(część 7 z 7)
Nazajutrz rano Gąsior postanowił, że razem z Marasem zrobią szybki przegląd warszawskiego środowiska naukowców–elektryków, gdyż okazało się, że sprawa wykracza chyba poza wyobraźnię szeregowego inżyniera–elektryka, owego znajomego Marasa, z którym porucznik konsultował nie tak dawno śmierć Ledzika. Przegląd zrobiony przez Marasa i jego szefa zaowocował. Jeden z wykładowców Politechniki Warszawskiej wyznał milicjantom, że miał studenta, który zaproponował swemu profesorowi wspólną pracę nad idee fix owego studenta: miniaturowymi bateriami, które miały wytwarzać prąd elektryczny o olbrzymim napięciu. Profesor zapoznał się z pomysłem na tyle jednak pobieżnie, że nie mógł ocenić, czy pomysł ten był choć trochę sensowny. Ponoć sprawa była zwariowana od samego początku, student – niesłychanie pewny siebie, a rola profesora we "wspólnym" przedsięwzięciu miała się sprowadzać do wykorzystania jego autorytetu, by wysocy urzędnicy organizacji naukowych zgodzili sine na wyasygnowanie dla opracowujących pomysł ogromnych pieniędzy. Profesor twierdził, ze student należał do wybijających się na uczelni, ale jego pomysł uznał za niemożliwy do realizacji, choć właściwie nie poznał nawet jego istoty. Prawdę mówiąc, wykładowcę przeraziła wysokość sumy, jakiej wyłożenia zażądał student. Profesor dowiedział się, że na krótko po tym, jak odmówił młodemu, student spakował walizki i wyjechał do USA lub do Kanady, przerywając studia w Warszawie. Maras pomyślał, że to może być właśnie "to" i za cichą zgodą Gąsiora wtajemniczył profesora w sprawę Ledzika i Bluzińskiego. Wtedy biedny profesor zwyczajnie się rozpłakał. Był to znak dla inwigilujących, że naukowiec nie uznaje za możliwe istnienie tak niewiarygodnego aparaciku. Zresztą trudno i wcześnie było uciec przed faktami. Milicjanci poznali nazwisko studenta i jego życiorys. Ambrozjusz Bożyk urodził się przez 25–ciu laty w... Radości, co dodatkowo wzmogło podejrzenia panów Gąsiora i Marasa. Spytali profesora o adres pod jakim Bożyk mieszkał w Radości. Tego jednak on nie wiedział. Adres jednak ławo można było uzyskać skądinąd. Na razie wyświetlała się chyba inna sprawa. Profesor, który uniemożliwił Bożykowi szybkie dopracowanie wynalazku, nazywał się Gąsiorowski. Gąsiorowski to co prawda nie Gąsior, ale widać Bożykowi chodziło o symbol, bo byłoby dla niego zbyt ryzykowne dedykować morderstwo wprost Gąsiorowskiemu.
– – – –
Tak więc wielogodzinne wywiady z rezydentami domu Kokosowa 7 były prawdopodobnie niecelowe. Gąsior i Maras nie mieli jednak czasu żałować tych pracowicie spędzonych godzin. Sytuacja zmieniła się: było już prawie na 100% wiadomo, kto zabił. Pozostawało pytanie, jak go schwytać i dlaczego na ofiary swojej zemsty wybrał te właśnie dwie osoby: Ledzika i Bluzińskiego. Na razie jednak Maras i Gąsior, w towarzystwie przyszłej żony tego pierwszego, siedzieli w swoim biurowym pomieszczeniu. Zadzwonił telefon. Maras, który wykazał lepszy refleks, podniósł słuchawkę, choć początkowo bliżej aparatu był Gąsior.
– Czy mówię z kapitanem Gąsiorem? – Maras usłyszał nacechowany podnieceniem głos... Kalinowskiego.
– Z porucznikiem Marasem.
– Mam sensacyjną wiadomość dla panów. Otóż przed chwilą otrzymałem list polecony, który okazał się kolejnym posłaniem od mordercy Adama.
– Myślę, że tym razem nie każe nam pan przyjeżdżać do Radości, byśmy dopiero tam poznali treść tego listu? – zgryźliwie przemówił Maras.
– Nie, przeczytam go panu przez telefon. Sam pan oceni, że druga z kolei zapowiedź jest jeszcze straszniejsza od pierwszej! A więc czytam, proszę słuchać. "Szanowny panie Kalinowski. Myślę, że dobrze się pan bawił wczorajszej nocy, lecz jednocześnie przepraszam kapitana Gąsiora i jego współpracowników za tak małą ilość śladów, które mogłyby pomóc im w śledztwie. Przyznaję: dałem milicji za mało szans i obiecuję, że w kolejnych moich wizytach na Kokosowej (bo morderstw będzie jeszcze sporo), dawka śladów, z których panowie milicjanci z pewnością wyczytają wiele o mojej osobie, będzie się powiększać. Jest to zgodne z naturą rzeczy, więc nie ma mi za co dziękować. Moje następne morderstwo, którego termin przypada na wieczór jutrzejszy, nie ma wyznaczonej ofiary, to znaczy nie zapowiadam śmierci wybranej osoby, choć osobiście wiem, kto zginie. Na koniec proszę panów milicjantów, by wybaczyli mi żart z kłódką, którą wymieniłem kierując się zwykłym poczuciem humoru: chciałem po prostu mieć was wszystkich "pod kluczem", czyli zupełne na odwrót, niż być powinno. Moje drugie morderstwo jest dedykowane również kapitanowi Gąsiorowi". Na tym list się kończy. Przyznaję, panie poruczniku, że tym razem lękam się trochę o własne życie. Proszę więc, by milicja jutro skuteczniej broniła domowników mojej posiadłości.
Gąsior, korzystając z drugiej słuchawki, również zapoznał się z tekstem nowego anonimu i kiedy Maras odłożył swoją słuchawkę, zapewniwszy uprzednio Kalinowskiego, że po wczorajszej nauczce grupa Gąsiora już nie da się zaskoczyć, mężczyźni zaczęli żywo dyskutować.
– Próbuje z nas kpić, gdy tymczasem jest już prawie rozszyfrowany. Czyżby liczy na to, że jesteśmy tak głupi, że wciśnie się nam każdy kit?
– Może liczy na to, że daliśmy sobie wmówić, iż wyjechał z kraju. Jeśli mielibyśmy w to uwierzyć, automatycznie winniśmy wyeliminować go z kręgu podejrzanych. – Już dwa razy napluł nam w kaszę: raz to Ledzik, dwa – Bluziński. Tym razem jego zuchwalstwo już na pewno będzie ukarane.
– Tak, wychodzi bowiem na to, że on nie umie mordować inaczej jak tylko przez te swoje cholerne baterie. Zresztą trudno, żeby było inaczej, skoro nad tym swoim niebezpiecznym wynalazkiem musiał pracować przez całe swoje dorosłe życie, a może i dłużej, bo na sam pomysł mógł wpaść będąc jeszcze dzieckiem.
– Masz rację, Fredku – do rozmowy mężczyzn wtrąciła się Jola. Realizacja takiego pomysłu to musiało być dzieło dorosłego człowieka, ale sam pomysł jest dziecinny.
Marasa znowu zaczął boleć ząb.
– W takim razie jedziemy do Kalinowskiego – zadecydował Gąsior. – Żeby czuć się tam jutro pewniej niż za ostatnim razem, nie wystarczy to, że tyle już o ptaszku wiemy. Musimy już dzisiaj w poszukiwaniu tych nieszczęsnych baterii przewertować ubrania, obuwie, i co tam jeszcze z przyodziewku naszych starych wojaków. Dla porządku sprawdzimy także wszystkie zegarki, co jednak będzie pewnie tylko naszym beznadziejnym obowiązkiem.
– – – –
Jadąc w stronę Radości, Maras i Gąsior rozmawiali trochę o tym, że przecież nawet jeśli głównym mordercą Bluzińskiego był Ambroży Bożyk, to musiał on chyba w jakiś sposób być wtajemniczony w sprawy domu Kokosowa 7 i prawdopodobnie miał wspólnika wewnątrz tego domu.
– Może nasze długotrwałe rozmowy z rezydentami Kalinowskiego nie były całkiem niecelowe? – wyraził swą nadzieję Maras. – Przecież teraz tych ludzi po prostu znamy.
Może i masz słuszność – zadumał się Gąsior. Zwłaszcza, że sprawa może się nie skończyć na tych dwu, zapowiedzianych już, morderstwach. Pamiętam, że w ostatnim liście naszego geniusza mowa była o tym, że morderstw będzie jeszcze "sporo".
– "Sporo"... – zamyślił się Maras. – Czy myślisz, że on chce wymordować wszystkich?
No, nie zabije chyba swego wspólnika w domu. Choć może dla niepoznaki zabije i jego.
– Nie żartuj, Afred! – zaśmiał się niewesoło porucznik i spojrzał na szefa zdumiony.
– Oczywiście żartuję – odpowiedział poważnie kapitan, a w jego oczach nie było już ani cienia wesołości sprzed chwili.
Milicjanci zajeżdżali już pod wiadomy dom, gdzie zaraz Lasikówna przywitała ich jak dobrych znajomych, choć trochę tak jak wita się kogoś, kto nasze oczekiwania nieco zawiódł. Mieszkańcy domu Kokosowa 7 nie lubili Bluzińskiego – gdy żył, tak manifestując swoją niechęć do niego może dlatego, że naprawdę, zanim ta się stała, nie wierzyli w śmierć ex–majora. Przeceniali możliwości milicji. Teraz, gdy Gąsior przegrał pierwszą partię, zaczynali Bluzińskiego żałować, a Gąsiora, Marasa i ekipę – trochę lekceważyć. Lasikówna zawczasu zawiadomiła o przybyciu "obrońców prawa właściciela domu, korzystając z telefonu domowego zamontowanego tu przez Jana Kaszańca. Tym razem więc Kalinowski wyszedł im na spotkanie wprost na schody i witał ich na półpiętrze. Pułkownik trząsł się wyraźnie ze strachu. Dla Marasa był to zupełnie nieoczekiwane. Porucznik zdążył się już przyzwyczaić, że stary oficer jest zrównoważonym, momentami nieco cynicznym flegmatykiem, a to nagle kłębek nerwów, zamiast osoby niby tak dobrze znajomej.
– O, co za szczęście, że już panowie przyszli!
Nieco odetchnął. Jego czysty, doskonale akustyczny głos znaczyły przerwy, jak gdyby zatykało go, co było trochę podobne do czkawki.
– Mam nadzieję, że jutro będzie was więcej? Przecież za poprzednim razem mogliście przypuszczać, że Anonim żartował. Teraz macie pewność, ze jego zamiary są poważne...
– Niech pan się uspokoi, pułkowniku. Tym razem jesteśmy silniejsi o doświadczenie. I wtedy już mniej więcej, czego się powinniśmy spodziewać.
Weszli po schodach na piętro i przekroczyli próg drzwi oznaczonych numerem 5. Gąsior, gdy usiedli we trzech na sąsiadujących fotelach, mówił:
– Panie pułkowniku, druga konfrontacja odbędzie się jutro wieczorem, chciałbym jednak, by już teraz zaprosił pan tu wszystkich domowników łącznie z panną Adelą. Jesteśmy zmuszeni do dokonania skrupulatnego przeglądu waszych ubrań, co zajmie trochę czasu. Ten sprawdzian wolałbym zacząć robić już dzisiaj, ponieważ jutro i tak dla pewności zrobimy go ponownie. Dzisiaj, albowiem jutro już na osiemnastą zero pięć mógł Anonim wyznaczyć eksplozję swojej baterii na przykład w sprzączce od szelek czy w jakimś innym przylegającym do ciała detalu garderoby jednego z panów.
– A zegarki? – przypomniał Kalinowski. – Pamiętacie o zegarkach?!
Niech pan będzie spokojny, że zegarki również sprawdzimy.
– – – –
Maras i Gąsior przez kilka godzin przeszukiwali ubrania starych oficerów, a prócz tego i suknie Lasikówny, jednak niczego, co mogłoby ewentualnie być bateriami Ambrożego Bożyka, nie znaleźli. Przeszukali buty, spinki od krawatów, nawet co większe guziki. Nadaremno. Dopiero gdy Maras, nękany bólem zęba, uświadomił sobie, że starzy mężczyźni, prawdopodobnie nawet wszyscy, noszą w swoich jamach gębowych sztuczne szczęki, sytuacja zdawała się znaleźć swoje rozwiązanie. Gąsiorowi, gdy Maras szepnął mu do ucha o swoim domyśle, niezręcznie było prosić wojaków o wyjęcie z ust owych nie przeznaczonych przecież do wyjmowani ich stamtąd przy ludziach aparatów. Jednak w końcu udało się to jakoś załatwić. Ale w żadnej ze sztucznych szczęk "przebadanych" przez Marasa i Gąsiora nie było baterii. Nie było też ich w żadnych z zegarków. Może przedwcześnie jeszcze byłoby mówić o zwątpieniu i rezygnacji z dalszego poszukiwania, ale poszukującym, a przynajmniej Marasowi, wydało się przez moment, że zrobiwszy 90 kroków na 100, nie zdołają już postawić pozostałych dziesięciu – że wiedząc tak wiele, milicjanci w końcu zostali przechytrzeni. Cóż, Maras, a zapewne i Gąsior, gorączkowo myślał, usiłując odkryć prawdę o przygotowaniach mordercy do kolejnego aktu tej jakże teatralnej rozgrywki. Niestety, wszystko, co wydumał, to były pomysły zawsze z jakimś dyskwalifikującym je defektem. W końcu przecież ośliniło Marasa. Tym razem jednak nie z takim już entuzjazmem jak poprzednie przekazywał swoje odkrycie Gąsiorowi. Jak się człowiek sto razy natnie, to potem będzie już dmuchał na zimne. Szepnąwszy na ucho swemu przełożonemu to, co wymyślił, Maras aż wstrząsnął się od raptownego dreszczu, jaki przeszedł mu po plecach, kiedy kapitan spojrzał na niego zaraz. W spojrzeniu Gąsiora było bowiem uznanie i ulga, i serdecznie wdzięczność za to, że porucznik wreszcie sprawia, iż ich wspólne długotrwałe wysiłki nie zostaną ostatecznie powstrzymane przez jedną dokuczliwą przeszkodę. Co prawda, Maras nie był aż tak bardzo pewny swego...
– Panowie pozwolą, że na dzisiaj skończymy nasze poszukiwania – przemówił kapitan do zgromadzonych. – Proszę zabrać swoje rzeczy i iść do siebie. My tymczasem pomówimy jeszcze z pułkownikiem Kalinowskim.
– Jak to? – głosem pełnym zgorszenia przemówił Jan Kaszaniec. – Rezygnuje pan z poszukiwań w sytuacji, gdy tylko one mogą być pomocne w zabezpieczeniu przed śmiercią już jutro jednego z nas?!
– Przyjedziemy jutro rano i dalej będziemy szukać – odparł Gąsior z udanym zmęczeniem. Tego zmęczenia, co prawda, tak bardzo nie musiał udawać, ale udał je, co Maras widział. Kapitan był prawdziwie zmęczony wielogodzinnym ślęczeniem nad stołem, na którym leżały stosy garderoby i obuwia badane przez milicjantów. Ale podszepnięte mu "odkrycie" Marasa ożywiło doświadczonego oficera "dochodzeniówki", jakim był Gąsior, i sprawiło, że teraz trochę już musiał zmęczenie udawać. – Chyba wszystkich nas opuściła już świeżość, bez której nie ma mowy o wydajnej pracy... Dziękuję panom za pomoc i żegnam się z wami do jutra rana, kiedy to znowu przystąpimy do tej pasjonującej orki.
Taki argument wojacy przyjęli już bez sprzeciwu i z ukłonami wycofali się ze "świetlicy" do swoich mieszkań. W ogromnym pomieszczeniu pozostał prócz milicjantów już tylko Kalinowski.
– Panie pułkowniku – przemówił do niego Gąsior. Na dobro śledztwa zaklinam pana, żeby pozostawił nas pan samych.
– Co? Co? Nie rozumiem – bąkał zdezorientowany pułkownik.
– Na kwadrans raczy pan teraz zamknąć się w swoim gabinecie – poprosił Alfred Gąsior. W tym czasie ja i mój podkomendny – Gąsior wskazał Marasa – przeprowadzimy cicha naradę.
– Ależ oczywiście – skłonił się Kalinowski. – Skoro dobro śledztwa tego wymaga... Już się wynoszę.
Gdy Kalinowski wyszedłszy zamknął się w swym gabinecie, Gąsior, a za nim Maras podszedł szybko do... telefonicznego aparatu zamontowanego do ściany przy okienku windki kucharskiej. Wyjął z kieszeni wielofunkcyjny scyzoryk i, postawiwszy na sztorc mikroskopijny śrubokręt, rozkręcił słuchawkę! Przylepione plastrem do wewnętrznej ścianki plastikowego uchwytu słuchawki, widniały dwie malusieńkie bateryjki i jeszcze jakiś niewielki aparacik mogący być... mechanizmem zegarowym!!! Gąsior szeroko się uśmiechnął i poklepał Marasa po plecach.
– Trzeba będzie teraz odłączyć zegarowy zapalnik od nich i przekazać je naszemu biednemu profesorowi Gąsiorowskiemu – powiedział szeptem Maras. Utrata takiej zabawki byłaby bowiem dla nauki zbyt wielkim uszczerbkiem...
– Masz rację – powiedział Gąsior, poważniejąc, i zrobił to właśnie, co zasugerował porucznik, tyle że oczywiście tak od razu nie mógł przekazać znaleziska Gąsiorowskiemu, który o tyle był "biedny", że w łańcuchu nieodgadnionych losowych łamańców spowodował, że jego genialny student, Abmrozjusz Bożyk, zamiast z państwowe miliony wzbogacić państwo o miliardy, dla jeszcze bliżej niedookreślonej prywatnej zemsty pozbawił życia dwóch ludzi.
– My sprawiamy, że trzeciej zbrodni nie będzie! – tryumfalnym szeptem wypowiedział Gąsior, w dalszym ciągu szeroko uśmiechając się do swego młodego kolegi.
– – – –
Jeszcze tego samego dnia, odstawiwszy wóz do Komendy, Gąsior odpowiednim ludziom polecił wziąć na podsłuch numer telefonu w willi pułkownika Kalinowskiego. "Ktoś prawdopodobnie będzie pod ten numer dzwonił" – tłumaczył Gąsior – „jutro, pomiędzy osiemnastą a dwudziestą czwartą. Spróbujcie ustalić numer telefonu tego kogoś i natychmiast wyślijcie tam ludzi. Trzeba będzie go aresztować. Nie mam całkowitej pewności, że będzie to dzwonił szukany przez nas przestępca. Może dzwonić ktoś zupełnie przypadkowy. Ale człowiek, który nas interesuje, też zadzwoni. Niezależnie od tego, co będzie mówił, wyślijcie tam ludzi i zatrzymajcie go”. Człowiek przyjmujący polecenie Gąsiora nie był pewny, jak pozna, czy to będzie dzwonił ktoś przypadkowy, czy przestępca, o którego kapitanowi chodzi, na co Gąsior odpowiedział, że zatrzymanie na parę godzin osoby nawet niewinnej nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zwłaszcza w sytuacji, kiedy decyduje się coś naprawdę ważnego. I to było już załatwione. Teraz Gąsior i Maras pojechali do swoich domów, by odpocząć przed czekającym ich jutro zadaniem.
– – – –
Ta noc była dla Marasa koszmarem, choć zapewne należałoby to jakoś inaczej określić, ponieważ "koszmar" jest tylko nader nieprzyjemnym snem, gdy tymczasem porucznik tę noc spędził w ogóle bez snu: mecząc się na łóżku miotany z jednej strony niepewnością, jak wyjdzie jutrzejsza akcja, a z drugiej – tęskniąc za Jolą. Apetyt erotyczny, rozbudzony już, wzrósł w Marasie teraz tak bardzo, że ten młody mężczyzna już bez uśmiechu politowania przypomniał sobie, jak to o swoich miłosnych cierpieniach pisywali różni, nazbyt, jak mu się niegdyś wydawało, sentymentalni poeci. Znowu jutrzejsza akcja w Radości była chyba łatwiejsza do wygrania niż kiedykolwiek. Zatrzymają przestępcę inni ludzie, rola Gąsiora i jego zastępcy polegać będzie na wybadaniu, czy ten przestępca z zewnątrz ma wspólnika w obrębie domu Kalinowskiego. Ale, co było może nieuzasadnione niczym racjonalnym, Maras martwił się tak tym, czy dobrze potoczą się sprawy jego osobistej znajomości z Jolą, jak i tym, czy jutro w Radości nie popełni jakiegoś kardynalnego błędu, które pogrzebie wszystkie nadzieje grupy Gąsiora. Noc jednak, jakkolwiek zdała się trwać nieskończenie i dostarczać samych zmartwień, skończyła się. Jerzy tuż po nastaniu świtu zrobił sobie śniadanie, ubrał się, umył, zaścielił łóżko... Wszystkie te rutynowe czynności starał się wykonać najstaranniej, jak można, że starannością wprost przesadną, po to, aby zajęły jak najwięcej czasu, którego teraz porucznik nie chciał "odpuszczać" na bezmyślnym siedzeniu w fotelu lub niecierpliwym wpatrywaniu się w okno. I tak w Komendzie był na długo przed Jolą, gdzie do jej przyjścia męczył się tak samo, jak podczas tej nieszczęsnej nocy, co dopiero ubiegła. Jola, gdy przyszła, szczerze zmartwiła się wyglądem Jerzego i od razu odgadła, że tej nocy nie spał; wyraziła nawet obawę, że Maras jest chory. Jerzy zamknął jej usta pocałunkiem...
W końcu przyszedł Gąsior, mężczyźni zmontowali razem ekipę, która co prawda była tym razem mniej liczna, bo składała się tylko z dwóch strzelców, dwóch ludzi z psami i samych Gąsiora i Marasa. Gąsior uważał z początku, że zabieranie całej ekipy po to, by odebrać jeden telefon i obserwować mieszkańców domu Kokosowa 7, to byłby nadmiar ostrożności, ale Maras przekonał swego szefa, że być może zdekonspirowany wspólnik Bożyka w kręgu domowników Kalinowskiego w desperacji będzie skłonny użyć broni, którą gdzieś przemyślnie schowa, więc kapitan zgodził się i wkrótce w stronę Radości ruszyła nyska zamiast mniejszego samochodu. Ludzie z psami może też nie pojechaliby dzisiaj, gdyby nie głębokie przekonanie Marasa, że Bożyk i ewentualnie któryś z domowników mogą mieć jeszcze jednego wspólnika, który znowu będzie harcował wokół domu. Tak czy inaczej ekipa dotarła pod dom Kalinowskiego bez przeszkód i to całkiem rano. Jej składem i porą, w której przybyła, gospodarz domu był wprost zachwycony. Ludzie z psami zostali od razu na podwórku, z tym że umówiono, że przyjdą na obiad, który zjedzą z wszystkimi. Wyborowi strzelcy, Zapasowicz i Kęcik, z wszystkimi domownikami oraz Gąsiorem i Marasem znaleźli się zaraz w „świetlicy”. Od razu przystąpiono do przeszukiwania ubrań i obuwia, które domownicy mieli przywdziać o szóstej, co oczywiście nie znaczy, że teraz byli nadzy. Teraz mieli na sobie inną odzież i inne pantofle. Zapasowicz i Kęcik siedzieli na krzesłach w dwóch przeciwległych kątach sali i dawali baczenie na każdy ruch domowników. To ostatnie było może nieco przedwczesne, ale w końcu Gąsior musiał dbać i o to, by jego podwładni nie nudzili się. Leżące na stole rzeczy przeszukiwano po 100 razy – z wiadomego względu bezskutecznie. Ale oficerowie milicji robili dobrą minę do złej gry i z gorliwością w poszukiwaniu "ukrytych w przyodziewku" baterii przewyższali nawet samego Kalinowskiego. Po trzech godzinach szperania Gąsior zarządził odpoczynek w trakcie którego wywiązała się rozmowa. Ubrań w końcu nie było wiele i tak doskonałe ukrycie w nich znikomej co prawda rozmiarami baterii stanowiłoby problem nawet dla dobrej szwaczki. Padła sugestia, by zrezygnować z szukania. Ale na to nie chciał się zgodzić Kalinowski, a także, ożywiony dziś w stopniu wprost nie do uwierzenia, Kaszaniec. Gąsior, siląc się na dyplomację, chciał zarządzić głosowanie, ale został zaraz zakrzyczany przez dwóch starszych panów. W końcu zgodzono się szukać jeszcze dwie godziny, z tym że wcześniej postanowiono zwolnić Adelę Lasik, by zdążyła przygotować obiad dla wszystkich. Odnośnie obiadu: Gąsior stanowczo obiecał, że jego koszt w połowie przypadającej na "ekipę" pokryje milicja. Domownicy, a zwłaszcza pułkownik, nie chcieli się na to zgodzić, mówiąc, że w tym kraju nie zakazano jeszcze przyjmowania gości za darmo, lecz Alfred Gąsior uciął dyskusje, mówiąc, że w takim razie milicjanci nie będą jedli w ogóle... Cóż, obiad był smaczny, co zgodnie potwierdzali wszyscy, a pozostałe po nim dwie godziny do chwili wyznaczonej przez mordercę jako początek konfrontacji spędzono na przygotowaniach do niej w sferze ducha. Tuż przed szóstą domownicy poszli się przebrać, a ludzie z psami, Łuczyński i Mol, wcześniej, bo zaraz po zjedzeniu obiadu, zajęli swoje stanowiska na podwórku. W "świetlicy" zdenerwowanie rosło, a dla niepoznaki (choć czy tylko to?) podzielali je także Maras i Gąsior.
– – – –
– Mamy szóstą – powiedział Gąsior, zerknąwszy na swój zegarek. – Panowie. Jesteśmy już nieco zmęczeni sobą, jako że przebywamy razem od rana i jako że cel naszych całodziennych niemal zabiegów nie został osiągnięty. Ale czuję, że nie muszę was zachęcać, byście teraz odzyskali świeżość. Niebezpieczeństwo, które, nie ukrywam, wzmogło się wraz z chwilą minioną przed sekundami, samo spowodowało w was, i zresztą i we mnie, że mocniej tak mi jak i wam zabiły serca...
– Widzę, że nasza ochrona po raz pobranej nauczce już z mniejszą pychą wypowiada się o własnej "wszechmocy" – niby tylko do Kalinowskiego przemówił Kaszaniec.
– Jednak proszę panów – minął słowa Kaszańca kapitan – o wzmocnienie tej naturalnej zwyżki napięcia dodatkowym czuwaniem... Wiem, że morderca działa poza domem, ale nie jest dla panów niczym nowym domniemanie, że człowiek ten ma wspólnika wśród domowników, i, że, być może, to właśnie osoba będąca tutaj jest głównym inicjatorem zbrodni.
– Która niestety już się wydarzyła – powiedział Kalinowski.
– Nie ukrywam, ze jest mi wiadome, iż nasze działania ochrony Adama Bluzińskiego zawiodły panów oczekiwania – Gąsior znowu spojrzał na zegarek i wstał, a następnie rozpoczął spacer wzdłuż stołu, za plecami Lasikówny, Andrzej i Zbigniewa Łebke'ów oraz kaprala Zapasowicza, tak, żeby w razie czego jako pierwszy znaleźć się przy telefonie.
Trudno, żeby dopuszczenie do czyjejś śmierci miało nie rozczarować – w tonie identycznym jak przed chwilą Kalinowski przemówił Zaliwski.
– Proszę panów – wkroczył Maras. – Jesteśmy tylko ludźmi, takimi samymi jak wszyscy inni i, co za tym idzie, mamy zwykle takie same szanse na odniesienie zwycięstwa jak przestępca, który co prawda też jest tylko człowiekiem, ale do niego należy głos inicjujący w rozgrywce.
– Dlaczego więc nie stosujecie prewencji, skoro, jak pan się skarży, zrobienie pierwszego kroku przez bandytę stanowi dla was taki problem.
– Stosujemy prewencję, tyle że nie zawsze wiadomo, gdzie ona może się przydać. A to, że jesteśmy tacy sami jak wszyscy ludzie, wiecie panowie równie dobrze jak my, ponieważ i wy nosicie, czy nosiliście, mundury, które ładnie wyglądają na paradzie, ale w bezpośrednim zagrożeniu stanowią osłonę praktycznie żadną.
– Nieprawda! – wykrzyknął Kaszaniec. Sam widok munduru sprawia, że nie jeden potencjalny wybryk ze strony chuligana czy przestępcy zostaje zdławiony w zarodku!
– Tak bywa – odparował Maras – kiedy zagrożenie "wisi w powietrzu", ale nie wtedy gdy jest postanowione. Kiedy przestępca się waha, widok milicyjnego munduru może go speszyć i odwieść od rysującej się możliwości agresji względem nas czy wobec nas, wobec naszej obecności. Kiedy jednak premedytacja czy desperacja przełamuje wahanie, mundur nie stanowi żadnej osłony.
– Panowie tak tłumaczą swoją słabość, jakby za wami nie stał cały ogromny aparat prawa i władzy – zaatakował z kolei bezwłosy Andrzej Łebke – i jakby to nie odbierało was prawa do tak niby "racjonalnych" tłumaczeń.
– W dodatku tłumaczycie się ze słabości – wsparł atak brata Zbigniew Łebke – w chwili, gdy tylko wasza siłą może zapobiec kolejnemu zabójstwu!
– Porucznik Maras mówił o naszej słabości – zdenerwował się Gąsior – ponieważ każdy zawsze jest słaby, kiedy nie wiadomo nic, zza którego węgła padnie uderzenie; kto jest tym, co chce uderzać; gdy potencjalny przestępca pragnie korzystać i korzysta z elementu zaskoczenia...
– Nie mogę!... Panowie! – niewesoło roześmiał się Kaszaniec. – Przecież wy wiedzieliście, kiedy morderstwo nastąpi; mieliście w ręku list człowieka, który zapowiadał, ze zabije; dysponowaliście czasem i możliwościami przygotowania obrony Bluzińskiego, jako jedynego człowieka, które wedle wyraźnej zapowiedzi był zagrożony i, który zginął przy spełnieniu przez mordercę wszystkich wyznaczonych przez niego warunków konfrontacji! Jak w takiej sytuacji może pan mówić o "elemencie zaskoczenia", który niby usprawiedliwia waszą słabość czy, powiedzmy sobie to otwarcie: "nieudolność?!
– Element zaskoczenia był wykorzystany przez mordercę Adam Bluzińskiego – powiedział twardo Gąsior – ponieważ całe jego ujawnienie się i przedstawienie przed dokonaniem zbrodni miało jedynie wprowadzić nas w błąd.
– Może pan jeszcze powie, kapitanie – ironizował Kaszaniec – że lepiej wywiązalibyście się ze swego zadania chronienia Adama, gdyby wiadomego anonimowego listu wcale nie było?
Gąsior przechadzał się pomiędzy rzędem fotel a ścianą, do które zamontowany był telefon, przystając niekiedy, niekiedy wzmacniając tempo swego spaceru. Teraz stanął zupełnie.
– Mówiliśmy o naszej słabości jako o słabości milicji. Widzicie panowie. Jest to całkiem proste: najsłabsi jesteśmy w momencie, kiedy przestępca robi swój pierwszy przestępczy krok. W miarę, jak wiemy o nim coraz więcej, nasze szanse rosną. I teraz o mordercy Adama Bluzińskiego wiemy już naprawdę bardzo dużo.
– Jeśli pominąć zgoła fantastyczne ewentualności, jakie teoretycznie mogą zajść w każdym miejscu i czasie, bezpieczeństwo zgromadzonych tutaj jest pewne na 100 procent. – Wyjąwszy oczywiście tę osobę, która paktuje z mordercą, bo taka osoba niestety między nami przebywa w tej chwili...
Maras wiedział, że Gąsior jest zdenerwowany i dlatego nie dziwił się, że jego szef pozwala sobie na takie zagrywki. Oczywiście mówił już wcześniej, i to wielokroć, o swoich podejrzeniach względem osoby, która będąc jednym z domowników Kalinowskiego, jest zarazem inicjatorem zbrodni i wspólnikiem działającego na zewnątrz domostwa zbrodniarza. Teraz jednak, gdyby nie prowokacja starych oficerów, nie powiedziałby zapewne tych słów. Ludzie Gąsiora mieli bowiem dzisiaj jasno określone zadania, a Maras i sam Gąsior najmniej chyba powinni teraz dawać odczuć ludziom, wśród których był wspólnik mordercy, że tyle się o nich wie, i że ciągle się pamięta o tej okoliczności. Należało po prostu usypiać czujność tego człowieka, ponieważ najprawdopodobniej zdradzić się mógł tylko sam. No, Gąsior – jak na razie – całkowicie zaniedbał sprawę tego, w jaki sposób mordercze baterie "dostały się" do zegarka Bluzińskiego, co można było nadrobić i tą drogą dojść, kto z domowników miał możność podmienić zegarki. Jednak kapitan milicji liczył chyba na to, co wybadać można będzie dzisiaj, bezpośrednio w konfrontacji.
– Jesteście panowie tak pewni swego – przemówił Andrzej Łebke – że prawie życzyłbym sobie, żebyście spartaczyli dzisiaj, tak samo jak spartaczyliście ją parę dni temu.
– O, pewnie: i to jest możliwe, że morderca Adama Bluzińskiego działa po prostu sobie z nas zakpi, a następnie przyśle na adres pułkownika list z przeprosinami – powiedział Gąsior. Jednak ledwie zdążył to powiedzieć, zadzwonił telefon.
– – – –
Kapitan Alfred Gąsior te dwa kroki, jakie dzieliły go od aparatu, przeszedł błyskawicznie i pewnym ruchem zdjął słuchawkę z widełek.
– Słucham, kto mówi? – rzucił do mikrofonu, starając się nadać głosowi naturalne brzmienie.
– Wujek? – odpowiedziano mu pytanie na pytanie. Głos należał prawdopodobnie do młodego mężczyzny i nie był Gąsiorowi znany.
– Ale kto mówi? – powtórzył Gąsior.
W słuchawce na moment zapanowała cisza, jakby osoba po drugiej stronie drutu zorientowała się, że mówi z kimś obcym i był tym trochę zdziwiona.
Wreszcie Gąsior usłyszał:
– Dlaczego pan pyta?... Jest pan gościem?
– No dobrze, z kim chce pan rozmawiać? – zdenerwował się Gąsior, choć był niby przygotowany na dużo gorsze rzeczy.
– Z moim ojcem, Andrzejem Łebke.
Gąsior stał twarzą do stołu, patrząc na zaintrygowanych domowników, bowiem telefon przy Kokosowej rzadko dzwonił w ogóle, a co dopiero teraz w tak szczególnej chwili oczekiwania na zbrodnię. Kapitan obserwował twarze zebranych, chcąc wezwać do telefonu kogoś, kto uda tylko zdziwienie telefoniczną wizytą. Będący wśród domowników wspólnik mordercy musiał bowiem wiedzieć, kto dzwoni i po co. Tak więc Gąsior chciał teraz poprosić do aparatu nie tę osobę, której zażąda nieznajomy, ponieważ ta właśnie osoba musiała być najniewinniejszą z niewinnych, czyli ofiarą, tylko tę, która wyda się najbardziej podejrzana o utajony pakt z mordercą, co będzie mieć znaczenie, szczególnie w chwili, gdy telefon zadzwoni. "W ten sposób zaistnieje możliwość, że ów wtajemniczony się zdradzi, już choćby bojąc się wziąć do ręki słuchawkę, o której wie, że jest wyposażona w śmiercionośną baterię" – musiał rozumować Gąsior i było to całkiem proste.
– Do kogo telefon? – spytał ze wszystkich Kalinowski.
– Do pana Kaszańca – po chwili wahania zadecydował Gąsior, obserwując, jakie wrażenie sprawi na starym oficerze to zaproszenie. Otóż Kaszaniec zdumiał się w pierwszej chwili, a następnie spojrzał ukradkiem na cyferblat gdańskiego zegara, ustawionego szczęśliwe dlań – na wprost przed jego oczyma.
– "Do diabła! To już prawie dowód!" – wykrzyknął w duchu Gąsior.
– Nie rozumiem, kto to może dzwonić – powiedział niedbale Kaszaniec, wstając. Szybko podszedł do aparatu i przyjął podaną mu przez Gąsiora słuchawkę.
– Halo! Tu Kaszaniec, kto mówi?! – Rzucił szybko i zaraz gestem dał do zrozumienia, że rozmówca po tamtej stronie kabla rozłączył się, więc i on zrobi to samo. Gąsior spojrzał na Kaszańca dość niepowściągliwie, lecz nic nie powiedział. Wobec czego ten odłożył słuchawkę na widełki.
– Proszę siadać – Gąsior wskazał Kaszańcowi dłonią drogę do jego fotela. Lecz zanim Kaszaniec zdołał ruszyć z miejsca, znowu zadzwonił telefon. Gąsior natychmiast odebrał.
– Słucham, Gąsior.
– Panie kapitanie, mamy ten adres.
– No, słucham.
– Kokosowa 4, Radość.
– Do diabła! Pod samym nosem! – wyrwało się Gąsiorowi.
– Czy coś nie tak?
– Nie, nie dziękuję za sprawne powiadomienie mnie. Do widzenia. Oczywiście sprawę załatwimy na miejscu. Do widzenia. – Gąsior odłożył prędko słuchawkę.
– Jerzy, bierz ze sobą Zapasowicza i Kęcika, na dole porwij ludzi z psami. Waszym zadaniem jest zatrzymać młodego mężczyznę w domu przy ulicy Kokosowej 4. I uważajcie na siebie, bo człowiek ten jest groźny, a przy tym piekielnie inteligentny...
Maras, a za nim Zapasowicz i Męcik zbiegli szybko schodami. Na dole czekali już na nich, powiadomieni przez Gąsiora o mającej się odbyć akcji radiotelefonem, Łuczyński i Mol z dwoma milicyjnymi wilczurami. Milicjanci przebrnęli przez furtkę i szybkim marszobiegiem przebyli odległość dwudziestu paru metrów, jaka dzieliła duży piętrowy dom Kalinowskiego – Kokosowa 7 – od parterowego pseudodworku z ukośnym dachem, kryjącym obszerny strych – Kokosowa 4. W oknach pseudodworku nie było światła, ale także nic nie wskazywało na to, że dom przed chwilą ktoś opuszczał. Łuczyński i Mol natychmiast o tym zresztą by zameldowali, gdyż drzwi wejściowe tego domu z podwórka, które przez tyle godzin penetrowali, były doskonale widoczne. Ale oczywiście przestępca mógł wybiec z domu od drugiej strony, w ogród. Szarpnąwszy parę razy furtkę w drucianej siatce ogrodzenia, Maras zorientował się w ułamku sekundy, że trzeba skakać przez parkan, co bez wahania zrobił. Zanim, przerzuciwszy wprzód swe psy nad siatką, skoczyli Łuczyński i Mol oraz pozostali. Od strony ulicy były tu cztery okna i drzwi pośrodku. Maras sprawdził, że drzwi są zamknięte i, że wobec ich dębowej solidności, nie ma co myśleć o ich wyważaniu, ruszył ku oknu z prawej strony. Drzwi. Ale zanim w nie zajrzał, półgłosem wypowiedział do podwładnych:
– Łuczyński niech idzie do okien po drugiej stronie drzwi, Mol z psem niech sprawdzi ogród, a reszta niech stłucze szyby w oknach od ogrodu, wskoczy i – przeszukiwać dom!
– Rozkaz! – odpowiedzieli cichym chórkiem Zapasowicz, Kęcik, Łuczyński i Mol. Maras, nie zwlekając rzucił się do "swego” okna i próbował je otworzyć. Na szczęście było zamknięte jedynie na słaby druciany haczyk, toteż nie musiał nawet wybijać szyby. Otworzywszy je, wsparł się dłońmi o parapet i wskoczył do środka. Na wszelki wypadek wyjął spod pachy pistolet i odbezpieczył, po czym odszukał szybko wyłącznik światła, macając wolną ręką po futrynie wewnętrznych drzwi. Światło, które momentalnie zabłysło oślepiło go na moment, ale już po chwili zrobił pierwsze postrzeżenie. W pokoju musiał ktoś być przed, co najwyżej, kilkoma minutami. Porucznik wyraźnie poczuł woń papierosowego dymu, a w popielniczce stojącej na taborecie obok zaścielonego karbowaną narzutą łóżka dojrzał kilka petów, z których jeden tlił się jeszcze, nie dość dokładnie zgaszony.
– Ostrożnie! – krzyknął półgłosem porucznik, tak żeby usłyszeli go pozostali uczestnicy akcji, a w miarę możności nie przestępca. "Tu, w tym pokoju, musi być telefon, albo ludzie z podsłuchu pomylili adres" – myślał gorączkowo Maras, przechodząc ostrożnie na środek pokoju z pistoletem gotowym do strzału. Istotnie za taboretem, wprost na podłodze, stał stary telefoniczny aparat. Maras wykręcił szybko numer Kalinowskiego.
– Halo! Alfred? Jesteśmy w tym domu...
– Macie go? – Maras usłyszał zabarwiony ekscytacją i chyba nawet wściekłością głos swego przełożonego.
– Jeszcze nie. Zostawiam was na podsłuchu...
– Poczekaj! – wrzasnął Gąsior. – Donoszę ci, że nasz kochany kapitan Kaszaniec przed chwilą się otruł.
– Maras zdębiał.
– Ale to chyba nie oznacza, że mamy przerwać akcję – wykrztusił wreszcie.
– Oczywiście, że nie. No, powodzenia.
Maras położył słuchawkę na łóżko i w pierwszym rzędzie zajrzał do szafy. Zakrawało to pozornie na dziecinadę, lecz któż mógł zaręczyć, że przestępca nie schował się właśnie do szafy i że nie czeka, aż poszukujący przejdą dalej, by wtedy uciec? W szafie byłe jednak tylko ubrania. Gdy porucznik pochylił się nad łóżkiem, by sprawdzić, czy może pod nim nie ukrywa się bandyta, rozszczekał się nagle pies Łuczyńskiego. Maras porzucił przeszukiwanie łóżka i pobiegł w stronę, skąd dobiegało szczekanie, gdyż wyćwiczony milicyjny pies nie mógł szczekać bez powodu. Porucznik znalazł się w środkowej części domu, w wielkiej ciemnej sieni. Znajdowały się tutaj wejścia do czterech pokoi oraz dwoje drzwi najprawdopodobniej do kuchni i łazienki. Przy jednej z bocznych ścian widniały także drewniane schody na strych, na które wyrywając się Łuczyńskiemu, usiłował wspiąć się jego ogromny milicyjny wilczur. Pies szczekał zajadle, a Łuczyński z niewiadomego powodu powstrzymywał go i nie wchodził na schody.
– On tam jest! – powiedział Maras. Chodźmy!
– Panie poruczniku, ten człowiek ostrzegał, że będzie strzelał. Jak trzeba, to pójdę, ale nie chciałem ryzykować bez rozkazu... – wyrzucił z siebie osłupiały Łuczyński, młody chłopak, które w swej karierze pewnie po raz pierwszy spotykał się z czymś podobnym. Maras spojrzał do góry. W miejscu, gdzie schody niejako schodziły się z sufitem, widniała zbita z heblowanych desek klapa. Właź na strych był zatrzaśnięty. Maras, wahając się, jeszcze raz ogarnął spojrzeniem sień. Z pistoletami gotowymi do strzału stali obok Zapasowicz i Męcik. Mola nie było.
– Halo! Tam na górze! Odezwij się! – krzyknął Maras.
– Nie próbujcie do mnie włazić, bo będę strzelał! – usłyszano w odpowiedzi.
Skąd mamy mieć pewność, że posiadasz broń?! – krzyknął Maras. – Strzel do ściany, udowodnij!
– Nie zamierzam marnować naboi – dobiegł milicjantów ten sam, dość wysoki jak na mężczyznę, głos młodego człowieka.
– Wpadłeś! Wcześniej czy później będziesz musiał się poddać! Po co masz obciążać konto dodatkowymi trupami?! To tylko pogorszy twój los!
– Jeśli zależy wam na moim losie, to zostawcie mnie w spokoju! – wrzasnął niewidoczny milicjantom mężczyzna ze strychu.
– Weźmiemy cię choćby głodem – zażartował Maras.
– Gdyby nie pies, nigdy byście mnie nie znaleźli.
– O, przesada! To bardzo nieroztropnie przygotowywać drugą zbrodnię w zupełnie takim samym stylu jak poprzednia. Wiemy o tobie już bardzo dużo, kolego. Jeśli wyjdziesz ze swojej nory spokojnie, obiecuję, że będzie to policzone na swoją korzyść.
– O, nie! Ja jeszcze mogę tu siebie zabić, nie czekając, aż nałożą mi stryczek! – powiedział już ciszej rozgoryczony zbrodniarz.
– A nie lepiej pożyć jeszcze z parę tygodni? Może dostaniesz tylko dożywocie! – krzyknął Maras. – Albo biegli psychiatrzy uznają cię za niepoczytalnego i odpoczniesz sobie przez resztę życia w zakładzie dla umysłowo chorych za państwowe pieniądze!
Maras, wypowiedziawszy te słowa, zaczął ostrożnie wspinać się na strome drewniane schody. Wyszedł z założenia, że mężczyzna na górze przecież nie klęczy na włazie ze wzrokiem utkwionym w szparę między deskami, lecz że, nie widząc ich, jedynie nasłuchuje. Po drugie kroki porucznika po skrzypiących schodach zagłuszał całkowicie szczekający wilczur.
– Jestem człowiekiem przyzwyczajonym do wolności i takie perspektywy są dla mnie czymś, za co serdecznie wam dziękuję...
Będąc bliżej włazu, porucznik dokładniej słyszał głos mówiącego. Należało przypuszczać, że stoi on właśnie na włazie, tym bardziej, że w tych prymitywnych drzwiczkach z ledwo heblowanych desek nie było prawdopodobnie zamka. Stojąc na włazie, mężczyzna utrudniał milicjantom wtargnięcie na strych. Porucznik dał znak, żeby Zapasowicz podążył za nim schodami, natomiast również gestem powstrzymał usiłującego zrobić to samo Łuczyńskiego z psem. Na sygnał Marasa obaj mężczyźni zrobili raptowny wysiłek w celu zaskakującego podniesienia klapy. Niemal natychmiast padł strzał, przebijając deskę pomiędzy głowami obu milicjantów, lecz człowiek na górze, w wyniku raptownego wstrząsu swego dotychczasowego podłoża, stracił równowagę i przewrócił się poza właz, toteż Maras już sam bez trudu odrzucił klapę na całą rozwartość zawiasów i wskoczył pierwszy na strych z pistoletem gotowym do strzału. Jednak pierwszy zdążył strzelić nieznajomy. Wprawdzie chybił, ale tylko dlatego, że Maras zdołał wykonać instynktowny rzut ciałem w lewo. Zanim półleżący na podłodze bandyta strzelił po raz trzeci, wystrzelił Maras, który, chociaż nie chciał tego zrobić, był do tego zmuszony. Starał się trafić w broń nieznajomego, dziwny typ pistoletu o bardzo długiej lufie, lecz prawdopodobnie trafił tamtego w dłoń, bowiem nieznajomy, wypuszczając broń, chwycił się wolną ręką za przegub drugiej, skulił się i przywarł do podłogi. Porucznik kopnięciem przysunął leżący pistolet do siebie, schylił się i podniósł go do oczu. Na strychu panował półmrok, gdyż jedyne światło, jakie tu docierało, to było światło dobiegające przez teraz otwarty właz. Słabość oświetlenia nie przeszkadzała jednak na tyle, by zupełnie nie widzieć...
– Proszę, proszę: parabellum! – gwizdnął przez zaciśnięte zęby porucznik i dopiero teraz przyjrzał się dokładniej swemu przeciwnikowi.
– – – –
Nawet na skulonej pozycji, w jakiej na ogół ludzie wydają się być mniejsi niż są w rzeczywistości, widać było, że leżący mężczyzna jest bardzo wysoki i należy do typu "długasów", których mimo ogromnego wzrostu trudno nazywać olbrzymami z powodu ich ogólnej "cienkości". Drugie, co rzucało się natychmiast w oczy, to były niesamowicie jasne, krótko przystrzyżone włosy i niemal równie jasny, o bieli złocisto–rudawej zarost. Oczy nieznajomego były przymknięte, więc trudno było coś o nich powiedzieć, choć "prawem serii" należało się spodziewać, że są także bardzo jasne. Mężczyzna miał na sobie ciepły góralski sweter i flanelowe spodnie koloru ciemnego brązu. Uderzała ogromnych rozmiarów stopa w przymałych... bamboszach. Maras wiedział, ze na strychu jest już Zapasowicz, a teraz wszedł i Kęcik. Łuczyński ze szczekającym ciągle psem czekał na dole.
– No wstawaj! – powiedział Maras do skulonego dryblasa. Pójdziemy zrobić opatrunek.
Mężczyzna natychmiast wstał i wyszedł za Zapasowiczem. W sieni Maras poradził zatrzymanemu:
– Włóż buty, weź płaszcz i dokumenty.
Albinos skinął głową, wziął z wieszaka swój płaszcz, wzuł buty nie wiążąc sznurowadeł.
– Dokumenty mam tu – wrzasnął wstrząsnął trzymanym w ręku płaszczem.
– Wierzę. Idziemy – ponaglił go porucznik. Tymczasem Łuczyński musiał wykorzystać całą swą siłę, by powstrzymać ujadającego nieprzerwanie wilczura, który poczuwszy krew, szczekał tym usilniej i tym usilniej rwał się ku dryblasowi. Na miejscu zjawił się zaraz i Mol, którego pies dołączył się do koncertu, jaki dawał wilczur Łuczyńskiego. Za tej racji, że zatrzymany miał kontuzjowaną dłoń, Maras postanowił nie zakładać mu kajdanków. Obawa, że korzystając ze swych długich nóg wyrwie się i będzie próbował uciec, była prawie żadna. Najwyraźniej dryblas trząsł się ze strachu przed szczekającymi wilczurami. W tej sytuacji ryzykować ucieczkę – to byłoby ponad siły nawet zahartowanego w podobnych bojach recydywisty, podczas gdy zatrzymany dryblas, co Maras ocenił od pierwszego wejrzenia, należał do typu morderców przypadkowych, był "amatorem".
Grupa ten krótki spacer, jaki był do zrobienia, odbyła szybko. Maras zadysponował, że ludzie z psami zostaną znowu na podwórzu, po czym ze swoimi wyborowymi strzelcami i wyrastającym im wysoko nad głowy albinosem udał się na górę, do oczekujących w "świetlicy". Nie pukając otworzył drzwi, przy których stał zdenerwowany Gąsior. Zza pleców kapitana poleciało pytanie Kalinowskiego. W porównaniu z Bożykiem pułkownik nie wydawał się wcale wielki.
– Jak poszło, poruczniku?
– Gładko – uśmiechnął się Maras.
– A więc koniec sprawy? – zasłonięty przez stojącego z przodu Gąsiora rzucił Andrzej Łebke, którego Maras poznał po głosie.
– Prawdopodobnie.
Po tej odpowiedzi Marasa twarz zatrzymanego Bożyka przebiegł lekki uśmiech i zaraz grymas zniecierpliwienia. "Teraz nie dadzą mi spokoju, nim wszystkiego dokładnie im nie opowiem. Wiem coś, co ich bardzo ciekawi" – pomyślał prawdopodobnie, Gąsior był zdenerwowany od początku, ale teraz, konstatując z niesmakiem, że rozmawia się zza jego pleców, podczas gdy to on jest najważniejszą postacią na szachownicy, obrzucił spojrzeniem całkiem rozeźlonych stojących za nim starych wojaków. Słowa skierował jednak do Marasa:
– Słyszałem strzały. Nikt nie jest ranny?
– Ranny jest tylko ten pan – wskazał albinosa gestem dłoni, uśmiechając się pogodnie. Zatrzymany rzucał spojrzenia w różne strony, jak to człowiek, który pod przymusem obcuje z nieinteresującymi go ludźmi. Dojrzawszy skutkiem tej mimowolne obserwacji leżącego nieruchomo na podłodze Kaszańca, wyraźnie spochmurniał.
– Teraz nikt mi nie uwierzy, że to nie ja byłem głównym inicjatorem tych trzech zabójstw!...
Powiedziawszy te słowa zwykłym, normalnym głosem, niespodziewanie zatoczył się i padł na parkiet, rozrzucając ręce. Gąsior, klęknąwszy nad nim, krótko stwierdził:
– On zemdlał.
– – – –
Ambrozjusz Bożyk wyglądał już lepiej, chociaż miejsce, w którym odwiedzili go teraz Gąsior i Maras, to był areszt. Mężczyźni siedzieli w pokoju przesłuchań, Gąsior mówił:
– Panie Bożyk. Nasze, to znaczy moje i porucznika, zadanie jest już w zasadzie skończone. Było morderstwo, złapaliśmy winnego, reszta jest sprawa dla sądu. Ale jesteśmy zwyczajnie ciekawi...
– Proszę przyjść na rozprawę – wzruszył ramionami Bożyk.
– Odpowiedzeniem nam na parę pytań w niczym pan sobie nie zaszkodzi – przekonywał Gąsior. – Raczej w ten sposób uświadomi sobie pan lepiej sytuację, w jakiej pan się znalazł. Wiemy, że jest pan człowiekiem, inteligentnym, choć złe licho podkusiło pana do poważnej się na zbrodnię...
– Nie jestem mordercą! – wykrzyknął ciemnooki albinos, jakim był Abrozjusz Bożyk, a w tonie tego okrzyku Maras wyczuł prawie histerię. – Dobrze, opowiem panom, zwierzę się – mówił już normalnym tonem. – Niech przynajmniej w waszych oczach nie będę takim potworem, za jakiego może mnie mieć taki, co pozna sam suchy fakt. Cóż – strzepnął palcami. – Żeby cokolwiek zrozumieć ze sprawy tych trzech zabójstw, z których ostatnie było planowane dla kogoś zupełnie innego, trzeba się cofnąć o parę lat wstecz. Jestem fizykiem. Parę lat temu według tych, którzy mnie znali, stałem podobno na progu wielkiej kariery naukowej. Jednak znali mnie z rzeczy, do których nie przywiązywałem wagi. Prawdziwym wystrzałem miał być dopiero wynalazek miniaturowych baterii, które generują prąd elektryczny o niesłychanie wysokim napięciu. Do tych moich baterii potrzebne były jednak małe diamenty, sporo takich diamentów...
– Diamenty?? – wykrztusił Maras. – Jak pan o tym mógł pomyśleć??
– To był pomysł, który opracowałem teoretycznie, ale który wymagał praktycznego sprawdzenia. Metodą prób i błędów. Wiedziałem, że muszę prawdopodobnie zmarnować wiele ładnych kamyczków, zanim dopnę celu. Ale jedyny człowiek, który mógł załatwić zakup potrzebnej mi ilości diamentów, zawiódł mnie. Byłem zrozpaczony, postanowiłem wyjechać za granicę. Ale nie wyjechałem. Spotkałem bowiem Jana Kaszańca. Znałem go, jak to się mówi, "z widzenia", ale dotąd nie zamieniliśmy słowa. Tym razem podszedł do mnie i powiedział, że chciałby się ze mną poznać. Zdziwiło mnie to bardzo, ale wyglądem i słowami budził zaufanie, więc zgodnie z jego życzeniem zaprosiłem go do siebie.
– Przepraszam – przerwał fizykowi Gąsior. Dom przy Kokosowej 4 nie jest przecież pana własnością.
– Jest własnością mojego starszego kolegi, który wyjechał za granicę na dziesięć lat, zostawiając mi klucze do powrotu.
Tego typu sytuacje nie są niczym wyjątkowym, więc milicjanci nie przerywali.
– Kiedy rozmawialiśmy już w cztery oczy, dowiedziałem się, że miał o mnie dużo wiadomości, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Wyjaśnił jednak, że zna właściciela domu przy Kokosowej 4, tego mojego kolegę, który wyjechał za granicę. Ponoć od niego miał wiadomości o mnie. Kaszaniec wyraził przypuszczenie, że do prac, które prowadzę, potrzebne są duże fundusze i że będzie mógł mi ich udzielić, gdy mu pomogę. W pierwszym rzędzie zapytałem, ile będzie mógł zaoferować. Powiedział, że dysponuje milionem dolarów i że jestem pierwszą osobą, której powierza ten sekret. Kaszaniec mieszkał przez dłuższy czas w USA i tam dorobił się pewnego majątku, ale też zagrał tam jeden jedyny raz na loterii i wygrał główną nagrodę: właśnie ów milion. Takie pieniądze to było aż nadto jak na moje potrzeby... – Bożyk potarł dłonią swe białe włosy albinosa. – Znając wysokość "wynagrodzenia", spodziewałem się, że sprawa będzie niezbyt czysta. I nie myliłem się. Lecz mając takie środki, mogłem zupełnie sam pracować nad moim wynalazkiem i ujawniając go, gdy będzie dopracowany, wręcz zadziwić świat naukowy niespodziewanym rezultatem. Ta właśnie myśl zaważyła, że zdecydowałem się "pomóc" Kaszańcowi.
– W czym miał pan pomóc Kaszańcowi? – domagał się sprecyzowania Gąsior, bo z planów starego kapitana wojsk łączności "wyszło" tylko jedno morderstwo, a Anonim zapowiadał ich więcej.
– Widząc błysk w moich oczach, bez wahania wyznał, że zamierza uśmiercić wszystkich po kolei swoich kuzynów, którzy mieszkają razem z nim na Kokosowej 7.
Pytał pan, w jakim celu zamierza to zrobić?
– Nawet nie. Byłem tak zaabsorbowany możliwością zrealizowania mych planów dzięki tym pieniądzom, że niewiele mnie to obchodziło. Ale on nie był do tego stopnia pomylony, żeby robić ze mną taką rzecz bez wtajemniczenia mnie. Przyczyny były dwie: nienawidził ich, a po drugie: chciał przeżyć ostatnią wielką przygodę w swoim życiu.
– Nie pomyślał pan, że ten człowiek na starość po prostu zwariował? – błahością motywacji Kaszańca Gąsior był prawdziwie zgorszony.
– Myślałem, że jego plan ma pełne szanse powodzenia, również dlatego, że do jego realizacji ja miał się dołączyć. Byłem pyszny...
Zapadło milczenie. Bożyk schował twarz w dłoniach. Ale nie płakał. Po szoku, który przeżył widząc martwego Kaszańca, doszedł już do siebie.
– Kaszaniec przedstawił mi plan – mówił dalej Bożyk. – Mój udział miał się sprowadzać do napisania pod jego dyktando anonimów i wysłania ich z jakiegoś miasta nieopodal, tak żeby wypadło, że one nie mógł ich wysłać. Proponował zabijać trucizną, którą niepostrzeżenie podłoży ofiarom przy kolacji, podczas gdy ja, działając poza domem, zapewnię mu alibi. Wtedy ja powiedziałem, że rzecz można rozegrać w znacznie oryginalniejszy sposób: zdradziłem mu sekret swoich baterii. Był zachwycony, zgodził się natychmiast. No ale ja na razie musiałem dopracować moje baterie...
Bożyk przerwał sobie, zamyślił się, ale szybko uznał, że teraz nie wypada mu nadwerężać cierpliwości milicjantów i szybko podjął:
– Od dziecka mieszkam w Radości, jednak w okolicach Kokosowej nikt, poza właścicielem domu, w którym zostałem schwytany, mnie nie zna. Znał mnie jeszcze Kaszaniec, dlatego że rozmawiał o mnie z moim kolega. Postanowiłem jednak być ostrożny i ucharakteryzował się, co przy moim wzroście było dość trudne. Przede wszystkim ufarbowałem włosy na jasno i to zmieniło mnie zasadniczo, ponieważ naprawdę jestem brunetem. Zwykle noszę słabe okulary, teraz ich zapomniałem wziąć. Sprawiłem sobie nową ramkę i czarne szkła, to też mnie trochę odmieniło. Poza tym za pieniądze Kaszańca kupiłem sobie sporo nowych ubrań. I kiedy wychodziłem poza dom, zakładałem powierzchnie odzienie specjalny anty–gorset, który sam uszyłem. W rezultacie wydawało się, że jestem zbudowany jak atleta... Ale z domu usiłowałem wychodzić jak najmniej. Oczywiście bałem się, że ktoś mnie rozpozna, co byłoby niebezpieczne z uwagi na to, że miałem mordować z Kaszańcem. Wydawało mi się, że jeśli mnie nikt nie rozpozna w Radości (poza tym byłem dwukrotnie tylko w Radomiu, skąd nadawałem anonimy do Kalinowskiego), to będę bezpieczny, ponieważ rozpowszechniłem wśród znajomych i rodziny plotkę, że wyjechałem za granicę. No ale panów interesują przede wszystkim same zabójstwa...
– Co najmniej jeszcze raz musiał opuścić pan Radość – rzekł Gąsior. – Mamy tego przekonywujący dowód w postaci trupa znalezionego w warszawskim parku przy ulicy Rozbrat.
– Bożyk lekko zaróżowił się, w czym Maras odczytał wstyd.
– Nie ukrywałem, że jestem sprawcą trzech zabójstw. Pierwsze tyle tylko miało wspólnego z Kaszańcem, że on pchnął mnie ku zbrodni w ogóle. Żeby nie sprawić mu zawodu moimi bateriami, które wypróbowałem dotąd tylko na małych zwierzętach, postanowiłem w tajemnicy zrobić generalną próbę... W tym celu wziąłem zegarek, który zaopatrzyłem uprzednio w swoje ogniwo i, nastawiając na wybuch za pół godziny, zaczepiłem człowieka, zresztą najzupełniej przypadkowego żebraka, który wydał mi się dość nędzny, by go wykorzystać do... eksperymentu, pytając, czy nie kupiłby zegarka. "Za ile?" – spytał. Popatrzyłem na jego łachmany i umyśloną cenę jeszcze poniżyłem. "Za dwadzieścia złotych, brakuje mi na wino" – powiedziałem, chcąc, by bardziej mi uwierzył. "Pokaż pan zegarek" – zażądał. Zegarek był szwajcarski i to zadecydowało. "Dawaj pan" – powiedział, wyjmując ku memu zdumieniu nowiutki banknot stuzłotowy. Poszliśmy razem do sklepu, gdzie kupił ćwiartkę "zwykłej". Już zanim go spotkałem był pijany, lecz teraz uparł się, że pójdziemy razem "do lokalu". Zaprowadził mnie do kawiarni...
– "Magdusia" – wtrącił Maras.
– To panowie jednak wiedzą? Może wobec tego...
– Nie, nie. Proszę mówić.
– No więc, zegarek miał już na ręku, za 5 minut miała nastąpić detonacja, a on mnie ciągnie do tej kawiarni. Szczęściem bufetowa zaraz nas wyprosiła. Poszliśmy do parku – pustego, bo deszcz i wieczór. Piłem z nim na przemian z jednej butelki. Wreszcie żebrak został porażony. Zdjąłem spalony zegarek z jego przegubu, obszukałem kieszenie i wziąłem wszystkie pieniądze, jakie miał przy sobie. Zrobiłem to odruchowo, w pierwszej chwili doznając szoku na widok tego, że on nie żyje.
– Jednak ten szok nie odwiódł pana od następnych... "eksperymentów" – ironicznie wypowiedział Maras. – Bożyk popatrzył na niego szklanym wzrokiem.
– Byłem wdzięczny Kaszańcowi, że zainwestował we mnie. Musiał we mnie wierzyć, skoro tyle pieniędzy przeznaczył na moje doświadczenia. Wszędzie na świecie przecież nauka żyje z dziwaków i... jest tworzona przez nich.
– To pan powiedział – Maras złapał Bożyka za słowo.
– Proszę pana. Mnie obchodzi wynik naukowy. Wielkie wynalazki zdarzają się raz na wiele lat, lecz każdy z nich posuwa ludzkość o setki lat do przodu. Jeśli normalnie ludzie nie chcą docenić tej prawdy, pozostaje trzymać z... dziwakami.
– Raczej z mordercami – powiedział cicho Maras.
– W imię nauki popełniano i popełnia się do dzisiaj większe zbrodnie – Bożyk popatrzył na Marasa tak, jak kapłan patrzy na profana.
– Raczej: pseudonauki.
– No, nie, przepraszam... – zreflektował się Bożyk. – Oczywiście zabijać nie wolno. – Ale dzięki choćby tylko mojemu wynalazkowi w przyszłości życie ludzie, być może, będzie ratowane! Znacie panowie tę wersję mojego wynalazku, w którym prąd o wielkim napięciu uwalnia się na moment poprzez zamknięcie obwodu. Ale dalsze prace nad tym urządzeniem mogą je zasadniczo usprawnić. Co by panowie powiedzieli o wsuniętym w załomek hełmu górnika ratowniczym ładuneczku na wypadek zawału?
– Jednak ani Gąsior, ani Maras, nie podzielali entuzjazmu wynalazcy.
– Niech pan opowie, jak wyglądały przygotowania do zabójstwa na Bluzińskim – powiedział ciężko Gąsior.
– No cóż. W tym to już nie ma nic niezwykłego. Kaszaniec podpatrzył, jaki zegarek i jaki pasek do zegarka posiada pan Bluziński, dla większego podobieństwa pasek nieco przybrudził, a zegarek porysował, po czym ja wmontowałem pod kopertę mechanizm mniejszego zegarka i baterię. Mechanizm tego zegarka przystosowałem jako czasowy zapalnik i nastawiłem wybuch elektryczny na żądaną przez Kaszańca godzinę. Kaszaniec podmienił zegarki, a ja w dniu akcji poprowadziłem kupioną uprzednio z inicjatywy Kaszańca kolumnę starych samochodów, co nie tyle miało panom przeszkodzić w dojechaniu na miejsce bez spóźnienia, ile dać alibi Kaszańcowi.
– Właśnie! Jak pan wtedy uciekł z tego wozu na czele kolumny? – spytał Maras.
– Miałem zaparkowany zawczasu za zakrętem mały samochód osobowy, który również kupiłem za pieniądze Kaszańca. Jak panowie widzą – uśmiechnął się słabo fałszywy albinos – duże pieniądze w tym kraju, i nawet dzisiaj, mogą wiele ułatwić, czy po prostu umożliwić.
– Tak – stwierdził Gąsior. – A potem byłą sprawa z kłódką?
– Też nic niezwykłego. Tyle, że może było to dowcipne.
– Pozostaje próba zabójstwa na Andrzeju Łebke'm, w trakcie której pana przyłapaliśmy. Dzwoniąc, podał się pan za syna Łebke'go...
– Kaszaniec powiedział mi, że Andrzej Łebke ma syna, który obecnie mieszka za granicą. Syn mógł przyjechać... Dom Kalinowskiego był bardzo nietowarzyski, czy raczej: zamknięty. Nie mogłem podać się za znajomego Łebke'go, gdyż znajomych poza swoimi kuzynami on praktycznie nie miał. Z synem nie rozmawiał całe lata, więc raczej mogłem się nie bać, że połapie się, iż jest obiektem mistyfikacji. Po drugie z synem na pewno chciałby porozmawiać dłużej, co by wystarczyło, żeby trafić na wybuch baterii. Oczywiście baterię w słuchawce zamontował Kaszaniec, według mojej tylko instrukcji. Jeden z panów, chyba pan – Bożyk wejrzał w oczy Gąsiorowi – podniósł słuchawkę i zamiast, jak żądałem, poprosić do aparatu Andrzej Łebke’go poprosił Kaszańca. Wobec tego jak najszybciej się rozłączyłem. Ale zrobiłem to za późno... Kaszaniec jednak wiedział o zagrożeniu, więc sam sobie winien.
Kaszaniec sam się otruł – powiedział Gąsior. – Tym nie będziemy pana obciążać. Ale do tych dwóch dokonanych morderstw dochodzi jeszcze zamierzenie trzeciego. Cóż, nie zazdroszczę panu.
– To powiedziawszy Gąsior, a za nim i Maras, zrobił taki ruch, jakby już za chwilę chciał wstawać.
– Nie spyta pan nawet, dlaczego morderstwa dedykowaliśmy panu? – spytał Bożyk szybko, jakby koniecznie chciał "zdążyć" odpowiedzieć na to właśnie pytanie.
– To odkryliśmy sami – powiedział Gąsior wstając. – Do sprawy, panie Bożyk! – pożegnał dryblasowatego fałszywego albinosa. Żałuję, że nie zetknęły nas ze sobą jakieś lepsze okoliczności.
– – – –
Maras zapalał giewonta, próbując sobie wmówić, że ta magiczna czynność oddali od niego przeklęty ćmiący ból zęba, który ponowił się, skoro tylko milicjanci wyszli z sali przesłuchań. Żeby nie zdradzić się z nim, ponieważ to naraziłoby go na kolejne gorące apele "o rozsądek", jak gdyby nigdy nic zagadał do Gąsiora:
– Przyznasz, że sprawa wyszła nam wspaniale, i warta była trudu, który w nią włożyliśmy.
– Przyznam – rzekł Gąsior, a w jego oczach porucznik dostrzegł uśmiech rozbawienia. – I wyznam na dokładkę, że cieszy mnie życiowa zmiana, do której się szykujesz. Komu jak komu, ale ż o n i e nie odmówisz, gdy poprosi cię ładnie, byś uregulował, jak trzeba: u dentysty, swój "odwieczny" kłopot z zębem.
Maras spojrzał na przełożonego tak, jakby nie rozumiał, o czy tamten mówi. Jednak myśl, która przywołała mu przed oczy obraz uśmiechniętej ponętnie Joli Kicińskiej, spowodowała, że porucznik rozprężył się i razem z Gąsiorem hałaśliwe śmiał się bodaj przez pełną minutę.
KONIEC