PO CO JEST NÓŻ

(część 3)

- O, mój miły, nie mam siły… - usłyszałem słowa nieznanej mi
piosenki czy pieśni, odnosząc jednak wrażenie, że ta erotycznie
śpiewająca dziewczyna improwizuje, i to zarówno tekst jak i
melodię.
- Daj mi wreszcie jakiś znak…
Drgnąłem. Brzmienie tego głosu coś mi przypomina. Ale co?
- Że mnie kochasz tak jak kiedyś…
Mag!!!Mag Żabkowska!!! Nie mam wątpliwości!!!
- Że marzeniem kochasz tak…
Odchrząkuję.
- O, tak! Kocham cię. Bardzo mocno kocham cię.
Kocham cię jak nikt, bo wiem,
Że to właśnie ty jesteś dziewczyną moich dni! - śpiewam z kolei ja usiłując zrobić zgrabny pastisz melodii, którą improwizowała ma przyjaciółka.
- Męczi!!! - wykrzyknęła z radością Mag Żabkowska, której jeszcze
w dalszym ciągu nie widziałem. - Gdzie jesteś?!!
- Idę podkopem! Nic się nie bój! Wredny grubas jest unieszkodliwiony!	
       Usłyszałem teraz taki odgłos, jakby ktoś skoczył na coś miękkiego, a następnie odgłos szybkiego biegnięcia. To musiała być Mag. I ja podbiegłem, przez co niemalże zderzyliśmy się głowami, choć takprawdę powiedziawszy, to nie było to takie złe, bo właściwie to biustami się zderzyliśmy, a wiadomo, że biust Mag (na pewno w przeciwieństwie do mojego) należy do najbardziej miękkich w dotyku i sprężynujących.
- Ach, kochany!	
      Nie ma co. W tym odosobnieniu nabrała Mag przedziwnych skłonności. Wprawdzie od dłuższego już czasu jest moją przyjaciółką, ale nigdy tak ostro nie zabierała się do rzeczy, ani tak z miejsca nie używała aż takich wyrazów. Kochany? To wiele obiecuje. Obcałowywuje mnie z takim zapałem, że naprawdę jestem porządnie speszony i jeśli nawet nie chciałbym jakoś tak taktownie tego przerwać i się z nią na przykład pożegnać, to przeżegnać się(w celu przegonienia nieczystych myśli, myśli, jak to się mówi, grzesznych) od czasu do czasu przecież chciałbym. No, może nie chciałbym, ale trochę dręczy mnie sumienie, nawołujące jak zwykle do wstrzemięźliwości.
- Ale, Męczi! Chodź do mnie! Nie będziemy się przecież całowali
na stojąco!	
      Nie wiem dlaczego niby nie mamy się całować na stojąco, podejrzewam coś niedobrego, ale będąc speszony i w dodatku widząc jej rozpromienioną jasną buzię stękam niepewnie:
- No… dobrze.	
      Bierze mnie za rękę i pociąga za sobą, co chwila się obracając, żeby na mnie spojrzeć, choć w tej przeklętej ciemni tyle chyba zobaczy, co nic, jeśli nie mniej. Ciągnąc mnie pląsa, podskakuje to na jednej nodze, to na drugiej, zupełnie jak dziewczynka, która ciągnie dawno niewidzianego tatusia na jeszcze dawniej obiecane lody. Wreszcie jesteśmy w pionowym, podobnym do „mojego”, szybie prowadzącym do góry. Podsadzam Mag (a trzeba powiedzieć, że nie jest ona tym razem ubrana w spodnie, ma na sobie coś pośredniego między suknią a nocną koszulą) i, choćbym nie chciał, muszę patrzeć na jej wspaniale uformowane nogi, których mięsistość pokryta w dodatku idealnie gładką, porośniętą drobniutkimi rzadkimi włoskami, doskonale opaloną (mamy koniec lata), i to jeszcze bezwonną, a jeśli wonną, to raczej pach, niż cuch-nącą skórą, których to mięsistość jest właśnie tak przepojona duchowymi artystycznymi wartościami, że niemal wyskakuję ze swojej skóry dzięki temu widokowi, i to zarówno w przenośni jak i dosłownie. Wydaje mi się, że jednak jakieś majtki to ona pod tą koszulą ma, że te majtki są białe i bardzo przylegające. Staram się pohamować ciekawość, bo wiadomo, już Indianie to powiedzieli, że ciekawość jest cechą kobiet, a kobietą to ja w tej chwili nie czuję się zupełnie. A jeśli ona nie ma majtek, i ta białość wokół bioder jest po prostu nieopaloną (z wiadomych względów) nagością?... Wolę jednak o tym nie myśleć. Podsadzam Mag do góry, ona staje na mych barkach i ze zdumiewającą jak na kobietę zręcznością wdrapuje się wyżej, przełażąc przez krawędź otworu na podłogę swej celi, do której i mnie za chwilę trzeba będzie się pofatygować. No tak, pomyślała i o tym. Rzuca mi zwinięte w taki jakby rulon prześcieradło, jak linę, wdrapuję się do jej apartamentu zupełnie bez większych kłopotów, prawie bezwysiłkowo.
- Męczi - mówi Mag i patrzy na mnie tak jakoś dziwnie, bo dwoje ludzi jak się znajdzie sam na sam, bez żadnych świadków czy
przyzwoitek, to niestety, ale trochę czuje się zawsze niepewnie, by nie powiedzieć nieswojo. To jest zupełnie, ale to zupełnie co
innego niż spotkać dziewczynę w kinie, czy nawet w teatrze o
niekompletnej frekwencji. Zakochani podobno (zresztą sam byłem nie raz zakochany i mogę to potwierdzić) będąc z sobą zapominają
wprawdzie o bożym świecie i widzą tylko siebie, ale teraz to
jednak co innego mamy. Jesteśmy świadomi tego, że możemy zrobić
wszystko, po prostu wszystko, a żaden milicjant czy zakonnica nie
syknie ostrzegawczo, że jeszcze chwila, a doczekamy się linczu, bo nasze zachowanie obraża moralność i gorszy dzieci, które nie
wiedząc, co jest grane, dostaną zaraz pomieszania zmysłów. Żaden
milicjant na nas nie syknie, nie poprosi o dowód (którego prawdę
mówiąc nie zdążyłem jeszcze wyrobić), bo po prostu żadnego
milicjanta nie ma w pobliżu, nie ma go w zasięgu ani wzroku, ani
słuchu, nie mówiąc już o powonieniu, to znaczy ledwo wspominając.
- Męczi - mówi więc Mag i w oczach ma wesołe ogniki, takie urocze
wdzięczne rozigranie. Czuję, że krew burzy się we mnie jak piwo w
kuflu, to jest piana w piwie, i patrzę na nią prawdopodobnie z
pożądaniem, bo cóż innego być to może. Tymczasem ona,
wybuchłszy figlarnym erotycznym śmieszkiem, pociąga mnie za rękaw, w wyniku czego tracę równowagę i przewracam się na nią. A więc wylądowaliśmy już na pryczy, już czuję pod własną chudą jak u boćka piersią pierś mej najwspanialszej szkolnej koleżanki, już
całujemy się z całych sił, całą dostępną nam energią, której
rezerwy odebraliśmy czynności stania, na co też trochę tej
energii iść przecież musiało. „Nie będziemy się przecież
całowali na stojąco!”, och, nie przypuszczałem, że Mag do
wszystkiego podchodzi tak…naukowo.	
      Całujemy się całym ciałem, niemal scalamy się w pocałunku, który, by tak powiedzieć, rozgrywa się na całej długości naszych ciał, bo i nogi splecione jak warkocz trą o siebie wywołując niesamowicie rozkoszne dreszcze skórne, i brzuch na brzuch naciska zwijając się i rozcierając, i dłonie spletliśmy, jak najbardziej typowi reprezentatywni kochankowie doby sputników. I usta, dużo, dużo śliny o smaku niewysłowionej słodyczy, czasem lekkiego kwasu, śliny czystej acz nieco jakby zawiesistej, śliny, która pozwala na lepsze prowadzenie warg po policzku, jako że zmniejsza tarcie. Jej oczy (oczy Mag, nie śliny) są z reguły zawarte, widzę piękne, doskonale foremne powieki na wielkich wypukłych pestkach dyni, choć Mag swe oczy w niektórych, bardziej „drastycznych” momentach przecież otwiera z wyrazem błękitnego wręcz szafirowego rozmarzenia, a czasem w taki sposób, jakby chciała powiedzieć „och, świntuch!”, czasem znów z takim jakby przyzwalającym wyrzutem, że jak musisz, to rób to, ale lepiej nie tak mocno, bo mi się biust przecież zdefasonuje. Wijemy się na szerokiej pryczy, skrzeczy sucha słoma, przewracamy się z boku na bok drugi, to ja ugniatam Mag, to sam jestem przez moją piękną przyjaciółkę ugniatany. To ja jestem dla niej rozkosznym ciężarem, to znów ona w ten rozkoszny ciężar się zamienia i ugniata mnie z kolei. Wywołuje to w nas takie dreszcze, które czujemy nie tylko we własnych ciałach. To znaczy jest tak, że Mag czasem zadrży, przebiegnie przez nią jakiś prąd, który dla mnie jest pieszczotą, z jej strony wprawdzie niezamierzoną, ale tym silniej pożądaną. Wreszcie Mag, leżąc na mnie, wspiera się na dłoniach i wykonuje ciałem taki ruch jakby pływała…żabką. W rezultacie przejeżdża piersiami po całej długości mego tułowia, czochra się swym biustem o mój brzuch aż po (moją) szyję, co każe mi sądzić, że chce po prostu ta rozkoszna dziewczyna wywlec te swoje wspaniałe krągłości, te swoje - mówiąc metaforycznie - melony kokosowe z dotąd szczelnie zapiętej w tym miejscu sukni. Nie tylko sukni, ona ma jeszcze pod tym biustonosz. Och, co to będzie za wspaniałe uwolnienie!... Już niemal dyszę, zadziwiająco, może nawet nieprzystojnie jękliwe są moje westchnienia, jęczę po prostu jak młody szczeniak, który po raz pierwszy w życiu zobaczył dojrzałą sukę, a ona jeszcze łasi się do niego podsuwając mu pod nos najbardziej niesamowite kąski, części ciała, wobec których nawet zniedołężniały staruch nie umie zachować zupełnej obojętności. Najpierw opada (jako najbardziej luźna) suknia. Już widzę wszystko, co dziewczyna pokazuje na plaży, już nawet stanik lekko się zsunął, odsłaniając mlecznie białą skórę na przedziwnie miękkiej i jakby parującej, czy raczej drżącej, okrągłości. Już widzę nieco więcej, niż to jest dozwolone dla oczu niepełnego osiemnastolatka, już cały jestem sprężony i spocony, już chudnę do tego stopnia, że szaty same spadają ze mnie i odsłaniają me może jeszcze bardziej opalone od Magowego ciało szczupłego młodzieńca, o muskułach małych, ale twardych jak żabie łydki. Tymczasem biust Mag wyswabadza się zupełnie z krępującego go dotąd stanika, jest obrany jak pozbawiona skóry pomarańcza. Jak dwie ciężkie krople, które już-już mają kapnąć, staje się mniej kulisty, bardziej wrzecionowaty, chociaż dwa wielkie o barwie stonowanego brązu wrzody sutek tę jego krągłość jak gdyby zatrzymują.
- Och, Mag!...	
      Przywieram do niej z całych sił, czuję na piersi miękki ciepły ciężar, który, nieco rozpłaszczając się daje szczęście większej powierzchni mej rozdygotanej skóry. Przypadkowo zerkam w kierunku nóg i z niemym przerażeniem konstatuję, że jesteśmy zupełnie nadzy. Widzę kunsztownie zarysowany kant bioder mej- można już tak powiedzieć - oblubienicy, a w nim wnękę z zawartością wypukłości wulkanicznej. Jej nagie nogi, które właściwie widziałem już wcześniej (przy okazji na przykład jak pokazywała mi na sobie swój nowy plażowy komplet) dzięki powiększeniu nagości o biodra i w ogóle to wszystko, nabierają jakiejś nowej wartości, dopiero teraz stają się w pełni zrozumiałe jako całkowita artystyczna bryła, jako rzeźba, której już nie przesłaniają żadne bezsensowne opaski. A Mag całuje mnie ustami po całym ciele. Po każdym takim pocałunku ciało me porusza gwałtowny wstrząs, już nie wiem, co mam robić, tak jestem rozdygotany i rozgorączkowany. Skóra Mag (czuję tylko zapach jej skóry) pachnie teraz, dopiero teraz, jak te niektóre kwiaty, co pachnąć zaczynają dopiero nocą, więc zachłystuję się jej zapachem, oddycham zupełnie tak, jakbym szlochał, i przeżywam najpiękniejszy kwadrans swojego życia. Czuję jak Mag wgryza się we mnie, jak z piekielną jadowitością przeżuwa coś mojego, próbuje przełknąć. Jestem naprawdę bardzo, wprost potwornie szczęśliwy, lecz porzucam jej piersi, które tymczasem próbowałem (bezskutecznie) objąć ustami i wyrywam się dziewczynie, już nie mogę pozwolić na to, by tak bezkarnie czerpała ze mnie soki życia. Ona się opiera, próbuje pozostać przy swojej zabawce; silna klacz, lecz obezwładniam ją prędko i znowu ręce są dla rąk, nogi dla nóg, a usta dla ust. I nagle jakiś raptowny dreszcz, jakieś przykurczenie jej nóg, spotężniała nagle siła ucisku objęcia, chwyta mnie za gardło, ale tak właśnie jakby całe ciało było gardłem. Czuję się nieważki, jak kosmonauta, i wiem, że na ziemi znalazłem międzygwiezdną przestrzeń.	
      Było już po wszystkim. Jakoś dziwnie wystygliśmy, zespokojnieliśmy, nic nam właściwie nie chciało się robić, nie mówiąc już o wstaniu i zrobieniu herbaty, która, prawdę mówiąc, bardzo by nam się teraz przydała. Nadal panowała nad nami aura niezwykła, czuliśmy się tak, jakbyśmy odkryli przed chwilą jakiś nowy kontynent, ale byliśmy w jakiś dziwny sposób zmęczeni i, po
dokonaniu tego wielkiego w sumie dzieła, pragnęliśmy chwili
odpoczynku, oddechu przy spokojnym nieruchomym leżeniu, patrzenia
rozszerzonymi jeszcze oczyma w ten sufit toporny z grubych dębowych bel. 
	Gdy tak leżeliśmy, jeśli się pieszcząc to tylko dłonią i to bardzo delikatnie, gdy trochę po ty, było nie było, wysiłku
odsapnęliśmy, zaproponowałem Mag, że pokażę jej coś ciekawego.
- A co może być ciekawszego nad to, co już właśnie przed chwilą
widziałam? - odparła ze śmiechem.
- Na przykład morderca - szepnąłem.	
      Zrobiła takie oczy, jakby nie wiedziała, o co mi chodzi, ale posłusznie wstała, gdy ją trochę uniosłem.	
      Wolno podeszliśmy do krawędzi przerębla w podłodze, po czym
zeskoczyliśmy na dno szybu, trzymając się za ręce, jako nadal
przecież zakochani.
      Dopiero w ciemnym uprzednio poziomym korytarzu przekonałem się, że czas jednak upływa, bo acz szarawo, było tu teraz widno. Nie noszę zegarka, odkąd go zgubiłem, ale przypuszczam, że musiało być teraz albo wręcz południe, albo bardzo już niedaleko do południa.
- A, ten grubas! - powiedziała Mag na widok siedzącego z podkurczonymi nogami (przez te, pamiętacie? poczwórne kajdanki) brzuchacza, który z miną wściekłą, powiedziałbym nawet: nienawistną witał nasze przybycie. Jednak spojrzawszy po raz drugi na Mag, jakby sobie coś uprzytamniając, jego lica wyraźnie się rozpogodziły.
- Witam panią, Magdaleno.	
      Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jeśli ten brutal wbił kiedyś swój złoty o rękojeści z rogu jelenia nóż w okolice serca Mag, to powinienem to zauważyć(ranę) przy całowaniu. Ale wtedy jakoś nie zwróciłem na to uwagi, do diabła, jak w tym zawodzie pisarza trzeba uważać!	
      Mag jednak ani myślała odpowiadać łysemu blondasowi, więc trochę skapcaniał i skonfudowany odezwał się do mnie:
- Witam, Remodasie, i pozwól, że wypowiem całą ogromną gorycz
pokonanego siłacza, który jęczy teraz okuty w kajdany, produkcji
nota bene japońskiej.	
      To mówiąc, czy raczej to powiedziawszy, kiwnął głową, jakby sam sobie dziękował za orację.
- Okuty w kajdany - podjął - a przecież to ty, nie ja miałeś teraz w tych kajdanach jęczeć i skomleć o przebaczenie. Przecież to ty, nie ja, Remodasie, miałeś teraz zabiegać o litość zwycięzcy, korzyć się przed nim i podawać w celu wzbudzenia w nim tego uczucia, jakim jest wzruszenie, najbardziej wstrząsające fakty ze swego życiorysu.	
      Grubas siedzi, znajduje się w pozycji żałosnej, zdecydowanie mało reprezentacyjnej, ale mimo to, z każdym wypowiedzianym słowem staje się w mych oczach bardziej piękny, wzniosły, nieomal posągowy. Mówi głosem jakby namaszczonym, prawie mistycznym, przypomina w swej wymowie dawnych dumnych proroków, którzy nie zapominali języka w gębie nawet wtedy, gdy łamano ich kołami, nawet wtedy, gdy kazano im lizać z ziemi kał zwierzęcy i, co gorsza, ludzki, bo jak nie zliżą, to już nigdy niczego nie będą mogli zlizywać, jako że język im się utnie, a wiadomo, że to najstraszniejsza groźba dla mówcy. Jednak o ile forma podoba mi się tych jego słówek, o tyle treść zdecydowanie nie. Mówię ostro:
- Zdaje się, że nie w kajdanach miałem leżeć, a z nożem w pierś
wbitym skonać, bydlaku. Tak, bydlaku! - wznoszę głos, bo widzę, że grubas chce coś odpowiedzieć. - Tylko bydło wsadza nóż w piersi śpiącemu bez słowa wyjaśnienia!
- Bydło zabija raczej rogami…
- Milcz! - mówię. - I tłumacz się ze swego zamierzonego na szczęście tylko postępku, bo jeśli zamierzasz teraz bajdurzyć jakieś mącące umysł banialuki, to znam odpowiednie tortury! 
- Och, Remodasie! Nie wiesz, jak głęboko krzywdzisz swymi słowami
człowieka prawdziwie szlachetnego, o moralności nawet namiastką
nie poszlakowanej czegoś niezgodnego z przepisami!...
- Milcz, morderco! Mów wszystko od początku i nie próbuj się przed nami wybielać!	
      Łysy westchnął.
- A więc… dobrze. Byłeś, Remodasie, nie jedyną, nie jedną tylko
przyczyną mojego nieszczęścia. Przyczyny były dwie i zapewne
domyślasz się drugiej. Jest nią jeszcze pani Magdalena Żabkowska,
którą znasz chyba lepiej ode mnie i, której nazwiska nie muszę
nawet wymieniać, bo wystarczy, że wskażę palcem… Ale
przepraszam. Ty nie znasz jeszcze mojego nazwiska. Jestem… Aliged
Lartus, do usług.
- Bardzo mi przyjemnie - mówię machinalnie i w celu zatarcia tej gafy wulgarnie zaraz spluwam tuż pod nogi łysego, który podał mi swoje nazwisko, ale którego chyba w dalszym ciągu będę nazywał jednak po prostu grubasem, gdyż po prostu to bardziej go określa.	
      Łysy siedział w kucki, jak na to pozwalały mu kajdany, ale naraz przybrał taka pozę, że tych kajdanków zupełnie nie było widać. Można by pomyśleć, że usiadł, bo zmęczony; że usiadł tak po prostu, zwyczajnie, dla fantazji; że czuje się swobodnie siedząc tak, gdy oczy wbił nieruchomo w jeden punkt i mówi swym wyraźnym, lekko flegmiastym głosem o zabarwieniu, jak już powiedziałem, mistycznym, o prawdzie swego życia, którą zwierza najbliższym przyjaciołom.
- Od dawien dawna, od czasu, gdym ledwie portek zębami podtrzymywać nie musiał, kiełkowało we mnie coś, jakby myśl czy ogień. Nie wiedziałem, bo skąd, cóż to być może, ale czułem, że coś wielkiego i dobrego. Podsycałem to coś, starałem się temu czemuś dać najlepsze warunki rozwoju, i to nie czasem tylko, ale zawsze: w kompletnym hałasie, w absolutnej ciszy, w gamie szmerów pośrednich, lecz przede wszystkim w czasie snu. Nazywano mnie leniuchem - w tym momencie Lartus gorzko się zaśmiał.- Czy to po to, by zatchnąć moją inność? Czy to po to, by wrócić mnie takiemu stanowi, w którym będę całkowicie podległy zwykłym kategoriom? Czy to po to, by zlikwidować moją wyjątkowość, która niweczy inne?
- Nie wiem - mówię.	
      Lecz Lartus jakby nie usłyszał mego wtrącenia.
- A ja czekałem! Czekałem na to, co od tak dawna we mnie się
zapowiadało! Czekałem znaku, który da mi wyjaśnienie, o co chodzi
w tym narastającym we mnie zjawisku! Który dokładnie mi powie,
jakie siły wspomagałem przez lata, jakiej idei przyjdzie mi służyć, gdy się przebudzę!	
      Westchnął, po czym jakby nabrał nowych sił i z nowym ożywieniem ciągnął:
- I doczekałem się!... Pewnej nocy złapał mnie sen tak mocny, że
nigdy tego słowo nie odda; zwolna stawałem się kamieniem, cała
moja istota przeradzała się w twarde nieczułe alabastry.
Wiedziałem, że to właśnie jest znakiem! Że właśnie teraz ta
walka, walka ze skamienieniem da mi odpowiedź na wszystkie pytania, albo… zabierze wszystko. Wprawiłem się w ruch, poruszałem wszystkimi muskułami, zginałem każdy staw; to może na zewnątrz wyglądało nawet śmiesznie, było podobne do tańca, w łożu, pod kołdrą. Każdy manewr, choćby najlżejszy ruch palcem, nosem, powieką - sprawiał niesamowity potworny ból, ale wiedziałem, że ból jest życiem i, że przez ból ucieknę skamienieniu, które jest bezbolesnym cierpieniem, ale bezpowrotnym. I wygrałem! Wygrałem zapowiedź drugiego mózgu! Daną mi przez boginię snu o włosach z ognia, o ciele z kamienia, ale właśnie z żywego kamienia, która widziała moje zmaganie i, która przez to doceniła moje potrzeby posiadania czegoś niespotykanego w skali kosmicznej, bo drugich mózgów w całym w ogóle wszechświecie poza moim będzie bardzo, bardzo mało.
- Więc ty jeszcze nie masz drugiego mózgu? - mówię już znacznie
spokojniej.	
      Lartus kręci przecząco głową, co ma chyba oznaczać, że jeszcze nie.
- Więc, Aligedzie, świadomi swojej wyjątkowości w kosmosie pogódźmy się jakoś i nabierzmy wzajemnego zaufania, które bierze się zwykle z dyskusji, po czym połączmy się i obróćmy przeciw temu pozostałemu, co mniej godne od nas.
- Mylisz się, Remodasie - syczy z jadowitą satysfakcją Lartus - bowiem nie masz już drugiego mózgu, który zdążył się już rozpłynąć na cztery, czy na siedem wiatrów, i tylko pani Magdalena Żabkowska ma go jeszcze. Właściwie to nawet dobrze się stało, że nie zdołałem pozbawić jej go, bo to miła dziewczyna i mogę się z nią ożenić, podczas gdy ty…	
      Naraz słowa nienawistnego grubasa przestają mnie bawić i w ogóle obchodzić. Ja nie mam już drugiego mózgu? Tej wyjątkowej, do dużego stopnia nawet nierozdzielnej ze mną części ciała? Nie mam już tego namacalnego choć niewidzialnego atrybutu własnej
niezwykłości, któremu byłem ojcem i … stwórcą?	
      Poliki me nabiegają parzącą parującą czerwienią, jeszcze się łudzę, jeszcze próbuję nie wierzyć w to, co powiedział mi ten olbrzym o głowie karła, ten dostojny a przecież tak pokraczny Aliged Lartus.
- Kłamiesz!!! - mówię mocno, z wyrzutem, który brzmi teraz jak
obelga.
- Och, Remodasie!... Męczysławie! Nie krzywdź biednego czciciela
prawdy! Ja kłamać wprawdzie umiem, ale nie robię tego nigdy - dla
powodów, które tobie wydadzą się może mało istotne lub w ogóle
błahe: dla czystości sumienia i dla wstrętu, który żywię do
bałamuctw. Męczysławie, przeproś mnie za obrazę, wycofaj
krzywdzące słowo, bo inaczej duszę twą sępy rozdziobią, gdy
wieczór nadejdzie, a szakale i hieny dokończą dzieła zniszczenia,
gdy noc stopi biel z czernią i seledynem…	
      W gniewie, w kolosalnej niepewności nie znajduję słów, by
odpowiedzieć łysemu na jego absurdalną prośbę (i groźbę); co
więcej: nie chcę do niego się odzywać, ale złość wyładować
muszę, muszę przede wszystkim poznać faktyczny stan mania się
rzeczy, muszę wiedzieć, czy jego straszliwe oświadczenie o
nieistnieniu mego drugiego mózgu jest prawdą! 
- Mózgu! Drugi mój mózgu! Odezwij się! Czy jesteś, czy mam dać
wiarę temu oto spoconemu grubasowi i uznać cię za niebytnego?
      Po chwili w suchej trzeszczącej ciszy daje się słyszeć głos mego drugiego mózgu, ale taki jakiś bardzo cichy, bardzo wątły, niemal agonalny.
- To prawie prawda. Nie wiem przez co, ale istotnie czuję się coraz słabszy i… konam. Ostatnie tchnienie przeznaczam na wyłuszczenie ci mojej podobnie jak ono ostatniej woli: pomścij śmierć moją, Remodasie! I bądź szczęśliwy… Żegnaj.	
      Oczy trysnęły mi łzami, wzruszenie ścisnęło za gardło jak pętla szubienic i nie pozwoliło na nic poza nim samym. Och, jeśli
życzeniem i wolą konającego jest to, żebym był szczęśliwy, to
jak szczęśliwym być nie mam? Muszę być szczęśliwy, gdyż wola
umarłych (tak, mózgu w tej chwili już nie mam!) jest czymś więcej
nawet niż wola nieśmiertelnych.
- Podły! - mówię. - Jak to zrobiłeś, że mózg mój drugi tak
absurdalnie i niespodzianie znalazł się poza światami?!	
      Patrzę na grubego Lartusa, który po ostatniej scenie jakby zmiękł, jakby błąd swój wreszcie zrozumiał; patrzę też kątem oka na Mag, bezradnie rozkładającą ręce na widok moich oczu, patrzącą na skrępowanego, a mimo to do końca bezczelnego, sprawcę naszych
kłopotów z wyrazem nawet nie maskowanej pogardy.
- Nie! - mówi Mag podniesionym tonem, agresywnym głosem, jakiego nigdy z jej ust przedtem nie słyszałem. - Powiedz najpierw, dlaczego chciałeś nas zabić!
- I dlaczego strzelałeś do mnie z zabawki! Z akustycznego straszaka, jeśli istotnie chciałeś zdobyć się na tak „odważny” czyn!	
      Lartus chce wykonać taki ruch ramionami, jakby chciał nimi wzruszyć, na co na szczęście nie pozwalają mu kajdanki „produkcji nota bene japońskiej”. Zgrzyta zębami.
- Mój karabin nie jest, Remodasie, akustyczny. To znaczy nie jest j e d y n i e akustyczny. Gdyby miał być takim, nie wytrzymałbyś
zapewne jego jazgotu. Mój karabin strzela kulami, które są
niewidzialne, przez co szkodliwe dla drugich mózgów, jako że
drugie mózgi także są niewidzialne, co zresztą wiesz lepiej ode
mnie.	
      Przekleństwo! A ja kazałem memu mózgowi dreptać nad krawędzią i udawać jęki! Teraz już wiem, że mózg nie udawał. A więc można powiedzieć, że niejako sam przyczyniłem się do jego zguby, że wysłałem go na pewną śmierć!
- Informuję, - odezwał się znowu Lartus - że możesz pomścić
zniknięcie swego drugiego mózgu, gdyż właśnie teraz oto wyzywam
cię na pojedynek pięściarski, dwunastorundowy, o honor, a także o
rękę obecnej tu panny Magdaleny Żabkowskiej, która mam nadzieję,
że nie poczuje wstrętu do mojej łysej głowy.
- Takiś pewny zwycięstwa, bezczelu! Gdybym chciał się na tobie
mścić, to zrobiłbym to, nie zdejmując ci kajdanek! Domagasz się
rzeczy absurdalnej.
- O, widzę, że mój przyjaciel Męczysław poczuł tak zwaną
cykorię!
- Nie boję się zupełnie! - mówię z nienawiścią. - Ale istnieje
możliwość, że gdy otworzę kajdanki, ty najzwyczajniej w świecie
się sprężysz i czmychniesz, a muszę cię przecież oddać w ręce
władz za to wszystko, co zrobiłeś.
- Daję ci kawalerski parol, że nie czmychnę - zaprzecza gorliwie
Lartus.
- A więc dobrze! Chciałeś walki, będziesz miał walkę. Tylko potem
nie miej pretensji, że organizatorzy - mówię to słowo ze zjadliwą, naprawdę zjadliwą ironią - nie zatroszczyli się o zapewnienie opieki lekarskiej na wypadek k o n t u z j i któregoś z zawodników.	
      Mag już chce protestować, bo widzi rażącą dysproporcję pomiędzy moją a Lartusową posturą, po prostu Lartus przewyższa mnie o głowę i pół, nie mówiąc o tym, że jest ode mnie trzy razy
szerszy; boi się Mag, że Lartus zrówna mnie z deskami ringu
pierwszym ciosem, ale ja daję jej uspokajające znaki ręką, żeby
się nie bała, bo wielu było takich, co podskakiwali, a teraz leżą
w szpitalach i modlą się, by chirurgom nie zadrżała ręka przy
cerowaniu im nosów.	
      Tak naprawdę, to jednak w pełni podzielam pogląd i w ogóle obawy Mag o wynik tego pojedynku. Lartus jest na pewno o wiele ode mnie silniejszy. Jeśli na coś liczę w tej walce, to tylko na swoją szybkość i umiejętności taktyczno-techniczne.	
      Lartusa już wyzuliśmy z kajdanek, już zdążył rozprostować swe potężne kości, już parę zrobił gimnastycznych rozmachów.
- A więc przejdźmy do wytyczenia ringu - mówi grubas, pociesznie
podskakując to na jednej nodze, to na drugiej.
- Tu jest za mało miejsca - sprzeciwia się energicznie Mag, która
pewnie myśli, że walka z mojej strony będzie się sprowadzała
wyłącznie do robienia nieustannych zwodów czy uników, do czego
przydałaby się większa przestrzeń. - Przejdziemy na górę, do
celi Męcziego.	
      Lartus balansuje swym barczystym tułowiem, robi kółka głową.
- Mi to obojętne.	
      Włazimy więc na górę, przy czym największe kłopoty z osiągnięciem tego celu ma nie kto inny tylko oczywiście grubas, a gdy już jesteśmy na tej górze, Lartus znowu swoje, że trzeba wytyczyć ring.	
      Ale i tu Mag umie się znaleźć. Przekonuje i przekonuje, aż w końcu Lartus się zgadza (ja oczywiście też), że cała komórka będzie ringiem, a sama Mag - sędzią ringowym, a na wypadek wyrównanej walki także punktowym, to jest, że ogłosi werdykt, który sama ustali. Do jej obowiązków należeć będzie też ostrzeganie zawodników, gdy niebezpiecznie zbliżą się do wyrwy w podłodze, aby który nie wpadł i nie spadł.	
      Rozbieramy się do połowy, gruby Lartus zdjął nawet spodnie, ukazując swe muskularne kiełbasy już nie tylko owłosionych, ale wprost prze-włosionych nóg; promienie słoneczne z tego małego okienka pod sufitem ślizgają się po naszych obnażonych torsach, z których mój jest bardziej opalony, ale niestety Lartusa jest bardziej w sumie umięśniony mimo nawet tego tłuszczu. Ale to bydlak! W garniturze prezentował się o wiele bardziej niegroźnie.	
      Mag uderza jakimś patykiem w wydobytą skądś patelnię (zupełnie nie umiem wyjaśnić, skąd to się tutaj wzięło) i walkę możemy uznać za rozpoczętą.	
      Podejmuję świdrujące oczka grubasa, który przybrał pozę takiego jakby może trochę nadmiernego skupienia: skacze drobnymi kroczkami to w prawo, to w lewo, cały skurczył się w sobie, jeszcze przez to wyokrąglał, przywarł bicepsami i częścią przedramion do tułowia, tylko młotki pięści wystają z całego owalu. Ja również jestem skupiony, zaciśnięcie pięści i ułożenie rąk oraz korpusu zgodnie z wszelkimi kanonami nowoczesnego boksu spowodowało wyraźne zarysowanie barków, a także mięśni za pachami, tych modelujących sylwetkę.	
      Lartus jest przyzwyczajony, robi groźne miny, łypie swymi przekrwionymi białkami o niebieskich (mętnie niebieskich) tęczówkach, jakby chciał mnie zaraz zabić, ale ciosu jeszcze nie zadał. O, teraz! Szykuje zamachowy na szczękę! Jakie szczęście, że to w porę spostrzegłem. Przechodzę dwa kroki w lewo, a łysy pruje ciosem powietrze, nadziewając się na moją kontrę z prawej w żołądek. W ułamku sekundy jakby sprawdza, co z tym brzuchem, czy może chce rozmasować go sobie, bo co jak co, ale cios jak mi wyjdzie, to jednak nie ma żartów, ale sprowadzając rękę do brzucha odsłania oczywiście lewą część twarzy, co wykorzystuję na zadanie lewego sierpa. Nie ma co! Ten cios go trochę zamroczył! Wiem jednak, że to dopiero początek walki, że nie mogę się jeszcze cieszyć, bo tymi dwoma celnymi ciosami właściwie tylko rozwścieczyłem łysego olbrzyma, który zrywa się teraz do huraganowego wprost ataku.	
      Wy to możecie być spokojni, że Lartus w tej walce mnie nie zabił, bo inaczej, jak później bym zdążył i w ogóle zdołał ją opisać, ale ja przypominając sobie teraz poszczególne akcje cały jestem spocony i rozdygotany; zachodzę w głowę, jak to się mogło stać, że dwukrotnie cięższy i przynajmniej półkrotnie silniejszy ode mnie Lartus nie zmiótł mnie na zawsze z tego świata, który jaki jest taki jest, ale jest, w przeciwieństwie do śmierci, której nie ma, przez co właśnie taka ona jest straszna.	
      Więc Lartus rzuca się do huraganowego ataku, bije całymi seriami szerokich haków, wprawdzie wyraźnie sygnalizowanych, ale tak licznych, że niejeden by się nie połapał i połowę przyjął.
Zasłaniam się chyba dość umiejętnie, schodzę z linii ciosu,
wywijam się, jak umiem, a on gna za mną jak rozpędzony parowóz za
drezyną, jak byk za pastuchem, który to pastuch zaganiając swego
podopiecznego do zagrody nieopatrznie smagnął go batem po
genitaliach. Ciągle się cofam, uskakuję, ale udaje mi się mimo to
wyprowadzić parę prostych na nos łysego, które trochę go
powstrzymują. W końcu łysy, zmęczony zadaniem tylu (przeważnie
chybionych) ciosów zaprzestaje ataku i przechodzi do walki
pozycyjnej. Na to tylko czekam. Wiedząc, że właśnie teraz jest
najbardziej zmęczony, a co za tym idzie: właśnie teraz ma
zmniejszoną odporność na inkasowanie ciosów, z kolei ja
przechodzę do ataku: zadaję krótką serię w półdystansie, gdzie
prawdę mówiąc czuję się najlepiej, jeśli o boks chodzi, i łysy
będzie liczony. Nie! Ustał! A to ci dopiero! Ponawiam atak, zadaję ze dwa trzy, bite z maksymalną precyzją ciosy na korpus, potem poprawiam jeszcze podbródkowym i dopiero teraz. W przelocie widzę uśmiechniętą Mag, która patrzy na mnie z wyrazem niekłamanego podziwu, a potem to, że łysy pada, a właściwie siada, to znaczy pada na tyłek pośrodku ringu i wstrząsa głową, jakby dostał drgawek.	
      Mag liczy, trzeba to przyznać obiektywnie, trochę za szybko, ale i tak na „siedem” łysy jest gotów do dalszej walki, przyjął postawę i patrzy na mnie spode łba zupełnie tak samo, jakby chciał powiedzieć, że skończyła się zabawa.	
      Tak, tak, jeśli chodzi o żarty, to tu już nie ma żartów! Myślę o tym, żeby walkę zakończyć przed czasem za wszelką cenę, za cenę największego nawet wysiłku, bo w miarę upływu rund Lartus, jako znacznie silniejszy, a przede wszystkim dzięki temu, że pojemność płuc ma ode mnie znacznie większą, o ile nawet nie skruszy mojej przewagi dozwolonymi środkami, to na pewno będzie coraz wścieklejszy i zabije mnie ciosem poniżej pasa. Ale teraz niestety mamy gong, odpocznie sobie, a mnie, jak na ironię, odpoczynek teraz właściwie to nie jest wcale potrzebny.	
      Siedzimy obaj na pryczy, blisko, obok siebie, Lartus ciężko dyszy, choć widać, jak bardzo nie chce okazać zmęczenia. Ja też trochę dyszę, też łapię powietrze ustami jak przysłowiowa ryba, ale gdzie tu porównywać. Dosyć! Nie ma teraz czasu na refleksje.
Trzeba pomyśleć nad planem taktycznym dalszej walki.	
      Tego planu nawet nie będę wam zdradzał, za bardzo po prostu mimo wszystko jestem zziajany, powiem tylko, że Mag znacznie po tej pierwszej rundzie się uspokoiła, że patrzy w przyszłość już
nie z takimi obawami jak na początku, że zaczyna mnie doceniać
jako mężczyznę, nie tylko jako chłopca, z którym całować się
można, ale po którym raczej nie można się spodziewać tego, że w
razie gorącej sytuacji strzeli w ryj jakiemuś natrętowi, albo nie
pęknie przed łobuzem, gdy razem pójdziemy poznawać folklor
warszawskich czy choćby nowojorskich przedmieść.

c. d. n.