MORDERSTWO Z DEDYKACJĄ

(część 5 z 7)

	– Jednak herbata po turecku, jaką zafundował nam poeta Mór, to nie to, co herbata z samowaru pułkownika Kalinowskiego – rzekł Maras, gdy detektywi ruszali samochodem.
	– Teraz po prostu jesteśmy głodni. Która to już godzina, Jurku? – Gąsior odsunął rękaw płaszcza, by spojrzeć na zegarek nadłonny. – Już czwarta. W stołówce pewnie pozostały resztki. Ale na pocieszenie można rzecz, że rozmowy dzisiaj mieliśmy ciekawe.
	– Tyle, że ani o krzynę nie posunęły naszego rozeznania w sprawie zasadniczej – zauważył cierpko porucznik.
	– No, nie przesadzaj. O krzynę posunęły.
	Jechali chwilę w milczeniu, wśród zabudowanego małymi i większymi krajobrazu okolic podwarszawskich.
	– Może czegoś dowiemy się z owych sportowych przedwojennych czasopism, które jutro trzeba będzie wypożyczyć od Kalinowskiego – przerwał milczenie porucznik. – A poza tym, to ciekaw jestem, Fredku, co powiesz o czymś takim: wiemy, że za kilka dni nadejdzie moment, na który zapowiedziano śmierć majora Bluzińskiego, lecz jeśli to sam Bluziński wysłał anonim, chcąc, dajmy na to, umrzeć w sposób niebanalny, jako że umrzeć już lada dzień może musi, ponieważ, powiedzmy, cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę, o której nic nie wiemy?
	– Sądzisz, że Bluziński chce popełnić samobójstwo – uśmiechnął się Gąsior. – W takim razie też jesteśmy potrzebni na miejscu, ponieważ naszym zawodowym zadaniem jest również nie dopuszczać do samobójstw.
	– Ale jeśli to nasze podejrzenie jest słuszne, to trzeba poczynić kroki, których nie poczynimy, skoro pozostaniemy tylko przy hipotezie zabójstwa.
	– Radzisz, żebyśmy bez wiedzy Bluzińskiego odwiedzili jego lekarza?
	– Właśnie.
	– A wiesz, że to nawet dobry pomysł? Dobry, bo niezbyt kłopotliwy.
	Milicjanci rozprawiali, a w koło przesuwały się widoki łąk, pól, lasków, sadów i domków – często przy ustawionych szeregami lub też pojedynczo szklarniach. Maras był już porządnie wygłodzony. Ale, aczkolwiek głód to rzecz absorbująca, jeszcze umiał skupić się na rozmowie z Gąsiorem, zresztą zapewne tak samo wygłodzonym i łaknącym kęsa strawy.
	– Po jutrzejszych rozmowach z Zaliwskim i Skazańcem odwiedziły Rejonową Przychodnię Zdrowia w Radości, zgoda – na propozycję Marasa przystał kapitan.
	– I jeszcze jedno – przypomniał sobie Maras. – W anonimie podano, że zginie Bluziński niezależnie od miejsca, w którym ten emerytowany major piechoty zechce czekać na swoją śmierć. Ta informacja jednak może być chwytem dla zamydlenia nam oczu, bo może domniemany morderca w ten sposób przygotowuje akcję, że liczy na to, iż Bluziński w krytycznej chwili będzie mu widoczny z okna domu naprzeciwko siedziby Kokosowa 7. Weźmie wtedy karabin, wymierzy i strzeli, podczas gdy my na śmierć zagrzebiemy się w sprawach mieszkańców domu Kalinowskiego.
	– Sądzisz, że nasz domniemany morderca zaczai się krytycznego dnia w oknie jednego z sąsiednich domów i że z tego właśnie okna doskonale będzie mu widoczna „świetlica”, w której, jak łatwo mu będzie się chyba domyśleć, zasiądziemy w poniedziałek wszyscy, by się wzajemnie wspierać? Cóż, na to też jest prosta rada: trzeba jutro zorientować się, czy rzeczywiście gdzieś w pobliżu domu naszych staruszków jest miejsce, z którego ktoś mógłby sobie zrobić strzelnicę.
	– Nowoczesne karabiny mają zasięg rażenia spory, trzeba o tym pamiętać i nie pomijać obiektów stojących na przykład o 300 metrów od domu Kalinowskiego – zauważył porucznik.
	– Będziemy pamiętali – uspokoił młodszego kolegę kapitan. Maras i Gąsior jechali dalej, rzucają od czasu do czasu uwagi o czekającej ich rozgrywce z Nieznajomy. Ale były to uwagi raczej rutynowe, banalne, nie wnoszące do sprawy nic nowego. W końcu zajechali przed gmach Komendy i udali się do stołówki, by skonsumować tam dobrze chyba zasłużony posiłek.

–		–		–		–

	Rano następnego dnia w gabinecie Gąsiora pierwszy znowu stawił się Maras, z tym, że była już Jola. Porucznik głośno stwierdził, że uroda sierżant Kicińskiej jest chyba w zenicie.
	– Kogo to wzrusza? – wzruszyła ramionami piękna pani sierżant.	
	– Mnie – stwierdził Maras, bijąc się w piersi piąchą, że aż zadudniło. – W niedzielę zabieram Cię do dobrej knajpy na obiad, a potem pospacerujemy trochę po lesie lub po parku.
	– O! Czy to nie za ostro? – sierżant Kicińska spojrzała swoimi szafirowymi oczami z taką gracją, że Marasa na moment zamurowało. – Znamy się tyle lat i dopiero teraz zauważa się, że ktoś tu jest kobietą? I z miejsca tak ostro? Ostro, że aż można się przestraszyć?
	– Złagodzę wymowę moich tak niespodziewanych zaprosin – uśmiechnął się Maras połową twarzy, ponieważ z drugiej jej strony znowu od paru godziny odczuwał ćmiący ból przeklętego zęba.
	– W jaki sposób, Jurku? Przecież już naraziłeś mnie na wstrząs, już jest po fakcie.
	– Mało się znamy, Jolu, więc tym łatwiej między nami o niespodzianki. Postaram się zgotować ci niespodzianek co nie miara, ale tymczasem sza!, bo słyszę, że idzie już Alfred.
	Drzwi gabinetu otworzyły się. W powstałym otworze stał rzeczywiście kapitan Alfred Gąsior.
	– Cześć! – rzucił, kierując spojrzenie najpierw na Jolę, a potem na Jerzego. – Muszę wam powiedzieć, że czuję, iż dzień dzisiejszy będzie owocny.
	– To pewnie ta pogoda nastroiła się optymistycznie – Maras wskazał okno, z którego biło w oczy jasne, ciepłe słońce. Jasne, ale nie oślepiające. Pogoda dzisiaj istotnie była dobra. „Zwykle zwala się na pogodę, kiedy chce się odpoczywać – pomyślał Maras. – Tymczasem pogoda może przecież być dobra lub zła także na czas pracy”. – Jednak pogoda jest dobra nie tylko dla nas – rzekło głośno – Niestety nie wszyscy ludzie korzystający z uroków aury pracują dla jednego celu. Jesteśmy podzieleni i wzajemnie sobie szkodzimy. Nasz domniemany przeciwnik z Kokosowej 7 też w tej chwili może obiecywać sobie wiele po tak ślicznie zapowiadającym się dniu.
	– A ja myślę – rzekł Gąsior – że nasz domniemany przeciwnik wszystko, co dotyczy planowanej przez niego akcji, ma zaplanowane i opracowane już od wielu dni. Więc dzisiejsza dobra pogoda tylko nam posłuży, daj Boże.
	– Ale może on ma reumatyzm? – nie poddawał się Maras. – Jakby popadało przez kilka dni, to może ból stawów, jaki odczuwa, przypuśćmy, odwiódłby go od tego poronionego pomysłu?
	– Pewnie pomysł zamordowania majora Bluzińskiego z punktu widzenia mordercy nie jest poroniony: coś mu załatwia, ułatwia, w czymś mu pomaga. Zresztą typowemu zabójcy już samo czynienie zła sprawia przyjemność, jak wiemy. A więc nie jest tak, jak mówisz – Gąsior wzniósł palec nieomal do sufitu. – Co przyjemne bowiem, nie może być poronione.
	– Alfred sobie żartuje i nawet przez myśl mu nie przejdzie, na co przed jego przyjściem porwał się Jurek! – wypaliła Jola, jakby do siebie, choć przecież nie do siebie: do siebie nie potrzebowałaby mówić głośno.
	– No, co tam? – zainteresował się kapitan Alfred.
	– Jurek w niedzielę porywa mnie na obiadek do ciepłej restauracyjki! – z emfazą wypowiedziała Kicińska. Maras nie wiedział, w jakim celu Jola się chwali, ale może rozmawiali już o życiu uczuciowym porucznika bez jego udziału…? Zwykle ludzie martwią się o osoby, które lubią, a którym czegoś trzeba i wiadomo, czego. Maras był samotny. Coś tam przeżył z kobietami w przeszłości, lecz sądzono, że zasadniczo jest do nich zrażony. Więc może teraz Jola chwaliła się Gąsiorowi po prostu tym, że udaje się jej poczynić pierwsze kroki dla uratowania Jurka od jego niezrozumiałego antyfeminizmu?
	– Gratuluję, Jurku – wyciągnął swą potężną łapę Alfred – Jola jest kobietą, z która bliższa znajomość może wzbudzać zazdrość mężczyzn.
	– Wiem o tym, ale nie mówmy „hop”. Jeszcze nie wiadomo, jak to wszystko się ułoży. Być może pokłócimy się z Jolą już po przełknięciu pierwszych łyżek zupy. W tej… „restauracyjce”!
	– Dobra, dzieci. Macie czas – wrócił do rzeczywistości Gąsior. – Na razie musimy zająć się czymś innym, może nie mniej interesującym. Jedziemy, Jerzy!
	Powiedziawszy to, Gąsior kiwnął dłonią Joli i poszedł, pociągając za sobą Marasa. Znowu prowadzić miał porucznik, chociaż kapitan prowadził nie gorzej od niego i chociaż dla odmiany przydałaby się może roszada na przednich siedzeniach ich służbowego wozu. Maras jednak nie widział powodu, by robić z tego kwestię: nauczył się prowadzić samochód taką swobodą, że właściwie nie zauważał, czy akurat kieruje, czy też może jest wiezionym pasażerem.
	Zaraz jednak zauważył co innego: że trasę spod gmachu Komendy do siedliska starych oficerów zna już prawie jak własną kieszeń. Przy wyjątkowo pięknej dziś pogodzie jazda była pyszna, ale też zbieg tych okoliczności skłaniał do rozmowy, zwłaszcza, że tak zaawansowane zbliżanie się dnia próby emocjonowało coraz silniej obu mężczyzn.
	– Chyba w związku z anonimem Kalinowskiego będziemy musieli stracić więcej czasu, niż z początku myślałeś – rzucił Maras.
	– Zobaczymy. W każdym razie łącznie z dzisiejszym, a wyłączając niedzielę, mamy całe 4 dni. To dużo zważywszy, że do tej pory zebraliśmy jednak sporo informacji i mamy, w razie ewentualnej potrzeby, sporo punktów zaczepienia do kolejnych wywiadów. Bo pomyśl chociażby o samych kochankach naszych staruszków. One niby są poza wszelkimi podejrzeniami, ale kto tam może na pewno wiedzieć, co się dzieje w czaszkach kobiet? Ile to już razy motorem wielkich awantur bywały kobiety, ich żądza silnych wrażeń i potrzeba dowodów miłości w postaci porozbijanych nosów rywali ich silnych mężczyzn? Ba, żeby tylko porozbijanych nosów! – pokiwał Gąsior głową.
	– Dowodem miłości ze strony kobiety jest urodzenie mężczyźnie dziecka, a to także niebezpieczna sprawa – zauważył Maras.
	– Przede wszystkim bolesna. Niektóre kobiety poza tym nie mogą znieść myśli, że z „takim brzuchem” wyglądają „nieładnie”.
	– Kobieta w zaawansowanej ciąży jest w oczach mężczyzny równie piękna jak o oczach kobiet pokiereszowany mężczyzna.
	– Tak, nawet widać tu jakąś symetrię. A więc bezpieczeństwo ludzi, dla którego jesteśmy powołania, stoi w pewnej sprzeczności z naturą ludzi w ogóle, a to skłania do zastanowienia…
	– Fredku, wszystko może być tematem refleksji. Można na przykład zauważyć, że w każdy piątek czerwca słońce jest optycznie większe i czerwieńsze w inne dni tygodnia i podczas innych miesięcy. Nad takimi „problemami” można dumać całe życie, jeśli się nie dostrzeże tej prostej prawdy, że wszystko trzeba brać jak leci, a nie wgłębiąć się w ukryte rzekomo sensy takiej czy innej sprawy. Bo dumając nad takimi metafizycznymi problemami tracimy tylko czas, a to jest dużo, kiedy się pomyśli, że jedyny czas jakim dysponujemy to czas naszego  ż y c i a.
	– Dobrze, masz rację, Jurku. O ile jednak nie podzielam twego zdania w poruszanej kwestii na 100 procent, o tyle sądzę, że na refleksję o życiu i pracy przynajmniej w naszym zawodzie będzie czas, gdy przejdziemy na emeryturę.
	– Co więc myślisz… – Maras zaczął i nie skończył, bowiem na szosę wbiegła nagle małą dziewczynka. Nie było czasu na hamowanie; porucznik wjechał na pobocze szosy, co uratowało małą, ale strasznie zatrzęsło jadącymi. W lusterku wstecznym kątem oka Jerzy dostrzegł młodą kobietę, pewnie matkę dziecka, która chwyciła córeczkę i jęła ją okładać po pupci. Nieomal doszło do śmiertelnego wypadku, co Maras skomentował:
	– Nie sądzisz, Fredku, że tej jednej zapowiadanej śmierci poświęcamy zbyt wiele czasu? W końcu morderstwa zdarzają się codziennie, nawet tylko na terenie samej Warszawy, a nas jest mało. Czy próbując przez tydzień udaremnić próbę morderstwa na jednym człowieku, nie zaprzepaszczamy szansy chronienia przed podobnym rodzajem śmierci co najmniej dziesięciu innych osób?
	– Nie jesteśmy jedyni w mieście – odparł ciężko Gąsior – a szumnie zapowiadane morderstwo na Bluzińskim to ma być majstersztyk zbrodni. Nie zapominaj, że zostaliśmy wyzwani. Jeśli przegramy, skompromitujemy, być może całą Polską milicję. A milicja, żeby cokolwiek znaczyć, musi się cieszyć zaufaniem społeczeństwa, jego poparciem. To sprawa prestiżowa. Wielu młodych Kowalskich na podwórkach przegrywa mecze w sposób żenujący, ale jeśli w sposób żenujący przegra mecz nieco starszy Kowalski na stadionie Maracana, może przesadzam, ale wydaje mi się, że właśnie na tym polega różnica.
	– Różnica polega na tym, że tę domniemaną zbrodnię dedykowano Tobie – przygadał Gąsiorowi Maras. – Poczułeś się osobą bardzo ważną, zagrano na Twojej osobistej ambicji.
	– Sugerujesz, żeby na tym stadium naszego działania zrezygnować z dokonania reszty i przyjechać na Kokosową tylko w poniedziałek? – z niesmakiem skrzywił twarzy kapitan. – Przecież i ciebie to wszystko jakoś wciągnęło. Mylę się?
	– Czy mnie wciągnęło, czy nie, to moja osobista sprawa, podczas gdy mój zawód to służba, czyli nie to, co się lubi, ale to, co przynosi największy pożytek społeczny.
	– Czy więc rzeczywiście chciałbyś się wycofać? – Gąsior uniósł się trochę.
	– Nie, ale wolno mi chyba wyrazić swoje wątpliwości.
	Mimo, że pogoda ani o krzynę nie pogorszyła się, mężczyźni jechali dalej już w milczeniu i bez przesadnej egzaltacji czy gorliwości wchodzili na teren posiadłości Michała Kalinowskiego, gdy dojechali w końcu pod wiadomy adres.

–		–		–		–

	Panna Adela Lasikówna przywitała milicjantów jak dobrych znajomych: uśmiechem i słowami, że „miło jej widzieć panów milicjantów znowu”. Gąsior w rewanżu posłużył się zwrotem, że „jemu również miło jest widzieć znowu tak dobrą gospodynię, autorkę solidnej roboty”, co było komplementem odnośnie tego, że w całym domu tutaj, a szczególnie w kuchni, jest czysto i w ogóle panuje tu ład, ponieważ milicjanci nie kosztowali jeszcze specjałów kulinarnych zrobionych przez Lasikównę, na co może dzisiaj się zanosiło. Kobieta była bowiem dziś staranniej, czy raczej: wyraźniej, pomalowana, a z kuchni przy wejściu, gdzie witała oficerów milicji, dobiegał smakowity zapach świeżo upieczonego ciasta. „A może to dzisiaj imieniny któregoś z domowników?” – przemknęło przez myśl Marasowi. Czy jednak imieniny jakieś miały być dzisiaj świętowane, czy nie, porucznik odczuł, że ich, jego i Gąsiora, wizyty na Kokosowej wreszcie poruszyły Lasikównę. Miała co prawda mężczyzn na miejscu, ale milicjanci byli młodsi, a przede wszystkim byli rzadko tu widywanymi gośćmi, kimś nowym, kimś, na kim – było nie było – kobiecie wypada zrobić wrażenie.
	– Jak panowie milicjanci znajdą trochę czasu, to zapraszam do mnie do kuchni. Zrobiłam deserowe ciasto.
	Maras zrozumiał, że zaproszenia kobiety nie wypada Gąsiorowi odrzucić.
	– Przy okazji rozmowy, o jaką i dziś poprosimy panią – ton Gąsiora wskazywał, że nadal do gospodyni Kalinowskiego ma słabość – z przyjemnością skosztujemy i pani wyrobu, tym bardziej, że widzę, iż i porucznik – wskazał Marasa oczami – nie ma nic przeciwko temu.
	– Nie mam – rzekł krótko Maras, żeby nie przedłużać rozmowy. Teraz Gąsior, a za nim Maras, skinęli głową kucharce i wycofali się do sieni. Mieli do wyboru 2 numery: drugi i trzeci. Pod jedynką mieszkał bowiem major Andrzej Łebke, u którego byli już wczoraj. Nieme pytanie Marasa Gąsior rozstrzygnął nie wahając się: sam energicznie zapukał do drzwi z numerem trzecim. Po chwili drzwi te drgnęły, a w powstałym zaraz otworze Maras dojrzał bez wątpienia postać emerytowanego kapitana wojsk łączności, Jana Kaszańca. W przydymionych szkłach, z nieodłączną fajką w zębach, prezentował się zgoła szykownie, choć jego sylwetka była bardziej niż pełna, a włosy na głowie, co prawda jeszcze obfite i sztywne jak druty, wyglądały tak, jakby przed chwilą zmoczył je w białej, i to bez żadnych domieszek tonizujących, farbie.
	– A to panowie! Witam, witam! Trzeba powiedzieć, że spodziewałem się waszej wizyty i wczoraj, ale co się odwlecze, to nie uciecze, prawda?
	– Jak widać – rzekł Gąsior, witając się. Po chwili Kaszaniec wymienił też uścisk dłoni z Marasem, który powiedział:
	– Ładnie pan mieszka, majorze.
	Mieszkanie Kaszańca, jakkolwiek wbrew przysłowiu gust to jest rzecz do dyskusji, było rzeczywiście urządzone ze smakiem. Na biało pomalowane ściany ogromnego przedpokoju (było to mieszkanie usytuowane bezpośrednio pod mieszkaniem pułkownika Kalinowskiego, o takich samych gabarytach i rozkładzie) zdobiły eleganckie, świecące się właśnie kinkiety, które pozostawały w niezachwianej harmonii z wiszącymi pośrodku głównych ścian gobelinami, a w stosownej odległości od nich były tutaj też oryginalne nieduże obrazki, tak samo jak i gobeliny ciemne w tonacji, co dawało efekt prostoty i zarazem dużego, jak uważał Maras, smaku gospodarza. Dużego czy dobrego, Maras nie zawsze lubił się spierać o słowa…
	– Wejdźcie, panowie, głębiej, to zobaczycie, że naprawdę mieszkam ładnie, chociaż wyznam od razu, że w to mieszkanie nie włożyłem dużo pieniędzy.
	– Mężczyźni przeszli do wielkiej sali, ukształtowanej identycznie jak „świetlica” u Kalinowskiego, ale urządzonej inaczej. Było tu o wiele więcej wolnego miejsca, ponieważ brakowało ogromnego stołu i fortepianu, natomiast całą podłogę przykrywał piękny dywan o delikatnym deseniu, doskonale odkurzony i puszysty. Porucznik stwierdził w myślach, że chodzi się po nim jak po mchu. Białe jak w przedpokoju ściany zdobiły tutaj obrazy, płaskorzeźby i sporo zabytkowej broni – białej i palnej, zawieszonej w różnych miejscach – ze znajomością zasad kompozycji. Stolik i 4 krzesła przy nim znajdował się pod zdobnym żyrandolem po środku pokoju. Żyrandol wykonane z metalu i z rogów jelenia, doskonale to grało z całością pomieszczenia. Brakowało jakichś szaf czy regałów z książkami, ale oczywiście Kaszaniec był emerytowanym wojskowym i ani jego dawny zawód, ani dzisiejsza pozycja, nie zobowiązywały go do trzymania u siebie wielkich księgozbiorów. Maras wiedział zresztą, że wielu ludzi trzyma w domach książki wyłącznie dla dekoracji czy po to, żeby nimi pochwalić się przed ewentualnymi gośćmi, toteż brak książek w głównym pokoju gospodarza porucznik przyjął jako dowód prostolinijności Kaszańca, który widocznie, pod tym względem przynajmniej, nie był snobem. A że lubił ładnie mieszkać? Cóż, może z zamiłowania było domatorem, więc łożył w to, co lubił. Skoro tak, to może nie balował, nie pił, nie używał z kobietami…
	– Panowie może zechcą obejrzeć także mój drugi pokój – zaproponował kapitan Jan Kaszaniec.
	– Chętnie – powiedział Gąsior i mężczyźni przeszli do niewielkiego, ale wygodnego gabinetu. Maras miał okazję stwierdzić, że tu akurat było trochę książek, ale, jak wnosił z przeczytania kilku tytułów na ich grzbietach, dotyczących spraw łączności, dawniej specjalności Kaszańca, więc to nie dziwiło. Brakowało literatury pięknej. Cóż, nie każdy musi być erudytą.
	– Widzą panowie, że mam tu radio, magnetofon, albumy ze zdjęciami, telefon, który sam zamontowałem. Przy tym biurku – wskazał solidny mebel – pisuję czasami listy, rozwiązuję krzyżówki, czytuję prasę. Książek czytuję mało, bo też nie jestem książkowym molem jak Adaś Bluziński. A teraz proszę panów do stolika. A może też zrobię kawę na elektrycznym ekspresie, jeśli to panom nie sprawia różnicy?
	Po tej rzuconej tonem pytającym kwestii, Gąsior przez chwilę jakby się wahał, lecz w końcu machnął ręką i rzekł:
	– A niech pan zrobi!
	– Służę panom – uśmiechnął się zza przydymionych szkieł Kaszaniec i przeszedł do swego gabinetu, po czym zaraz wrócił.
	– Kawa będzie za 5 minut – oznajmił.
	– Powiedział pan – zaczął Gąsior – że nie włożył w to mieszkanie dużo pieniędzy. Jednak, o ile znam życie, tak elegancko urządzić mieszkania za małe pieniądze po prostu urządzić się nie da.
	– O, to zależy – znowu uśmiechnął się Kaszaniec – co się uważa za duże pieniądze – pracowałem w USA w fabryce telefonów, ściślej: w biurze konstruktorskim tej firmy. Zarobiłem na tyle, że mogłem postawić sobie tam dom, obdarzyć pewnym luksusem żonę i wykształcić synów. Do Polski stamtąd przywiozłem tyle pieniędzy, że na w miarę skromne życie wystarczy mi ich prawdopodobnie do śmierci. Resztę zostawiłem żonie i dzieciom, dziś już bardzo dorosłym. Nie jestem jeszcze co prawda pradziadkiem, ale za parę lat, kto wie?
	– Dlaczego zdecydował się pan przenieść do Polski, skoro tam miał pan tak dobrze? – zapytał Maras.
	– Zacznijmy od tego, że do zamieszkania w Stanach zostałem zmuszony; nie pojechałem tam z wyboru pomiędzy Polską a USA. Gdyby nie wojna, prawdopodobnie moje zamieszkiwanie w kraju nie przerwało by się. Przez te parę powojennych lat sytuacja w Polsce właściwie uniemożliwiała mi powrót, czy raczej powrót wtedy równałby się dla mnie samobójstwu.
	– A więc niecierpliwie wyczekiwał pan w Ameryce, aż sytuacja w Polsce się zmieni? – zakpił trochę Maras. – I tak niecierpliwie wyczekując, dorobił się pan domu, luksusu, pieniędzy?
	– Było tak właśnie, jak pan mówi. Tylko nie rozumiem tej ironii.
	– Powiedział pan – rzekł Gąsior – że przywiózł ze Stanów pieniądze, za które ma pan nadzieję żyć tutaj do śmierci. Czy wobec tego nie przysługuje panu emerytura krajowa?
	– Przysługuje i pobieram ją. Ale sami panowie wiedzą, że nadmiar pieniędzy jest to nieszczęście, o którym w tym kraju byłoby mówić śmiesznie. Zresztą nie tylko w tym kraju. Poza tym pieniądze, jakimi dysponuję, naprawdę nie są takie duże. Po pierwsze: płacę za mieszkanie więcej niż inni, gdyż w domu Michała dostał mi się jeden z dwu największych lokali. Po drugie: mam zamiar żyć jeszcze długo, na co pieniędzy potrzebował będę więcej może niż inni. Drobne sumy pożyczam zresztą od czasu do czasu moim powinowatym. Niby pożyczam, ale prawdę mówiąc są to podarunki.
	Maras pomyślał z rozczarowaniem, że i kapitan Kaszaniec to nie jest bynajmniej multimiliarder, który mógłby zaaranżować kosztowne super–morderstwo z użyciem najnowocześniejszej technologii i ludzi będących w mordowaniu za pieniądze specjalistami nie z tej ziemi, a przynajmniej nie z tego kraju. Owszem, Kaszaniec mógł obracać tysiącami dolarów, ale morderstwo, na jakie się zanosiło, wymagałoby setek tysięcy. Tak wielkimi pieniędzmi Kaszaniec za pewne nie dysponował nigdy, a geniuszem zbrodni nie byłby w stanie być, to by bowiem się zauważyło, musiałby już nawet w ciągu tych paru minut rozmowy zdradzić się czymś – nieopatrznie wypowiedzianym słówkiem, gestem wielkiego gracza…
	– Wiemy – zaczął Gąsior – że jest pan bodaj najzagorzalszym przeciwnikiem majora Bluzińskiego jako nosiciela pewnych światopoglądowych racji. Przynajmniej w tym domu. Znacie się od lat i w ciągu ich upływu wasza wzajemna… niechęć potęgowała się. Czy mógłby pan powiedzieć o czymś, co tę niechęć w stosunku do Bluzińskiego za pana strony by usprawiedliwiało?
	– Tak – Kaszaniec zamrugał powiekami puszczając kłąb dymu ustami. – Pozwolą panowie, że przyniosę kawę, która pewnie już wystygła, nalewa się bowiem do szklanek samoczynnie – Kaszaniec wstał i przeszedł do gabinetu, skąd wrócił zaraz z tacką. Na tacce były miniaturowe filiżanki z czarną jak heban aromatyczną kawą, świadectwem tego, że gospodarz miejsca nie jest zupełnym biedakiem. Była to bowiem kawa w dobrym gatunku, a towary w dobrym gatunku tylko wyjątkowo są tanie. Tym razem mowy o wyjątku być chyba nie mogło…
	– Czy mam powtórzyć pytanie? – trochę zdenerwował się Gąsior.
	– Nie, nie! – uśmiechnął się przepraszająco kapitan Jan Kaszaniec. – Właśnie układam sobie w głowie odpowiedź, gdyż sprawa tym razem nie jest aż tak prosta, by wyartykułować ją od, tak. – Panowie. Najczęściej ludzie myślą o własnym wąsko wytyczonym interesie, w postępowaniach kierują się własną korzyścią, zgoła nie dbając o to, że w niektórych razach korzyść ich własna nie pokrywa się z korzyścią ogółu, którego są częścią. Częściej jednak jest inaczej, pomagając sobie, szkodząc ogółowi. Nie wchodzą w to, że generalnie szkoda ogółu musi się obrócić na zgubę ich samych, swój, jak to się nieładnie mówi, partykularny interes prowadzą i rozbudowują.
	– Sugeruje pan – przerwał Kaszańcowi Maras – że major Bluziński, broniąc w tym domu dobrego imienia socjalizmu działa na szkodę ogółu? Przecież to właśnie chyba socjalizm stawia ogół na pierwszym dobrym miejscu kosztem jednostek, które w kapitalizmie żyły by kosztem ogółu?
	– Ta zasada socjalizmu jest fałszywa – na swoim krześle rozprostował plecy Kaszaniec. – Jak bowiem wiele osób ma żyć kosztem niewielu jednostek? Czy mniejszości? Jak długo życie większości może być wsparte na walce z wyzyskującą ją mniejszością? Jest rewolucja, która trwa parę miesięcy, albo parę lat i „wyzyskiwaczy” nie ma, wobec czego tworzą się nowe podziału, ażeby „walka” mogła na nowo zaistnieć… Nie, panowie! Moim zdaniem jedyny możliwy stan stosunków to układ, gdzie wybijający się ludzie dla własnego dobra kierują pracą innych, kierują pracą szarych mas. A jest to układ dobry, jak ja to nazywam, naturalny, ponieważ w istocie rzeczy nikt nie myśli o sobie jako o kimś przeciętnym, jako o tym, którym ktoś musi kierować, za którego ktoś drugi musi myśleć. Każdy żyje myślą, że jest lub okaże się w przyszłości tym wyjątkowym dzieckiem szczęścia: fabrykantem, wielkim farmerem, bogaczem. Tymczasem w socjaliźmie nie zakłada się nawet jasnej perspektywy dla jednostki. Jest równość, wolność i braterstwo, dlatego nie może być wywyższenia jednych nad drugich. Jeżeli wszyscy nie będą szczęśliwi, to nikt nie będzie szczęśliwy. Natomiast Natomiast w układzie naturalnym, owszem, są wyjątki, ale to ci właśnie wyjątkowi ludzie będąc szczęśliwymi, wiedzą, co to jest szczęście i mogą uczyć innych jak szczęśliwymi się stać! Przykład bowiem się udziela. A zresztą taki multimiliarder opiera swoją wysoką pozycję na pracy podległych sobie ludzi. Na jego interes składa się interes wielu. Więc ze względu na siebie musi dbać o innych. Tymczasem dbanie o ludzi w socjaliźmie płynie „z idei”, a nie z interesu. Widzi się sprzeczność pomiędzy ideą a interesem… Czy takie wymyślne głuptactwo może się długo utrzymać?
	– Gdzie niegdzie trzyma się już długo – powiedział Maras.
	– Tym rychlej należy się spodziewać jego końca – podsumował Kaszaniec. – Usiłuję od dawna wykazać Bluzińskiemu, ze jego ideologiczne pozycje są stracone i, co więcej, że namawiając ludzi do tego, by zarażali się jego „wiarą” szkodzi wszystkim… Tego człowieka nazwałbym głupim, gdyby w rozmowach ze mną argumentował mniej misternie. Lecz jemu siłę daje po prostu fanatyzm. Uczepił się jednej myśli, czy szeregu myśli, i powtarza je co rano jak pacierz. Według niektórych „niezachwianie” jego wiary świadczy o słuszności tej wiary. Naprawdę, jeśli ktoś się uprze, może niezachwianie trwać nawet przy przekonaniu, że świat jest wsparty na czterech olbrzymich słoniach, które spacerują po skorupie jeszcze większego żółwia… No, panowie. Dlaczego nie pijecie?
	– Pijemy, a jakże pijemy – powiedział Gąsior, upijając łyczek.
	– Kawa jest dobra, – stwierdził Maras – ale pana słowa…
	– No, w końcu nie jesteście tu panowie po to, żeby rozstrzygać spór, jaki toczy się w tym domu – Kaszaniec lekko zakasłał. – Macie zadanie inne, choć, powiedziałbym, nie mniej trudne.
	– Więc o pana niechęci do majora Bluzińskiego przesądza to – Gąsior uniósł palec wskazujący – że posądza pan Bluzińskiego o działanie na szkodę ludzkości?
	– Może w pana ustach zabrzmiało to nieco komicznie – uśmiechnął się lekko Kaszaniec – ale tak, właśnie coś w tym rodzaju jest podłożem, a może nawet istotą, mojej niechęci do tego człowieka.
	– A poza tym… czy się zgadzacie? – spytał Gąsior.
	– Poza tym nie mamy z sobą kontaktu – Kaszaniec wyjął fajkę z ust i coś tam zaczął w cybuchu metalowym przyborem.
	Tak mocną i aromatyczną kawę pija się małymi łyczkami, ponieważ upicie większego łyka mogłoby na pijącego sprowadzić palpitację serca. A jeśli nie to, to dlatego, by delektować się smakiem tak wyszukanego napoju. Gąsior upił więc teraz naprawdę niewielki łyczek. Upił i zapytał:
	– Co pan sądzi o całej tej awanturze z anonimem; pana zdaniem to poważna sprawa, czy dowcip?
	Kaszaniec zaśmiał się bezgłośnie i parę chwil nie zmieniając miny, kolebał się w swoim krześle, jakby ten był typowym fotelem na biegunach.
	– Nie widzę powodu – przemówił wreszcie – by z powodu jednej śmierci starego człowieka czynić tyle tumultu.
	– Jak mam to rozumieć – bąknął zdezorientowany Gąsior.
	– Adaś Bluziński umrze na pewno, tak samo jak każdy z nas. Więc prawdziwym jego zabójcą nie będzie osoba, tylko biologia. Jego ewentualnym umowny zabójca przesunie tylko o około dwudziestu lat wstecz granicę, jaka była mu dana w momencie, kiedy zawiązał się jako embrion.
	– A jeśli w okresie tych dwudziestu lat medycyna poczyni szalony postęp, wynajdując skuteczny lek przeciw starzeniu – zaatakował Maras. – Wtedy, jak pan powiada,  u m o w n y  morderca Bluzińskiego będzie jego  f a k t y c z n y m  zabójcą, zgadzamy się?
	– Słyszałem, że panowie, poszukując domniemanego zabójcy na Bluzińskim, kierujecie się prawdopodobieństwem. Tymczasem widzę, że czasami, kiedy wam to wygodne, posuwacie się po waszej drodze pojazdem o zgoła  n i e p r a w d o p o d o b n y c h  właściwościach.
	– Póki człowiek żyje, możliwe dlań jest wszystko – rzekł Maras. – Dlatego życie człowieka jest wartością, której trzeba bronić nawet za cenę dużego trudu, czasu, zabiegów.
	– Póki człowiek żyje, możliwe jest niewiele – nie zgodził się Kaszaniec. – A kiedy umrze, w dalszym ciągu możliwe jest niewiele.
	– W tym drugim przypadku niemożliwe jest chyba nic? – Maras sądził, że teraz Kaszaniec po prostu się przejęzyczył.
	– Człowiekowi po śmierci pozostaje jego nieśmiertelna dusza, więc tak naprawdę wszelkie zabójstwa nie powinny być tak surowo osądzane.
	– Niech więc, rozumując tak, zachowa pan konsekwencję do końca i powie, że kara śmierci za zabójstwo też nie jest aż tak bardzo surowa, ponieważ i zabójca ma nieśmiertelną duszę.
	– Dywagując tak dojdziemy do absurdów – na twarzy Kaszańca malował się teraz niesmak, a on sam dłońmi odsunął się od stołu wraz ze swym krzesłem.
	– Do absurdu już doszliśmy – powiedział Maras.
	– W takim razie wróćmy na ziemię – wszedł pojednawczo Gąsior – i pomówmy trochę o waszej rywalizacji sportowej.
	– Sportowej? – Kaszaniec osłupiał.
	– Może było to dawno, ale musi pan pamiętać. Chodzi o samochody. Samochodowe rajdy.
	– A! Rzeczywiście – uspokojny Kaszaniec klepnął dłońmi o blat stołu, omal nie przewracając stojącej tuż obok filiżanki. – Ścigaliśmy się przed wojną: ja, Adaś i Michaś. Cóż, Adaś z nas trzech by zdecydowanie najlepszy. Był okres, kiedy myślano w automobilowym światku, że zrobi karierę międzynarodową. Ale nie zrobił. Po trosze dlatego, że wybuchła wojna...
	– Na tle waszej rywalizacji sportowej nie dochodziło do jakichś... nieporozumień? – spytał Gąsior.
	– No, muszę przyznać szczerze, że ja i Michaś zazdrościliśmy Bluzińskiemu. Ale za to nie idzie się chyba do więzienia? – zażartował Kaszaniec.
	– Weźmy inną sprawę – westchnął Gąsior, który zrozumiał, że na tej ścieżce Kaszaniec nic się nie boi, więc prawdopodobnie nie też ma nic do ukrycia. – Słyszeliśmy, że kiedyś pobił się pan ostro z pułkownikiem Kalinowskim o kobietę, która później stałą się jego żoną...
	– Kobietę! – prychnął Jan Kaszaniec. – Anna byłą wtedy dziewczyną, a my chłopcami!
	– Jednak pamięć tej bójki przetrwała w rodzinie.
	– Istotnie, obaj po tym zajściu byliśmy na leczeniu szpitalnym. W grę wchodziło złamanie nosa, zwichnięcie stawów... zresztą już nie pamiętam dokładnie. W każdy razie byliśmy poobtłukiwani, zakładano nam szwy na podrapane miejsca.
	– Poszło wam o... dziewczynę, to wiemy. Prosiłbym jednak o szczegóły. – Kaszaniec obrzucił Gąsiora spojrzeniem pełnym niechęci.
	– Skoro pan nalega – wyrzucił w końcu. – Otóż wydawało mi się, że Anna darzy mnie uczuciem; w każdym razie, że podobam się jej bardziej niż Michaś. Byliśmy w parku, we trójkę. W pewnym momencie Michaś, by imponować dziewczynie, wlazł na wielkie drzewo...
	Maras zaobserwował ze zdumieniem, że kapitan Kaszaniec ma czoło mokre od potu i stara się nieznacznie osuszyć je chusteczką.
	– ... pchnięty odruchem zazdrości przygarnąłem dziewczynę do siebie i zacząłem ją całować. Widząc to, Michaś ześliznął się prędko po pniu i rzucił się na mnie. Tak to się zaczęło.
	Przez parę chwili mężczyźni popijali kawę w milczeniu. Kaszaniec już się nie pocił...
	– Proszę powiedzieć – wszedł Gąsior – czy zna pan kobietę, która urodziła dziecko Bluzińskiemu.
	– Jego żona już nie żyje, zresztą od dawna.
	– Chodzi mi o aktualną kochankę majora.
	– A! Słyszałem co nieco na ten temat. Ale nie każdy rodzaj plotek wzbudza moje zainteresowanie.
	– Więc nie zna pan jej? – Maras dopił ostatni łyczek.
	– Nie. Od dawna nie biorę pod uwagę błędów życiowych swoich adwersarzy jako argumentów dla ich pognębienia. Sam, być może, popełniłem błąd życiowy, pozostawiając daleko na obczyźnie moich najbliższych: żonę, synów. W rezultacie tego moje wnuki znają mnie tylko z korespondencji. Żywię jednak głęboki sentyment dla tego kraju i jego spraw, dlatego tu powróciłem. Ale od chwili mojego powrotu tutaj moje osobiste sprawy przestały dla mnie mieć znaczenie. Wystarczy mi to, że oddycham powietrzem świata mojej młodości; emocjonuję się rozwojem spraw, które poznałem jako dziecko, młodzieniec, młody mężczyzna.
	– Mówi pan, że pana osobiste sprawy przestały mieć znaczenie – powiedział Maras. – A czy takim charakterem: osobistym właśnie, nie odznacza się pański spór z majorem Bluzińskim?
	– Nie – odparł zdecydowanie Jan Kaszaniec. – Tematem naszego sporu są sprawy publiczne, nie osobiste w takim sensie, jak je rozumiem. Osobista sprawa to była dla mnie żona, dzieci. Nie zdołałem ich namówić, by wrócili ze mną do starego kraju. Odtąd żyję jakby połowicznie, choć lukę, która wytworzyła ta utracona dla mnie druga połowa, staram się wypełniać utrzymywaniem korespondencji z moimi najbliższymi w Stanach.
	– Podobno jednak  w s z y s c y  rezydenci tego domu znikają od czasu do czasu na parę dni i nocy, a przynajmniej znikali – i to chciał mieć dopowiedziane kapitan Alfred Gąsior.
	– No wie pan! – Kaszaniec prychnął. – Fizjologię chce pan traktować jako element życia osobistego?! Życie osobiste to jest to, o czym się myśli: długo, intensywnie, wielokrotnie nawracając do momentów uczuciowych przełomów, wyzwań, porywów, uniesień.... Jestem w miarę normalnym człowiekiem i głód seksualny zaspokajam w sposób normalny. Ale że normalnie jem i piję, z tego nie zamierzam robić epopei!!
	– Dobrze – powstał Gąsior. – Na razie podziękujemy już panu proszę jednak przyjąć do wiadomości, że w przypadku, który pewnie może mieć miejsce, kiedy stan naszych spraw będzie tego wymagał, stawimy się jeszcze u pana przed poniedziałkiem, by pogłębić naszą wiedzę.
	– Rozumiem – rzekł Kaszaniec, także wstając. Potem odprowadziwszy gości do wyjścia rzekł jeszcze: – Życzę owocnego faktobrania i do widzenia panom!
–		–		–		–

	Maras, który był bliżej, zapukał do drzwi oznaczonych cyfrą „2”. Dość długo nie otwierano, więc Maras zapukał jeszcze raz, trochę gwałtowniej. I tym razem na pukanie nie było żadnego odzewu.
	– Widać, że podpułkownik Zawilski spaceruje po Radości, albo zasnął snem tak kamiennym, że... – Maras jeszcze raz zapukał, jak poprzednio, nadaremnie.
	– Może więc zejdziemy do Lasikówny? – zaproponował.
	– Nie – sprzeciwił się Gąsior. Wespniemy się do pułkownika Kalinowskiego.
	– Ty rządzisz – trudny do pisania gest wykonał Maras.
	– Niestety – Gąsior wejrzał Marasowi w oczy. W wejrzeniu Gąsiora było zmęczenie i poczucie bezradności. Porucznik zrozumiał, że podobnie jak i on, Alfred cały tkwi w sprzecznych wzajemnie domniemaniach. Teraz wspięli się schodami na drugie piętro, zapukali w drzwi oznaczone piątką. Kalinowski otworzył szybko.
	Po wymianie uprzejmości na powitanie, weszli do "świetlicy", gdzie pułkownik sprawnie ustawił do rozmowy 3 fotele obok fortepianu. Gąsior zagaił:
	– Po pierwsze chciałbym zapytać pana, czy sam z siebie nie wydobył pan jakiejś nowej myśli, która mogłaby być pomocna dla nas?
	– Pozwoli pan, że pozbieram myśli – poprosił Kalinowski.
	– Skoro tak, to jestem pewien, że nie – leciutko zaśmiał się Gąsior. – Wobec tego drugie pytanie czy raczej... prośba. Niech pan, pułkowniku, teraz na opowie o swojej sławetnej bójce z kapitanem Kaszańcem.
	– Czy panowie sądzą, że to ma związek z...? – powątpiewał Kalinowski.
	– Może ma, może nie ma. Błądzimy, pułkowniku, i w tej sytuacji każdy ślad jest dla nas cenny – wyjaśnił Gąsior. Kalinowski zmarszczył czoło i zaczął opowiadać:
	– No więc byliśmy w parku we troje: ja, Kaszaniec i Anna. Mieliśmy wszyscy po dziewiętnaście lat, wiec panów nie zdziwi, że przychodziły nam do głów najdziksze pomysły. W pewnym momencie Janek Kaszaniec zapiał jak kogut, a ja zaraz, żeby nie być gorszym, wdrapałem się na wielki wiąz. Obaj wówczas byliśmy zadurzeni w Annie, która swoją wzajemnością obdarzała nasz po równej części, więc tego rodzaju zagrania z naszej strony były czymś w rodzaju jakichś... jakichś zalotów. No i właśnie jak wdrapałem się na to wielkie drzewo, Janek, którego nie było stać na wyczyn tego typu, ponieważ, jak to wiedziałem już podówczas, cierpiał na lęk wysokości, zezłościł się na mnie i cisnął we mnie szyszką czy jakimś drobniejszym kamykiem. Uznałem to za wyzwanie i szybko zlazłem z tego drzewa, po czym stanąwszy z nim twarzą w twarz, zarzuciłem nicponiowi grę nie fair. Na to on odpowiedział coś niegrzecznie i wtedy ja rzuciłem się na niego z pięściami. Obaj walczyliśmy zajadle. Potem na parę dni obydwu nas umieszczono na chirurgicznym oddziale pewnego szpitala, gdyż połamaliśmy sobie nosy i spowodowaliśmy pęknięcia łuków brwiowych przeciwnika. To tyle. Nie sądzę, żeby istniała potrzeba dodawania innych szczegółów.
	– Nie, to nam wystarczy – stwierdził Gąsior, odnotowując coś w swoim notesie. – Teraz jeszcze jedna prośba. Nie wspomniał pan, że pan, Kaszaniec i Bluziński braliście przed wojną udział w wyścigach samochodowych. Wiemy to od jednego z braci Łebke'ów...
	– Nie wspomniałem. A co to za prośba?
	– Prośba polega na tym, że chcemy od pana wypożyczyć czasopisma sportowe, w których są jakieś notki o waszym udziale w tych wyścigach.
	– Proszę bardzo – Kalinowski wstał, przeszedł do swego gabinetu i bardzo prędko wrócił stamtąd z plikiem gazet i czasopism. – Nie musiałem długo szukać, ponieważ te pisma, w których było coś o nas, trzymam oddzielnie.
	Gąsior wziął pisma z rąk pułkownika i już nie usiadł.
	– To właściwie wszystko, co dzisiaj mieliśmy do pana – rzekł stojąc. – Jeszcze może tylko proszę nam powiedzieć, czy wie pan, co się dzieje z panem pułkownikiem Krzysztofem Zaliwskim, bo pukaliśmy, a nie otworzył nam.
	– Nie mam pojęcia, co się mogło stać – zaniepokoił się Kalinowski.
	– Do licha, chyba go nie zabito?!
	– Pułkownik wskazał swoim gościom drogę do przedpokoju.
	– Proszę, panowie, proszę. Zejdę z wami i wyjaśnię zaraz tę zagadkę.
	Mężczyźni przeszli przez świetlicę, przedpokój, zbiegli schodami na parter. Tu Kalinowski załomotał głośno w drzwi oznaczone w lewym górnym roku cyfrą „2”.
	– Krzysio jest domatorem w tym domu prawdziwszym niż inni, choć właściwie wszyscy tutaj jesteśmy domatorami. Dlatego dziwię się… O, proszę! Jednak znalazła się zguba! Co się z tobą działo, Krzysiu? Nasi goście zaniepokoili mnie, że im nie otworzyłeś…
	Stojąc w otworze drzwiowym Zaliwski spoglądał ponuro to na Kalinowskiego, to na milicjantów.
	– Nic się ze mną nie działo. Wyszedłem na chwilę do ogrodu. Trzeba było, panowie, zapytać o mnie Lasikównę. Ale zaraz! Panowie przyszli do mnie na rozmowę, tak?
	– Tak, panie pułkowniku – skłonił głowę Gąsior.
	– I ta rozmowa odbędzie się w obecności Michała?
	– Nie. Pan pułkownik Kalinowski zechce teraz wrócić do siebie.
	– Dobrze, więc zapraszam panów.
	– No, to ja lecę na górę – na pożegnanie Kalinowski kiwnął ręką. – Jakby wyskoczyło coś nowego, to proszę pamiętać, że zawsze jestem do dyspozycji.
	Gąsior skinął głową, że przyjmuje to do wiadomości o obaj milicjanci weszli do lokalu, który zajmował podpułkownik–saper w stanie spoczynku, Krzysztof Zaliwski.

–		–		–		–

	Mieszkanie Zaliwskiego było urządzone skromnie i raczej bez gustu. Nie było tu bałaganu, a przynajmniej takiego bałaganu, z jakim milicjanci zetknęli się w siedzibie poety Jana Móra. Nie, co Maras stwierdził po dłuższych nieco oględzinach wnętrza, bałaganu nie było tu w ogóle. Jednak meble i ozdoby, jakie zgromadzono tutaj, ustawiono tu bez wyczucia, byle jak, nie przejmując się bardzo, że kogoś może zainteresować iż na przykład tutejszy tapczan stoi prawie na środku pokoju, co całkowicie psuje funkcjonalność pomieszczenia. Było to o tyle dziwne, że na wszystkich ścianach powieszono obrazy oryginały, podpisane wielkimi literami „K. Zaliwski”. Ktoś, kto maluje obrazy artystyczne (na co wyglądało), powinien umieć i ładnie ustawić meble, a przynajmniej z tych obrazów zrobić dobrze skomponowaną ekspozycję. Tymczasem podpułkownik swoje obrazy zawiesił na ścianach bez żadnej wyobraźni: każdy w równej odległości od sąsiednich, na jednej wysokości. Same obrazy zresztą też nie były rewelacyjne, ale w każdym razie stwarzały iluzję, że ich autor coś umie, natomiast ich układ na ścianie…
	– Patrzą panowie na moje obrazy. Cóż, wyznam od razu, że za mistrza palety i pędzla się nie uważam. Jestem amatorem – Zaliwski mówił to bez jakiegokolwiek zażenowania – jednak wśród moich płócien czuję się dobrze i niech to będzie za całe wytłumaczenie.
	– Uważam – przemówił poważnie Maras – że lepiej trzymać w domu średnio tylko dobre oryginały, niż reprodukcje najlepszych nawet obrazów.
	– O, widzę, że dzielimy jeden pogląd! – ucieszył się Zaliwski. – To, że świat tak się unifikuje, ujednolica, to mnie martwi. Na ile mnie stać, zwalczam tę niedobrą według mnie tendencję. Ale panowie stoją… proszę siadać – uprzejmym gestem wskazał tapczan. – Ja zaraz przyniosę sobie krzesło i tak pogadamy. Przepraszam, ale niczym do jedzenia lub wypicia nie mogę panów poczęstować. Cóż, jestem biedny. Mam rentę może nie mniejszą niż inni w tym domu, ale lwią jej część poświęcam na kupno farb, płótna, blejtramów. Przepraszam panów – skłonił się gospodarz i poszedł po krzesło.
	– Zaczniemy może od tego – wyjął swój malutki notesik Gąsior – że opowie pan o pokerowych rozgrywkach, jakie prowadziliście panowie…
	– No – Zaliwski usiadł na krześle, które sobie przyniósł – Gra w pokera, na którą już dobrych 5 lat temu namówiłem Zbysia Łebkego i Adamka Bluzińskiego, pasjonowała nas przez 2 lata. Poker ma to do siebie, że jest tym ciekawszy, im wyższe są stawki, o jakie się gra. My tymczasem graliśmy o grosze… Przepraszam, jeszcze z innego powodu można pasjonować się pokerem: z tego mianowicie, że gdy ćwiczy się biegłość w oszukiwaniu. Ale jeśli się to robi, to też przecież po to, by oszukiwać dalej już w grze o wielkie pieniądze lub bogactwa. My nie oszukiwaliśmy; poker był dla nas pretekstem, by się spotykać właśnie w tym składzie, sama gra bowiem interesowała nas mało – najwięcej z początku, ale z biegiem kolejnych spotkań coraz mniej, aż wreszcie nasze „rozgrywki” całkiem zawiesiliśmy.
	– A który z panów wygrywał najczęściej? – rzucił Maras.
	– O, wiem pan! – Zaliwski powiódł spojrzeniem, w którym iskrzyło się rozbawienie. – Poker jest grą, w której umiejętności decydują najmniej, wystarczy dobrze poznać reguły tej gry i nie być gapą. Mówi się, że w rozgrywaniu karty pomocnym czynnikiem bywa intuicja, potrzebna ponoć także w równym stopniu przy skreślaniu numerków w grze liczbowej toto–lotek. Może w takim poglądzie jest trochę prawdy, ponieważ sam znałem człowieka, które dzięki swej intuicyjnej metodzie parę razy trafił czwórki w tej drugiej grze. Ale wielkim szulerem w pokerze trzeba się urodzić, albo, studiując tę grę przez dziesiątki lat, dochodzić do fenomenalnej dyspozycji. Dzieci szczęścia jest niewiele, zresztą nie tylko w pokerze. Sam próbowałem grać ryzykownie, tym bardziej, że groziło to przegraniem paru groszy. Gdybyśmy grali i prawdziwe pieniądze, byłby nędzarzem. Cóż, widać nie urodziłem się jasnowidzem, ani nie wyrobiłem sobie zmysłu prawdziwego pokerzysty. Dla mnie, kiedy los sprawił, że dostałem dobrą kartę, było czymś przyjemnym, lekko emocjonującym, obserwować, że gra dalej toczy się na przykład dobrze albo i wspaniale. Jednak karta raz przychodzi, a dwa razy nie przychodzi, toteż nauczyłem się tak jakoś szczególnie nie emocjonować, kiedy przychodzi, ponieważ dla symetrii musiałbym się wtedy martwić, gdy nie przychodziła. Poza tym można też pasjonować się grą, kiedy mistrzowsko się oszukuje, a zwłaszcza gdy żyje się z oszukiwania w grze. Jednak ani ja, ani żaden z nas trzech, nie mieliśmy talentu, ani sposobności, by w ten sposób zarobkować. Wszyscy trzej nauczyliśmy się pokera w wojsku, grając od przypadku do przypadku. Podczas dwu lat naszego grania tutaj nie mieliśmy po prostu szansy wygrać dużo, bo nawet gdyby jeden z nas za każdym razem zgarniał całą pulę, zarobiłby na tym przez 2 lata akurat może na kupienie paru butelek wódki. Przepraszam, że tak się rozgadałem. Na pańskie pytanie – Zaliwski wskazał Marasa – wystarczyłoby bowiem powiedzieć, że ani ja, ani Zbyś, ani Adamek, nie zwracaliśmy uwagi na to, kto wygrywa, poza doraźnymi przypływami czy to dumy, czy to zazdrości. W przypadku bowiem, kiedy żaden z grających nie oszukuje w sposób mistrzowski i nie jest fenomenalnym jasnowidzem, który ma od Boga dany zmysł odgadywania, jak trzeba zagrać, żeby wygrać (a taki właśnie przypadek zaszedł wśród nas trzech), decyduje szczęście, a szczęście, jak wiadomo, na równi sprzyja mądrym jak i głupim, toteż nawet gdyby któryś z nas był na naszych spotkaniach graczem wyraźnie najlepszym (co zresztą nie miało miejsca), powód do chwały z tego względu byłby wątpliwy. Zwycięstwa i porażki rozkładały się w naszych pokerowych zmaganiach mniej więcej po równo, albo i zupełnie równo, jeśli chcieliby panowie wyprowadzać z tego jakieś daleko idące wnioski.
	– Jednak systematycznie przez dwa lata spotykaliście się panowie – zauważył Gąsior – więc jeśli nie poker, to co skłaniało was do odbywania tych spotkań. Wiem, że „dobrze się czuliście w tym składzie”, ale i o tym przecież musiały decydować jakieś względy? Proszę też wytłumaczyć, na jakiej zasadzie w waszej stałej trójce znalazł się major Bluziński, człowiek, z którym przecież w całym tym domu prowadzi się regularne bitwy o przekonania polityczne?
	– Że ostro z kimś się spiera, nie oznacza to automatycznie nienawiści – powiedział wolno podpułkownik Krzysztof. – Może widział pan w telewizji jak serdecznie po zaciętej walce obejmują się w ringu bokserzy.
	– Kalinowski i Kaszaniec otwarcie przyznawają się do swojej nienawiści wobec Bluzińskiego – przerwał Zaliwskiemu Gąsior.
	– Ich nie było w naszej trójce – odparował podpułkownik.
	– Więc pańskie obserwacje pokrywają się z twierdzeniem, że Kaszaniec i Kalinowski nienawidzą Bluzińskiego.
	– Tego nie powiedziałem – odżegnująco uniósł dłonie Zaliwski. – Kiedy przy obiedzie, kolacji czy śniadaniu, wybucha dyskusja, może się wydawać, że my wszyscy nienawidzimy Bluzińskiego. Ale być może atakujemy go tak ostro, żeby było ciekawiej? Nie drętwo? Z pieprzem?... Co nam bowiem zostało na tym świecie poza naszymi kłótniami? I proszę pamiętać, że w „świetlicy” na górze spieramy się o sprawy naprawdę ważne.
	– Spieracie się w „świetlicy”, a potem nagle jak gdyby nigdy nic, najspokojniej w świecie, bez żadnych kłótni, gracie z Bluzińskim w pokera – nie dowierzał Maras.
	Bo i Adamek poza swoim socjalizmem, dla którego chciałby "pozyskać" wszystkich ludzi, z jakimi miał kontakt, jest najnormalnieszym, najbardziej zgodnym i przyjacielskim człowiekiem na Ziemi.
	– A pan, pułkowniku, uważa, że dla sprawy socjalizmu warto się tak wysilać – rzucił Gąsior.
	– Uważam, że nie warto – przyczesał swoje białe, ulizane włoski podpułkownik. – Ale prawdę mówiąc (i to wyróżnia mnie chyba spośród wszystkich lokatorów tego domu), to nie sądzę, żeby w świecie istniała w  o g ó l e  sprawa, dla której warto ponosić ofiary, męczyć się, bardzo wysilać. Socjalizm ma wady podobnie jak kapitalizm i spirytualizm... Ja gotów byłbym oddać się sprawie, ale wyłącznie sprawie idealnej, z samymi zaletami, bez wad. A takie sprawy nie ma. W takiej więc sytuacji uważam za stosowne w miarę najmniejszym wysiłkiem przeżyć mój czas, nie robić sobie złudnych nadziei. W moim sceptycyźmie ugruntowałem się bowiem wystarczająco, by w momencie, kiedy przyjdzie mi żegnać się z życiem, nie żałować, że życie się kończy i że żyjąc, tak mało zrobiłem, tak mało przeżyłem. Być może, że miałem przebłyski, kiedy coś chwytałem, jakieś budujące olśnienia spływały na mnie ze świata wielkiej idei, wielkiego celu... Ale nie, nie chciałbym o tym mówić... – Zaliwski powiódł spojrzeniem po twarzach swoich rozmówców jakby zażenowany, jakby po trosze pytając, czy zechcą słuchać jego osobistego zwierzenia, które w zasadzie znajdowałoby się poza obowiązującym dzisiaj tematem. Maras pomyślał, że w życiu jak pokerze trzeba też czasem zagrywać "w ciemno". Może bowiem to, co Zaliwski prawdopodobnie teraz chciał opowiedzieć, przydałoby się do sprawy, ale może też byłoby tylko całkiem zbytecznym dodatkiem. W takich razach trzeba ryzykować, ponieważ skłonienie się tak ku jednej jak i drugiej ewentualności na równi może przynieść fiasko jak i doskonały efekt, a przy robieniu takiego wyboru nie ma mowy, by pomógł jakiś rodzaj wiedzy, sztuki, nauki. Gąsior powiedział:
	– Proszę powiedzieć, w końcu najdziwniejsze pomysły doprowadzają niekiedy do wielkich odkryć.
	– Cóż – potarł dłońmi o kolana Zaliwski. – Kiedyś odkryłem w sobie pewną skłonność do pasjonackiego traktowania… jakby to powiedzieć…? Po prostu odkryłem w sobie zdolność do pewnej wirtuozerii w dziedzinie malarstwa. Namalowałem bardzo prędko kilka obrazów, które były na pewno najlepszymi moimi tworami w życiu. Myślałem, malując tak, że podobnego uczucia musiał doznać na przykład Jan Matejko, malując swoją "Bitwę pod Grunwaldem" czy Rafael, malując swoje słynne "Madonny"... Ale ten przebłysk talentu trwał krótko. Moje najlepsze obrazy w życiu ostatecznie zepsułem, usiłując poprawić doskonałe... Po co to panom to mówię – Zaliwski leciutko, opuszkami palców podrapał się po głowie. – Otóż dlatego, ze miewałem podobne, jak wyżej podane, olśnienia i w innych dziedzinach, między innymi w tej dziedzinie aktywności umysłowej jaką są rozważania na temat zasadności... zbrodni.
	Maras rzucił szybkie spojrzenie na Gąsiora, chcąc zorientować się, czy i on jest zdumiony ostatnimi słowami podpułkownika. Był.
	– Proszę nie zadawać mi żadnych pytań; sam wiem, że to, co powiedziałem, musiało panom wydać się dziwne. Wiem to i zaraz objaśnię. Inaczej mówiąc o tych moich przemyśleniach: były to przypływy świadomości, jakby iluminacje. Nie wiem, może to wszystko przeniosło się ze snów... W każdy razie był okres w moim życiu, kiedy przemyśliwałem różne sprawy z, jakby, kolosalną łatwością, płynnością, nieodpartością argumentacyjną. Wyobrażałem sobie wtedy, że takie myślenie jest właściwe geniuszom, ale bardziej niż dumę świadomość tego wzbudzała we mnie przerażenie. Najczęściej bowiem myślałem o zbrodni jako o ratunku człowieka przed... zgubą własną. Nie potrafię powtórzyć dokładnie, jak wyglądały w szczegółach, czy choćby w zasadniczej idei te moje przemyślenia. Prawda, byłem wtedy po wypadku, w którym na parę godzin utraciłem przytomność. Jednak to trwało przez parę miesięcy. Potem minęło. Zapamiętałem tylko, że w tych moich jakby mimowolnych wmyślaniach się w moje życiowe problemy myśl o zbrodni jako czymś koniecznym była właściwie jedyną, a co najmniej dominującą, treścią.
	– Co to był za wypadek, panie pułkowniku? – spytał cicho Gąsior.
	– Był to wypadek samochodowy, po który przez jakiś czas przebywałem w szpitalu, na oddziale neurologicznym.
	– Mówił pan o swoich przemyśleniach o zbrodni lekarzom?
	– Powiedziałem jednemu, ale bardzo ogólnikowo i wieloznacznie, tak żeby nie mógł się chyba zorientować, gdyby nie był pokrewną mi duszą...
	– A był?
	– Tak mi się wydawało i dlatego próbowałem go wtajemniczyć w to wszystko. A panom mówię o tym, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, ze nawet człowiek  tzw. normalny, spokojny, jak to się mówi: bogobojny obywatel, pod wpływem jakiegoś wstrząsu może dostać obsesji, obsesyjnie dążyć do czyjejś śmierci, pragnąć jej. Powiedział pan – Zaliwski wskazał ruchem głowy Gąsiora – że przede wszystkim trzeba zbadać, czy autorem tego niesamowitego anonimu nie jest jeden z nas, rezydentów Kalinowskiego. Ja chcę panu to potwierdzić: mordercą może być każdy człowiek, a więc i jeden z nas, a to wtedy, gdy znajdzie się w polu działania jakiejś niejasnej siły, takiej jak ta, która niegdyś na wiele dni owładnęła mną. Nie zabiłem wtedy nikogo, ale wyznaję to panom z ręką na sercu, że niewiele brakowało, a zabiłbym. I to by było już wszystko, co na temat moich olśnień chciałem panom powiedzieć.
	Mężczyźni przez dłuższą chwilę milczeli.
	– Proszę mi odpowiedzieć szczerze – milczenie przerwał wreszcie Gąsior. – Czy nigdy nie zażywał pan narkotyków?
	Po tym pytaniu Zaliwski umknął spojrzeniem jak spłoszony zając.
	– Brałem... – wyszeptał w końcu. – Ale byłem na kuracji odwykowej – powiedział już normalny głosem – i wyleczono mnie z uzależnienia. Prawdę mówiąc, mój terapeuta zasugerował mi, żebym narkotyki zastąpił jakąś pasją. Wybrałem malowanie.
	Gąsior zanotował coś w swoim mikroskopijnym zeszyciku i wstał.
	– My już pójdziemy. Ale na pożegnanie chcę jeszcze pana poprosić, by w razie jakiegoś odkrycia, przypomnienia sobie o faktach, które mogą mieć związek z naszą sprawą, zadzwonił pan do nas, do Komendy. Telefon napiszę panu utaj – Gąsior napisał numer w swoim notesiku i wyrwał karteczkę, którą następnie wręczył Zaliwskiemu.

–		–		–		–

	Detektywi zeszli jeszcze na chwilę do Lasikówny, by wymienić z nią kilka stereotypowych zdań na temat "szlachetnej sztuki pieczenia ciast" oraz, by zdegustować ten owoc trudu panny Adeli, która lubiła i umiała gotować i piec, a także lubiła i umiała się cieszyć, gdy jej wytwory smakowały degustatorom. Podczas, gdy chwaląc kucharkę, oficerowie milicji jedli ciasto, Maras zauważył, że jakieś okruchy urody posiada do dziś i ta niemłoda już kobieta. Zaraz też pomyślał o niepowtarzalnej urodzie Joli Kicińskiej, którą to urodę przegapiał przez tyle długich lat... "Jak wyjdzie nam to niedzielne spotkanie?" – porucznik w myślach pytał sam siebie tym uparcie, że wsłuchując się w opowieści starych wojskowych raptem spostrzegł, że jego życie jest i może będzie nadal bardziej puste niż było życie owych starych już mężczyzn.
	Tu porucznik badał czyjeś życie, nie będąc zobowiązanym do poddawania badaniu swojego, ale przecież w końcu myśl porównania zeszła na niego. Zdał sobie sprawę, że bardzo, bardzo chce, żeby jego życia nie dało się streścić w paru słowach, co było o tyle nie jałowe, że własne życie miał właściwie jeszcze przed sobą, nadal był młody. Pewnie, że życie mężczyzny to nie tylko sprawa udanego związku z kobietą, ewentualnie: kobietami. Ale Maras chciał, żeby i ten jego życiowy akcent wypadł pozytywnie, m o c n o, zachęcająco. Wiele wskazywało na to, że sierżant Kicińska, albo po prostu: Jola Kicińska, darzy go względami. Teraz, gdy partia już się zarysowała, należało ją tylko umiejętnie rozegrać, wykorzystując te walory, którymi obdarzył porucznika los. Na razie jednak porucznik Jerzy Maras i jego szef, kapitan Alfred Gąsior, byli w Radości. Pozostały do zrobienia jeszcze dwie rzeczy i obaj detektywi ich nie zaniedbali. Pożegnawszy Lasikównę, wyszli przed budynek i zorientowali się, z jakich ewentualnie punktów w okolicy można by mierzyć w okno "świetlicy" Kalinowskiego. Takie punkty były dwa, ponieważ też dwa okna (w tym jedno balkonowe) mogły stanowić drogę dla kuli do największego pomieszczenia na drugiej kondygnacji posesji Kokosowa 7. Jeden z tych punktów znajdował się przy Kokosowej 9, również na piętrze. Milicjanci odwiedzili mieszkańców tego domu, a właściwie samego mieszkania, które naszych chłopców interesowało. Mieszkańcami byli mili staruszkowie w wieku 80 lat – mężczyzna i tyleż kobieta, jak można się było zorientować: mąż i żona. Posiadali telefon. W razie, gdyby zauważyli jakieś podejrzane ruchy, obiecali zadzwonić do Komendy. Krytycznego dnia kapitan obiecał sam sprawdzić telefonicznie, czy wszystko w porządku. Drugi punkt dobry dla domniemanego strzelca znajdował się w oknie domu przy ulicy Bulwickiego 16, w odległości stu metrów od domu Kalinowskiego, czyli dość daleko, ale obaj milicjanci byli ludźmi solidnej roboty i chcieli mieć "odfajkowaną" każdą ewentualność, toteż nie omieszkali odwiedzić lokatorów i tego domu. Młode małżeństwo, z którego obecna była tylko kobieta, z trojgiem rozwrzeszczanych bachorów, prawdopodobnie od wielu dni nie miało po prostu możliwości zajmować się w domu czym innym niż sobą i swoim przychówkiem, więc myśl podejrzewania tych ludzi o zamiar zaszkodzenia komukolwiek nie przedstawiała się dorzecznie. Małżeństwo nie posiadało telefonu, Gąsior zapowiedział więc, że przyśle tutaj w poniedziałek o 18–tej "swojego człowieka", który niestety będzie musiał być goszczony przez młodych ludzi do godziny 24–tej. Nieobecny ojciec rozwrzeszczanej gromadki miał, gdyby mu to nie odpowiadało, zadzwonić na Komendę. Obecna matka z tej zapowiedzianej wizyty tylko cieszyła się, ponieważ jej dzieci, jak wyznała, w obecności obcych zachowywały się lepiej, a ona już doprawdy miała dosyć ciągłego wrzasku i nieustannych psot. Milicjanci pożegnali zrezygnowaną młodą matkę i udali się do miejscowego Ośrodka Zdrowia, gdzie z odnalezionych dokumentów wyczytali, że emerytowany major Wojska Polskiego, Adam Bluziński, jest zdrowy jak ryba.

–		–		–		–

	Z pożyczonych od pułkownika Kalinowskiego przedwojennych pism Maras i Gąsior dowiedzieli się, że kariera sportowa "trzech muszkieterów" z Kokosowej 7 to istotnie nie były przelewki. Bluziński, Kalinowski i Kaszaniec wpisywali się w na listy kwalifikacyjne popularnych warszawskich sportowych rubryczek w pismach tygodniowych i miesięcznych, a słynny "Przegląd Sportowy" oprócz notek o wynikach całej trójki zamieścił w jednym ze swych numerów cały wywiad z Adamem Bluzińskim, opatrzony nawet fotografią "zawodnika". Tak jednak Marasa jak i jego szefa obchodziło co innego. Detektywi szukali śladów jakiejś niejasnej sprawy związanej z zawodami, w których uczestniczyli oficerowie z Radości, ponieważ to ewentualnie mogło podsunąć milicjantom motyw bardzo już bliskiego, tak szumnie zapowiadanego zabójstwa. Oczywiście Gąsior i jego współpracownik robili wszystko, żeby zapobiec tragedii. Ale jak na razie mogli zrobić mało, a przynajmniej wydawało się im, że mało zrobili. W piśmie "Świat" wyczytali, że w jednym z rajdów zginęła kobieta, o czym zresztą znak mieli już wcześniej. Artykuł jednak był krótki i, co więcej, wyraźnie w nim powiedziano, że wypadek zawinił osobnik zupełnie postronny. Gdyby rzecz działa się nie tak dawno, można by odszukać na przykład dziennikarza, który napisał o wypadku, cóż: Gąsior próbował to zrobić, bo zapewne o sprawie wiedziano więcej niż napisano, ale redaktor Miciński już nie żył. Kolejny punkt zaczepienia okazał się więc pustym losem, co trudno by cieszyło Marasa i jego szefa. Jeszcze tego samego dnia Gąsior znalazł adres domowy oraz informacje o pracy owego zapaśnika z lokalu "Powiśle", który wiele lat temu bił się z także młodym podówczas Adamem Bluzińskim. Stefan Brodowicz żył i jeszcze udzielał się jako adwokat, choć już nie tak intensywnie jak w swoich młodszych latach. Do dziś chyba zachował krzepę, skoro mimo ukończonych siedemdziesięciu paru lat pracował jeszcze i to w tak wyczerpującym zawodzie. Gąsior umówił się na rozmowę z Brodowiczem jutro wieczorem, ponieważ ten dzisiaj miał inne plany, z których już za późno było mu się wycofywać, a zaproszenie Gąsiora musiało być przecież dla niego czymś zaskakującym, do czego – zrozumiałe – nie mógł być przygotowany. Chyba, że to on był autorem anonimu...
	Maras i Gąsior byli już po obiedzie, nieco spóźnionym, ale posileni, znaleźli jeszcze energię, by pojechać na Chłodną do Remigiusza Bączyka, człowieka, z którym 2 tygodnie temu bardzo ożywioną rozmowę przeprowadził Bluziński. Po prostu był dzisiaj piątek i do chwili konfrontacji pozostały już tylko niepełne trzy dni, z czego niedzielę milicjanci chcieli przeznaczyć na odpoczynek, a w szczególności Maras pragnął tego dnia zająć się Jolą, więc na czysto zostawały jeszcze na robotę zaledwie dwa dni. Pół dzisiejszego, sobota i połowa poniedziałku. Gdyby jutro nie udało się trafić na Bączyka, być może ważny świadek w sprawie przepadłby, ponieważ w takim razie można by szukać z nim kontaktu dopiero po fakcie: po morderstwie. A przecież póki nie było za późno, milicjanci usiłowali zapobiec nieszczęściu. Być może też i później, szukaliby łączności z ważnym świadkiem, jakim mógł okazać się Bączyk. Ale na razie nie było jeszcze za późno, więc szli do niego z innym nastawieniem. I w ogóle w innym celu, co trzeba dodać.
	Remigiusz Bączyk okazał się młodym, mogącym mieć lat najwyżej dwadzieścia parę, człowiekiem o ciemnych, długich, ale uczesanych starannie włosach i o uśmiechu, który mógł wskazywać na łagodny charakter swego właściciela. Bączyk był młody i mieszkał jeszcze z rodzicami, przy czym nie pracował i był kawalerem. Rodziców młodzieńca wizyta milicjantów po trosze przestraszyła, ale on sam, dowiedziawszy się w czym rzecz, zachował się spokojnie. Zorientowawszy się, że sprawa dotyczy tylko jego, nie rodziców, poprosił detektywów do swego maleńkiego pokoiczku.
	– Chcielibyśmy – zaczął Gąsior – dowiedzieć się od pana paru rzeczy. – Może na początek proszę streścić krótko pana rozmowę z Bluzińskim.
	Bączyk po swojemu uśmiechnął się łagodnie, ale tym razem do łagodności domieszało się pewne zakłopotanie:
	– Jestem człowiekiem, który lubi dyskutować... właściwie z wszystkimi, którzy są gotowi są to robić, i właściwie na wszystkie tematy. Tematów jest dużo, chętnych do pogawędki również, więc w powodzi tych dyskusji jedna, odbyta dość już dawno, bo dwa tygodnie temu, powinna w zasadzie utonąć. Ale.
	Porucznik obserwował od zewnątrz, jak młodzieniec usiłuje sobie przypomnieć wiadomy wieczór, jak marszczy czoło, zmruża powieki...
	– Ale oczywiście, oczywiście, przypominam sobie teraz dokładnie. Pan Bluziński jest ateistą i w naszej rozmowie argumentował za ateizmem, natomiast ja wierzę w boskie i ludzie Przeznaczenie, więc oczywiście w tej rozmowie argumentowałem za teizmem, i za tym, co o przyszłości Człowieka na tej planecie napisano w Biblii.
	– Wyobrażam sobie – przerwał młodemu Maras – że można wierzyć w Przeznaczenie, ale chyba nie we wszystkich przypadkach takiej wiary trzeba w nią mieszać Boga i Biblię? Mało się znam na tym, ale prawdopodobnie ufność w to, że każdemu na tej ziemi jest coś przeznaczone, można wywodzić także z... astrologii. Bo przecież Przeznaczenie jest to, co zapisane zostało w gwiazdach?
	– Przeznaczenie jest to to, co każdemu w realnym świecie przeznaczył Bóg. Kto bowiem mógł zapisać w gwiazdach, co komu zostało przeznaczone? Tylko Stwórca tych gwiazd.
	– A skąd mamy mieć pewność, że ten, jak pan powiada: Stwórca był w ogóle potrzebny? Może świat powstał samorzutnie, bez żadnej "siły sprawczej", a może nie potrzebował w ogóle "powstawać", ponieważ był i jest odwieczny?
	– Człowiek wyprowadza wnioski na podstawie tego, co widzi – tłumaczył Bączyk ze swym łagodnym uśmiechem w oczach i na ustach – i kiedy nie widzi działań Stwórcy, skąd może wnioskować o Jego istnieniu, dowiaduje się o Nim od tych, którzy je widzą; dowiaduje się o nich też z Biblii, która jest księgą pisaną przez natchnionych przez Boga i pomimo, że tak dawna, do dziś zachowuje aktualność, nie jest anachroniczna. Między innymi to właśnie, że Biblia do dziś dnia od chwili swego powstania zachowuje atrakcyjność dla każdego praktycznie czytelnika, przesądza o jej wyjątkowości. A człowiek myślący kategoriami Absolutu zawierza tylko temu przecież, co wyjątkowe.
	– Równie stare jak Biblia są na przykład mity starożytnych Greków – nie dawał za wygraną Maras – też przecież atrakcyjne do dzisiaj. Co więcej: imionami starogreckich bogów i bohaterów nazywane są do dzisiaj gwiazdy, planety, przedsięwzięcia na największą skalę, wielkie plany; sygnowane są imionami zaczerpniętymi z Mitów towary przemysłowe i tak dalej.
	– Ale z Mitów, podobnie jak z komiksów o Tarzanie czy z filmów o myszce Miki, odbiorca nie pobiera żadnej poważnej nauki dla siebie. Tymczasem każdy werset Biblii nasycony jest nauką i... Prawdą. To jest zresztą kwestia wiary, komu w sprawach wszelkich, a więc w powszednich i ostatecznych, chcemy zawierzyć: Bogu, czy człowiekowi...
	– W mitach greckich też przecież przemawiają bogowie – zauważył Maras.
	– Jurku – wtrącił się Gąsior. – Może nie sprzeczaj się teraz z panem Bączykiem, tylko daj mu powiedzieć, jak przedstawiała się jego rozmowa z majorem Bluzińskim. Możesz prywatnie umówić się z panem – wskazał – i dyskutować do woli o tych interesujących was sprawach, ale ja jestem już zmęczony i tę resztę świeżości, jaka pozostała mi, chciałbym obrócić na rzecz, która interesuje nas zawodowo.
	– Nasza rozmowa wyglądała z grubsza tak, jak ta rozmowa. Jak ta moja rozmowa z pana współpracownikiem – uśmiechnął się łagodnie Bączyk.
	– Nie była ostrzejsza? – nie dowierzał Gąsior.
	– No, może była ostrzejsza.
	– I chyba dłuższa – zgadywał kapitan. W takim razie proszę dopowiedzieć tę rozmowę, dopełnić.
	– No cóż. Major Bluziński jest ateistą, ale trzeba to sprecyzować. Już w starożytności żyli i działali ateiści. Bluziński jest ateistą–marksistą, dialektycznym materialistą. Twierdzili za swoim przewodnikiem, że jedną z najistotniejszych spraw, jakie trzeba zmienić w świecie, jest to, by zrzucić z cokołów wszelkie dotychczasowe autorytety, w tym biblijny. Rozumiem, że naczelnym zadaniem marksizmu jest "wyzwolenie ludu", który dotąd był wyzyskiwany przez tyranów–kapitalistów od strony dóbr doczesnych, a gnębiony i przytłaczany duchowo przez wszelkiej maści indywidualistów. Rozumiem, że można uznać za piękne zadanie próbę uratowania najmniej kwalifikowanych pracowników wszystkich dziedzin gospodarki przed jeszcze większym pognębieniem, a to przez wytworzenie etosu prostego człowieka. Ale skoro ta piękna idea uderza w sposób bezpardonowy w dziedzinę, która dla mnie jest najpiękniejsza i najświętsza na świecie, to zrozumiałe, że bronię się, bronię tego, co mnie najbardziej przekonuje. Major Bluziński mówił, że o takich sprawach jak metafizyczny Bóg, dobro, boży plan, nie można mówić jako o faktach, ponieważ jego zdaniem są to rzeczy, których sama definicja jest mglista, natomiast pieniądze, wielkość produkcji, rekordy produktywności to fakty, które najłatwiej jest z sobą zestawiać wyciągać wnioski z tak zestawianych rachunków. Mówiłem majorowi, że rysów boskiego planu, co do losów naszej przyszłości i Przeznaczenia, można szukać także w realnych zdarzeniach, pismach w całej historiozofii, ale najbardziej w Biblii, w której opisano na dostatecznej liczbie przykładów, czego Bóg oczekuje od człowieka i jak człowiek ma rozumieć i postępować wobec Boga, a ostatecznie: co Bóg przeznacza człowiekowi i jak ma wyglądać pojednanie Boga z człowiekiem. Major użył znanego sofizmatu, że pojęcie Boga wszechmocnego jest sprzeczne w sobie, ponieważ Bóg nie stworzy nigdy tak wielkiej góry, której sam nie będzie w stanie unieść, a jeżeli uniesie ją, to nie będzie wszechmocny, ponieważ nie stworzy tym samym naprawdę wielkiego ciężaru. Cóż – uśmiechnął się łagodnie Bączyk – nie jestem typowym wyznawcą wiary w przeznaczenie; dopuszczam pewne modyfikacje czy lepiej powiedzieć: racjonalizacje mojej wiary w Stwórcę i w to, co nam przeznacza. Uważam, że wszechmoc boska jest naznaczona pewnym ograniczeniem, wypływającym zresztą z woli samego Boga. Otóż natura rzeczy jest, że tak powiem: skonstruowana w ten sposób, że niemożliwe są wartości, i byty poszczególne, absolutne w 100–tu procentach. Praktycznie absolutne. Jest to koszt materialności świata, ale też walor wolności człowieka, który ma nikły wprawdzie, procent szans na sprzeciwienie się woli Boga, a innymi słowy ma szansę (z której, jak widać, korzysta obficie) odejścia od ideału, zaplanowanego przez Boga. Ale czymże byłby ideał bez wolności odejścia od niego? Co za szczęście miałby człowiek z nieśmiertelnego życia w wyśmienitym zdrowiu, gdyby te dobra zawdzięczał wyłącznie posłuszeństwo jedynie słusznym nakazom boskim? Takim ideał byłby martwy, mechanistyczny. Bóg więc obdarzył wielkimi przywilejami także ludzi Mu nieposłusznych, ażeby Jego walka ze złem nie była tylko pozorowana. Stwarzając człowieka wolnym, odebrał sobie pewność zwycięstwa nad Stworzeniem, a nawet kontrolowanie go. Bóg istnieje, istnieje także w tej chwili, ale jego ogląd świata jest ograniczony: powiedziałem już czym. Bóg bowiem prawa fizyki może obchodzić tylko wyjątkowo. A jedno z praw fizyki mówi, żeby wiedzieć, koniecznie musi się mieć widzialne oczy. Można mieć niewidzialne serce, mózg, kończyny, ale oczy, jeśli mają widzieć, muszą być widzialne. Przykładem takiego stworzenia jest meduza.
	– To wszystko mówił pan Bluzińskiemu? – przerwał młodemu Gąsior.
	– Tak. Choć może nie zupełnie tymi samymi słowami i nie zupełnie tak samo komponując treść wypowiedzi… – rzekł Bączyk trochę zbity z tropu tym, że tak interesujący wykład przerywa mu się w pół słowa.
	– Pan wybaczy – uśmiechnął się niewinnie Gąsior – ale z tego, co pan mówi, mogłoby się wydawać, że rozmawiając z Bluzińskim, nie dał mu pan dojść do słowa. Tymczasem skądinąd wiemy, że była to obustronna wymiana argumentów.
	– No, major mówił na przykład o tej, jego zdaniem, dobrej stronie komunizmu, iż rzeczony likwiduje obłudę. W tym na przykład, że uwalnia od fikcji wierności małżeńskiej. Nie wiem, dlaczego tak mało się o tym mówi, bo przecież od słowa „komuna” wzięła się cała nazwa doktryny. Komuna, w której byłoby kilka żon i ewentualnie kilku mężów, żyjących nawzajem we wszelkich możliwych kombinacjach, rodząc i płodząc „ślubne”, a więc legalne dzieci, bez konieczności płodzenia dzieci nieślubnych i z tego powodu jakby gorszych. Życie seksualne jest najbardziej egalitarnym, a więc z punktu widzenia komunizmu najbardziej zalecanym rodzajem działalności i to właśnie respektowane prawnie i obyczajowo obfite uprawianie seksu w komunie miało kompensować zakładany z góry pewien socjologiczny ubytek, jakim miało stać się zlikwidowanie kulturotwórczych jednak elit. Major przekonywał też, że za dobre wyniki pracy produkcyjnej dobrą nagrodą byłoby powiększanie ilości żon.
	– To wszystko mogę wiedzieć bez pana i mogę nie wiedzieć – zdenerwował się w końcu Gąsior. – Proszę zdać sobie sprawę, że przyjechaliśmy do pana w ściśle określonym celu.
	– Nie zamierzam zabić majora Bluzińskiego, jeśli o to panu chodzi – delikatnie pokręcił głową młody Bączyk.
	– A może pan powiedzieć czy wasza rozmowa miała ściśle merytoryczny charakter? Nie unosiliście się? Nie groziliście czymś sobie?
	– Groźba była taka, że jeden ośmieszy drugiego.
	– Co nie zaszło?
	– Nie wiem. Wydaje mi się, że nie.
	– Dobrze, w takim razie podziękujemy już panu – Gąsior wstał.
	– Proszę być przygotowanym na to, że w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja, możemy jeszcze niepokoić pana prośba o dodatkowe wyjaśnienia.

–		–		–		–

	Nazajutrz w Komendzie Maras stawił się nieco wcześniej niż zwykle chcąc porozmawiać z Jolą, nastawić siebie i ją do czekającego ich jutro spotkania. Przyszedł jednak tak wcześnie, że Joli, wyjątkowo jak na kobietę punktualnej, jeszcze nie było. Jednak nie czekał długo…
	– O, jesteś już, Jureczku? – zdziwiła się sympatycznie sierżant Kicińska. – To chyba pierwszy raz w historii, że zjawiłeś się w Komendzie przede mną; czyżby zegarek zaczął ci się spieszyć?
	– Nie – odparł Maras – chciałem po prostu wcześniej cię zobaczyć, by dłużej cieszyć oczy twoim widokiem, a uszy – brzmieniem twego głosu.
	– Nie podejrzewałam ciebie o taki sentymentalizm – powiedziała niby oschle Kicińska, lecz porucznik wyczuł, że jest zadowolona z takiego stawiania sprawy. Jola także dzisiaj była śliczna jak marzenie. Oczywiście zakochani nie widzą swoich wad, a Maras był już chyba zakochany w Joli. Ale porucznik poczucia krytycyzmu nie tracił nawet wtedy, gdy był zakochany; to, być może, wyróżniało go spośród kręgu tych młodych ludzi, z jakimi się zetknął. Jola była więc naprawdę pięknością, co na pewno schlebiało próżności Jerzego. Jednak liczyła się nie tylko próżność, bo Maras kochał po prostu piękno, lubił z nim obcować, przestawać. Tak, że gdyby jego znajomość Kicińską miała się rozwinąć i pogłębić, rokowałoby to na pewno długoletni związek.
	– Wiesz, Jolu – przemówił znowu porucznik. – Żałuję, że dotąd tak mało, jak to się mówi: pracowałem nad sobą. W rezultacie mam mnóstwo wad, co może szalenie obrzydzić mnie w twoich oczach. Ale liczę na twoją wyrozumiałość – to mówiąc, Maras podszedł do Joli i delikatnie ją objął.
	– Przestań, jesteśmy w pracy – Kicińska odchyliła głowę w bok. Jerzy przygarnął dziewczynę mocniej; jej ciepłe, miękkie i sprężyste ciało na chwilę przyległo do tułowia Maras, a następnie zatrzepotało w uścisku. Dziewczyna próbowała się oswobodzić, co w efekcie jeszcze silniej uwydatniło powstałą styczność. – Puść mnie, Jurku – popatrzyła na porucznika z tak bliska, że ten aż jęknął: twarzy Joli z tej odległości nabrała rozmiarów obrazu na wielkim ekranie kina. W takim powiększeniu uroda sierżant Kicińskiej zwielokrotniła się także. Jerzy nie poznawał jej. Nie poznawał też siebie. Jak że śmiało i bez skrępowania dotykał dłońmi delikatnych pleców swojej współpracowniczki, jak daleko odrzucał wahanie, wpijając się ustami w jej szyję, policzki, usta…
	– Hm, hm.
	Całujący się odruchowo spojrzeli w stronę drzwi. Stał w nich Gąsior.
	– Widzę, Jurku, że prawidłowo podchodzisz do zadania. Na razie jednak przerwijcie te pieszczoty.
	– Jerzy i Jola trochę zawstydzeni przeszli każdy do swego biurka, natomiast Gąsior ciągnął.
	– Moi drodzy, jesteśmy w pracy i nasze, hm, zainteresowania prywatne, musimy tutaj nieco hamować. Przekonacie się jednak sami, że istnienie hamulców może mieć znaczenie nie jedynie pejoratywne: w końcu to, że czasem trzeba zmniejszyć pęd, służy naszemu bezpieczeństwu.
	Gąsior przerwał sobie, po czym znowu mówił:
	– Jesteśmy bardzo zaangażowani w jedną sprawę, którą zobowiązani jesteśmy zwieńczyć, więc na razie nie będziemy zaczynali nic nowego. Tak się jednak złożyło, że naszej aktualnej sprawie zrobiliśmy na razie wszystko, co należało, poza jedną rozmową, którą mamy umówioną wieczorem. Ale pamiętajmy, że płaca nam za coś. Więc zróbmy dzisiaj porządek w naszych papierach, a jeśli takowy jest zachowany, wydoskonalmy go.
	– Ty rządzisz, szefie – powiedział sympatycznie Maras i zespół kapitana Alfreda Gąsiora wszedł w rytm mozolnej, ale jakże dyscyplinującej, roboty biurowej.

–		–		–		–
c. d. n.