Bluzińskiego zajmuje pan wyłącznie z racji prezentowanych przez niego poglądów politycznych? – rzucił pytanie Maras.
	– Co pan chce. Jestem wszak p o s i a d a c z e m ,  podczas gdy on optuje za socjalizmem, który, jak wiemy, jest prostą drogą do komunizmu, gdzie posiadanie ma być wyrugowane. Bronię się. Każdy by to robił na moim miejscu.
	– Pan żartuje, – ze smutkiem skonstatował Maras – a to psuje nam robotę.
	– A więc dobrze, powiem poważnie: nie sposób oddzielić osoby od poglądów wyznawanych przez nią. Bluzińskiego rozumiem; wiem, co go mogło czy musiało przekonać do socjalizmu, jakie wartości. Kosztem jednak tych wartości, jakie niesie socjalizm, ja wybrałem ustrój  n a t u r a l n y ,  który także niesie jakieś wartości, tym razem prawdziwe. Uważam, że jeśli kiedyś coś się wybrało, należy przy tym obstawać. Jest to więc sprawa wyboru i moje działania, moje przekonania, wypływają z tego, po czyjej stronie się opowiedziałem.
	Słowa Kalinowskiego obudziły w Marasie przeświadczenie, że w znanych mu przecież tylko opowieści bitwach dyskusyjnych stary pułkownik spiera się z majorem Bluzińskim – no, może nie na śmierć i życie, ale w każdym razie bardzo ostro. „Trzeba uważać na tego człowieka – stwierdził w myślach porucznik. – To fanatyk. I tak uparcie wpycha się na miejsce gracza ogrywającego partię =pierwszych skrzypiec=, że chyba musi stać za tym coś więcej niż zwykły upór. Czy tak z wszystkich stron się odsłaniając, zachowa sposobność, aby zrobić coś niepostrzeżenie?”.
	Samowar zaczął pluć herbatą. Kalinowski wstał.
	– Przysuńmy fotele do stołu. Tak, dziękuję panom…
	– Panie pułkowniku, z tego wszystkiego całkiem zgłupiałem – rzekł Gąsior. – Czy pan, człowiek przecież poważny i odpowiedzialny, nie zdaje sobie sprawy, że tak oto rysując własny wizerunek, przy założeniu, że zbrodnia się zdarzy, będzie głównym podejrzanym?
	– Może chcę sobie zapewnić alibi poprzez udział panów? – uśmiechnął się miękko Kalinowski. – Wasze świadectwo będzie przecież dla sądu najbardziej autorytatywne, prawda? – Kalinowski uśmiechnął się jeszcze raz, po czym przysunął do milicjantów herbaty. Maras pomyślał, że Kalinowski jest typową mieszanką humoru i okrucieństwa cechującą wojskowych. Jego humor, chwilami ciężkawy, niekiedy trącał o finezję, natomiast okrucieństwo – czyż nie była okrutna jego zgoda na śmierć Bluzińskiego? I to z ręki mordercy? Przy tym  d z i s i a j ,  gdy Bluziński był żywy i zdrowy jak każdy człowiek, któremu nie zapowiedziano, że zginie; który ma naturalną nadzieję przeżycia w zdrowiu jeszcze wielu–wielu lat? Zawód milicjanta jest pokrewny zawodowi wojskowego: czasem i pracownicy milicji zmuszeni są do okrucieństwa, a nadmierne napięcia związane z pracą rozładowują poprzez hałaśliwy humor. Ale dla Marasa Kalinowski był typem obcym, może także dlatego, że różniła ich ogromna przepaść wiekowa.
	– Spróbujmy z innej beczki – zaczął znowu Gąsior. – Mówił pan, że kuchnia panny Adeli Lasikówny jest godna waszych żołądków. Czy jednak osoba, u której wasza kucharka zaopatruje się w żywność, zasługuje na zaufanie? Nie chcę pana straszyć, pułkowniku, ale i tak może się stać, że krytycznego dnia panna Lasik poda panom do zjedzenia zatrutą żywność, w rezultacie czego umrze nie tylko major Bluziński, z którego domniemaną śmiercią tak niefrasobliwie zdążył się już pan pogodzić, ale i, w skrajnym razie, wszyscy pozostali?
	– Adela kupuje żywność normalnie, w sklepie – sucho odpowiedział pułkownik. – Chociaż nie krępujemy jej żadnymi zakazami; może ją kupować, gdzie zechce; ma na to określoną pulę pieniędzy. Jej nienaganna praca przez wiele lat zaważyła na tym, że traktujemy ją omal jak członka rodziny. O ile jednak wiem, żywność kupuje w sklepie.
	– Dobrze – jakiś znaczek zrobił w swoim notesie Gąsior. – A teraz proszę mi powiedzieć, co pan sądzi o, odwiedzającym ponoć niekiedy majora, poecie nazwiskiem Jan Mór?
	– Cóż? – skrzywił się Kalinowski. – Jak sięgam pamięcią, ten homoseksualista był w tym domu z krótkimi wizytami zaledwie 5 razy. Rozmawiałem z nim nader krótko 3 razy. Umie być błyskotliwy. Jego wierszy nie czytałem. Jednak muszę przyznać, aczkolwiek zrobię to niechętnie, że z powodu homoseksualizmu Móra, trochę złośliwości z naszej strony zebrał Adam, choć jest to człowiek pod tym względem czysty jak łza. Powiem więcej: Bluziński to kobieciarz. Jeszcze dzisiaj, choć jest moim rówieśnikiem, przepada od czasu do czasu nie wiadomo gdzie na dnie i noce. Może swoim kochankom nie przyznaje się, że prawdopodobnie mógłby być ich dziadkiem. To pewne, że jest wydolny seksualnie. A poza tym ma włosy jak młody człowiek.
	– Wiemy od Bluzińskiego, że odwiedza kochankę, ale również powiedział nam, że zwyczaj odwiedzania kobiet należy do typowych dla mieszkańców tego domu – natarł porucznik. – Proszę powiedzieć, kogo pan odwiedza, kiedy brakuje panu kobiecego ciepła i tkliwości.
	– Jak mogę o tym myśleć, skoro teraz nie mam już siły pojechać nawet na Wyścigi Konne – żachnął się gorzko pułkownik.
	– Ale osoba, u której pan… bywał, zapewne żyje i może jakoś się mieć do całej sprawy – porucznik Jerzy Maras powiedział teraz pewnie ciut więcej niż chciał powiedzieć.
	– Żyje, ale nie widujemy się – oschle rzucił Kalinowski. – Mogę panom wyznać, że,  skoro interesuje to was z powodów zawodowych, iż pisuje do mnie czasami, ale ja nie odpisuję jej, gdyż uważam to za dziecinadę. Jakieś uczucia przy okazji odwiedzin parku, wśród kląskających słowików, zadumanie wywołane przemijaniem czasu…? Podobne trele–morele nie wzruszają mnie. Choć tak, czytuję listy tej kobiety. Podobnie jak inni czytują gazety, gdzie codziennie jest to samo, tyle że w nieskończonej ilości wariantów. Pewnie, że istnieją sprawy, które koniecznie trzeba znać i to nawet niezależnie od tego, czy podaje się taką wiadomość ludzkim językiem, czy też jakimś małpim świergotaniem. Ale jeśli dana sprawa dotyczy mnie niebezpośrednio i przy tym jest błaha, jak lot trzmiela wśród antonówek, to, panowie wybaczą, mogę na to patrzeć tylko jednym okiem, a drugim mrugać, a żeby mi to jak najprędzej wyleciało z głowy.
	– Godne pańskiej uwagi jest więc co? – pytał w dalszym ciągu Maras.
	– Godna mojej uwagi jest na przykład… gwałtowna śmierć osoby, którą dobrze znam i którą miałem okazję znienawidzić.
	Maras pomyślał, że Kalinowski spycha się na pierwszy plan przesadnie, ale taki był właściwie przecież od samego początku. Co więcej: fakt, że pułkownik tak na wyrost hałaśliwie się cieszy z niej i tak niecierpliwie czeka na śmierć swego powinowatego – to mogło świadczyć o tym, że całkowicie trzeba porzucić myśl podejrzewania go. Morderca musiałby zostawić sobie trochę sił na dokonanie mordu; ten – całe siły wydatkowuje na ogłaszanie swojej tęsknoty. Poza tym porucznik nie mógł oprzeć się wrażeniu, że stary pułkownik jest niestety kabotynem.
	– Wie pan, pułkowniku, – przemówił Gąsior – pan jest pewny, że do zapowiadanego zabójstwa dojdzie, a mi wydaje się to nieuzasadnione. Przecież pewność tego, czy coś zostanie zrobione, czy nie, można mieć tylko wtedy, gdy samemu chce się coś uczynić. A pan przecież nie zabije Bluzińskiego.
	– Bluziński zginie, ponieważ po prostu zasłużył sobie na to – rzekł Kalinowski.
	– Może i sobie zasłużył – ironizował Alfred Gąsior. – Ale nas interesuje tylko egzekutor tej wyższej konieczności.
	Detektywi dopili swoje herbaty, po czym wstali.
	– Być może odwiedzimy jeszcze pana przed godziną konfrontacji – rzekł Gąsior. – Tymczasem radzę panu mniej się entuzjazmować tym wszystkim. Bo zawód może potem być okropny.

–		–		–		–

	Kapitan przedwojennego lotnictwa, Zbigniew Łebke, otworzył drzwi swojego pokoju tak prędko, że Gąsior zdążył w nie puknąć zaledwie jeden raz. Może, czekając na milicjantów,  nasłuchiwał, ponieważ mieszkał na tej samej kondygnacji co Kalinowski, i odgłosy wywiadu, jaki ze starym pułkownikiem robili detektywi, mogły do niego, choć pewnie w strzępach, docierać.
	– Zapraszam panów! – niski człowiek w szkłach, jakim był Zbigniew Łebke, trzymając dłoń na klamce, pokazał drogę gościom. Co prawda 2 lekkie foteliki i stołek ustawione wokół niewielkiego stoliczka były tak ewidentnym celem dla gości, że wskazywanie drogi do nich wydało się Marasowi czymś zgoła zbędnym. Ale porucznik wiedział, że samo brzmienie ludzkiego głosu, zwłaszcza kiedy wypowiada się nim słowa mające brzmieć sympatycznie, tworzą i   n a s t r ó j .  Często wypowiada się zdania banalne pod względem treści czy logicznego układu; na szczęście można je zaintonować rozmaicie: śpiewnie, oschle, zachęcająco. Ale nawet i wtedy, gdy intonacja nie brzmi jakimś szczególnym znaczeniem czy uczuciem, takie banalne słowa zaprosin jak to „zapraszam panów”, którymi powitał swoich gości Łebke, wprowadzają do znajomości, ułatwiają wprowadzenie w nią. Maras pomyślał, że dużo racji jest w stwierdzeniu, które niegdyś wyczytał w wierszu pewnego młodego poety, iż „słowa są bardziej nami niż my sami”. Ale porucznik wiedział też, że jego domeną jako pracownika milicji kryminalnej nie powinny być refleksje, tylko analiza. Ze zdwojoną więc czujnością zasiadł w foteliku wskazanym mu przez gospodarza. Na drugim foteliku Łebke posadził Gąsiora, sam usiadł na stołku.
	– Od razu pragnę się zastrzec, – rzekł Zbigniew Łebke – że nie mam dla panów gotowego rozwiązania zagadki. Bluzińskiego lubię może bardziej niż inni rezydenci tej posiadłości, ponieważ często z nim i z Zaliwskim grywałem niegdyś w pokera. Dlatego, że go lubię, bardziej niż innym powinno mi też zależeć na tym, by nie dopuścić do morderstwa, które ktoś (nie chcę określać go żadnym przymiotnikiem) zapowiedział. I zależy mi na tym; rozmyślałem, chcąc trafić na ślad, po którym jak po nitce do kłębka mógłbym trafić do domniemanego autora wiadomego listu. Ale, jakkolwiek pewne podejrzenia powziąłem, żadną głębiej przemyślaną koncepcją nie dysponuję. Gdyby chodzi o strzelanie na chybił–trafił, wiedziałbym z grubsza, gdzie prawdopodobnie trzeba mierzyć, ale intuicja to ścieżka wiodąca przez ciemność. Posługując się nią, można bardzo się pomylić.
	– Nie oczekujemy od pana, że rozwiąże pan zagadkę – rzekł Gąsior. – Choć oczywiście cenimy sobie pomoc… wszystkich. Czasami tak bywa, że wszystko staje się jasne jakby samo, ponieważ do swego zbrodniczego uczynku przyznaje się sam sprawca, poruszony na przykład, sprokurowanym nie koniecznie przez taktyczną zagrywkę śledczych, nagłym wyrzutem sumienia. Albo popełnia on w realizacji morderczego zamierzenia wyraźny błąd, który demaskuje go, tak że trudno mówić o tym, że rozwiązanie zagadki jest zasługą czyjejś spostrzegawczości, wnikliwości, czy koncepcji analitycznej, bo tu po prostu trzeba mieć tylko otwarte oczy. Ale, wybaczy pan, kapitanie, czasami o wykryciu sprawcy decydują wrodzone i rozwinięte w toku nauki szczególne uzdolnienia, jakie z zasady posiada prowadzący śledztwo, ponieważ do pracy w milicji kryminalnej, tak samo jak i do jakiegokolwiek innego fachu, przychodzą ludzie o pewnych wrodzonych predyspozycjach do tego właśnie fachu. Oczywiście i im zdarzają się pomyłki. Funkcje, do których pełnienia potrzebne są pewne szczególne uzdolnienia, próbują niekiedy pełnić ludzie przypadkowi, ulegający tylko złudzeniu, że coś w danej dziedzinie umieją zrobić. Lecz takich ludzi dyskwalifikuje samo życie, sama praktyka pracy. Tak więc  proszę się nie obrażać, kapitanie, że aczkolwiek zwracamy się do pana o pomoc, to nie oczekujemy na to, iż zrobi pan za nas wszystko. Najistotniejsze, co w sprawie zapowiadanej śmierci majora Bluzińskiego jest do zrobienia, a więc niedopuszczenie do morderstwa lub przynajmniej pochwycenie jego sprawcy, to pozostawiamy dla siebie. Nikomu nie zabraniamy działać na własną rękę, ale większość środków do poznania prawdy na zadany temat jest z natury rzeczy właśnie w naszych rękach, toteż możemy powiedzieć, że rozwiązanie zagadki to praktycznie tylko nasza sprawa i byłoby dziwne, gdyby rozwiązał ją kto inny.
	– Mi nie chodzi o to, by pozbawiać panów przyjemności zrobienia najważniejszego – odparował, mierząc Gąsiora spojrzeniem, o którym Maras pomyślał, że jest to najbardziej jadowite spojrzenie, jakie kiedykolwiek widział u ssaka. – Chodzi mi o to, żeby nie dopuścić do najgorszego: że zbrodnia przejdzie bezkarnie. To nie pokrzepiało by serc. Prosił mnie pan, bym panu wybaczył, że w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, musi mi pan powiedzieć, iż to pan, nie ja, jest osobą, od której zależy najwięcej. Pozwoli pan, że zrewanżuję się argumentem na własną korzyść. Otóż sam pan powiedział, że domniemanego mordercy Adama należy szukać w kręgu tutejszych domowników. A tych domowników i wszelkie relacje, jakie istniały i istnieją między nimi, znam ja, a nie pan. Powie pan, że wszystkiego w tej mierze dowie się pan z bezpośrednich rozmów z nami. A ja na to panu odpowiem, że to, czego pan dowie się od nich w ciągu niech no nawet parunastu godzin rozmowy, ja poznawałem w ciągu bodaj 40 lat! Czy taka przewaga wiedzy nie panu, tylko mi, daje większe szanse na zrobienie najważniejszego posunięcia w tej partii?
	Ujawnioną teraz ambicją małego grubaska w okularkach, jakim był Zbigniew Łebke, Maras poczuł się po trosze rozbawiony, ale też przestraszony. Jak dotąd każdy z tych starych wygów wojskowych przypisywał sobie szczególne znacznie w rozgrywce, która koniec końców była pojedynkiem wyłącznie Gąsiora z mordercą. Maras skłonny był bowiem, by nie przeszkadzać Alfredowi, który miał trudne zadanie, usunąć siebie na drugi plan. A tu domniemana ofiara domniemanego mordu nie potrafi właściwie nic powiedzieć o tym, kto w tym życiu może czuć się jej naprawdę śmiertelnym wrogiem, natomiast dwóch mężczyzn,  mających być świadkami konfrontacji, najbezczelniej ogłasza, że to dla nich zaaranżowano cały ten spektakl! Pozostaje jeszcze trzech i kucharka. A poza tym trzeba będzie także sprawdzić tego Brodowicza, owego Móra. Czy tydzień czasu, łaskawie darowany detektywom przez domniemanego mordercę, nie okaże się podarunkiem zbyt skromnym? Jeśli tak dalej pójdzie, to Gąsior i Maras poznają, w ciągu upływających do chwili próby sześciu dni, wszystkie obsesje rezydentów posesji Kokosowa 7, natomiast nie dowiedzą się niczego, co by rzeczywiście mogło posunąć do przodu ich rozeznanie odnośnie chociażby sposobu rozumowania ich przeciwnika w sprawie zasadniczej. Każdy z inwigilowanych mężczyzn może być mordercą, dobrze. Lecz przecież Maras i Gąsior nie mają do czynienia ze zmową wszystkich mieszkańców domu przeciw Bluzińskiemu. Więc prawdopodobnie w zaistniałej sytuacji trzeba po prostu umiejętnie eliminować po kolei każdego, kto nie może być mordercą. Ten, który nie zostanie wyeliminowany, chociaż będzie się to wydawać nieprawdopodobne, mordercą być musi. Zwykła sprawa. Tak jak w każdej powieści kryminalnej. Lecz skąd wziąć pewność, że morderca jest wśród domowników? Może ukrywa się w sąsiednim domu? Bo przecież zabić można i na odległość, na przykład za pomocą karabinu. Po drugie: jeśli jest jednym z domowników, to zna pozostałych nie gorzej, a nawet lepiej, niż oni jego. Lepiej, gdyż morderca, co by nie mówić o aspekcie moralnym takiego stwierdzenia, jest zwykle mądrzejszy od tych, którzy świadczą jego robocie. Jeśli bowiem nie jest mądrzejszy, to wie o tym i na morderstwo się nie decyduje, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że mądrzejszych od siebie nie oszuka, a nie chce wszak zostać zdekonspirowany w i rezultacie pójść siedzieć albo wisieć. Bo morderca nie jest samobójcą. Po cóż bowiem byłaby mu śmierć cudza, gdyby pragnął własnej? Maras drgnął, olśniony pewną myślą. A może Bluziński jest właśnie samobójcą? Może choruje nieuleczalnie na coś i ostatnio lekarz powiedział mu, że te dni to są już jego dni ostatnie? Może w związku z tym chce popełnić samobójstwo – wymyślniejsze od nich, bardziej spektakularne, skupiające uwagę wielu – bądź co bądź – ludzi? Skoro innych domowników z Kokosowej tak bawi sama myśl o tym, co „ma” nadejść, to może samobójca–Bluziński postanowił, wiedząc o tym, zadrwić sobie z tych ludzi…?
	– Absolutnie wolno panu prowadzić dochodzenie na własną rękę – rzekł Gąsior. – Przyznam to nawet, że ma pan prawo myśleć tak właśnie, jak pan myśli: że to właśnie pan ma największe szanse zaważyć na wydarzeniu, którego możemy być świadkami. Wolno panu także wątpić w zręczność czy po prostu w kompetencje milicji lub osobiście w moje własne. Nawet zachęcałbym pana do pewnej przedsiębiorczości na tym polu, ponieważ to, być może,  będzie dla nas pomocą, inspiracją czy jak pan zechce to nazwać. Albowiem może być pan pewny, że nie boję się, iż wyręczając mnie, odbierze mi pan chleb. Nawet bowiem gdyby miało się tak stać… – Gąsior urwał i potarłszy się dłońmi po twarzy zaczął się śmiać.
	– Sprawa idzie o morderstwo, a pan się śmieje – obraził się Łebke.
	– Przepraszam pana – powstrzymał śmiech kapitan Alfred, po czym położył dłoń na brzuchu i chrząknął.
	– Mówił pan, że grywaliście w pokera: pan, Bluziński i Zaliwski – chwilową pauzę Gąsiora wykorzystał Maras. – Czy nie przypomina pan sobie jakiejś kłótni, poważniejszego nieporozumienia, może o pieniądze, które mogło zaistnieć między wami podczas gry?
	– Graliśmy o małe stawki – znalazł wykręt, bo był to chyba wykręt, brzuchaty okularnik.
	– Gdy nie wchodzą w grę pieniądze, stawką bywa ambicja – Maras próbował pozostać przy temacie. – A ta przecież, jak wiadomo, przesłania czasami rozsądek, umiar w emocjach…
	– …i wtedy dochodzi do nieporozumień – dokończył za Marasa Gąsior, na nowo włączając się do rozmowy.
	– Prawdę mówiąc, poker był dla nas tylko pretekstem do czysto towarzyskich, może trochę plotkarskich, pogawędek – rzekł były kapitan lotnictwa. – Lubiliśmy się, dobrze się czuliśmy w tym składzie. Ot, i wszystko.
	– Podpułkownik Zaliwski – kij w mrowisko próbował wepchnąć Maras – jest przecież najmniej towarzyskim człowiekiem w tym domu, nie rozumiem więc, jak mogliście, pan i Bluziński, tworzyć z nim „dobraną trójkę”.
	– Nie wiem, kto panu powiedział, że Zaliwski nie jest człowiekiem towarzyskim. Ten, kto tak powiedział, albo przejęzyczył się, albo celowo podał panu nieprawdziwą wiadomość. Albo jest osobą spoza tego domu i absolutnie nie zna jego spraw – Zbigniew Łebke miał minę, z której przebijał niesmak. Ten niesmak był również do zauważenia w tonie ostatnich wypowiedzianych przezeń zdań.
	– W każdy razie nie ma poczucia humoru – bronił się Maras.
	– O, to już bardziej zbliżone do prawdy – zmienił ton kapitan Łebke. – Jest cokolwiek melancholijny, przy tym sceptyczny…
	– Łatwo się obraża – podsunął Maras.
	– Czy ja wiem? – Łebke uniósł głowę i spojrzał na sufit. – Skoro jest w zasadzie pozbawiony poczucia humoru, to nie obraca w żart czyichś mimowolnych lub celowych złośliwostek. Ale Zaliwski jest tolerowany w tym domu na zasadzie osobliwości, i to nawet cenionej. Powiedziałem, że nie ma poczucia humoru. Cóż, może ma go mniej niż inni, jednak jakieś swoiste poczucie komizmu, sytuacyjnej lub słownej absurdalności, która innych niekiedy tylko rozwściecza, a którą można wszak również potraktować roześmianiem się, ma. O, cechuje go pewien typ poczucia humoru. Gorzki, sceptyczny… Ale ten człowiek nie jest pozbawiony uczuć.
	– Zdolność do śmiechu jest tylko jedną z emocjonalnych predyspozycyj – zauważył Maras.
	– Może – Łebke powiedział to takim tonem, jakby nie zgadzał się z Marasem. – Jednak bezuczuciowcami, jeśli można użyć tego słowa, zwiemy najczęściej cyników. A tacy, jako że nic rzekomo nie jest ich w stanie zaskoczyć, przerazić, olśnić, zdziwić, właśnie się nie śmieją. Śmiech ma, panowie, o wiele więcej znaczenia w życiu psychicznym i umysłowym ludzi, niż to się ogólnie przyjmuje. Śmiech lub brak śmiechu.
	– Być może, aby pojąć sposób myślenia domniemanego mordercy, zrozumieć sytuację, której rozwój „nakazał mu” zabić, potrzebne są umiejętności psychologiczne. I na pewno w mniejszym czy w większym stopniu posiada je każdy; my, pracownicy milicji kryminalnej, może w nieco większym stopniu niż przeciętnie. Tyle, że psychologię traktujemy jako dyscyplinę pomocniczą i w żadnym razie nie chcemy w toku naszej pracy robić jakichś psychologicznych eksperymentów. Pewne tezy mogą brzmieć efektownie, nawet atrakcyjnie. Jednak my pracujemy w materii tak delikatnej i cennej (jest nią przecież życie obiektów w kosmosie najcenniejszych, bo za takie musimy uznać wszak ludzi), że musimy minimalizować ryzyko błędu, a więc posługiwać się narzędziami i metodami sprawdzonymi. Nie mam wcale zamiaru odwodzić pana od pańskich zainteresowań psychologią – Gąsior zmęczone spojrzenie przesłał Łebkemu. – Ale swoje teorie w tej mierze proszę kierować gdzie indziej: nie do nas.
	– Proszę pana – Zbigniew Łebke znowu dał znak, że się nie zgadza. – Przypadek, który mamy do rozpracowania, jest czystej klasy zadaniem dla psychologa! Jeśli nie chce pan tego przyjąć do wiadomości, to ja panu, panom, nie mam do powiedzenia nic!
	Gąsiorowi nie wypadało się kłócić, choć może wśród innych przedstawicieli  obrońców prawa, są tacy, którym właśnie takie „serdeczne” podchodzenie do zawodowych powinności wyjątkowo „leży”. Gąsior był jednak tradycjonalistą: starał się w swej pracy postępować według wyuczonych reguł, a nie wbrew nim; pilnował swoich kompetencyj. Był na tyle samokrytyczny i Maras to cenił, że nie windował swojej osoby na jakieś wyżyny, skąd rzekomo dany temat lepiej widać. Oczywiście nowatorem nie był, ale nie dlatego, że nie umiał zaprzeczyć utartym drogom; zauważyć, że drogi te nie zawsze biegną po optymalnej linii. Był jednak za słaby, i wiedział o tym (choć Maras parokrotnie już dawał mu do zrozumienia, że według niego Alfred swoje możliwości ceni za nisko), by tworzyć nowe, lepsze drogi. Zresztą większość znanych mu „nowatorów” oceniał negatywnie, ponieważ w jego oczach byli twórcami tylko nowych, ale nie lepszych,  ś c i e ż e k ,  którymi do zakładanego celu idzie się i niewygodnie, i długo, i bez większych szans osiągnięcia tego celu. Maras zauważał to nie raz, że jego starszy kolega z zasady dąży do minimalizowania ryzyka, co niestety nie zawsze jest twórcze. Cóż, wypadało się zgodzić, że kapitan warszawskiej milicji kryminalnej nie jest człowiekiem bez wad, ale któż jest.
	– Wykorzystuje pan to, – Gąsior próbował odpowiedzieć Łebkemu – że nie mogę teraz wstać i powiedzieć: „w takim razie do widzenia panu”…
	– Nie! – Zbigniew Łebke prawie krzyknął. – Chcę po prostu, żeby i moje sugestie wziął pan pod uwagę.
	– Wezmę – powiedział ciężko Gąsior. – Proszę mówić.
	Zbigniew Łebke swoje białej jak mleko włosy przygładził nerwowo dłonią. Maras pomyślał, że ten domorosły filozof nie spodziewał się tak łatwo przeforsować własnego programu rozmowy i teraz boi się, że ten program wypadnie nieoszałamiająco. Nagła zgoda Gąsiora wybiła go z uderzenia.
	– Rozumie się samo przez się, – dla zyskania na czasie Łebke rozpoczął retorycznym zwrotem – że jako człowiek normalny wykluczam siebie z kręgu podejrzanych. Oczywiście dla panów mogę nim być i sam też, mówiąc tak, mogę kłamać. Czy jednak kłamię, czy nie, o tym w waszych oczach nie przesądzą moje zapewnienia. Już, już! Streszczam się! – Łebke, napotkawszy zniecierpliwione spojrzenia obu milicjantów, pospieszył z gorliwym zapewnieniem. – Chciałem tylko powiedzieć, że o sobie wiem najwięcej, najlepiej siebie znam, więc najlepiej też wiem, czy zamierzam zrobić to lub tamto. Przenosząc tę zasadę na innych, mogę powiedzieć, że o tyle wiem, domyślam się, czy ten lub inny ze znajomych mi ludzi chce coś zrobić, czy nie, na ile go znam, na ile jest mi bliski. Mógłbym powiedzieć, na ile jest podobny do mnie. Ja nie zamierzam zabić Adama i za trzech jeszcze mieszkańców tego domu, wydaje mi się, mogę ręczyć. Właśnie dlatego, że są podobni do mnie, lub bliscy mi, rozumują i czują na sposób zbliżony do tego, jaki mi jest właściwy.
	– Co to za osoby? – z uprzejmym zainteresowaniem spytał Gąsior.
	– Nie zabije, a to z powodu, że sam ma być zabity, Adam – wyprostował jeden palec kapitan Łebke. – Nie zabije, ponieważ zbyt dobrze go znam i byłbym wiedział, Krzysio Zaliwski – drugi palec wyprostował Łebke. – Nie zabije, ponieważ znam go od dziecka i wiem, że nigdy nie miał podobnych skłonności, mój brat, major Andrzej Łebke – kapitan Zbigniew Łebke wyprostował trzeci palec.
	– Pozostaje więc dwóch: Kaszaniec i Kalinowski – mruknął Maras.
	– Właśnie – wskazujący palec wymierzył w sufit Łebke. – I tu mam dwie płaszczyzny, na których mogło dojść do zaistnienia nienawiści pomiędzy tymi dwoma a Adamem.
	– Nie sądzi pan chyba, że Kaszaniec i Kalinowski są w zmowie! – wtrącił prędko Maras.
	– Pozwoli pan, że najpierw dokończę, co zacząłem.
	– Proszę.
	– Otóż pierwszą płaszczyzną nienawiści może być to, że Kaszaniec i Kalinowski od lat bezskutecznie próbują odwieść Bluzińskiego od jego zapatrywań politycznych. Jego opór, niesłabnący zresztą z biegiem czasu, wydaje się czymś niezrozumiałym dla wszystkich mieszkańców jego domu, ale tych dwóch – po prostu rozwściecza. Inna rzecz, że Adam swych adwersarzy niekiedy ośmiesza swoją inteligencją i konsekwencją. To by było jedno.
	– Twierdzi pan zatem, że najzagorzalszymi przeciwnikami majora w waszych politycznych bojach są Kalinowski i Kaszaniec? – spytał Gąsior, znowu mając w ręku notes.
	– Być może wydaje mi się tak, ponieważ jestem uprzedzony tym, że z kręgu podejrzanych wyeliminowałem resztę, bo prawdę mówiąc, w ferworze dyskusji nawet mi zdarza się rzucić w Adama słowem ostrym, nawet jakimś obraźliwym epitetem.
	– W takim razie wracamy do punktu wyjścia – niewesoło zaśmiał się Gąsior. – Wszyscy są na równi podejrzani.
	– Proszę posłuchać dalej – rzekł Zbigniew Łebke, a Maras poczuł, że siwy grubasek będzie teraz dowodził, że jednak nie wszyscy. – Kaszaniec, Kalinowski i Bluziński przed wojną byli zapalonymi samochodziarzami, jak się wtedy mówiło: automobilistami. Dzisiaj Bluziński jest biedny jak mysz, ponieważ to, co miał, spłonęło w czasie wojny. Kalinowskiemu został dom i ogród, ale nie jeździ dziś nawet trabantem. Kaszaniec podobno miał w USA forda, ale poróżnił się z żoną i synami, tak że w końcu wylądował tutaj i, odkąd mieszka w PRL–u, nie usiadł za kółkiem, o ile mi wiadomo, ani razu. Ale wszyscy trzej przed wojną, jako synowie bogatych rodzin, rozbijali się szybkimi samochodami w rajdach i wyścigach samochodowych o najwyższym prestiżu. Sport jest zabawą ludzi ambitnych. Zresztą brak ambicji to choroba, która raczej przychodzi z wiekiem, a to wtedy byli ludzie naprawdę młodzi. Do czego jednak dążę: w tych wyścigach i rajdach największe sukcesy odnosił właśnie Adam. Mogą sobie panowie wyobrazić, z jaką zawiścią na te osiągnięcia sportowe Bluzińskiego patrzyli Kalinowski i Kaszaniec. I to właśnie jest ta druga płaszczyna, na której mogły się zderzać losy całej trójki. Co do pytania, czy podejrzewam, że Michał i Jan mogą być w zmowie. Nie wykluczam tej możliwości, naprawdę nie wykluczam.
	– A czy w tych rajdach, niech pan sobie przypomni, nie było jakichś dramatycznych wydarzeń: kraks?, przejechania kogoś?, śmierci na trasie? – spytał Gąsior, znowu sięgnąwszy po notes.
	Maras pomyślał, że teraz dopiero wyjdzie na jaw coś, co posiada istotne znaczenie dla sprawy. Przecież jeśli Bluziński wie o śmierci jakiejś osoby, którą, nie koniecznie zresztą podczas rajdu i nie konieczne po pijanemu, przejechał Kaszaniec czy Kalinowski, to milicjanci zyskają wiadomość o motywie domniemanej zbrodni. Lecz czy nie byłoby ze strony przestępcy kardynalnym błędem zapraszać milicji na świadczenie przestępstwu w sytuacji, gdyby motyw tej zbrodni był do odgadnięcia tak łatwo? Maras dopiero teraz uświadomił sobie, że wszystko, czego on i Gąsior poszukują, jest prawdopodobnie nie do uzyskania z ust domowników posesji Kokosowa 7. A w każdym razie byłoby nie do uzyskania, gdyby zapowiadane wydarzenie miało być marzeniem wszystkich autorów kryminalnych romansów: zbrodnią doskonałą. „Może taką nie będzie” – pocieszał się porucznik, choć w chwili obecnej przyszła mu do głowy też inna myśl: że – o ile w ogóle o czymś takim można mówić – ze wszystkich rodzajów zbrodni tylko zbrodnia doskonała ma zdatny do logicznego zaakceptowania sens… Maras usiłował pozbyć się tej myśli, ale jakoś uczepiła się go. Był profesjonalistą – przynajmniej w marzeniach, więc chciał, żeby i jego przeciwnicy spod znaku rewolweru i maski również byli profesjonalistami. „W sytuacji, gdy zbrodnia zwraca uwagę i nie jest czymś wszechobecnym jak w czas wojny, można marzyć o inteligentnych mordercach – uśmiechnął się smutnie porucznik. – Cóż, tak już ten świat urządzono, że tylko pokonywanie zła decyduje o tym, że kogoś można uznać za czyniącego dobro. Zło więc pośrednio jest potrzebne. Ponieważ historia nie znosi próżni, dopiero zło, na które ponoć najłatwiej się zdobyć, uruchamia siły ładu, porządku i sprawiedliwości – i jest walka, coś się dzieje, coś się robi”. Zdaniem porucznika, który w tej mierze szedł za Gąsiorem, zło, skoro musi już być, należy tylko stale minimalizować. Ten element konkretnej całości, który wobec dobra jest jak cień wobec światła: nieodłączny i współistotny.
	Zbigniew Łebke uśmiechnął się z pewnym zakłopotaniem:
	– Nic nie wiem o jakiejś śmierci na trasach tych rajdów. Nie wiem, albo po prostu tkwi mi to w pamięci tak głęboko, że nie umiem się doszperać. Wiem, że Adam jeździł w sposób „bezpieczny”; zresztą wówczas samochody były tak drogie, że…
	– Chyba nie droższe od ludzkiego życia – mruknął Maras.
	– Chciałem powiedzieć, że rozbicie samochodu wówczas równało się utracie fortuny. Zresztą sami panowie wiecie lepiej ode mnie, że nad życie niektórych bogatych osób – wielu przedkłada ich bogactwo. Są to mordercy powodowani chęcią zysku. Natomiast sport automobilowy przed wojną to była, owszem, rozrywka ludzi bogatych, ale zarazem w jakiś sposób „szlachetnych”; wyznających pewne przekonania moralne, takie na przykład jak idea c z y s t e j  gry.
	– Czy pan lub ktokolwiek w tym domu posiada egzemplarze przedwojennej prasy sportowej, gdzie sukcesy Bluzińskiego i jego dwóch konkurentów jakoś odnotowano? – spytał Gąsior nie tracąc zimnej krwi.
	– Przypuszczam, że takie gazety może mieć Michał.
	– W takim razie podziękujemy już panu, kapitanie – rzekł Gąsior, wstając. – Myślę bowiem, że powiedział pan nam już wszystko, co chciał powiedzieć.
	– No, to i owo jeszcze by się dodało – odparł Łebke, ale z jego miny było widać, że jest zadowolony, iż wizyta dwóch milicjantów w jego mieszkaniu nie potrwała dłużej.

			–		–		–		–

	Na schodach między kondygnacjami Gąsior spojrzał na zegarek.
	– Wiesz, Jurku, pewnie już dzisiaj nie obskoczymy wszystkich.
	– I ja tak myślę, Fredku.
	– Pozostało nam jeszcze trzech na dole, Adela Lasik, ten poeta Jan Mór…
	– Tak, trzeba nam będzie i jutro tu przyjechać.
	Kapitan skinął poważnie głową.
	– Co prawda, pozostałe nam rozmowy moglibyśmy odbyć szybkościowo, ale to nie jest metoda. Teraz odwiedzimy chyba Andrzej Łebkego…?
	– Ty decydujesz, Fredku. Jeśli chcesz zajść do brata naszego filozofa, to pamiętam, że mieszka on pod jedynką.
	– Ja też pamiętam, Jurku.
	Mężczyźni ruszyli schodami w dół. Maras, który przed drzwi ze staroświecko wykrojoną jedynką doszedł ciut szybciej, zapukał 3 razy. Tym razem detektywi musieli nieco poczekać, nim im otworzono. W końcu przecież stało się to.
	– Przepraszam, że panowie musieli trochę czekać – bezwłosy emerytowany major okazywał pewne zażenowanie. – Jednak fizjologia dotyczy także mnie i…
	– Proszę się nie tłumaczyć – delikatnie zlekceważył sprawę przełożony Marasa i rzucił okiem na wnętrze mieszkania. Andrzej Łebke zrozumiał, że się zagapił, nie zapraszając od razu do środka swoich gości.
	– Proszę panów – wskazał gestem drogę – i przepraszam z góry za pewien bałagan, jaki tu panuje.
	Maras kątem oka dostrzegł tapczan, na który leżał w nieładzie koc.
	– W nocy myślał pan o sprawie Bluzińskiego, – rzekł – nie wyspał się pan i teraz odsypiał? Nie ma się czego wstydzić, zwykła sprawa, panie majorze.
	– Tylko, czy pan spał? – uśmiechnął się z niedowierzaniem Gąsior. – Porucznik przecież zapukał do pańskich drzwi zaledwie 3 razy…
	– Obudziłem się od razu, tyle, że nie od razu się zerwałem. Myślałem, że to puka ktoś inny. Dopiero, gdy olśniło mnie, że to może panowie…
	– Skoro jest pan zmęczony, to może przyjdziemy później? – zaproponował Gąsior.
	– Nie, proszę. Co prawda, haniebnie się dziś spisałem zasypiając w środku dnia, ale myśl o rozmowie z wami rozbudziła mnie całkowicie. Proszę, siadajcie.
	Miejsca, które wskazał detektywom Andrzej Łebke, były fotelami i to dość kunsztownymi. Maras z lubością wgłębił się w jeden z nich, zauważając jednak od razu, że mebel ładniej wygląda niż… Cóż, stylowe fotele w siedzibie Andrzeja Łebkego nie były wygodne. Niegdyś musiały być dobre i pod tym względem, ale teraz były po prostu stare. „A więc i Andrzej Łebke nie jest bogaczem” – pomyślał porucznik. Myśl ta o tyle nie była przypadkowa, że Maras spodziewał się, iż w końcu któryś z rezydentów domu okaże się człowiekiem bardzo bogatym. Skoro bowiem zbrodnia, do której wszyscy się szykowali, miała naprawdę się zdarzyć, to, przy wszystkich utrudnieniach, jakie zgodził się ponieść domniemany zabójca, musiała wymagać masy pieniędzy. „O pieniądze, nawet wielkie – rozumował porucznik – przecież łatwiej niż o prawdziwy geniusz, jaki byłby potrzebny autorowi anonimu w razie, gdyby jego zbrodnia miała okazać się rzeczywiście prawdziwym dziełem sztuki w swoim rodzaju”.
	– Skoro jest pan dysponowany, to strzelę od razu z grubej rury – zaśmiał się Gąsior. – Niech pan powie, co obmyślił pan dzisiejszej nocy. Tylko wprost i bez obaw o to, że pewne sprawy zapewne będą wymagać dodatkowych objaśnień.
	Mężczyzna o połyskliwej łysinie, jakim był Andrzej Łebke, sczepił dłonie palcami. W jego oczach Maras dojrzał bitwę myśli, w wyniku której miał się zapewne zadecydować, jaką część sprawy major teraz wyjawi. A może to, co dojrzał Maras, było po prostu walką z nawrotem senności?
	– Proszę panów, jako wojskowy, uczestnik jednej z najbardziej krwawych wojen ludzkości, do śmierci przywykłem – zaczął okrągłym wstępem emerytowany major piechoty. – Zresztą dzięki błyskawicznej informacji telewizyjnej, radiowej, prasowej, do wszelkich gwałtownych zejść ludzi z tego świata mam dostęp na co dzień, więc tym bardziej śmierć ludzka nie jest dla mnie czymś, co by mnie paraliżowało. Tym bardziej tylko zapowiedź śmierci, jaka ostatnio nadeszła do nas w postaci listu…
	– Pan wybaczy, – wtrącił Maras – ale telewizory są dzisiaj użyciu powszechnym i to, że ogląda pan dzienniki, w niczym pana nie wyróżnia spośród setek milionów ludzi na całym świecie. Rozumie pan, że rozmawiamy z panem nie z tego względu, że jest pan jednym z wielu milionów telewidzów. Chodzi o to, że jest pan jednym z  k i l k u  ludzi, którzy mogą nam pomóc.
	– Tak, oczywiście – Łebke dał Marasowi uspokajający znak dłonią. – Jednak ludzi, którzy osobiście brali czynny udział w wojnie, telewizyjne obrazki z jakichś krwawo tłumionych zamieszek czy choćby tylko z manewrów na poligonach  b a w i ą  w sposób inny niż tych, którzy o zabijaniu wiedzą jedynie z tych telewizyjnych obrazków. Może jestem bardziej wrażliwy niż inni wojskowi, ale dla mnie oglądanie każdego telewizyjnego dziennika jest prawdziwym przeżyciem. Uzmysławiam wtedy sobie, że w czymś takim sam niegdyś uczestniczyłem; że sam mogłem zginąć tak oto; że musiałem zabijać. Wojna, terror, gwałt, zabijanie, mają jednak moc, która zniewala. Wiedzą o tym ci, którzy przygotowują dla oglądającej programy publiczności „najciekawsze i najważniejsze” wydarzenia dnia, tygodnia, miesiąca, roku. Mało jest wydarzeń w świecie, które by bardziej przyciągały uwagę ludzi, niż czyjaś śmierć. I to koniecznie śmierć gwałtowna.
	– No – nie zgodził się Maras. – Ludzi obchodzi także zwykła śmierć niezwykłych osobistości, więc to w zupełności tak nie jest, jak pan mówi. Poza tym istnieją też niezwykłości ściśle pozytywne. 
	– Tak, właśnie – rzekł Andrzej Łebke. – Tu mnie pan przyłapał na nieścisłości. Jednak, pominąwszy owo mamienie ludzi niezwykłościami „ściśle pozytywnymi”, takich niezwykłych ludzi, ilu jest na świecie? Tysiąc, 2 tysiące. Tymczasem śmierć, która przykuwa codziennie uwagę milionów… proszę pana, nie starczyłoby tych „niezwykłych ludzi” na potrzeby czytających prasę, słuchających radia. A zresztą publiczność potrzebuje urozmaicenia. Śmierć sławnych sportowców, artystów, naukowców, polityków, którzy umarli „ze starości”, to by było za mało. Ludzie muszą wiedzieć o śmierci, która doświadcza młodych ludzi, która powala wielkich aktualnie siłaczy, przechytrza wielkich aktualnie mędrców, pokonuje nieśmiertelnych, jakby się wydawało, ryzykantów… Niezwykłe  okoliczności śmierci zwykłych ludzi to ponadto jakaś szansa dla maluczkich. Każdy może stać się sławny o ile dosięgnie go śmierć trzynastego w piątek, na trzynastym piętrze gmachu numer 13, przy Alei Ludwika Trzynastego. Człowiek, który nie ma danych, by przejść do historii, może stać się sławny, jeżeli sam zabije kogoś znanego. Wariantów śmierci jest wielka ilość, lecz to właśnie ta rozmaitość śmierci gwałtownych powoduje, że ludzie jak na razie nie są znudzeni, czytając prasę, czy oglądając dziennik telewizyjny, i nie przechodzą do mordu powszechnego… Możliwe, że jest tak także dlatego, że każdy z tej masy sięgających po gazetę, wyczytawszy o tym i o owym powie sobie: „ten umarł, ów umarł, a ja żyję; czyż to nie jest wspaniałe? Czyż to nie jest dowód, że jestem wyjątkowym człowiekiem?”.
	– Widzę, że i pan, podobnie jak pański brat, lubi filozofować – rzekł Gąsior. – Tymczasem my potrzebujemy…
	– Przepraszam panów, już wracam do rzeczy – Łebke pokiwał głową na znak, że absolutnie w tej mierze zgadza się z Gąsiorem. – A więc powiedziałem, że do śmierci z jednej strony jestem przyzwyczajony, a z drugiej, że każda śmierć człowieka działa na mnie jak śmierć człowieka bliskiego. Przeżywam to i oto teraz ma umrzeć mój przyjaciel… 
	Marasa uderzyło, że kolejny rezydent domu przyznaje się do przyjaźni z Bluzińskim.
	– To źle powiedziane: „ma umrzeć” – wtrącił Gąsior. – Ktoś zapowiada, że on zginie, ale sprawa przecież nie jest przesądzona. Proszę nie odbierać nam szans.
	– Tak, ma pan rację. Sam również jestem tego zdania. Szans wam nie odbieram.
	– Powiedział pan, – Maras dmuchnął dymem w przestrzeń – że Bluziński jest pana przyjacielem, a skądinąd wiemy, że wszyscy w tym domu, jak jeden mąż, zwalczają Bluzińskiego, jako nosiciela pewnych idei…?
	– Można być przyjacielem, nie podzielając przekonań tego, kogo darzymy przyjaźnią – próbował wykręcić się Andrzej Łebke.
	– Kalinowski powiedział co innego: że nie oddziela się człowieka od jego poglądów;  że człowiek i poglądy to jedno.
	– Proszę tak serio nie traktować słów Michała. On lubi popisywać się swoim „nieprzejednaniem” w słowach, bowiem jest trochę kabotynem. Ale to w gruncie rzeczy dusza–człowiek.
	– Powiedział, że Bluzińskiego nienawidzi – rzucił Gąsior.
	– O, to typowe dla niego. Mówi coś, mówi, a potem żałuje. Zresztą gdyby naprawdę nienawidził Adama, łatwo mógłby spowodować jego wysiedlenie z tego domu. Co prawda, nie wiem dokładnie, jakby to wyglądało z punktu widzenia prawa mieszkaniowego, ale mógłby na przykład zażądać od Adama takiej opłaty za jego pokoik, że Adama nie było by stać na sprostanie temu. Zresztą… – Łebke zawiesił głos, jakby tego, co chciał teraz powiedzieć, nie był zupełnie pewny – Michał nie bierze od Adama za lokal żadnych pieniędzy.
	– Tak? – zdziwił się Gąsior.
	– Adam ma nieślubne dziecko, na które łoży ze swojej emerytury… Chyba mówił o tym panom?
	– I dlatego pułkownik ze swojej emertury opłaca jego pokój? – Gąsior zawarł nieco ironii w tych słowach. – Przecież zwierzył się nam, że jest tak biedny, iż nie może grać nawet w swoje ulubione konie na Służewcu.
	– Odkąd mieszkam tutaj, choć to dopiero, co prawda, 5 lat, Michał nie gra w konie. Ale oczywiście wiem o tym, że grał.
	– Zaraz, zaraz, policzmy – uniósł palec Gąsior. – Bluziński mówił nam, że od dłuższego czasu ma kochankę młodszą od niego o 20 lat; sam ma jakieś 70. Ile lat w takim razie lat musieli by się znać, by mogła być mowa o takiej sytuacji?
	– Jeśli jego kochanka urodziła mu dziecko mając 40 lat, co jest możliwe, to wystarczyło by na to 10 lat znajmości, więc to wszystko by się zgadzało – szybko zrachował Maras.
	– Zresztą – dodał Andrzej Łebke – Bluzińskiego lubią kobiety. Jeśli nie dziś, to jeszcze niedawno mógł mieć parę kochanek.
	– Dobrze, majorze, jeszcze jedna sprawa. Podobno w czasie waszej nauki w podchorążówce ostro pobiliście się: pan i Bluziński? – Alfred Gąsior zadał to pytanie mimochodem, nie spodziewając się odpowiedzi, która przyniosłaby jakieś rewelacje.
	– Kto się lubi, ten się czubi – znane przysłowie zacytował Łebke. – To zresztą nie była bójka w zwyczajnym sensie. Ćwiczyliśmy boks, bo taki był program zajęć.
	– Zwykłych ćwiczeń nie zapamiętuje się chyba aż tak dokładnie? – nie dał wiary Maras.
	– No, Bluziński to był wtedy prawdziwy zabijaka, a i ja przez parę lat uprawiałem boks w Legii. Byliśmy młodzi. Ambicje tego wieku, chęć wykazania się męstwem…
	– Dobrze – Gąsior uznał, że to wystarczy. – Chciałbym jeszcze wiedzieć, o ile pan pamięta, jakie to sukcesy w sporcie samochodowym odnosili Bluziński, Kalinowski i Kaszaniec.
	– Bluziński – duże. Był raz mistrzem Warszawy. Kalinowski i Kaszaniec zazdrościli mu, ale też nie należeli do najgorszych. O ile pamiętam, w jakimś rajdzie Kaszaniec zajął trzecie miejsce, a Kalinowski czwarte.
	– Na jakich jeździli samochodach? – kolejną trudność wynalazł dla Łebkego porucznik. Andrzej Łebke odpowiedział jednak bez namysłu:
	– Kalinowski na mercedesie, Kaszaniec na renault, Adam na oplu.
	– Czy pamięta pan o jakimś wypadku, do którego doszło na trasie jednego z rajdów, w których uczestniczyli pańscy powinowaci? – dla porządku spytał Gąsior. Łebke tym razem trochę się namyślał.
	– No…, na ten temat wiele nie mogę powiedzieć. Wiem, że w jednym z rajdów, w których uczestniczyli Adam, Michał i Janek, zginęła kobieta, ale udowodniono winę komu innemu.
	– Czy o zamiar zamordowania Bluzińskiego podejrzewa pan któregoś z pańskich współ–domowników? – dość obcesowo rzucił przełożony Marasa. Andrzej Łebke wygoloną potylicę otarł dłonią.
	– Myślałem o tym dzisiejszej nocy – powiedział, a porucznik dojrzał w jego oczach strapienie.
	– Wydaje mi się to nieprawdopodobne. Co prawda, wszyscy tutaj tną Adama za jego egalitaryzm: pragnienie zapewnienia szczęścia szerokiej społeczności kosztem indywidualistów. Mówimy mu, że gdyby na dłuższą metę premiować przeciętniactwo, to zanikłby cały postęp cywilizacyjny człowieka jako gatunku. On wtedy odpowiada, że indywidualiści rzadko bywają prostymi żołnierzami, którzy w wojnach, oko w oko z równie prostym żołnierzem strony przeciwnej, budują zasadniczy zrąb historii Człowieka. Bluziński powiada, że jest sprawą drugiego rzędu, czy taki prosty żołnierz dzierży w dłoni nowoczesny pistolet, czy maczugę; wymysł indywidualisty ze epoki komputerów, czy – z ery narzędzi drewnianych, ponieważ niby, według słów Adama, najbardziej wymyślne narzędzia, jakie kiedykolwiek miał i ma człowiek, są dane każdemu przez biologię, gdyż żaden komputer nie zastąpi mózgu ludzkiego, a żadna broń nie pokona woli zniszczenia i instynktu walki, jakie każdy człowiek ma dane przez biologię. Mówimy, że jednak zwierzęta również mają wolę walki. On wtedy powiada, że człowiek jest także zwierzęciem i jego zadaniem w pierwszym rzędzie pozostaje dbać o zachowanie własnego gatunku, a nie o to, by psuć środowisko produkcją i użytkowaniem kopcących samochodów, fabryk i tak dalej… Jego nie można przekonać. Zawsze wynajdzie jakiś argument na korzyść teorii, którą przyjął za słuszną.
	– Nie sądzi pan, majorze, – zaryzykował Maras – że wśród was może być ktoś, kto silniej niż inni bierze do siebie dyskusyjne przewagi pana Adama? Nikt przecież nie lubi myśli, że w dziedzinie, którą obrał sobie jako swoją specjalność, jest ktoś lepszy niż on. Niektórzy takiej myśli po prostu nie znoszą. Jeśli wśród panów jest ktoś, kto uważa się za znawcę polityki…
	– Wiem, wiem! – uśmiechnął się major Łebke – Jeśli jest dwóch poetów i jeden z nich na polu swojej profesjonalnej działalności niezbicie wykaże się wyższością, to drugi zaraz musi się pocieszyć, że za to lepiej niż ten pierwszy gra na przykład w ping–ponga czy w brydża. Ludzie po prostu zmieniają dyscyplinę, w której czują się zawodnikami. Trudno jednak uważać, że taka ambicjonalność jednostek to coś złego czy śmiesznego; w końcu dążenie, by być najlepszym, pozwala nam wierzyć w siebie jako w istotę przodującą, podczas gdy przodownictwo właśnie jest uzasadnieniem naszego bytu. W innym razie – mordujemy. 
	– Tak – stwierdził Maras. – Ale pan nie odpowiedział mi na pytanie.
	– Czy sądzę, że wśród nas ktoś aż tak bardzo może mieć za złe Adamowi, że nie daje się pokonać w naszych politycznych dyskusjach i że za to chce go fizycznie zniszczyć? Cóż, za siebie oczywiście ręczę. Na pierwszy rzut oka podejrzany może się wydać Krzysio Zaliwski, ponieważ jest on sceptykiem i kiedy znajduje się osoba, która wyłuszcza mu czarno na białym, że coś sensownego można jednak powiedzieć, on zaperza się, obraża, robi groźne miny, złowrogie grymasy, potrafi użyć mocniejszego słowa… Powiem panom, że Adam Bluziński to człowiek, którego w tym domu i lubi się, i nie lubi. Jest jakaś ambiwalencja w naszym stosunku do Adama. Co prawda, nikt inny, tylko on sam, taką ambiwalencję w nas wywołał i wywołuje świadomie, ponieważ wie, że nikt nie lubi być ośmieszany, a on, mimo to, ośmiesza. Ale w codziennym życiu, jest zgodny, miły, elegancki. Co do tego ostatniego słowa, to bym się szczególnie upierał, dlatego, że… Cóż, panowie, my tutaj jesteśmy ludźmi już starymi. Jeszcze nie zniedołężniałymi, ale czułymi na oznaki tej najgorszej okoliczności, jaką niesie starość. Czyjaś elegancja to według nas nie tylko piękno, z którym przyjemniej jest przestawać. To także znamię siły, prężności, młodości, które chcielibyśmy widzieć w sobie i wokół siebie jak najdłużej.
	– Więc pańskie nocne rozmyślania nie przyniosły efektu? – Gąsior zrobił jeszcze jeden wysiłek, by skłonić Andrzeja Łebkego, ażeby ten wrócił do rzeczy.
	– Przyniosły taki efekt, że wiem teraz, iż sprawa jest bardzo złożona i że rzeczywiście jeden z nas, albo i też kilku na spółkę, może myśleć o tym, że Adam Bluziński żyje już za długo.
	– Wiemy, że jest pan bratem domownika tego domu i jako brat tworzy z nim z natury rzeczy parę osób bliskich sobie – rzekł Maras. – Mówił pan przed chwilą, że o zamiarze zbrodni na Bluzińskim może myśleć paru, lub też kilku wspólnie. Czy nie obawia się pan, że powstanie taka myśl, iż wy na to stanowicie wymarzoną parę… właśnie dlatego, że jesteście braćmi?
	– Skoro ja w myślach, rozważając rzecz, na poważnie myślałem, że domniemanym mordercą może być każdy z moich powinowatych? – wzruszył ramionami Andrzej Łebke. – Dlaczego nie? Tyle, że podejrzenia tak się mogą mieć do prawdy, jak pięść do nosa, panowie. Nie wskazuję panom jako tego, kto według mnie może być tą parszywą owcą, żadnego z moich kuzynów nie dlatego, że boję się, iż takim posądzeniem mógłbym któregoś z nich urazić, a tym samym narazić się na jakieś nieprzyjemności z jego strony. Po prostu przemyślałem rzecz gruntownie i w rezultacie wiem mniej, niż wiedziałem przedtem…
	– Marasowi teraz mignął przed oczami urywek wiersza, którego istota sprowadzała się do zdania „coraz więcej myślę, coraz mniej rozumiem”, a stan opisany tym zdaniem według poety miał oznaczać miłość. Czyżby Andrzej Łebke…? Nie, to nie było do pomyślenia, żeby stary wojskowy w tak konserwatywnym otoczeniu, jak to mawiają homoseksualiści, „kochał” domniemanego zdemaskowanego przez siebie mordercę i dlatego nie chciał go wydać, a przy tym nikt z jego otoczenia nie domyślał się nawet owej domniemanej odmienności starego majora. „Takie rzeczy” zdarzają się, co prawda, w najlepszych rodzinach, a często sami „zainteresowani” takiej swojej przypadłości nie widzą powodu się wstydzić, ani zmagać się z nią. Ale Maras nie wyobrażał sobie, by przez lata wspólnego życia choćby lekka skłonność tego typu jednego z rezydentów Kokosowej numer 7 mogła pozostawać niezauważona przez innych. Tym bardziej, że porucznik wiedział, iż homoseksualizm nie jest w tym domu lubiany. Widocznie stan wypowiedziany słowami „coraz więcej myślę, coraz mniej rozumiem” może oznaczać nie tylko miłość. „Może oznaczać także głupotę” – uświadomił sobie Jerzy, po czym przestał o tym myśleć, gdyż prawdopodobnie i cała ta kwestia była z rodzaju niezbyt mądrych. Choć niby skojarzeniom swoim ufał…
	– Jeśli mam już mówić o strachu, to boję się – ciągnął Andrzej Łebke – popaść w jakieś bezsensy. I, powiem panom szczerze, że cieszę się, iż nie do mnie należy prowadzenie tej sprawy. Może nie jest aż tak straszna, ale dotyczy osób, z którymi jestem zżyty. Tak, to będzie chyba najodpowiedniejsze słowo: zżyty. Choć pewnie, sam miewam wiele powodów, by momentami odnosić się do ludzi z tego domu z niechęcią. Do Bluzińskiego? Tak, i wiedzą panowie dlaczego: z powodu jego czynnej obrony poglądów, jakie osobiście zwalczam. Na skalę oczywiście niewielką, ale każdy żyje w skali, na jaką może sobie pozwolić. Innych żalów do Adama nie mam, ponieważ jest to człowiek kulturalny i oddany rodzinie, a także tym, których uzna za przyjaciół. Wobec ludzi, z którymi łączy go tylko „wspólne człowieczeństwo”, – zaśmiał się Łebke – pozostaje życzliwy, poprawny. Myślę zresztą, że to wszystko zdążyli już panowie sami zaobserwować. I jeszcze może tylko jedno: przyznam wam, panowie, że o mojej nieprzespanej dziś nocy zadecydował w jakiejś części pewien wyrzut sumienia; coś, co sobie uświadomiłem w pełni dzisiaj dopiero. Nie chciałem mówić o tym od razu…, to dość wstydliwe.
	– Otóż? – Gąsior zasugerował Łebkemu, by ten do rzeczy przeszedł bezzwłocznie.
	– Otóż pewnego dnia, cztery lata temu, – podjął Łebke – zwyczajów tego domu jeszcze tak dobrze, jakby należało, nie znałem. Ale listonosz, który wówczas przyszedł, już znał mnie i z powodu, że Lasikówna poszła akurat do sklepu, przyjąłem z jego rąk emerytury dla siebie, mego brata i właśnie Adama. Traf chciał, że w momencie, kiedy wypisywałem pokwitowanie dla listonosza, na pieniądze, które miałem w drugim ręku, narobił… gołąb. Część banknotów była zniszczona, duża część. Jak w każdym razie wstydziłbym się suszyć je i dopiero po wysuszeniu wręczyć pieniądze bratu i Adamowi. W Radości mieszkałem dopiero rok, nie byłem jeszcze tak zżyty z ludźmi tutaj, więc… wyrzuciłem zniszczone pieniądze do śmietnika. Powstały brak zamierzałem uzupełnić z własnych oszczędności.
	– A to, co zostało? – rzucił Maras.
	– Niewiele zostało. W każdym razie mój brat i Bluziński dowiedzieli się o tym, co zaszło, i w końcu we trzech przeprowadziliśmy eksplorację naszego śmietnika, znajdując banknoty w stanie jeszcze gorszym. Trochę udało się odzyskać, ale sporą część postanowiliśmy wyrzucić. Jak już mówiłem, chciałem bratu i Adamowi zrekompensować stratę, jaką ponieśli, ale obaj zgodzili się, że był to wypadek losowy i w rezultacie na miesiąc musieliśmy nieco ograniczać swoje potrzeby, choć pozostali trochę pomogli nam. Nie wiem, czy znajdujecie panowie sens w tym, co powiedziałem przed chwilą, ale to męczyło mnie przez znaczną część nocy i…
	– Czy to zdarzenie bardzo poróżniło was? – spytał Gąsior.
	– Przeciwnie, w końcu wszyscy uznaliśmy je za przezabawne! – żywiej przemówił Andrzej Łebke.
	– W taki razie opowiedzenie o nim kładę na karb pańskiego zmęczenia – powiedział Gąsior i wstał. – Jeśli przypomni sobie pan o wydarzeniu, które  r z e c z y w i ś c i e  o czymś mogło zaważyć, proszę zwrócić się do nas jutro. Ponieważ jutro także tu przyjedziemy.
	– No i chyba w poniedziałek – zauważył Andrzej Łebke. – W dzień próby.
	– Oczywiście, panie majorze – dłoń do pożegnalnego uścisku wyciągnął Gąsior. – Na razie jednak dziękujemy panu i do jutra.

–		–		–		–
c.d.n.