(część 4)
Gong, drugie starcie. Wstajemy, przechodzimy parę kroków, by stanąć dokładnie w centralnej części ringu, naprzeciw siebie, ale w bezpiecznej odległości, by partner miał czas na przyjęcie postawy i przygotowanie się psychiczne, nie mówiąc o fizycznym, bo na to był czas kiedy indziej: to się wyrabia przez lata treningu. Lecz gdy tylko zajęliśmy pozycje, grubas, o którym myślałem, że zdążył już nabrać trochę respektu do mnie, momentalnie, bez krztyny strachu zaatakował. Jednak i strach czasem jest potrzebny! Zaatakował bez krztyny strachu, ale też bez krztyny przygotowania. Od razu nadział się na mój wysunięty w odpowiedniej chwili tak zwany „dyszel”, którego by wcale nie odczuł, gdyby akurat na mnie nie parł z takim impetem. Co prawda Lartus zdaje się sprawiać takie wrażenie, jakby i teraz nie odczuł mego ciosu, wdaje się w ostrą wymianę, w której niestety jest trochę lepszy, bo ręce ma dłuższe i niektóre me ciosy nie dochodzą, jako że promień jego „młyńca” jest sporo większy niż promień mojego. Odskakuję. Teraz to naprawdę trzeba się będzie zdać wyłącznie na zwody, bo trochę… nieźle teraz oberwałem i nawet jeśli bym zadał teraz z jakie dwa precyzyjne ciosy, to nie byłoby w nich wystarczającej siły. Gruby gania mnie po całym ringu, ja zwiewam, walka staje się brzydka, mało interesująca, bo oczywiście nie ma ciosów. No, trochę odsapnąłem! Znowu można spróbować. Zatrzymuję się w jednym miejscu, Lartus naciera, ja robię błyskawiczny zwód w prawo i z całej siły wbijam sierp z lewej w jego szczękę, która omal, a właściwie nawet nieco wyskakuje mu z zawiasów. Łysy nie pada, ale Mag musi liczyć go na stojąco. Już jest „siedem”, „osiem”, a łysy nie przyjmuje postawy i tylko trzyma się za szczękę z wyrazem bezsilnej rozpaczy i rezygnacji. Gdy Mag wylicza go do dziesięciu, Lartus krzywi się z bólu i wypowiada sepleniącym głosem jedno krótkie zdanko: - W poziądku, wygjałeś. Mag natychmiast podbiega do mnie z gratulacjami w postaci jednego, ale za to jak soczystego całusa, na co Lartus mimo swej pożałowania godnej sytuacji, która powinna go w ogóle wyłączyć z przejmowania się tak zewnętrznymi rzeczami, które teraz nie powinny go obchodzić, na co więc Lartus patrzy więcej jednak z pogardą i zawiścią niż litością i współczuciem. - Męczi! Gratuluję wspaniałej walki! - serdecznie przemawia do mnie Mag, ledwie oderwawszy się od ust mych, a będąc jeszcze w moich objęciach. - Niepotrzebnie się bałam… - A jednak! - z trudem, ale i z rodzajem satysfakcji jakiejś, wypowiada przetrącony Lartus. Chcę coś odpowiedzieć, i to odpowiedzieć ostro, ale Mag mnie powstrzymuje: - Daj mu spokój. I tak jest dosyć pokiereszowany i znieszczęśliwiały. Lartus tylko nienawistnym gestem i mimiką swej trochę istotnie poobijanej twarzy kwituje słowa mojej ślicznej przyjaciółki. Westchnąłem. Nigdy nie zależało mi na tym, by komuś krzywdę wyrządzać, a teraz Lartus, jeśli mu się ta szczęka nie naprostuje, jak będzie jadł? Trudno. Sam tego chciał. Nagle, ni z tego, ni z owego słyszymy jakiś przeraźliwy ryk czy wyk, coś podobnego trochę do głosu zdenerwowanego osła albo pawiana, w ostateczności może szympansa. - Co to tak ryczy? - pytam zdumiony. Lartus spogląda na mnie i wzrusza ramionami, Mag sugeruje, że może jakieś zwierzęta, bo jesteśmy przecież w Bieszczadach, było nie było najdzikszym zakątku kraju, a zwierzęta w takich jedynie zakątkach ujawniają swe prawdziwe charaktery, bo jak ludzi mało, to taki kojot się nie boi, że go ustrzeli chłop jakiś z dubeltówki czy myśliwiec ze sztucera. - Jednak ryk ten dobiega, jak mi się wydaje, bezpośrednio zza tej ściany- wskazuję palcem. - To zapytaj - wzrusza raz jeszcze ramionami Lartus. - Może to istotnie człowiek, a nie, jak osobiście jestem przekonany, ryczący bawół. Jeśli jednak nie wierzysz temu, za co ręczę, pytaj. - Cicho!- syknąłem.- Muszę go wprzód zobaczyć! Dopadłem słomianych warkoczy, ponieważ było to najlepszym sposobem na stworzenie szpary w ścianie, przez którą można by zobaczyć wyjącego (zapewne) dryblasa. W międzyczasie wycie nie uległo żadnej zmianie, było dalej ciągnącym się uporczywie dźwiękiem: dźwiękiem na jedną nutę i o stałym natężeniu. W dalszym ciągu uparcie ukręcałem słomę, choć nagle pomyślałem sobie, że Lartus miał rację, bo po co się wysilać, że można by po prostu przemówić do wyjącego, bo skoro my go słyszymy, i on powinien nas usłyszeć. Lecz dalej robiłem ze słomą, żeby Lartus nie miał okazji z przekąsem zauważyć, iż wcześniej mogłem dojść do tego wniosku, a nie tylko z góry negować jego słuszne rady. Do czego jednak doprowadziło mnie te przedłużające się szarpanie słomy? Otóż do osiągnięcia celu, to jest szpary, i zobaczenia człowieka o niepospolitym wyglądzie, choć może tak naprawdę to pospolitym, ale tylko w Rzeczypospolitej Indiańskiej. Był to bowiem postawny, choć jak przypuszczałem jeszcze go nie widząc, szczupły Indianin, z obficie upstrzonym pióropuszem, w mokasynach ze skóry jelenia, nagi do pasa mierząc od głowy, w spodniach z białego materiału, który mógł być jedynie świetnie wygarbowaną skórą dzikiej świni. Znam się trochę na indiańskich zwyczajach, więc bez tremy uniosłem dłoń, przyjaźnie nią kiwając to w lewo, to w prawo, by w ten sposób wyrazić jak najlepsze chęci i gotowość podjęcia przyjacielskiej pogawędki. A jednak Indianin nie zareagował. Ryczał dalej na jedną nutę czerwony z wysiłku, co było widać mimo tego, że czerwonoskórzy są przecież czerwoni i bez niczego. Wprawdzie niektórzy utrzymują, że Indianie są naprawdę żółci, a ich nazwa „Czerwonoskórzy” wynika jedynie z tego, że często malują się na czerwono, ale przecież ja nie musiałem już opierać się li tylko na opiniach, na pogłoskach czy wręcz w ogóle plotkach, po prostu na informacjach z drugiej ręki, jako że prawdziwego Indianina widziałem sam, co prawda po raz pierwszy, ale na własne żywe oczy, i w wyniku krótkiej obserwacji sprawa ta mogła się raz na zawsze wyjaśnić. I nagle odkryłem swoją głupotę! Indianin nie mógł zareagować, ponieważ nie widział mnie, gdyż byłem zasłonięty drewnianą ścianą; mógł zobaczyć najwyżej moje oko, które tkwiło w szparze, lecz przecież nawet widząc moje oko, mógł je wziąć za oko szczura czy sowy, ponieważ oko, którym podglądałem ryczącego, to jest prawe, prawe oko, moje prawe oko ma kolor typowy dla wszystkich ssaków - brązowy, podobnie zresztą jak lewe, którym widzę jednak nieco gorzej. Trochę w tym miejscu się zaplątałem, więc od razu wyjaśnię: oczywiście sowa nie jest ssakiem. Byłem trochę zbity z tropu, co w żadnej mierze nie polepszało mojej sytuacji. Traciłem wątek i traciłem, aż wreszcie zupełnie go straciłem i sam zacząłem ryczeć. Tak więc podjąłem ryk czy też wyk Indianina, lecz półtora tonu wyżej, przez co powstał dwudźwięk bardzo zgrabny, i tym samym bardzo przyjemny w odbiorze. Ale niestety cały ten dwudźwięk nie trwał długo, ponieważ Indianin przerwał, gdy tylko ja zacząłem, a skoro nie było potrzeby wysilać się dłużej, bo cel powiadomienia o nas naszego czerwonoskórego brata w jakimś już stopniu został prawdopodobnie osiągnięty (bo inaczej, nie usłyszawszy mnie, sam z siebie ryczeć by przecież nie zaprzestał), i ja przerwałem, by na chwilę zapanowała cisza. Jak już powiedziałem, nie było potrzeby wysilać się dłużej. Lecz była za to inna potrzeba: potrzeba przemówienia do czerwonoskórego. - Czerwony bracie - przemówiłem oficjalnie acz przyjacielsko. - Wybacz, że przerywamy ci szlachetną czynność wycia; jest to z naszej strony dużym nietaktem, lecz powinieneś zrozumieć, że nasze uszy są u kresu. Jeszcze chwila, a staniemy się nerwowi, zaś nerwowość ta doprowadzić może do odgrzebania dołu, w którym dziadowie nasi zagrzebali wojenny topór. Przeto poniechaj wycia i wypal z nami fajkę pokoju, której - mamy nadzieję - nie zapomniałeś wziąć z sobą. Indianin bardzo wcześnie dostrzegł oko moje w szparze, oko- jak już wiecie- koloru ciemnego piwa, a widząc jego przyjacielskie mruganie, które wynikało swoją drogą wcale nie z przyjaźni, lecz nerwowości, uśmiechnął się wymownie, szczerząc w tym uśmiechu zęby podobne trochę do kłów słonia, i przemówił głosem bardzo spokojnym oraz wyraźnym, co było mi na rękę, ponieważ wszystko mogłem dokładnie zrozumieć. - Biały bracie! Serce moje, które- wierz mi! - drżenia nie zaznało od pradawnej chwili urodzenia, serce moje wstrząsnął gwałtowny raptowny dreszcz, gdy witając mnie wymieniłeś słowo: mózg. Chciałbym, bracie, żebyś na początek wyjaśnił, o jaki mózg tu chodzi: pierwszy czy drugi? Jeśli bowiem masz drugi mózg, to będę musiał cię zgładzić, albowiem wódz mego plemienia i szczepu Zardzewiała Strzelba chce, żeby tylko Indianin mógł posiadać drugi mózg, a to w celu przyciągania turystów do naszego rezerwatu. Byłem trochę zdziwiony przemową Czerwonoskórego, bo przecież witając go, bynajmniej nie użyłem słowa: mózg. Najwyraźniej chłopak był przeczulony. Jak gdyby nigdy nic rzuciłem odpowiedź: - Ja nie mam, a moi towarzysze… W tym momencie stało się coś dziwnego. Os szpary oderwał mnie niespodziewany jakiś hałas… Po odwróceniu wiedziałem już coś więcej: coś dziwnego stało się właśnie z Lartusem, który raptem, ni z tego, niż owego zerwał się na równe nogi (podczas gdy dotąd miał raczej krzywe) i począł wyczyniać przedziwne łamańce swymi wszystkimi kończynami oraz w ogóle odsterczynami, a więc między innymi i głową. Jednak Lartus nie zerwał się na te równe nogi z przyjemnością: zerwał się z konieczności. Krztusząc się, odpędzał w rozpaczliwej gestykulacji roje niewidzialnych much czy czegoś takiego jak dym… Niejasne przypuszczenie zaokrągliłem w ustach do krótkiego stwierdzenia, które Mag przyjęła z przerażeniem: - Łysy dostał drugiego mózgu. Lartus usłyszał moje stwierdzenie, więc kaszlał coraz straszniej, bowiem do ogólnego krztuszenia wmieszał się jeszcze śmiech: śmiech radosny, złowieszczy, niemal mistyczny. Boleśnie odczuliśmy ten śmiech, by jednak już po chwili o nim zapomnieć, a w miejsce zapomnianego biec z kąta w kąt, aby tylko zgubić szalone drapanie, podobne trochę (lecz stokroć silniejsze!) do drapania po zaciągnięciu się dymem z fajki. Usłyszałem naraz nieznajome mi nigdy przedtem głosy kłócących się mężczyzny i kobiety, przy czym kobieta krzyczała: - Morderco! a mężczyzna: - Morderczynio! nie licząc słów stricte niecenzuralnych, których oczywiście nie będę zamieszczał, choć byłoby to nawet może pociągające ze względów literackich, bo wiadomo, że prekursorstwo zawsze kusi. Nagle, jak nożem uciął, zarówno drapanie jak i kłótnia ustały. Nikt nie mógł znaleźć odpowiedzi na powód nieoczekiwanej aczkolwiek tak szczęśliwej zmiany sytuacji; nikt, to znaczy ani ja, ani Mag, którą jakby zatchnęło, ani rzecz jasna Lartus. W końcu przypomniałem Mag, że jest przecież jeszcze jej drugi mózg, na co ona wybuchła płaczem: - To mój drugi mózg krzyczał: morderco! i prawdopodobnie… - Zawołaj go! - powiedziałem, wiedziony najgorszymi przeczuciami. - Drugi mój mózgu! Drugi mój mózgu!- zawołała bez wiary Mag, pochlipując. Lecz odpowiedź była jednym krzyczącym milczeniem. Lartus pojął pierwszy. Nie omieszkał się więc samochwalczo i pyszałkowato objawić z tą swoją teorią, którą mimo najgorszych chęci musiałem uznać za słuszną, co zresztą uczyniłem, gdy skończył. - Szanowni państwo! Mieliście okazję być świadkami dosyć ciekawego zjawiska, a mianowicie: aktu wzajemnej niwelacji. Sprawa tylko pozornie jest ciemna, dlatego utrzymuję z całą dostępną mi wiarą we własne słowa, że przyklaśniecie mojej teorii, którą w zasadzie już wyłożyłem. Mówiąc prościej: drugi mózg panny Magdaleny Żabkowskiej pożarł mój drugi mózg, przy czym sam został pożarty. Choć może jeszcze inaczej: … pożarł mój mózg, oczywiście drugi, po czym umarł z przejedzenia. Sprawa istotnie była prosta, dlatego nikt nie miał żalu do Lartusa, że to właśnie on ją wyświetlił: my, to znaczy ja i Mag byliśmy stworzeni do wyjaśniania spraw o niebo ciemniejszych. Niech każdy robi to, co umie, nie będziemy przecież Lartusowi odbierać chleba: niech zarobi na tym, że raz coś pojął. Byliśmy znowu normalnymi ludźmi, bez drugiej, trzeciej czy czwartej świadomości. Wypadło to wszystko szalenie głupio, lecz, jak to mówią brydżyści, na układy nie ma rady i czasem, nie ugrawszy pozornie tylko pewnego szlema, trzeba się zadowolić tym, że w ogóle się grało. Nie warto się zbytnio użalać. Obróciłem się ku ścianie, za którą znajdował się Indianin, i momentalnie spostrzegłem, że w szparze przeze mnie wyszarpanej tkwi tym razem jego oko. - No i co?- rzuciłem ku niemu. - Dobrze się stało, Biały Bracie! Dobrze się stało! Nie będę musiał was zabijać, a to jest dla was najważniejsze, a i dla mnie nie bez znaczenia, hauk! - Nawet jakbyś musiał nas zabić, to nie wiadomo, czy sam byś pierwej nie zginął - mówię zuchowato i trochę zaczepnie, bo wiem, że nic mi z jego strony już nie grozi, a drugi mózg on ma, a ja nie mam, co jest trochę jednak rozwścieczające, gdy się pomyśli, że mogło by być na odwrót. Pomimo to, że tak zaczepnie mu odpowiedziałem, Indianin był wyraźnie zadowolony. Powiedział, że nazywa się Ryczący Bawół (o czym zresztą Lartus musiał wiedzieć już wcześniej, tylko nie chciało mu się należycie nam tego powiedzieć), a wyki, które mieliśmy możność przeklinać, są uzasadnieniem jego nazwiska. Powiedział też, że codziennie trenuje od godziny dziesiątej do dziesiątej trzydzieści, bo w jego szczepie jest taki zwyczaj, że imię można stracić, jeśli się pozytywnie nie wypadnie na sprawdzianie, i że to jest słuszne, bo jakim prawem miano by go zwać Ryczącym, gdyby mu gardziel uwiędła i mógłby tylko jęczeć, więc będzie musiał jeszcze trochę poryczeć, jeśli to nam nie będzie przeszkadzało. Poza tym Ryczący przytoczył nam w paru słowach historię swego drugiego mózgu, który również zabrał głos w dyskusji, co wywołało w nas mieszane, to przykre, to przyjemne wspomnienia, więc wszystko było w najlepszym porządku, lecz czułem, że jest to porządek pozorny, ponieważ w skośnych oczach Ryczącego dostrzegłem, najusilniej hamowany, przebłysk okrzesania. Począłem wydobywać z pamięci znane mi twarze, szukając w nich podobieństwa do tej ogorzałej, bardziej przywodzącej na myśl zaśniedziałą miedź niż zwykłą czerwień twarzy naszego dzikiego - o, tu mam wątpliwości! - przyjaciela. Romek Caputa? Chyba nie. Zbyt często nazywał siebie In Czu Czuną, żeby teraz, w obliczu tak obszernie zakrojonego zgrywu, upaść do miana, wprawdzie Ryczącego, ale tylko Bawoła… Chociaż te oczy, a szczególnie ich tęczówki, zdradzają uderzające podobieństwo do ich odpowiedników u Romka. Jednak byłoby to zbyt oczywiste. Odrzucam więc łakomą hipotezę, to jest hipotezę kuszącą, kierując podejrzenia raczej na prywatnych wrogów niż przyjaciół. Mijam teraz cały szereg nasuwających się natrętnie twarzy, które przyrównywać do twarzy indiańskiej byłoby zupełnym absurdem, gdyż gdzie tacy intelektualiści jak Bogusław Krawczak, Andrzej Renkawek, Wojtek Grudka czy tym bardziej d r u k o w a n y poeta Sławek Podstolski o czymś podobnym by pomyśleli i zatrzymuję się na jednej, która troszkę- troszkę jakby mogła być tą. Waldek Cielczyk?... Trochę poeta, trochę grafoman, trochę mały prozaik; pracuje, to jest pisze, gdzie się da, podobnie jak ja, czyli po różnych kawiarniach, klubikach, parkach czy przystankach tramwajowych; w ciągu kilku posiedzeń nagryzmoli czasem nawet ciekawe opowiadanie, za jednym- wiersz. W tejże kawiarni, gdzie koledzy pochwalą, gdzie zmieszają z błotem nieprzychylnych Waldkowi krytyków, pomyśli sobie Waldek, że tym razem to już na pewno może liczyć na druk, co wynika po prostu z teorii prawdopodobieństwa (bo na sto „zaniesień” jedno musi okazać się skuteczne, a to będzie właśnie setne, gdy wszystkie poprzednie kończyły się odmową), i pójdzie zanosząc dzieło do jednej z redakcji, wiedząc, że sprawa jest z góry przegrana, co wynika z kolei z przyzwyczajenia. Potem Waldek będzie się zamartwiał tępotą redaktorków, których przewyższa i dlatego są nieprzychylni. Będzie zamartwiał się, lecz tylko do czasu następnego przedsięwzięcia, co jest znamienne dla większości poetów młodego pokolenia, którym trudno rzucić coś na zawsze, ponieważ to „zawsze” to jest prawie naprawdę „zawsze”, gdyż mają jeszcze mnóstwo życia przed sobą, a przez te lata trend w literaturze może się zmienić tak diametralnie, że, nawet samemu nie poprawiając pisania, liczyć na sukces nie będzie specjalnie wielkim szaleństwem. Na pozór wszystko by się zgadzało z naszym Waldkiem: nawet sylwetka, początkowo niesamowicie wysoka, przykurcza się, staje się bardziej barczysta, ręce uwieńczone grubopalczastymi dłońmi pokrywa żółty papierosiany nalot, zaś twarz, przypominająca już wyraźnie twarz konia, ma wgłębienie na nosie jakby po okularach, które Waldek nosi normalnie bez przerwy. Teraz zdjął, chcąc uchodzić za mi nieznanego, więc powinien chyba słabo widzieć, choć przecież odnoszę stałe wrażenie, że reaguje skrzywieniem warg czy ruchem nosa na każdą, najdrobniejszą nawet zmianę wyrazu mojej twarzy. Takie odnoszę wrażenie, choć szpara jest mała i przecież ledwo co widzę jego, co trzeba przyznać, lazurowo błękitne oko. - Ryczący Bawole!- mój półgłos jest cichy, ale dykcyjnie bez zarzutu; tak wyraźnie powiedziane słowa musi zrozumieć od razu. - Powiem bez ogródek, albowiem grzeczność zaczyna mnie już wściekać. Otóż podejrzewam, szanowny wojowniku, że jesteś oszustem, a więc: ani szanownym, ani wojownikiem. Ponadto… Obserwowałem oczy, a właściwie niestety tylko jedno oko Cielczyka, które szarzało w miarę wypowiadanych przeze mnie słów. -… ponadto, co wyznam bez skrupułów, wiedz, że znam twoje, wojowniku rzekomy i rzekomo szanowny, personalia. Zresztą nie tylko personalia. My się po prostu znamy, Waldek. Waldek przytknął swój szeroki palec do swych wąskich warg i syknął: - Cicho! Będę twoim niewolnikiem, najpokorniejszym sługą, Remodasie, ale przestań! Muszę ci powiedzieć, że jestem tu nie z własnej woli. Cóż więc wobec tego znaczy akt mego oszustwa, oszustwa niewinnego choćby przez jego romantyczność. - Ale po co?! Co tobie da, czy dało, to przebranie? Po co grasz? Postawiłem to pytanie, lekko już się niecierpliwiąc, ale Waldek zbył mnie krótko: - Byłem właśnie na balu maskowym i właśnie wtedy mnie… capnęli. - Jak to się stało? - trochę zaciekawił mnie ten Waldek; pytałem już nie wściekły, lecz wręcz przeciwnie: rozbawiony. - Im się wydawało, że posiadam jak wy… hi, hi, hi, że posiadam drugi mózg. - Jak to? Przecież sam słyszałem!- wydało mi się, że Waldek coś pokręcił. - Jestem brzuchomówcą! - powiedział jakiś obcy głos, że aż się obejrzałem. - No tak. Teraz wszystko jasne. Z wyjątkiem tego, co z tobą zrobią, skoro odkryją, że jesteś oszustem, Waldek. Waldek pokazał mi na migi, żebym przytknął ucho do szpary, gdyż chce powiedzieć coś bardzo cicho. - Co tam gadacie? - brutalnie przerwał naszą pogawędkę Lartus, któremu w międzyczasie nie bardzo wyszło nakłonienie Mag do wyjścia za mąż. Chyba nie trzeba dodawać, że właśnie za niego. - Nic, nic - spuściłem momentalnie oczy i nieco speszony począłem grzebać w kieszeniach, bo strasznie się bałem, że jak zwyczajnie stanę, to wygadam tajemnicę Waldka, od utrzymania której zależało, być może, jego życie. - No, wydawało mi się, że gadacie… rozmawiacie z przejęciem. Nagle zamarłem. Jednak bynajmniej nie dlatego, że jakoby teraz miał mnie przestraszyć Lartus. Z Lartusem to było już załatwione, dowiodłem w miejscu do tego najodpowiedniejszym, to jest - o ile pamiętacie - na ringu, kto kogo ma się bać. Znieruchomiałem, ponieważ w kieszeni, gdzie znalazły się przypadkowo moje dłonie, coś pod tymi mymi dłońmi, a mówiąc prawdę, pod jedną podejrzanie zaszeleściło. A cóż to mogło być innego, jak nie list od złoczyńców, którzy uwięzili mnie w Drewnianej Twierdzy, wcześniej porwawszy! Błyskawicznie wyciągnąłem znaleziony świstek i rozwinąłem. Na wymiętoszonej karteczce widniało napisane rozlewającym się tuszem długopisowym tylko jedno zdanie: „Wszystkie rybki śpią w jeziorze.” - Wszystkie rybki śpią w jeziorze - powtórzyłem na głos z zadumaniem i ze zdumieniem.- Co to może oznaczać? - Czyżby „rybki” to byli denaci z drugim mózgiem, a „jezioro” - nazwą własną Drewnianej Twierdzy? - przypuściłem głośno po chwili milczenia. - Jako rzekłeś: osadę z drewnianych bel nazwał Mahariad Jeziorkiem- potwierdził Lartus, kiwając poważnie głową. Mag, a przypuszczam, że i Ryczący, zaczęła pospiesznie grzebać w kieszeniach swej nocnej koszuli i w jednej natychmiast znalazła: - Męczi! W mojej jest taka sama kartka! „Wszystkie rybki śpią…” Po co oni to dali? - W mojej podobnie! - wysapał Waldek. - Oj, oj- powiedziałem ostro. - Ty, Aligedzie, musisz wiedzieć o wiele więcej niż nam dotąd okazywałeś! Kto to jest Mahariad? - stęknąłem pytając, ponieważ jeśli kiedykolwiek słyszałem to nazwisko, to teraz nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy. - Halias Mahariad jest ciekawym, bardzo ciekawym człowiekiem… - Człowiekiem? Bydlęciem!- wtrącił trzy grosze Indianin. - Proszę nie przerywać, panie Indianin- brutalnie wkroczył Lartus, groźnie łypnął okiem, czego oczywiście Waldek nie mógł dostrzec, i ciągnął dalej głosem monotonnym acz trochę podenerwowanym, żeby nie rzec: wściekłym. - A więc, jak już powiedziałem, Halias Mahariad jest niesamowicie dociekliwym człowiekiem. Dociekł na przykład tego, że dach przecieka u sąsiadów, co okazało się prawdą, ponieważ sam Mahariad zrobił dziurę, chcąc następnie wykazać się niespotykaną u pięcioletnich dzieci spostrzegawczością. Ale dość z żartami. Mahariad jest szarlatanem. Napisał książkę, którą wszyscy tu obecni czytali; wszyscy tu obecni, to znaczy wszyscy więźniowie Jeziorka; poza wami jest ich jeszcze zapewne paru w naszej zagrodzie. Książka ta spowodowała w głowach czytelników takie układy, że możliwym się stało powstanie tam drugich mózgów. Zastosował bowiem Mahariad w owej książce pewne, bardzo pewne zaklęcie, znane tylko nielicznym szarlatanom, które wbudował dyskretnie w szkielet książki i, które jest niezwykle trudne do dostrzeżenia, przez co czytający do końca nie zdaje sobie z tego sprawy, że jest coraz bardziej wplątywany w aferę. - Aaaa! Aaaa! - odezwały się nasze głosy zrozumienia niepojętej dotąd rzeczy, skąd się biorą drugie mózgi. Tymczasem Mag, która darzyła Lartusa obojętnością i okazywaniem mu lekkiego wstrętu, zadała krótkie pytanie, które Lartus przyjął ze spuszczoną szczęką: - A pod jakim pseudonimem ukrył się Mahariad jako autor owej książki? Aliged Lartus wstał z podłogi i pospiesznie odparł: - A skąd wiesz, Magdaleno… przepraszam. A skąd pani wie, Magdaleno, że się w ogóle ukrywał? - Lartus prędko się wycofał ze zwracania się Mag przez „ty”. - To bardzo proste, panie Aliged - Mag próbowała trochę przedrzeźniać Lartusa. - Mój drugi mózg sam pan słyszał, a nie czytałam żadnej książki autora nazwiskiem Halias Mahariad. Lartus jeszcze bardziej spuścił szczękę, lecz zaraz oczy mu zabłysły i uniósł rękę gestem mówcy, który prosi, żeby wszyscy się uciszyli, albowiem ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Zrobiwszy ten gest i z zadowoleniem skonstatowawszy, że gest ten podziałał, zaczął Lartus mówić. W tym momencie jednak strasznie zachciało mi się zapalić. Była to chętka tym okrutniejsza, tym bardziej godna pożałowania, że papierosów już nie miałem, bo niby skąd miałbym je wziąć w tej głuszy bieszczadzkiej i na domiar wszystkiego w więzieniu. Wprawdzie wszyscy, łącznie z Mag, palą, ale o poczęstowanie nie poproszę, bo im też już dawno się skończyły. Przynajmniej tak sądziłem, widząc towarzyszy moich przygód przez dłuższy czas w otoczeniu czystego powietrza, które nie ma nic wspólnego z paleniem, pozwalającym dymowi, a szczególniej: nikotynie z dymu, przez płuca przedostać się do krwi, powodując tym błogą jej jakby ociężałość, zapewniając palaczowi nieco spokoju na zawołanie. Niestety musiałem zadowolić się zjedzeniem jabłka, które spadło mi boleśnie na głowę z rąk Aligeda, wiedzionego w tym wypadku myślą, że niezbyt dokładnie go słucham, co było prawdą, ponieważ naprawdę strasznie chciało mi się palić i w tych warunkach myśleć o czym innym nie potrafiłem. Jabłko było smaczne, wielkości tak mniej więcej piersi Mag, tak że się najadłem, co w pewnym sensie złagodziło mój żal do Lartusa o to, że spuścił je na mą głowę, zanim je zjadłem, co może niepotrzebnie przypominam, bo wszyscy czytają uważnie. Lecz dosyć tej marnej gadaniny. Papierosa i tak nie zapalę. Nie pomoże w tym wypadku nawet efektowna rozpacz. - Więc wracam do historii Mahariada- przemówił Lartus tak wyraźnie, że każde „r” wywoływało we mnie dreszcz nie mniejszy od tego, gdy dotkniesz żelazka myśląc, że jest gorące, a ono jest zimne jak trup. - Wracaj, kto ci broni- wymamrotałem nieprzychylnie. - Słuchamy z najżywszą uwagą- dodał Ryczący, łasy na ciekawostki. - Kto słucha, to słucha - dorzuciła Mag, ziewając. Teraz dopiero przypomniało mi się o nożu, którym Mag uderzyła w patelnię dając tym sygnał do pojedynku między mną a Lartusem, który to pojedynek wiadomo jak się skończył. Wtedy nóż ten nazwałem patykiem, ale teraz pracująca skokami pamięć odkrywa z całą bezkompromisowością pomyłkę mych organów postrzegania. Zacząłem błądzić przymglonym wzrokiem krótkowidza, któremu zdjęto okulary, po całej komórce i, co dziwne: udało mi się dostrzec najpierw żółtawe przechodzące w zielonkawe, długie i wąskie ostrze, a potem rękojeść z rogu jelenia. Nóż leżał o dwa kroki ode mnie. Podniosłem się, żeby podejść, bo oczywiście na siedząco trudno wytrzymać, gdy dostrzeże się nagle nóż, o którym pisze się książkę… Jeden nóż, z napisem „MAGDALENA”, to wprawdzie wiem, że jest i mam go gdzieś, ale Mag uderzała w patelnię innym nożem i to właśnie tym! Nie słuchałem tego, co mówił Aliged, a mimo to rozumiałem jego słowa, albowiem czasem tak jest, że się nie słucha, a przy tym rozumie. Wtem trąciłem nogą o jakiś przedmiot. Był to taki sam nóż jak ten, ku któremu szedłem! Lartus mówił dalej, wsłuchany we własne słowa i ślepy na to, co poza nim. Moje słowa obudziły go natychmiast: - Po co jest nóż? - to pierwsze pytanie, po co są dwa noże? - to drugie! - Dwa?!- usłyszeliśmy gwałtowny głos Ryczącego. - Jeśli wy macie dwa, to ja mam trzeci! - Powinien być jeszcze czwarty - z nieuzasadnionym rozbawieniem zauważył Lartus - żeby każdy miał, nie tylko wybrańcy. - Lartusie, wiesz dobrze, iż noże otrzymali sami tylko „obywatele” Drewnianej Twierdzy, ty zaś do nich nie należysz, bo dostałeś się tu bez wiedzy Mahariada. Nagle stuknąłem się dłonią w czoło. To przecież sam Lartus przynosił te noże! To przecież właśnie on miał nas nimi… wymordować! Mag przyglądając się jednemu z noży zrobiła wielkie oczy, zaś z przytłumionych dłonią ust wyrwał się jej mimowolny okrzyk: - Tu jest jakiś napis!... Tu jest coś napisane - dodała już spokojniej. - Co?- krzyknął Lartus, powściągając wesołość. - Co?!- krzyknęliśmy z Ryczącym równocześnie. - Ryczący Bawół- odpowiedziała, z trudem odczytując widocznie małe lub słabo zarysowane litery. - Na moim także jest jakiś napis - odezwał się cicho Waldek. - Przeczytaj - poprosił Lartus, już nie z takim rozbawieniem, jak poprzednio. Odniosłem takie wrażenie, jakby ten Lartus coś zaczynał rozumieć. - Napisano na moim nożu: Remodas. Pozostał już tylko jeden nieodczytany nóż. Miałem go w ręku. Maleńkie srebrne literki układały się w jeden średnio długi wyraz… No tak, ten nóż znałem już wcześniej: - Magdalena. - Po co te noże?! Do diabła! Lartusie, wytłumacz! Lartus westchnął. - Jak wam zapewne wiadomo, zaślepiony chęcią posiadania jedynego drugiego mózgu, przychodziłem z tymi nożami na miejsce spoczynku osłabionych „porodem” osobników, to znaczy między innymi was, i usiłowałem tymi właśnie nożami pozbawić ich życia. Jednak nic z tego nie wyszło, bo pomyliłem chyba noże. - Jak to? To znaczy, że nożem z napisem „Remodas” można zabić tylko… Remodasa? - zaczynałem już trochę chwytać. - Tak jest. - A skąd miałeś noże? Czy może jest ich więcej?- pytałem raz za razem. Lartus zrobił mądrą minę i wykonał taki gest, jakby moje pytanie było zbyt ogólne. - Czy jest ich więcej? O, jest ich chyba ze sto razy tyle!... Leżą w wielkiej drewnianej skrzyni obitej papą, na podwórku mojej zagrody.- I na każdym nożu, co leżą, gdzie powiedziałeś, jest jakiś napis?- spytała Mag, a postawienie tego pytania dawało już w zasadzie odpowiedź, ponieważ mogła być tylko jedna: - Na każdym z noży, które leżą na podwórku mojej zagrody w drewnianej papą obitej skrzyni, jest napis, i to napis ściśle określony: nazwisko osoby, która posiadała, posiada bądź posiądzie wiadomą rzecz: drugi mózg. - A skąd Biały Brat wziął skrzynię z tymi nożami? - zapytał z kolei Ryczący Walduś, to jest Ryczący Bawół vel Walduś Cielczyk. - Sam zrobiłem tak skrzynię jak i noże… - odpowiedział grubas, takim jednak tonem, iż tym razem poważnie podejrzewałem, że skłamał. - Jeśli Biały Brat sam wykonał noże, to pewnie i napisy na nich? - Oczywiście, że tak - potwierdził zapytany bez mrugnięcia. - Skąd więc Biały Brat wiedział, kto ma już lub będzie miał… drugi mózg? - Wszystkie problemy będą niczym, będą czymś błahym, wprost bez znaczenia, gdy staniesz się, egzotyczny przybyszu- to słowo „przybyszu” Lartus wymówił takim tonem, że lepiej pasowałby ten ton do słowa „prostaku” albo „dzikusie” -, kimś takim jak ja, a już najlepiej jedynym mną: człowiekiem niepowtórzonym i niepowtarzalnym. Mag prychnęła, a Waldek jął tłumaczyć Lartusowi zgodnie z rolą, jaką sam sobie napisał, że „Białym Bratem to na pewno się nie stanie; chyba że biało- czerwonym, jako własny syn” zaś ja powiedziałem wprost, że „jesteś, Lartus, głupim zarozumiałym bufonem”. Tym razem Lartus odpowiedział tak niewyraźnie, że nic z tego nie zrozumiałem. Z pewnością chciał coś powiedzieć, lecz, miast słów, buchnęła mu z ust jasnoczerwona krew i bełkot; coś w rodzaju: „pogrzebcie mnie, jak przystało”, lecz mogło być też: „poklepcie mnie nie za mało”, lub, przy czym upierała się Mag: „polepcie me całe ciało”. W każdym razie stało się z naszym grubasem coś niedobrego. Ryczący Bawół bardzo już przypominał Waldusia Cielczyka, szczególnie zaś wtedy, gdy wyjawił, jak rozumie śmierć Lartusa: - Wiecie co? Na pewno było tak: on nie umarł sam z siebie; jego odejście na tamten świat, który o tyle jest lepszy od tego, o ile niewiadoma zawsze będzie lepsza od znajomego do obrzydliwości, zostało przez kogoś spowodowane. Ten ktoś widzi i nas, więc strzeżmy się! Wprawdzie nie wiemy, czego mamy się wystrzegać, by nie wywołać z lasu tego Żelaznego Wilka. Ale przynajmniej jedno może stanowić dla pewnej wiedzy o tym przesłankę: ten wasz kolega umarł na chwilę po wypowiedzeniu przez siebie obelgi pod moim adresem. Bądźmy dla siebie krańcowo odmienni. - Zgodzę się - zaopiniowałem -, że w Drewnianej Twierdzy mogą być kamery tak dobrze ukryte, że nie dostrzegamy ich. Lecz jak z daleka i niepostrzeżenie mógł Lartusa ktoś… zabić? Czyż nie byliśmy bezpośrednimi świadkami jego, tak nagłego, że tylko rozdziawić gębę, zgonu? Jakiej by trzeba tu techniki, by to sprawić! - Sądzisz, że nasze drugie mózgi były czymś mniej zadziwiającym?- szepnęła Mag. - Więc przedstawcie mi w miarę sensowne wyjaśnienie. - Lartus mógł być zabity choćby laserem - rzekł Cielczyk. - Laser nie jest tak inwazyjny, żeby zabijać - broniłem się. - A jeśli było tak, że nasz obserwator dysponuje laserem, który ma zdolność przechodzenia w wybranym przez operatora punkcie ze stanu świetlnego w groźny dla życia obiektów takich jak ludzie stan… krystaliczny? - To niebezpieczny pomysł- kręciłem głową z niedowierzaniem odnośnie pomysłowości Waldka. - Ja też odnoszę wrażenie, że Lartusa zabito - hipotezę Ryczącego Bawoła poparła Mag Żabkowska. - Zabito go, ponieważ za wiele wiedział i mógł się wygadać, jako że właśnie mówił. Tak, zabrał swą tajemnicę do grobu. Mag, która chyba przez 2 lata studiowała medycynę, obejrzała zwłoki, po czym powiedziała, że „w tej sprawie to już do roboty nie mamy nic”. No oczywiście: mogliśmy pochować Lartusa, „jak przystało”, lecz skoro mogliśmy, a nie musieliśmy… Zresztą on sam zamierzał postąpić z nami znacznie gorzej. Było nam jednak przykro. W ogóle każda śmierć to wstrząs (tu chodzi o śmierć człowieka), ale początkowo, to jest gdy ktoś zaczyna dopiero umierać, myślimy przeważnie, że ta osoba się zgrywa i rzyga nie krwią, tylko farbą, co jest godne najwyżej naszego szacunku, nie współczucia, a potem jak się okazuje, że gość rzeczywiście pomarł, świadomość jego śmierci jest już w nas nie tak ostra i… nie grzebiemy swego mordercy, bowiem niejako sam na to się skazał. A teraz, gdy nic nie można już zrobić dla Lartusa żywego, pozostaje tylko skreślić kilka słów dla pamięci po nim. Lartus… cóż? Człowiek na pewno z wadami, które w swej pysze uważał może za zalety, ale… człowiek! Zawsze więcej niż - powiedzmy - krowa, albo lew nawet. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy mówił wpatrzony w świetlany księżyc; z oczami, które nabrały przedziwnego blasku, gdy mówił swój wiersz. Wiersz niezapożyczony, ten wiersz naprawdę napisał Lartus. Zresztą nie wiem, czy napisał, może tylko powiedział: - Księżycu, jesteś tak blady, jak bułki wyjęte spod lady, jak twarz ma, co żaru już nie ma, jak mistrza smutności poema… Lartus - niezwykła ambicja, której nikt mu nie dał, którą sam sobie zrodził, wypielęgnował i strzegł od niebezpieczeństw. Zachowam Lartusa w pamięci jako przede wszystkim wielką pomyłkę, ale pomyłkę właśnie wielką, niezwykłą, pomyłkę… romantyczną. Ryczący Bawół, gdy już było wiadomo, że łysy nie żyje, rzucił z wściekłości nożem do grubej belki i co powiecie? Nóż, miast utkwić w drewnie nawet nie wiem jak głęboko, przebił dzielącą nas (to jest mnie, Mag oraz nieżyjącego Lartusa od Ryczącego) ścianę, wpadł do naszej komórki i wbił się w podłogę po samą rękojeść tuż przy mojej nodze!... Chwilę odczekaliśmy, żeby zaczerpnąć powietrza, ponieważ człowiek, gdy się wzruszy, potrzebuje go dużo, i natychmiast zabraliśmy się do robienia drzwi, a właściwie tylko otworu drzwiowego, między naszą celą, a celą Ryczącego. Poszło nam tak szybko, że chyba szybciej niż normalnie jest z otwarciem prawdziwych drzwi zamkniętych na klucz, ponieważ nóż wchodził do twardego tego drewna dębowego jak w masło, i to miękkie. Wkrótce bloki ciężkiego niczym ołów drewna opadły na podłogę (ze stukotem!), a otwór wielkości i kształtu przeciętnych drzwi jaśniał przed nami jako wynik własnej, wytężonej pracy. Oczywiście czule przywitaliśmy się z Ryczącym, który szczególniej przyciskał Mag do piersi jak własną córkę, choć zawsze rozgłasza, że jest upadłym pederastą, co robi chyba po to, żeby dodać sobie splendoru czy też jakiejś innej snobistycznej przywary, bo mnie ledwie cmoknął. Do diabła! Czas upływa, a ja pozostaję wciąż tym szarym człowiekiem z oślimi uszami, żywię się szarym krupnikiem i nie umiem znaleźć tej szarej dziewczyny, która w śnie tak pięknie śmiała się do mnie! Inna sprawa, że jest przy mnie Mag, lecz cóż, gdy prawdopodobnie oboje uroiliśmy sobie tylko wzajemność?... Gdy zdobędę samochód i trochę forsy, pójdę do dziewczyny, którą kocham chyba od dziesięciu lat i postawię sprawę jasno. No, że jestem samotny, że ją kocham, że śnię o niej po nocach, że chciałbym ją pocałować, że w końcu tylko z nią chciałbym iść przez życie. Co gorsza, całe to wyznanie niemal w całości jest pozbawione zmyśleń, więc chyba nie wykręcę się od tego pójścia, choć drżę ze strachu przed tymi którymiś już z rzędu oświadczynami, kierowanymi niezmiennie pod jeden adres. Nie wiem, czy dziewczyna przyklaśnie mojemu wyborowi, ale w końcu dobre będzie i to, że ją zobaczę, co doprawdy wynagrodzi mi grzeczną odmowę. Ale trzeba wracać do przerwanej akcji, która popłynęła teraz w dużym tempie, dając mi możność popisania się moim refleksem, refleksem zawodnika skoku wgłąb, konkurencji zaiste unikalnej. Zrobiliśmy więc strasznie dużo nowych drzwi, lecz pozostałe cele okazały się celami pustymi, i chociaż została jeszcze jedna niewiadoma, to przecież zrobienie kolejnego otworu przyszło nam opornie i bez nadziei. A jednak myliliśmy się sądząc, że cela jest pusta! Była pełna, jeśli oczywiście założyć, że jedna, drobna i krucha dziewczyna może swoją osobą zapełnić sporą jednak klatkę. Dziewczyna stała naprzeciw nas, w spodniach trochę u dołu rozszerzonych i w bluzce nieokreślonego (wprost nieokreślalnego!) koloru, na który nigdy nie zwraca się uwagi. Miała włosy brązowe, jednak ciemnego odcienia, więc czasem ktoś mógłby przez pomyłkę nazwać ją brunetką; figurę o nieskazitelnych proporcjach mimo wzrostu naprawdę niewielkiego; twarz z wyrazem takiego jakby kojącego smutku i resztę odpowiednio wielką lub niewielką. Duże zielone oczy dopełniały miłego wrażenia, a ona sama mogła mieć lat dwadzieścia kilka, choć wyglądała na mniej. Odezwała się pierwsza. Jednak ja, nagle zgaszony czy onieśmielony, nie chciałem teraz żadnego, nawet czułego głosu; dopadła mnie na jej widok jakaś zupełnie niespodziewana katastrofalna nostalgia, fatalne jakieś otępienie (coś mi się chyba przypomniało) i nie słuchałem dziewczyny. W dodatku, nie słuchając, notowałem w pamięci podświadomą potrzebę, żeby na koniec, na przekór sobie, wszystko jednak zrozumieć: - Jestem Gośką Kosteczką. Pragnę wydostać się z tego piekła. Patrzę już teraz spomiędzy opadających powiek w tę twarz kobiety mówiącej jak mężczyzna, bo szybko, krótko, rzeczowo i co? I nic. Serce skołowane za przykładem odgórnym mózgu wali w ścianki brzucha, lecę najwyższym pułapem, osiągam szczyty polotu mimo woli i chęci. - Proszę pani… jesteśmy, to jest ja sam… Proszę się nie dziwić, to tylko serce skołowane mi przeszkadza… Co ja zresztą będę tłumaczył… Pani twarz… Pani rozumie wszystko… Przepraszam, niedobrze, że tak daleko… Proszę przysunąć się w posuwistym polonezie… Proszę przysunąć siebie, się… Dziewczyna bez zakłopotania podeszła. Widocznie mój bełkot wydał się jej ciekawy z punktu widzenia psychologii, jako że psycholożką była najprawdopodobniej ta Gośka Kosteczka, co wywnioskowałem z wpiętego w jej bluzkę żetonu: P.I.W. (Psychologiczny Instytut Wbrewpsychopatyczny). - Nie, proszę przestać!... Ja jestem Męczyś, dziecko… Ja chcę już odejść… Proszę, ja muszę odejść… Tak będzie najlepiej, bo… Zło, narzędzia żądzy… Czy pani wie, że odpadają mi jądra? Są od dawna pokryte mosiądzem… Gdzieś w wątrobie zakorzenia się drzewo, pod językiem ogromny jaszczur… Moja ślina jest żółta… Może jeszcze te usta… Pani chce mnie pocałować… Ja jestem dziecko, zaraz ucieknę… Czy może za to czeka mnie lincz? O, nie! Nie, nie!... Ja pragnę leżeć wśród suchych stepowych traw, gdzie motyle ukwiecą mi policzki, gdzie słońce miłosiernie ogrzeje dławiącą się we mnie śmierć… Lecz cóż to? Świat staje się smołą! Proszę spojrzeć na moje ręce: to nie siniec, to stapiająca się w smolne błoto wysypka gangren!... Pani ręce są zwykłe, jakby świat jeszcze się nie kończył, ale wszystko, czego ja dotknę, tknę… Liście czernieją na drzewach szosa staje się jedną wielką rzeką smoły… Skąd tu asfalt? Co ja mówię? To było już dawno, przed wiekami! To nie wróci, choć powraca, gdy braknie zasiłku nadziei i wiary. Koniec. Starczy. - Pani się nie gniewa. Moje nazwisko Gęg, a imię, jeżeli panią to ciekawi, dosyć ładne: Męczi, no: Męczysław. Może więc zostaniemy jednak przyjaciółmi. Ryczący Bawół ze zrozumieniem kiwa głową, i on przeżywał coś podobnego. Mag milczy, jakby zaskoczona moim wystąpieniem, Gośka również milczy. Cisza narasta. Odzywam się wobec tego natychmiast: - Drodzy państwo! Zdobycie Jeziorka mamy już poza sobą; myślę, że teraz powinniśmy zająć się odszukaniem owych - jak przypuszczam - trzystu noży, albowiem są one jedynym realnym punktem zaczepienia dla dalszego rozwiązywania zagadki. Chociaż… tak prawdę mówiąc, to winniśmy Drewnianej Twierdzy okazać jeszcze przynajmniej nieco zainteresowania. Szczególnie tym wieżycom, gdzie Mahariad i jego ludzie musieli przecież pozostawić jakieś ślady, że nie śmiem tu wspomnieć o przedmiotach znaczących dla nas jako dowody, które także mogli pozostawić. Kosteczka skrzywiła się, jak po wypiciu octu lub wywaru z cytryn: - Jakich noży? Jakiej zagadki? Jakiego Mahariada? Co ty… O czym ty mówisz, człowieku?! - No tak, ona nic nie wie - rzuciłem cicho ku Ryczącemu. Ryczący na to: - Myślę, Remodasie, że i nasza nowa przyjaciółka winna wiedzieć, co my wiemy, żeby w razie czego, gdy na przykład zdarzy nam się umrzeć, co nie daj Boże, pozostawić światu choć jedną świadomą rzeczy osobę. - Myślę - dorzuciła Mag - że jeden z owych noży jest, czy był, przeznaczony również pani. - A może ma już go pani? Proszę się przyznać, jesteśmy uczciwymi ludźmi. - Nie mam żadnego noża - powiedziała poważnie, z uwagą szukając w naszych oczach niedowierzania. - Tym lepiej. W takim razie z pewnością przyłączysz się do nas- powiedział Ryczący, któremu z łatwością przychodziło mówić „ty” osobom świeżo poznanym, jak zresztą wszystkim, do których nie czuł dystansu powodowanego poczuciem niższości czy, jak to mówią, kompleksem. - Ale coś… coś musisz wiedzieć! - wykrzyknąłem, bo nie mieściło mi się w głowie, że można nie wiedzieć, przynajmniej nie domyślać się, gdzie i za co jest się więzionym, choćby po nie wiem jak zaskakującym porwaniu. - Dotąd sądziłam - odparła Kosteczka - że porwano mnie i uwięziono jedynie w celu matrymonialnym, ale widząc was… Mag nie wiedzieć czemu popatrzyła teraz na Gośkę niemal wrogo. - … przestaję w to wierzyć. Och, jak mam dość tej drewnianej budy! - krzyknęła z niespodziewaną rozpaczą. - Z chęcią bym ją!... - Możnaby - podjęła Mag - rzeczywiście spalić tę podziurawioną twierdzę. Poruszyłem się zaniepokojony. - Nie, nie! Jeśli ją teraz spalimy, to potem nikt nie uwierzy, że w ogóle istniała! Ryczący zapalił papierosa. - Męczysław ma rację. Zostawmy w spokoju dowód naszych niezwykłych przygód. Tak, do diabła! W tej samej chwili popiół strząchnięty na podłogę zaowocował ogniem i chcąc nie chcąc musieliśmy zostawić osadę Mahariada na pożarcie płomieniom, gdyż drewno twierdzy było tak suche, że nie sposób wysłowić: paliło się tak szybko, że ledwie zdołaliśmy ujść z życiem. Oczywiście ciało Aligeda Lartusa także zostawiliśmy pastwie żaru, ale nawet gdybyśmy zupełnie o nim wtedy nie zapomnieli, to przecież i tak nic nie dałoby się zrobić. Patrzymy teraz na wysokie trawy ognia, milcząc, ze spuszczonymi ramionami, i oczywiście jest nam ciepło. Lecz dusze nasze marzną. Uroczyście. Wcale się nie dziwię, gdy raptem uderza głęboki głos, może Boga, ale kobiecy: - Remodasie! Nie załamuj się! Pracuj wytrwale! Ja, Opinia Publiczna, czekam! Jednak nikt prócz mnie nie usłyszał treści grzmotu, bo okazało się, że był to grzmot, początkujący wielką szaloną burzę deszczową. Musieliśmy szukać schronienia, przy czym ja wykazałem największą aktywność: tajemnicze słowa mojej bogini nakręciły mnie, z przyspieszonym oddechem stwierdzałem, że każde z moich posunięć zawiera nieodpartą motywację, nabrałem pewności siebie i tej swoistej ciepłoty, zwanej popularnie optymizmem. Oczywiście pierwszy znalazłem przeciwdeszczową kryjówkę. Podszedłem mianowicie do wielkiej masywnej ściany granitu, niemal gładkiej, będącej jakby jednym z boków góry (na oko: 880 m.n.p.m.), a zauważywszy pewną odmienność odcienia fragmentu skały, opukałem go, co doprowadziło do stwierdzenia ponad wszelką wątpliwość, że wyszukany fragment skały jest z… papieru. Było to oczywiście zamaskowane wejście do ogromnej pieczary, zrobione z papieru pakowego pomalowanego na dodatek farbą, lecz nie olejną, więc gdy deszcz zmył farbę i jeszcze do tego papier zamókł, tajne wejście znalazłem z dosyć nawet dużą łatwością. Rozdarłem papier, a gdy okazało się jasne, że kryjówka jest wymarzona na tego rodzaju okazje jak nasza, to znaczy deszcz i my bez parasola, skrzyknąłem towarzyszy. Było mi strasznie przyjemnie, bo odwaliłem kawał dobrej roboty, roboty zaskakująco przydatnej, wykonanej w dobrym tempie, roboty po prostu solidnej, a nie jedynie sam o niej wiedzieć miałem i nie jedynie sam z niej miałem korzystać. Pierwszy przyszedł Ryczący. Pękał z zazdrości, widząc piękną pieczarę, której odkrycie w naszych warunkach ważyło bez wątpienia więcej, niż każde odkrycie w stylu strip-tisu, a nawet niż odkrycie obu Ameryk z Alaską włącznie, bo wartość odkryć mierzy się ich przydatnością i chyba się zgodzicie, że czasem lepiej odrzucić kilim mchów i odkryć pod nim potrzebną w leśnej włóczędze laskę, niźli Alaskę odkrywać, gdzie nikt nigdy żadnej laski nie zgubił, bo to obszar ludzką stopą dotąd nie dotykany, i że lepiej odkryć spod koca jedną amerykankę, niż dwie Ameryki za jednym zamachem odkrywać, gdy właśnie spać się chce, a nie walczyć z Apaczami. Przyszły także dziewczęta. Szczególnie Gośka nie mogła się nachwalić, a to przypuszczalnie z powodu, że znała mnie jeszcze mało i nie zdołała, nie zdążyła przyzwyczaić się do mnie i, że dla mnie odkryć coś to jak splunąć dla łobuza albo jak dla mistrza karate zabić jednym ciosem muchę czy inne jakieś małe stworzonko. Siedzieliśmy w naszej pieczarze, gdzie podłoże stanowił miękki i wyschnięty mech, co było nam oczywiście bardzo na rękę. Nagle w jednym z kątów (a mówiąc ściślej: w jednej z wnęk, bo pieczara była w planie niemal okrągła) zauważyłem ten sam odcień skały, co przy zamaskowanym wejściu… Oczywiście! Podbiegłszy zdarłem papier i oczom naszym ukazał się, wprawdzie nieco toporny, ale za to jakże potrzebny w owej chłodnej chwili kominek, załadowany do połowy chrustem. Z boku leżały zapałki. Jednak (nie wiem, czemu) cały ten kominek wydał mi się pułapką. To znaczy wiem, czemu: zaproszenie do ognia było zbyt oczywiste. Pomyślałem ze zgrozą, że może cała pieczara jest pułapką, czekałem nawet przez chwilę na coś strasznego, jak na przykład nadzianie się na zatrutą strzałę ludożercy, lecz jakoś nic takiego się nie stało. Przynajmniej na razie. Ale odnośnie kominka moje podejrzenia nie straciły na sile i, gdy Waldek sięgnął po zapałki, żeby zapalić papierosa, myśląc, że chce wzniecić ogień w kominku, zdmuchnąłem czerwony płomyk. Ze zdziwieniem uniósł brwi. Położyłem palec na usta, żeby milczał, i zabrałem się do wyjmowania chrustu z paleniska. Nie pytając, począł również trochę mi pomagać. W kilka chwil ukazało się dno, przysypane dla odmiany piaskiem, ale nie tak czystym jak na plaży, raczej tym z piaskownicy na podwórku. Był to więc zwyczajny, bardzo zwyczajny piasek, który nie powinien budzić podejrzeń nawet w tak podejrzanym miejscu jak dno paleniska, które wprawdzie wcale nie musi być zawsze tym podejrzanym miejscem, ale przyznacie zapewne, że palenisko, jako najbardziej ludzki przejaw w dzikiej pieczarze, musi budzić najwięcej wątpliwości, tym bardziej, gdy jest ukryte. Bo wiadomo, że jeśli palenisko jest najbardziej ludzkim przejawem w dzikiej pieczarze, to tu, o ile w ogóle mamy to robić, powinniśmy spodziewać się zasadzki. I spodziewaliśmy się, przynajmniej ja, brnąc w nią z przeświadczeniem, że kogoś przechytrzamy: że przechytrzamy kogoś, kto nas usiłował przechytrzyć. Czym prędzej, oburęcznymi garściami, pozbyłem się piasku. Na równej skalistej tafli ktoś białą olejną farbą sporządził napis: „TO POMYŁKA” Dowcipne. Lecz ja bynajmniej nie dałem się rozśmieszyć; ze zdwojoną mocą ponowiłem myślenie, marszcząc przy tym czoło, którego głębokimi teraz bruzdami wypłynął słony zawiesisty pot. Dziewczyny z tyłu zaglądały nam przez ramię, więc Waldek warknął, żeby sobie poszły do stu diabłów, czy do wszystkich - tego to już dokładnie nie pamiętam. Właśnie wtedy moje myślenie przyniosło efekt, i to nawet dosyć efektowny, bowiem w literze „O” z zaimka „TO” znalazłem przycisk, choć może lepsze w tym miejscu byłoby stwierdzenie, że odkryłem ten przycisk, bo znaleźć to przecież można i bez myślenia. A więc odkryłem przycisk w literze. To znaczy całe to koło obwiedzione białą wstęgą olejnej farby było przyciskiem. Tak sobie pomyślałem, po czym niewiele już myśląc - pocisnąłem. Okazało się prawdą, że to przycisk (bo wgłębiło się kółeczko po pociśnięciu), lecz pociśnięty nie spowodował żadnej zmiany. I nagle olśnienie! Oczywiście trzeba wystukać alfabetem Morse’a hasło widniejące na dnie paleniska „TO POMYŁKA”! Rzeczywiście! Jakie to proste, a jednocześnie chyba trudne do odgadnięcia. Dziewczyny przyklasnęły z uciechy, tylko Walduś spochmurniał; i on mógł odkryć, co ja odkryłem, więc wściekły na siebie, na mnie i na dziewczyny, które mogło się wydawać, że zbyt mocno przyklasnęły z tej wzmiankowanej wyżej uciechy memu odkryciu, milczał z miną srożącego się Marsa, któremu to bogowi wojny doniesiono właśnie o powodzeniu pokojowych inicjatyw, wyszłych - o zgrozo! - z samej Sparty, okręgu, który od wieków był ostoją wojennego kultu. W porę połapałem się jednak, że wyciągam zbyt daleko idące wnioski; począłem wystukiwać tym kółkowatym przyciskiem kolejne litery, wreszcie wystukałem ostatnią i… duży fragment tafli skalnej uniósł się na czterech słupkach, siłą chyba ukrytej gdzieś sprężyny, bo strasznie skrzypiało, a oczom naszym przedstawił się szeroki podziemny strumień. Nad poziom wody sklepienie wynurzało się o jakieś dwie stopy, można więc było zaryzykować płynięcie bez aparatu tlenowego. Wskoczyłem pierwszy. Brrr! - parsknąłem raźnie i od razu pożałowałem, że zrzuconego pośpiesznie ubrania nie zwinąłem w turban i na głowie tego turbanu nie umieściłem, w podnieceniu zdjąłem bowiem przez pomyłkę także slipy, czego nikt szczęśliwie na razie nie zauważył, ale jak ja potem pokażę się dziewczynom. Za mną płynął Ryczący, potem obie nasze panie, nie wiem tylko, w jakiej kolejności, to znaczy najpierw Gośka, potem Mag, albo odwrotnie. Strumień miał szerokość dochodzącą miejscami do kilku metrów, ale zazwyczaj nie był szerszy niż półtora. Co zaś tyczy głębokości, to nie miała ona praktycznie znaczenia, ponieważ dna nigdzie nie znaleźliśmy. Płynęliśmy oczywiście z nurtem, lecz niech się wam nie zdaje, że świadczyło to tylko o tym, iż szliśmy na łatwiznę. Nurt strumienia był po prostu tak silny, że niemożliwością byłoby płynąć wbrew niemu, a sam fakt, że płynęliśmy z prądem po pierwsze: płynęliśmy, a więc nie utonęliśmy, a płynąc byliśmy w wodzie, i to tak zimnej, że nawet zanurzenie w niej palca wymagałoby hartu. W związku z tym, że otaczająca nas zewsząd woda była tak zimna, chciało nam się krzyczeć, wołać ratunku lub podgrzania, czego jednak nie robiliśmy, a to z uwagi na to, że mogłoby sprowadzić nam na kark prawowitego właściciela podziemnego wodnego szlaku. Ten właściciel mógłby wprawdzie okazać się uczciwym człowiekiem, w co wątpię, jednak uczciwi ludzie z zasady nie robią tajemnicy ze swych podziemnych wodnych szlaków, więc rozsądniej było ukryć swoją tu obecność i nie wywoływać wilka z lasu. Płyniemy więc po cichu, najszybciej jak tylko możemy, i to jeszcze w dodatku z prądem. Do diabła! Coś skubnęło mnie w nogę! Niepodobieństwo: czyżby… rekiny?! Pochylam głowę, żeby sprawdzić i co? I co widzę? Maleńki podwodny okręcik, niewiele większy od przeciętnego okonia, z jakimiś dziwnymi czułkami, gąszczem guzików czy przycisków! Chcę sobie płynąć dalej, lecz on mnie znowu: haps! za nogę. Tracę trochę równowagę, zachłystuję wodą strumienia (podobną trochę w smaku do mineralnej „Kryniczanki” - ze zdroju „Józef”), i pewnie bym utonął, gdyby nie Ryczący. Chwyta mnie za włosy i wyciąga nad powierzchnię, samemu się przy tym głęboko zanurzając. Trochę próbuję pluć, żeby nie udusić się wodą, poza tym bolą mnie jak gdyby włosy, lecz czy można gniewać się na kolegę za to, że uratował mi życie, choćby zrobił to brutalnie? Pokazuję Ryczącemu na migi pływający okręcik i dobijam do brzegu strumienia, który ma pobrzeże strome, lecz za to są w tym pobrzeżu szpary, gdzie można wsunąć stopę. Ryczący jakby się trochę przyczaił; widzę już z bliska płynące dotychczas w pewnej odległości za nami dziewczyny, zdziwione nieco, i teraz! Ryczący rzuca się na domniemaną rybę, trzyma ją już w wyciągniętej nad wodą ręce! Okręcik spokojnie, bez ruchu spoczywa w szerokiej dłoni mego przyjaciela, a ja, intensywnie nabierając tchu, gęsto, by tak powiedzieć, oddychając, mam okazję przekonać się, że okręcik jest po prostu… pływającą maszyną do pisania! Nie może być mowy o pomyłce! Zbyt dużo w swym życiu miałem do czynienia z niepływającymi! No tak, ale jeśli maszyna ta sama w ręce się wpycha, to może powinienem jakoś to z pożytkiem dla sprawy wyzyskać?... Coś na niej wystukać? Zupełnie wprawdzie nie wiem, co mogło by dać nam, w czym pomóc, takie potraktowanie okręciku, ale też raczej się nie boję, że mogłoby nam zaszkodzić. Biorę z rąk Ryczącego dziwny aparacik i wygrywam na klawiaturze pierwszą melodyjkę, jaka przychodzi mi do głowy: „Niech wreszcie będzie cieplej!”. Tak, niewątpliwie, to maszyna do pisania, ale bez wałka i bez papieru; wystukałem swój tekścik niejako w ciemno. Do diabła! Ręce, które dotąd puchły mi z zimna, wstrząsa naraz raptowne niespodziewane gorąco! Natychmiast puszczam tajemnicze wrzeciono, które spada do wody i w niej stoi, jakby na nas czekało. - Acha! To znaczy, że zyskaliśmy centralne ogrzewanie - cicho pomyślałem. - I przewodnika! - dodała do moich myśli Małgorzata, wskazując wyciągniętym palcem błyskającą zachęcająco lampkę na dziobie wrzeciona. - Płyniemy, w porządku. Coraz weselej, choć trasa niezmiennie taka sama. Skoro mogłem nie przejmować się już chłodem, ponieważ znikł, przyszło mi na myśl coś pozornie oderwanego, coś, co z początku przyjąłem bezkrytycznie, jak zwykło się przyjmować każdy głos boga czy bogini. Lecz cóż moja bogini powiedziała? Że na mnie czeka? Żebym się nie załamywał? Że jej imię z dwóch aż słów się składa? Że jej imię to… Opinia Publiczna? Więc to to tak mnie męczyło! Dobrze, że sobie przypomniałem. Jednak mimo wszystko w dalszym ciągu słowa mojej bogini nie były dla mnie całkiem jasne. Najbardziej nie do pojęcia było szczególnie to imię: Opinia Publiczna?... Czy opinia publiczna może mieć jakiś związek z moimi załamaniami? Z moją wytrwałością? I oto z męczącej nieco rozgrywki pod czaszką wytrąciło mnie rozwiązanie wodnego korytarza, który zawężał się teraz do małego okienka w okowach żelaznej kraty i na tej kracie właściwie się kończył. Okienkiem tym ściekała nasza podgrzana woda do niższego zapewne po drugiej stronie poziomu, bo słychać było coś, jakby wodospad. Zresztą płynęliśmy z prądem, więc za oknem poziom tak czy siak musiał być niższy. Ciekawie, by nie powiedzieć: tragicznie, to wszystko się zapowiadało, gdy nagle, rzuciwszy spojrzenie za kraty… Już dobiega mnie imię dziwnego stworu, podszeptane zdrowemu rozsądkowi przez chorobliwie wybujałą wyobraźnię: imię samo w sobie chybione, a przecież niezwykle trafne; imię zaledwie dwuczłonowe, a przecież niezwykle długaśne! Za kratą widać właśnie to, o czym pisałem, że takie dziwaczne: skrzyżowanie wieloryba z człowiekiem, czy może człowieka z wielorybem, coś w każdym razie takiego, że chciałbyś uciec w podskokach i to nie dlatego, że jest groźne samo przez się, lecz przez samą myśl, że zrobiono wielką pomyłkę, kwalifikując niemożliwość do jawy. Skrzyżowanie wieloryba z człowiekiem albo człowieka z wielorybem (wieloryb jest wprawdzie większy, lecz za to człowiek posiada większe talenty, więc sprawę pierwszeństwa powinno się rozwiązać dyplomatycznie) miało z pewnością swoje zalety, jak to sobie wymarzył spotkany za chwilę biolog. Człowiek- wieloryb był wzrostu człowieka, co nie przeszkadzało temu, że miał długość jak płetwal błękitny. Poza tym miał wielorybie płetwy, tułów i ogon, lecz prócz tego także ludzkie nogi i ręce, umieszczone dość szczęśliwie, to znaczy ręce z przodu, nogi z tyłu. Potwór jest rzeczywiście straszny; najgorsze wrażenie robi zwłaszcza ta twarz ludzka na czubku wielorybiego nosa. Nasze wrzeciono stanęło wraz z nami, czekając zapewne na dalsze rozkazy, ale jakie to mogą być rozkazy?!... Sytuacja bez wyjścia. Prąd spycha nas i gromadzi, a raczej nawarstwia i gromadzi, przygniata do ściany kończącej zawężony korytarz, do krat. Waldek coś mówi. Słucham z największym roztargnieniem, ponieważ nie wierzę, żeby ten dureń mógł powiedzieć coś mądrego, a brednie ciekawią mnie nie za bardzo. Zwykle jego zwariowane pomysły wzbudzają we mnie wściekłość, lecz teraz na wściekłość nie mam ochoty; wystarczy, że jestem roztargniony. - Słuchajcie! - jego głos, namaszczony przez niebezpieczeństwo, dodatkowo przepojony jeszcze zwykłym mu patetyzmem i liryzmem (jest w końcu poetą) trochę jednak wzrusza. - Słuchajcie! Zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Pod prąd płynąć się nie da, albowiem jest zbyt silny; nie można też przeleźć przez kratę, gdyż szpary w niej są za ciasne, a my na to zbyt niewąscy. Nie wzięliśmy nawet noża, więc szansa uniknięcia śmierci straszniejszej przez profilaktyczne zbiorowe samobójstwo także nie istnieje… Zgnieceni i gnieceni w dalszym ciągu przez spiętrzające się wody, traciliśmy zwolna ochotę do życia i, choć zabrzmi to może śmiesznie, sami powodowaliśmy spiętrzanie się wód, ponieważ niema szczelnie zatykaliśmy ich odpływ swymi ciałami. W międzyczasie Ryczący ciągnął dalej swą wiece pouczającą pogawędkę, co rozpraszało fatalnie kondensującą się przez to spoistość mojej koncentracji. A przecież mimo nawet to w końcu wpadłem! Wpadłem na pomysł wygrania na klawiaturze płynącego pod prąd, a w rezultacie stojącego w wodzie wrzeciona, wygrania pewnej melodyjki. Wrzeciono jeszcze grzało, a raczej nie „jeszcze” tylko bez żadnej zmiany, z równą skutecznością, co zajadłością. Zagrałem więc, trochę parząc sobie przy tym palce, melodyjkę znaną mi od dawna, przez co bliską (bowiem rzeczy odległe siłą paradoksu są właśnie bliskie, że posłużę się przykładem prostszym: zgubiłeś milion złotych, dajmy na to w Gdańsku; o ileż bliższe są ci te pieniądze teraz niż gdybyś zgubił u siebie, na Marszałkowskiej!), a więc zagrałem melodyjkę dawną, typowo przedszkolną: „my się zimy nie boimy”. Oczywiście wrzeciono pojęło aluzję, od razu zrobiło się chłodne i nikt by nawet nie pomyślał, że przed chwilą można by się nim boleśnie poparzyć. - Uff! - westchnęły z ulgą dziewczyny, składając mi wielkie dzięki pod postacią chwytających za serce spojrzeń, a nawet Waldek tchnął westchnieniem przed rzuceniem na mnie okiem z wyrazem wściekłości, co miało znaczyć mniej więcej: - Och, ty szczęściarzu! Wszystko ci się udaje, jakbyś zupełnie czelności nie miał! Ale oczywiście Waldek tego nie powiedział; gdyby powiedział, prawdopodobnie nie zwróciłbym na to uwagi. Tak, jedno już mamy, ale to przecież za mało, że się nareszcie nie przegrzewamy. Trzeba wystukać na klawiaturze wrzeciona tekst żądania o coś znacznie bardziej istotnego: o uwolnienie! Coś prostszego. Spróbujemy. Wystukuję: „Niech krata uniesie się w górę, robiąc tym przejście dla nas!” I co powiecie? Krata wprawdzie nie unosi się w górę, a zapada się, lecz wrota do dalszej wędrówki stoją przed nami otworem tak samo, jakby się uniosła! Dziewczyny nie mają nawet czasu na złożenie mi swego najszczerszego dziękczynienia, Ryczący- na wściekłe sapnięcie. Błyskawicznie spadamy wraz z niezbyt wysokim wodospadem i… możemy odsapnąć. Jesteśmy w ogromnej jaskini o wysokim sklepieniu, pływamy w przejrzystym jeziorze o figlarnej drobnej face. Tajemniczy stwór, w osobie człowieka- wieloryba, podpływa do nas, przyjaźnie macha ogonem, tylko pomyłka: miast ręki podaje na powitanie nogę. Na zwróconą uwagę uśmiecha się zagadkowo i mówi z wewnętrznym samozaparciem: - A wiecie, że jestem wielorybem? Ryczący na to, że wiemy i, że bardzo nam przyjemnie, ale witać się należy nie nogą, lecz ręką. Ten sam zagadkowy uśmiech: - A wiecie, że jestem wielorybem? Zaczynam już podejrzewać, że ten dziwny stwór jest wielorybem kretynem, co zresztą po krótkiej chwili przestaje mnie obchodzić, i przyglądam się za to z większą uwagą miejscu, w którym jesteśmy. A miejsce to naprawdę wygląda bardzo ładnie. Jak już powiedziałem, jest to jakby olbrzymia jaskinia, którą w całości, mierząc wszerz i wzdłuż, wypełnia jeziorko źródlanej wody; nad nami wisi wysoki na parę metrów sufit, zaś brzegi akwenu wysypane są właśnie sypkim, złotym piaskiem. Nagle, spod wody wypływa coś jakby ryba. Nie, tym razem to człowiek, zupełnie nowy, nieznany, lecz, co dziwne, wyraźnie podobny do… Podejrzenia sprawdzają się z dokładnością aż nazbyt wyrazistą. - Witam was w moim królestwie!... Mam nadzieję, że zdążyliście już poznać się z moim synkiem? - Synkiem? - spojrzały na siebie zdumione Mag i Gośka. My, to jest ja z Ryczącym, jako mężczyźni, byliśmy zdumieni oczywiści dużo mniej. Ojciec wieloryba ciągnął: - Nazywam się Stolat - tu cztery razy powtórzył „bardzo mi przyjemnie!” zwracając się do każdego z nas i słysząc za każdym razem jakieś odburknienia z naszej strony - … i jestem biologiem. Prowadzę prace nad wyhodowaniem, poprzez krzyżowanie na razie tylko ssaków, nadstworzenia, które miałoby szansę przetrwać czekający nas za jakiś czas kataklizm. Będzie to prawdopodobnie potop lub ogólnoświatowe trzęsienie ziemi, choć nie wykluczam też zlodowacenia. - Gdzie jest w takim razie pańska żona? - spytała Mag z ciekawością znamionującą jak nie wszystkie, to w każdym razie wszystkie atrakcyjne kobiety. Niespodziewanie ojciec wieloryba nieco sposępniał po jej pytaniu. - Żona? Żona umarła przy porodzie - powiedział w końcu i zaraz pojaśniał - lecz Remodas całkowicie wynagrodził mi tę bolesną skądinąd stratę. - Remodas? Czy mnie słuch nie myli? - jęknąłem z osłupienia. - A Remodas. To imię - biolog przebiegł wzrokiem po mojej osłupiałej twarzy - szczególnie mi się podoba. Zasłyszałem je niegdyś w jednej z warszawskich kawiarń i nie dbając o to, że może ktoś zastrzegł je wyłącznie la siebie, przeznaczyłem je ukochanemu synkowi. Prawda, Remodas? - A wiecie, że jestem wielorybem? - Proszę pana, Remodas to jeden z m o i c h pseudonimów. Nie życzę sobie, żeby nazywano nim jakieś wielkie, niezgrabne stworzenie. Ja jestem dosyć mały i zgrabny, więc pański synek będzie musiał zostać przechrzczony, że tak powiem! - Ja zapłacę, kawalerze! Obrze zapłacę! Bo wie pan, udało mi się wyhodować, prócz zresztą wielu innych rzeczy, bakterie, które żywiąc się miedzią, wydalają złoto. Więc zapłacę panu, nawet i w nadmiarze, za to, co powinno przecież cieszyć pana i bez zapłaty. - Czyli za co? - Za nadanie praojcu przyszłych stworzeń wyższych pańskiego pseudonimu, przez co stanie się pan sławny i nieśmiertelny, drogi kolego. Do diabła! Wciąż, gdy tylko zmierzch nakaże kierunkiem długiego cienia obrać drogę do łóżka, zamieniam się w zasklepioną, kurczowo ściśniętą bombę, której marzenia sprowadzają się do rozsadzenia zapadłej piersi, żeby można było wreszcie odetchnąć, a w rezultacie oddychać. I chciałbym zakląć możliwie najordynarniej, ale uciekam od własnego w lustrze wzroku i nie potrafię, choćbym musiał jak muszę, chciał jak chcę. Brak mi ciebie, dziewczyno, dziewczyno z moich marzeń, jak śpiewam w jednej z piosenek, którą napisałem na podstawie wiary w to, że istniejesz i, że wiem, kim jesteś. Wiem, kim jesteś, dziewczyno z moich marzeń. Do diabła! Przestań, zbzikowany skowronku, bo zaraz podetnę ci skrzydła, dziób zamienię w miazgę, mokrą plamę, której nie zliżesz obciętym językiem!