(część 5)
Mówię to wszystko oczywiście do siebie, co jest objawem zapewne egoizmu, lecz gdybym wymyślał komu innemu, byłoby chyba gorzej. Ale że ze mną jest źle, to przecież dobrze; wszak gdyby było inaczej, w żadnym wypadku nie mógłbym mieć tak wspaniałych perspektyw odmiany. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, wyglądała na pozór śmiesznie, choć pewnie lepiej by brzmiało: zabawnie. Wieloryb z ludzkimi kończynami i z ludzką twarzą, nasza czwórka i w dodatku ten Stolat, człowiek ni to chudy, ni to gruby, pozbawiony owłosienia znacznie doszczętniej od nieżyjącego już na szczęście Lartusa. Więc nie tylko na głowie nie ma włosów, wąsów ni brody, lecz także pod pachami i w okolicy łona bieleje mu łysa skóra. Jest oczywiście nagi ten Stolat, podobnie jak ja i Remodas, gdy obie dziewczyny wprawdzie bez staników, ale z majtkami. Wstydliwy Walduś pływa w typowo indiańskich kalesonach z prymitywnej, wyrabianej przez stare squaw flaneli, by już powiedzieć wszystko o strojach. Wkrótce Stolat złożył na moje ręce, jako że wyglądałem chyba na przywódcę, choć jestem z naszej czwórki nie przymierzając najmłodszy, więc złożył na moje ręce propozycję, żeby dziewczęta zostały w jego królestwie dla przeprowadzenia eksperymentu. Wiedziałem dobrze, nawet- powiedziałbym- bardzo dobrze, o co chodzi. Stolat zamierzał robić kolejne krzyżowanie. Miał już jednego człowiekowieloryba - samca, potrzeba więc było kobiety, jako samicy. Przypuszczam, że Stolat zamierzał poprzestawać na wprowadzeniu jednego tylko wieloryba, by potem coraz bardziej uczłowieczać go, posiadłszy dla nowej rasy jego wielkość, siłę i roślinożerność raz na zawsze. Mimo woli zatrząsłem się ze śmiechu, żeby następnie, wyzbywszy się rozbawienia, spokojnie wytłumaczyć biologowi, że kobieta nie jest w stanie zmieścić wieloryba w swoim brzuchu i, że w każdym razie żadna z moich towarzyszek nie zamierza tego próbować. - Skąd wiesz, że żadna - odezwała się (milcząca dotąd) z wielkimi oczami rozmarzenia Mag. - Jak to?! - parsknął Cielczyk. - Nie zrobisz tego!... Ta droga wiedzie do grobu!... Pomyśl!... - Nigdy się na to nie zgodzę! - powiedziałem stanowczo, lecz Mag, niezmiennie milcząc, nie dawała po sobie poznać, że nas słyszy. - Dziewczyno, czy ty wiesz, jak będziesz wyglądała z takim brzuchem? - Gośka po kobiecemu, niezmiernie zdziwiona, pełna najlepszych chęci, trochę przesadza, wyobrażając obszernym ruchem wielkość brzucha. Stolat z boku przygląda się naszej rozmowie. Nic nie mówi, ale chyba zaraz coś powie, bo już chrząknął kilka razy. - Obsypię panią brylantami, będzie pani jeść na obiad, co się pani spodoba, wrzucę z chęcią do garnka własną rękę, żeby tylko panią zadowolić. Żeby tylko zadowolić ciebie, drogi czytelniku. Nagle szaleńcza myśl zaokrągla się w moich palcach do czynu. Nóż. Ten strasznie ostry nóż! Zabiję wieloryba i poświęcenie Mag stanie się zbyteczne, bowiem nie przypuszczam, żeby Stolat jeszcze jednego gdzieś chował. Podpływam. Wieloryb przyjaźnie mruga ludzkimi oczami, wyciąga nogę na powitanie, a ja w dodatku uprzytamniam sobie, że… nie mam noża! Ale nawet jakbym miał! Nie, nigdy nie zabiłbym tego sympatycznego stworzenia, obdarzonego na domiar wszystkiego moim pseudonimem jako nazwiskiem! Ogarnia mnie, mówiąc dosłownie, taka łagodna wściekłość: w żyłach odczuwam watę zamiast krwi i tylko zachrypnięte cokolwiek gardło próbuję zaprząc do krzykliwej przemowy, aby dać upust swojej bezsilności i bezradności. - Diabelski arcykapłanie zła! Czarci archaniele zguby! Demoniczny agitatorze kontestacji! W końcu brakuje mi słów, bo nigdy nie miałem, ani mam, doświadczenia na polu złorzeczeń czy klnięcia, rzucam wszystko do wszystkich diabłów i uciekam. Płynę kraulem. To mi się rzadko zdarza, przeważnie pływam żabką, nawet motylkiem. Lecz teraz pragnę za cenę choćby największego zmęczenia uniknąć powyższego zagmatwania dążeń, przerażająco zabawnego splotu wydarzeń, który już teraz z trudem przechodzi mi przez głowę. Brzeg niedaleko. Płynę z szaleńczą nadzieją, że znajdę w skalnej zabrzeżnej ścianie zamaskowane wyjście, podobnie jak to zrobiłem z dwoma poprzednim. Znalazłem. Znalazłem tajemnicze zamaskowane wyjście z jaskini. Nie czuję chłodu. Wściekłość rozgrzała mnie jak gorzała, i tylko to, że jestem nagi, przeszkadza, bo się wstydzę. Kogo? Siebie?! Może i siebie, choć to niby nienaturalne. Idę korytarzem już parę metrów, gdy raptem z tyłu dobiega mnie jakiś głos. Oglądam się. Na piasku leży wrzeciono, które wyskoczyło za mną z wody. Biorę je pod pachę i idę trochę już wolniej, jak to człowiek, któremu ktoś zrobi miłą niespodziankę. Zresztą nie wiem, może nie szedłem wolniej, może szedłem szybciej (bo w końcu trzeba było nadrobić stracony na zawrócenie czas), ale chyba w zupełnie takim samym tempie to teraz nie szedłem, a nawet na pewno. Nagle, z ciemnego korytarza, którym mogę iść nie po omacku dzięki jasnemu piaskowi, którym wysypano korytarz, i który trochę jakby świeci wskazując drogę, dobiega mnie światło całkiem inne, o wiele mocniejsze oraz zupełnie innego koloru: krótki a niebieski, przerywany sygnał. Jestem trochę w strachu, ale niepotrzebnie: to cyka wrzeciono. Dobrze, że znam niektóre litery alfabetu tego człowieka imieniem Morse, to doprawdy warto znać. Wrzeciono podaje, że za chwilę będzie woda. Rzeczywiście jest strumyk, tym razem znacznie węższy, lecz za to jeszcze chyba przezroczyściejszy niż tamten pierwszy, nie mówiąc już o jeziorku. Jeziorku, jeziorku… Czyżby… czyżby od tego jeziorka, od jeziorka Stolatowego miała nazwę twierdza naszych porywaczy? W takim razie oni prawdopodobnie musieliby wiedzieć o Stolacie i znać go! A jeśli są dobrymi znajomymi, to Stolat dokładnie powie im o tym, że uciekliśmy i, którędy wiodła nasza ucieczka! Powie (bo zatelegrafować może pewno w każdej chwili), porywacze nas odszukają, na nowo uwiężą i… A niech to! Korytarz teraz się rozwidla: suchy biegnie w prawo, a „wyściełany”, że tak powiem, strumykiem - w lewo. Doświadczenie każe wybierać wpierw drogę trudniejszą, idę więc strumykiem, który jest płytki, bo zaledwie do kolan. Za to nad głową sporo miejsca. Nagle koniec. Betonowe pierścienie, a właściwie tylko ich skrawek, bo reszta przylega ściśle do ziemi. - Czy to jest studnia?- wystukuję szybko na klawiaturze wrzeciona, które natychmiast odzywa się pobłyskiwaniem swej lampki: - Tak - odcyfrowuję z łatwością, która cieszy, do uśmiechu włącznie. Jeśli studnia, a na pewno studnia, bo wrzeciono- przekonałem się o tym- jest doskonałe i pewno tak samo się nigdy nie myli, jak i nigdy nie odczytuje poleceń opacznie, jeśli studnia, to naprawdę, ale to naprawdę, mam niebywałe szczęście. Jeśli studnia, to wystarczy przecisnąć się pod ostatnim z kręgów, przy czym nie jest ważne, że zmoczę włosy, które zdążyły już wyschnąć, albowiem wyschną na powrót, i to szybko, ogrzane piecem zagrody, bo jeśli studnia, to i zagroda, myślę sobie. - Yuhym, yuhm! - słyszycie, jak stękam? - przechodząc oczywiście pod, a właściwie prześlizgując się, pod tym ostatnim betonowym pierścieniem czy jak to tam fachowo się nazywa. No więc dobrze. Jestem w studni. Teraz wystarczy poczekać, aż ktoś przylezie po wodę. Więc czekam. Czekam i czekam. Włosy na powrót zdążyły już wyschnąć i wiem, że jeśli w ciągu kilku najbliższych minut nikt nie przyjdzie, to będę musiał skorzystać z pomocy osób trzecich, to znaczy nie związanych bezpośrednio z tokiem akcji. Ale co to? Najwyraźniej słychać kroki! Drobne. To raczej kobieta niż mężczyzna, a jeśli mężczyzna, to filigranowy. Wiadro błyskawicznie zjeżdża na dół. Jak takie studnie się nazywa? Expressowymi? Mniejsza z tym. Jest wiadro. Chwytam więc w dłonie półokrąg uchwytu, wrzeciono pakuję do środka. Całe szczęście, że mechanizm wciągowy studni ma przerzutkę, czyi taką przekładnię w rodzaju samochodowej skrzyni biegów, inaczej to ta kobieta by mnie chyba nie wyciągnęła, a może to złudzenie, że biegi szczękają? W każdym razie nieznajoma ciągnie mnie bez zdziwienia, dlaczego tak ciężko. Jestem już prawie na szczycie. Rzutem swego gibkiego jednak ciała pokonuję wyniosłość ostatniego z pierścieni; padając udaje mi się złapać za nogi mężczyznę w czarnych spodniach z elanobawełny, który przewraca się, ale - do diabła! - na mnie. Nie jest ciężki, ale samym impetem powoduje, że głową uderzam o kamienny schodek, służący zapewne do stawiania wiadra, żeby się nie pobrudziło, a będąc zamroczony, nie potrafię zasłonić się czy uskoczyć przed ciosem - co spostrzegam z przerażeniem - zielonkawo złotego noża o rękojeści z rogu jelenia. - To chyba Mahariad! - przemknęło mi przez myśl, po czym ogarnęła mnie ciemność. Obudziłem się nawet wypoczęty, ale strasznie głodny, więc ucieszyło mnie, gdy dostrzegłem, na ogromnym talerzu, który okazał się, po dokładniejszym przyjrzeniu, zwykła cynową pokrywą wielkiego kotła, więc gdy dostrzegłem parującego apetycznie kurczaka - zupełnie całego: z głową, z bebechami, choć na szczęście bez pierza. Kurczak ten, jako się rzekło, parował, jak gdyby dopiero co wyjęto go z wrzątku, i wyglądał bardzo smakowicie mimo pewnego skrzywienia malującego się na jego kurzej twarzy. Zerwałem się z drewnianej pryczy, nawet nie dostrzegając tego, że pozostawiono mnie bez więzów. Rozerwałem całe, nie wypatroszone ciało kurczaka i białe strzępy mięsa począłem pożerać, co dziwne: z każdym kęsem odczuwając większy głód. Jednak gdy zjadłem połowę, głód ustał i jadłem dalej tylko po to, żeby dostrzec, że z każdym kęsem mam coraz większą ochotę na spowiedź, akt wyspowiadania się z kału. Oprócz kurczaka miałem do roboty jeszcze jakiś napój, w takim specyficznym jakby flakonie, pojemniku z napisem „ATRAMENT JADALNY”. Bardzo praktyczne, pomyślałem sobie. A co by było, szedłem w marzeniach dalej, gdyby stworzyć taki atrament, z którego mogliby korzystać nie tylko pisarze i smakosze, lecz także pływacy (zamiast wody w basenach kąpielowych), samochodziarze (zamiast benzyny) czy piękni bruneci (jako perfumy)? Co by było, to by było. Atrament był smaczny, rzekłbym nawet, że smakowity, ale to tylko oczywiście pogorszyło sytuację, bo przejadłem się jeszcze straszniej. Jestem już syty, lecz jak powiedziałem, wzbiera we mnie chęć wyspowiadania się z kału, toteż walę piachami do drzwi, jedynych, jakie są, z drzewa, chyba dębu, bo bardzo mocne i twarde, gdy się dotknie. - Otwórzcie! Hej tam! Otwórzcie! Zaraz potem usłyszałem grobowo gruby głos mężczyzny: - A, obudził się ptaszek! Czego chcesz, nędzniku… Możesz być pewny, że twoje chęci spełzną na niczym. Szef jest wściekły, bo gdy ciebie załatwiał, przypadkiem ochlapał sobie swoje nowe ubranie twoją parszywą krwią. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że istotnie powinienem mieć jakąś ranę, bowiem mężczyzna w czarnych spodniach na moment przed straceniem przeze mnie przytomności zadał mi cios nożem. Ale w jaką część ciała? Niecierpliwie obmacuję swoje członki… No tak: jest brzydka rana, ale dlaczego na… łydce?! Czyżbym przez zranienie łydki mógł stracić przytomność?! - Czego chcę? Chcę, i to już, wyspowiadać się z kału, bo w przeciwnym razie, to znaczy gdy nie pozwolicie mi skorzystać z odpowiedniego miejsca, zrobię to tutaj, w tym miłym pokoiku. - W porządku, to się da zrobić… Tylko bez żadnych kawałów: jestem uzbrojony. Otwiera. Taki drągal z barami na metr dwadzieścia, w czerwonym ubranku i w białych butach. Pistolet też czerwony. Dziwne. Pewnie strzela białymi kulami. O, jest wychodek! A więc zwykła wiejska zagroda, nic lepszego. Gdacze drób, nawet dorodny, są kuropatwy i domowe gołębie, nie licząc kuraków, indyków i kaczek, których jest najwięcej. Zaraz będzie po wszystkim, tylko - do diabła! - pasek się zaciął. O, już dobrze… To jednak wielka przyjemność móc oddalić wszystkie kłopoty za rzeczą jednego krótkiego stęku. Ale tego faceta w czerwonym ubranku, to ja chyba znam. To chyba on odstawił mnie wtedy podrasowaną warszawą 203 do Jeziorka i, choć wtedy go nie widziałem, bo byłem nieprzytomny, to jednak znam go z relacji mózgu, drugiego rzecz jasna. - Może porozmawiamy?- mój głos ni to obojętny, ni to ciekawy, powinien zachęcić każdego, kto tylko nie jest oczywiście wściekły lub skołowany. W zasadzie to ja jestem skołowany, więc gdy drągal odpowiada: - Czemu nie? - ja zakańczam: - Bo mi się nie chce. - Dowcipniś z ciebie. No jazda! - i dodaje po chwili: - Przygotuj się na spotkanie z szefem. Będzie ciebie sądził. Jestem skołowany coraz bardziej. Może to ten deszcz stukotem kropel o dach chałupy nie pozwala mi na to, że nie wiem, na co? Do diabła! Znowu jestem sam w ciasnej komórce! Znowu jestem sam w ciasnej komnacie bez okna, a jeżeli z oknem to dokładnie zabitym dechami! Czy teraz i ty nie pomożesz mi, o bogini?! Czy na zawsze, o bogini, pozbawisz mnie swej opieki?... I słyszę jakby głos twój, wydobyty ze studni najbardziej sfałdowanego zakamarka mózgu: - Nie na zawsze. Ale wiedz, że nie jestem Opatrznością. Jestem boginią okrutną, i wynagradzam ofiary, a nie trzygroszowe modlitwy - wierszyki, jakie piszesz. Głos milknie i, choć- być może- nie bogini sprawiła, żem go usłyszał, wstrzymuję chmurne oczy od płaczu, zabawiam się własnym mistrzostwem, pole o popisu (czy do popisania) widząc tu, na kartach książki. Ciekawe, co się dzieje z moimi przyjaciółmi, których zostawiłem w pieczarze wodnej wraz ze Stolatem i Remodasem. Ciekawe… I nagle olśnienie! Może to ten Remodas, człekokształtny wieloryb, a nie ja, nie Remodas vel Męczi Gęg, jest tym Remodasem, o którym Mag niegdyś powiedziała, że z nim to się pewno ożeni, to jest wyjdzie za niego za mąż, bo lubi takich prostolinijnych - jak ona to powiedziała? - takich prostolinijnych… acha!: głuptasów. Na pewno! Mogła mieć na myśli jedynie Remodasa - wieloryba, tu by się wszystko zgadzało, ale w żadnym wypadku mnie! Od biedy głuptasem można by mnie nazwać, nawet zgodziłbym się tu na miano głupca, ale ja - prostolinijny??? Ja przecież jestem najbardziej k r z y w o l i n i j n y m człowiekiem i w ogóle ssakiem od czasów mitycznego kowala Hefajstosa! Mag znała tego Remodasa wcześniej, skoro wcześniej już chciała wyjść za niego, to mamy wyjaśnienie, dlaczego zgodziła się pozostać w wodnej jaskini Stolata w celu odbycia tam strasznego eksperymentu. To jeszcze sprawdzimy. Szkoda, że tak smutno. Pewnie za chwilę przyjdzie drągal, zawlecze mnie do szefa, którym nie może być nikt inny niż tylko Mahariad, zbyt dużo bowiem bym musiał wprowadzić postaci do tej szczupłej książeczki, nie mówiąc już o tym, że każda inna byłaby zupełnym zaskoczeniem, a programowo przecież ustaliłem, że mam spełniać nadzieje, nie zaś je rozwiewać, jak to robili świetni wprawdzie, lecz w ogóle nie liczący się z domyślnością czytelnika Conan Doyle czy Jerzy Edigey albo taka Barbara Gordon. Już drągal huczy tubalnym głosem, jak to robią śpiewacy, żeby powiedziano o nich „gardło fenomenalne, nie przymierzając jak u tygrysa”, wyprowadza mnie i prowadzi, od czasu do czasu milknąc. W końcu milknie zupełnie. Pochodzi do jakichś drzwi. Puka jakoś dziwnie, powiedziałbym: uprzejmie, co wygląda śmiesznie. W ogóle jest coś takiego, jakby drągal zakochał się w malutkiej dziewczynce i nie chciał przestraszyć jej ukazaniem prawdziwego oblicza. Więc puka najmniejszym palcem, żeby wypadło cicho, co tacy drągale uważają za subtelność czy delikatność, przyczesuje długachne włosy, usiłuje przybrać miły wyraz twarzy. Słyszymy krótkie, trochę może kobiece: - Wejść! - i drągal otwiera przede mną drzwi do pokoju szczelnie zasnutego dymem. W ogóle, jak się wchodziło, to było czuć dymy różne, to znaczy jakby z różnych papierosów. W tym dymie, skurczony, na skołatanym łóżku, jak się domyśliłem od razu - Mahariad. Miał brodę i wąsy, co prawa mizerne, widocznie zapuszczone niedawno. Wskazuje ruchem dłoni, który wygląda trochę jak opędzanie się o much, pusty fotel, wyściełany jaką taką kołdrą, to znaczy prawie nie dziurawą, tylko trochę przybrudzoną, bo służącą wiać także za ręcznik. Siadam z bijącym trochę sercem, ale więcej ze znużeniem. Jestem wprawdzie najedzony, ale nie mogę ni w ząb zdobyć się na uśmiech. To znaczy na uśmiech poparty czymś takim, co sprawia, że skrzywienie warg staje się uśmiechem. Za to Mahariad patrzy na mnie z uśmieszkiem rozbawienia, umieszczonym w kąciku warg jak papieros. Mówi coś tak strasznie dziwnego, że doprawdy nic z tego nie rozumiem: - Kto się śmieje, gdy w kurniku kogut pieje: kukuryku?! Jednak podejmuję rzucone wyzwanie: - Ten, kto nie zna (choćby Ziuta) obowiązków imć koguta. Niespodziewanie Mahariad po moich słowach blednie, jeszcze bardziej kurczy się, by tak powiedzieć: wkurcza się w siebie, a następnie robi zaskakujący przechył w lewo i z natężeniem wpatruje się w jakiś sterczący zza drzwi kuchennych tyłek. - Ziuta, co ty na to? - wysapywuje zaperzonym acz łamiącym się dyszkancikiem mój główny oprawca. Na Mahariadowe sapnięcie sterczący tyłek odwraca się i znika, jako że tyłek jest zawsze wyłącznie tyłem i przedniej części nie ma, a na jego miejsce pojawia się cokolwiek przytłusta kibić dorodnej kobiety w sile wieku, a nad nią kolosalny biust, podobny trochę do dwóch sporych arbuzów. Ten biust trochę mnie otumania, więc głowę i twarz Ziuty postrzegam dopiero po jej odezwaniu: - Zawsze mówiłam, że to niebezpieczny szczeniak! Twarz jest pospolita, ale dość ładna: oczy jak chabry, ogólne wrażenie psuje tylko natrętna pucułowatość. - Skąd wiesz, że Ziuta nie zna obowiązków… imć - Mahariad przełyka - imć koguta? Skąd wiesz, że Ziuta w ogóle istnieje?! O diabła! Jak mu to wytłumaczyć, że nie znałem nigdy żadnej Ziuty, że i o tej Ziucie w ogóle nie wiedziałem, nim sam mi tego nie zdradził rzuceniem spojrzenia na ów sterczący tyłek, o którym myślałem wcześniej, że to po prostu jakiś worek ze złotymi dukatami przewieszony przez poręcz krzesła?! Jak mu wytłumaczyć, że słowo „ziuta” użyłem w swej odpowiedzi na jego pytanie zupełnie przypadkowo, a raczej z konieczności zbudowania niebanalnego rymu?! Myślę jednak nie tylko o tym, by Mahariadowi to wytłumaczyć. Myślę także o tym, jak wykorzystać (z korzyścią oczywiście dla siebie) jego niewiedzę tego, że wiem mniej, niż można by sądzić. - Wiem to od niejakiego Lartusa - mówię w końcu, bo Lartus i tak już nie żyje, a więc ani mu tym zaszkodzę, ani sobie zaszkodzę, bo Mahariad nie będzie mógł sprawdzić, czy skłamałem. - No dobrze - wydaje się, że czerniawy drobny Mahariad jest uspokojony. - Ale w celu uniknięcia kolejnych ewentualnych komplikacji… pozwól, Ziuto, że zamknę jednak te drzwi, a ty pozostaniesz za nimi. Ziuta skinęła głową i sama zamknęła. - No tak. Tak, tak, tak, tak, tak! - mówił w zamyśleniu Mahariad - Ja go tak, to on mnie tak, ale znowu jak pójdę tu, to on… Nie, tak nie można! Pokornie milczę. Ale dlaczego Mahariad przestał się nagle mną interesować, a zaczął za to mówić wyłącznie do siebie, i to tak dziwnie? Tak niezrozumiale? - A jeśli zaryzykuję w ten sposób, to on mnie ciach!, a ja go wtedy trach, a on mnie wtedy bach. Wspaniale! Jak on mnie wtedy bach, to ja go wtedy ćmach! O co tu chodzi? Mahariad zachowuje się zupełnie tak samo jak… dawny mój kolega, Stanisław Uśkowski, który grając ze mną w szachy mówił zupełnie to samo, a w każdym razie tak samo. I oto zasłona spada mi sprzed oczu. Widzę wyraźnie, jakby przez lornetkę zbliźnione śliną wargi Staszka… - On wtedy może jeszcze zrobić tak, więc ja bronię się tym, a następnie… - Więc to ty masz być tym Mahariadem? - mówię z lekkim powątpiewaniem przerywając mu w pół słowa. - Cóż w tym dziwnego, że jestem Mahariadem - Staszek, jakby lekko dotknięty, odpowiada dosyć niecierpliwie, po czym znowu próbuje wracać do monologu, na co zdecydowanie nie pozwalam: - Dziwne to. Przecież rozpoznaję w tobie z łatwością dawnego kolegę, z którym rozgrywałem setki szachowych partii, czemu nie przeszkodziło nawet to, że byłem autsajderem, podczas gdy ty byłeś arcymistrzem! Uśkowski kamieniejąc, zdążył jeszcze wykonać drobne szurnięcie krzesłem, którego noga przy tym jakby potknęła się o jakiś drobny leżący na podłodze przedmiot tak, że krzesło straciwszy równowagę runęło jak długie, wywołując znaczny nieprzyjemny hałas. Lecz po nagłym (i w gruncie rzeczy krótkim) klaśnięciu przewracającego się krzesła zapanowała nieznośnie długa i kłopotliwa cisza, której w żadnym razie nie mógł wypełnić ani umiarkowany teraz łomot mojego serca, ani nawet obiegające z podwórza gdaki wyborowego drobiu. Wreszcie Uśkowski vel Mahariad zdobył się na urywaną, rwącą się, odpowiedź, która okazała się prawie opowieścią: - Cóż. Myślałem, żeś postradał pamięć, lecz widzę teraz… Nie szkodzi… Muszę ci powiedzieć… Tak… Staszek Uśkowski… Istotnie: tak się kiedyś nazywałem… przez pomyłkę. To znaczy: nazywałem się, lecz nie byłem… Naprawdę nie nazywałem się tak nigdy… To był po prostu błąd… Moja - nazwijmy ją - matka znalazła mnie w bocianim gnieździe, podczas letnich wakacji, u rodziny na wsi… Ale potem udało mi się ustalić prawdziwych rodziców. Wiesz, Gęg, od najmłodszych lat fascynował mnie tatuaż, który nie chciał zejść mimo usilnych starań matki, a szczególnie ojca. Ten tatuaż miałem na lewym ramieniu… dwie niewielkie literki: „H” i „M”… Pewnego razu natrafiłem na nazwisko Halias Mahariad… Było to na cmentarzu. Wiesz, Gęg, lubię chodzić cmentarzami i odczytywać z nagrobków nazwiska… to wynika z mojej pasji… poszukiwania rzadkich nazwisk: moje nazwisko m u s i a ł o być bowiem niezwykłe. I wtedy, nie wiedzieć czemu, wstrząsnął mną dreszcz. Nie od razu odgadłem, że Halias Mahariad był moim ojcem, lecz zaciekawiło mnie to nazwisko i codziennie przychodziłem na cmentarz, by pomijając inne groby ślęczeć nad tym, który wydał mi się zagadką… I słusznie! I słuszne były moje przypuszczenia!... Mahariad na chwilę zamilkł, by z tym większym ożywieniem po chwili podjąć: - Zapewne wiesz, Gęg, jak wyglądają nagrobki: tu płyta pozioma, ewentualnie tylko marmurowy obrys maleńkiego nagrobnego ogródka, a tu, pionowa, stojąca ścianka, gdzie wyryte jest nazwisko zmarłego, krzyż, gwiazda lub półksiężyc oraz… właśnie! nagrobna fotografia z podobizną tegoż zmarłego! Dotąd, stojąc nad grobem, zadowalałem się kontemplowaniem samego tylko nazwiska, lecz wreszcie zdenerwował mnie zasłaniający część tablicy doniczkowy chryzantemus i odsunąłem go! Odsunąłem go, Męczysławie Gęgu, by odkryć za nim stojącą pionowo elipsę z podobizną człowieka, w którym mimo brody i wąsów, które zresztą zaraz sam w charakterze hołdu dziękczynnego zapuściłem, rozpoznałem siebie!... - W takim razie jako gangster działasz od niedawna - powiedziałem cicho. Musiałem odczekać dobre dwie minuty, by moje słowa Uśkowski sobie uprzytomnił: - Skąd ten jakże pochopny wniosek? - spytał wreszcie. - Stąd, że wiem, iż zacząłeś działać jako gangster już jako Mahariad, a skoro przyjąłeś nazwisko Mahariad równo z zapuszczeniem zarostu i widzę, że zarost ten jest zaledwie paromiesięczny… - Mylisz się, Męczysławie Gęgu, i to mylisz się stokrotnie! A robisz to dlatego, ponieważ nie pomyślałeś, że niektórym szybko rosnący zarost nie jest dany. Wkrótce Lingard Babaon, mój najbliższy współpracownik, będzie musiał pomyśleć o prezencie z okazji dziesiątej rocznicy porzucenia przeze mnie brzytwy jako środka amputacji włosia tak brodowego jak i wąsowego!... No tak, skoro to już powiedziałem, to mogę powiedzieć i to, że powiedziałem za dużo - Uśkowski zatchnął się własnymi słowami i zamilkł, by następnie sięgnąć po leżące na stole papierosy - ze zniecierpliwieniem i z rodzajem męczącej autoirytacji. - Ale skoro i tak usłyszałeś już za wiele - podjął znowu - na to, bym mógł cię puścić stąd żywcem, to dobrze dla ciebie się składa, bo usłyszysz przed śmiercią ciekawą historię, a na pewno dosyć ciekawą, byś rozweselony nią, zginął bez urazy. W tym momencie chciałem coś wtrącić, ale Mahariad przerwał tylko na chwilę, więc nie zdążyłem. - Może ucieszy cię wiadomość, że nie sam jeden pracowałem nad urzeczywistnieniem drugiego mózgu… Nie przerywaj… Wcześniej pracował nad tym mój ojciec, także Halias, któremu nagła śmierć samobójcza nie pozwoliła na osiągnięcie zamierzeń. Tak się jednak stało, że znalazłem pamiętniki ojca i wzbogacony o wiedzę mojego poprzednika, dodawszy sprawie własny wkład, zabrałem się do pisania książki, której celem było wywołać u czytelników zawiązanie się drugiego mózgu czy też drugich mózgów, jeśli to masz na myśli. Zapewne chcesz poznać tytuł tej książki? Dla ciebie, który i tak musisz zginąć, nie będzie to już tajemnicą. - Niestety tytuł tej książki to ja już znam - powiedziałem sucho. - Jest faktem, że drugi mózg posiadałem a, jak wynika z twoich słów, nie mógłbym go posiadać, nie przeczytawszy uprzednio twego literalnego czy literackiego dzieła. A czytając owo literalne dzieło, nie mogłem nie poznać jego tytułu. Przypuszczam, że chodzi tu o książkę Krzesława Podstolnego (ale sobie wybrałeś pseudonim!) „Śmierć mówi w moim wymieniu”, ponieważ nic lepszego byś nie napisał. - Nie! - powiedział z nagłym rozbawieniem Uśkowski. - Zgaduj dalej, to zaczyna być zabawne. - A więc Czcibora Laska, „Morderstwo na mankiecie”! - Też nie! - W takim razie chodzi tu o książkę Wieńczysława Niesławy „Co chcesz ostać po mordzie?”. - Nie!! - wykrzyknął zupełnie rozbawiony Mahariad, wybuchając rozbrajającym śmiechem, który umarłego by postawił na nogi, a co dopiero mnie. Wstałem. - Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że… że jesteś autorem przesławnej „Zbrodni w efekcie” i, że ty oraz Barbara Rabarbarowicz to jedna osoba?! - Nie! Po stokroć nie! Dalej, dalej! Lepszego humoru nie miałem od chwili, gdy przez pomyłkę zjadłem jajko, a to nie było jajko, tylko perła Borgiów, którą zdobył dla sfinansowania naszych przedsięwzięć nieoceniony (i dowcipny) Bombas de la Krepp!! - Znudziło mi się - opowiedziałem, obawiając się dalszych wpadek, co nie przeszkadza temu, że ciekaw jestem tego tytułu… Tytuł nie może być wszak aż tak nudny, bym nie mógł go wysłuchać. Może nie zasnę. - Jesteś doprawdy zabawny, Męczino - zauważcie jak przeszedł z pogardliwego nazywania mnie po nazwisku do zdrobniałego imienia. - Mniejsza o to, czy ziewniesz; a zasnąć, nie zaśniesz. - No jak? Pękam z niecierpliwości! - Mojej książce dałem tytuł- pytanie: „Po co jest nóż?” Pomyślałem nagle, że albo śnię, albo Uśkowski zwyczajnie ukradł mi moją powieść, wydrukował gdzieś pod własnym nazwiskiem, a teraz chce mnie zgładzić wyłącznie z tego powodu, aby nie wyszło na jaw to nikczemne oszustwo. Zebrałem się jednak na odwagę: - A może tę książkę ja napisałem? - powiedziałem, uśmiechając się mile z ironią. - Oczywiście: ty napisałeś - wycedził dosadnie. - To jednak nie jest ważne. Jakby tu powiedzieć?... W każdym razie ja telepatycznie dyktowałem ci… Ty napisałeś, lecz ja dyktowałem ci, co i jak, tak czy siak, powinno ciebie cieszyć, zważywszy czyim dyktopisem możesz się dzięki temu nazywać. Do diabła! Ciekawe, co powie jeszcze ten szarlatan, skubiący drapieżnymi palcami wątłą brodę, ze wzrokiem utkwionym w okno, okno przedstawiające zwykłe zagrodowe podwórko chłopa. Co powie? Nic nie powie. Zapomniał o mnie, niewidzącymi oczami zapatrzony do wnętrza, milczącymi ustami dmuchając w balonik swego nosa. Szalony! Czy może myślisz, że świat ten, w metafizycznym słoju galaktycznym z dziurami planet, potrafi sprostać zapędom twej nieokiełznanej duszy? Czy tylko ten, pod postacią ptaka oskubanego z piór, ten zapatrzony w siebie Staszek nakaże ci milczenie, którego sam zapragnął? I nagle ktoś wszedł. Jak do siebie, bez pukania. Staszek zrywa się na równe nogi, poprawia leżenie i tak leżącego na nim jak ulał garnituru, przyczesuje wątłe czerniawe włoski: to przyszedł ten, kogo oczekiwał. Padają sobie w objęcia, poklepują po plecach, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i kiwnięcia głowami skierowane najwyraźniej na mnie. Wreszcie nowoprzybyły, facet jeszcze niższy od Staszka, mówi coś półgłosem tak, że nie słyszę. Ma szerokie, bardzo szerokie plecy, grube jak u piekarza ręce i całą resztę w ogóle masywną, co mnie trochę niepokoi, wiadomo bowiem, że jest to wygląd typowy dla kata. I nagle słyszę głos skierowany do mnie, zupełnie ciepły i przyjacielski: - Jesteś, Męczys, wolny. Możesz iść, dokąd zechcesz. Na to ja, zupełnie już uspokojony, odzyskuję śmiałość: - Dobrze, dobrze. Pójdę do wszystkich diabłów, ale przed odejściem chciałbym jeszcze dowiedzieć się końca tej historii, potrzebnego mi do mojej powieści, za którą - mam nadzieję - dostanę trochę grosza, tak przydatnego w dzisiejszym świecie. Niski chrząka, wybałusza swe niewielkie acz dosyć krągłe oczka, jakby chciał przez to powiedzieć, że z czym jak z czym, ale z taką bezczelnością to się jeszcze nie spotkał. Na szczęście po chwili okazuje się, że miał po prostu w ustach cukierka i tym cukierkiem teraz się udławił. Uśkowski bije go po plecach piąchą i chyba dlatego, że niski zaczyna teraz kiwać głową (oczywiście kaszląc), przyzwala: - Pytaj. Pytań miałem dużo. Postanowiłem wprzód dowiedzieć się rzeczy najistotniejszych, szczegóły zostawiając na potem: - Więc naprzód pytanie chyba najbardziej zasadnicze: w jakim celu podjęli panowie (bo przypuszczam, że pan - skłoniłem się kaszlącemu nadal niskasowi - jest właśnie owym nieocenionym acz dowcipnym Bombasem de la Kreppem), a więc w jakim celu podjęli panowie całą swoją działalność? Co wam to dało, lub co miało dać? Coście chcieli przez to osiągnąć? - Nie jestem Bombasem de la Kreppem! - poderwał się kaszlący niskas, po czym natychmiast usiadł, wstrząsany nawrotem wzmożonego ataku. - To jest mój najbliższy współpracownik, Lingard Babaon - wyjaśnił pospiesznie Mahariad vel Uśkowski.- Bombas de la Krepp nie sięga mu do pięt. - Przepraszam - powiedziałem. - Nadal jednak obstaję przy swoim pytaniu. Co chcieli panowie… - Osiągnąć? Co chciałem przez to osiągnąć? Ależ nic! Po prostu: zabawić się, pobaraszkować… No a poza tym… No dobrze, powiem ci, chociaż w kraju nie wyszło nam głównie właśnie przez ciebie. Staszek nieznacznie się uśmiechnął: - Chciałem więc zorganizować grupę ludzi z drugimi mózgami, która miała zawładnąć światem. Drugi mózg byłby czymś w rodzaju legitymacji, a poza tym także uzbrojenia. Lecz to, jak już powiedziałem, nie wyszło. Wiążemy jeszcze pewne nadzieje z zagranicą, ale dotąd nie udało nam się znaleźć takiego tłumacza, który by przełożył moją książkę „Po co jest nóż”, nie pozbawiając jej zdolności wywoływania w czytelnikach tej zasadniczej rzeczy, jaką jest niewątpliwie drugi mózg. Przełknąłem to jakoś. W końcu niech sobie ten Uśkowski uważa, kogo chce, za autora mojej powieści. Jak mu teraz przerwę i wygarnę, to on już nie podejmie przerwanej opowieści, a sam przecież nie wymyślę tego, co tylko on może wiedzieć, gdy znowu zmyślać wzbrania wszczepiona mi u zarania troska o rzetelność informacji oraz mój wręcz organiczny wstręt do odstawiania wszelakiej lipy. - Cóż więc oznaczają noże z zielonkawego złota? - pytam lekko. - Czyżbyś sam zamierzał unicestwić swoją organizację? - Te noże to zupełnie inna sprawa. Sporządził je taki zapaleniec, nazwiskiem Lartus, którego podobno znasz - tu łypnął na mnie podejrzliwie - i, którego udało nam się szczęśliwie unieszkodliwić. - Ciekawe. Byłem chyba przy tym unieszkodliwianiu, ale dotąd nie rozumiem, w jaki sposób mogło się to stać. Właśnie. Może wytłumaczysz? - Zaszczepiliśmy mu po prostu tasiemca z wmontowaną bombą, uruchomioną potem falami radiowymi. - To brzmi przekonywająco. No dobrze. W takim razie: po co Lartus zrobił te noże?