(część 1)
Napisana przez autora nazwiskiem Marek Celstaw Słyk, fantastyczno-kryminalna powieść pt. „P O C O J E S T N Ó Ż” Motto (wzięte żywcem ze snu autora): „Profesor Roman Iwanowski: - To ty będziesz nowym Platonem? Ja: - Tak”. Dedykacja: Pamięci Jana Łojaka, który jako pierwszy wyznał autorowi, że czytał już gorsze książki, natomiast nic nie wspomniał o lepszych. Spałem jeszcze, gdy ktoś zapukał. - Kto tam!? Do diabła, kto tam!? - rzuciłem w stronę drzwi, które nie są zbyt szczelne, więc osoba pukająca zdecydowanie powinna mnie usłyszeć. - To ja, do diabła! Grębski! - usłyszałem nacechowany ekscytacją głos jednego z moich dalszych przyjaciół. - Wstawaj, śpiochu! Mamy już dwunastą! Ze zwinnością młodego wielbłąda, któremu nie zdążył jeszcze wyrosnąć garb, a co dopiero mówić o dwóch, wyśliznąłem się spod kołdry i zaryłem stopami w kapcioszki. Witać gości w pidżamie nie nawykłem, gdyż byli to z reguły ludzie prowadzący tryb życia, jak ja, raczej nocny, lecz mojej łóżkowej odzieży przed Stasiem Grębskim nie miałem powodu się wstydzić. Każdy wie, że sypia się w pidżamie. Dziwne byłoby raczej kazać czekać temu dobremu koledze, aż się przebiorę w łachy dzienne… Pobiegłem do drzwi i odsunąłem siedem rygli, którymi moje kawalerskie mieszkanko było zaryglowane, bardziej zresztą dla stylu niż w obawie przed złodziejami, ponieważ co niby mogliby z niego wykraść? Prawdę mówiąc, jedynym cennym przedmiotem była w nim zabytkowa maszyna do pisania, na której dwoma palcami wystukiwałem moje wiersze. Incydentalne druki w czasopismach, niepublikowane próbki prozy, rysowany dziecięciem na potrzeby szkolnej gazetki ściennej komiks; piosenki, skomponowane z zamiarem prześcignięcia Beatlesów - oto był mój dorobek. Jednak pozostawałem na razie stanowczo za mało sławny, by za oryginały mych dzieł ktokolwiek oferował wysokie sumy, a bieda nie interesuje złodziei, którzy - co by nie mówić o moralnej stronie tego zagadnienia - reprezentują stanowisko twardej szkoły biznesu. Drzwi były już otworzone, stał w nich zaś Stanisław Grębski. - Z czym przychodzisz? - zagadnąłem. - Z tym, ze w piwnicy twojego domu znalazłem zwłoki - bez ogródek zakomunikował mi ten nieco niedźwiedziowaty z sylwetki, lecz o twarzy znamionującej inteligencję i kulturę, mężczyzna w wieku lekko przewyższającym mój. - A dlaczego z tą wiadomością przychodzisz do mnie? - Bo wiem, że tu mieszkasz i ciebie znam. Inni mieszkańcy bloku mogliby mnie zbyć. Poza tym, wszyscy w okolicy wiedzą, że planujesz być detektywem. A dla detektywa trup to szansa. Szansa chociażby na to, by inteligentnie wykazać, że tym razem to o zbrodni nie może być mowy. - A co cię sprowadziło do piwnicy mojego właśnie domu? Czyżby twój dom piwnicy nie miał? I do czego w ogóle potrzebna ci była piwnica? - Jestem łowcą szczurów - Stasio wykrztusił te słowa jak człowiek, który się dekonspiruje. - Nie wiedziałem. - No więc teraz już wiesz. Lubię popolować na szczury, jako że mam odpowiednie predyspozycje do tego… fachu. - Nie rozumiem. - Ale po co teraz o tym mówić. Trup jest ważniejszy. - W trupa to ja na razie jeszcze nie wierzę - powiedziałem sucho. - Ale skoro zacząłeś od tego, że jesteś szczurołapem, to widocznie musi to mieć jakiś związek z całym morderstwem. Jeśli mam już się zająć tą sprawą, to wybacz: muszę znać wszystkie okoliczności. - Ja też jestem zdania, że popełniono morderstwo - zasapał Grębski. - Mówiłeś zdaje się coś o jakichś predyspozycjach… - No więc nie ulega chyba wątpliwości, że mam dużą wagę ciała. I dość szerokie stopy. - No, nie. - I że mogę długo ustać na jednej nodze. - Tego nie wiem. - Możesz mi wierzyć. - Acha! - roześmiałem się. - Ty polujesz na szczury metodą rozdeptywacza?! - Tak jest. Pod butem umieszczam kawałek aromatycznej słoniny, szczur po nią sięga, a ja wtedy go spłaszczam. Nie sądzisz chyba, że jakieś chuchro, weźmy choćby ciebie, coś na tym polu by zdziałało. Dlatego mówiłem o predyspozycjach. Mógłbyś najwyżej zabijać szczury z broni palnej, i to jeszcze małego kalibru. Ciężkiej spluwy to byś nawet nie uniósł. - Możliwe. Co dalej. - No więc wiadomo, że jak w jednym domu szczury się wytępi, to trzeba przejść do drugiego. - A tym drugim był mój? - O, Boże! Twój był chyba setnym. Ale jak w drugim się wytępi, to trzeba przejść do trzeciego i tak dalej. - Rozumiem. Więc trupa znalazłeś w piwnicy. - Twojego domu. Słuchaj, Męczys! Musisz natychmiast wykręcić numer kontrwywiadu, bo zbrodnia ma z pewnością podłoże polityczne - ożywił się nagle Grębski, jakby przyszedł do mnie tylko po to, żeby zakomunikować mi jedynie to ostatnie, co mu się niestety przypomniało dopiero, można powiedzieć, w ostatniej chwili. - Wiesz, że jeśli już pracuję, to wyłącznie bez współpracowników? - Wiem. - To się wypchaj. Zresztą jak chcesz spełnić swój obywatelski obowiązek, to sam dzwoń po milicję. - Zrozum. Ja nie mogę. Jestem, jakby ci to wytłumaczyć, niezrzeszonym łowcą szczurów, można powiedzieć, że kimś w rodzaju kłusownika i każdy kontakt z milicją… - Rozumiem. Jak ci na tym tak bardzo zależy, to idź do kogoś innego. Nim przyjedzie milicja, może uda mi się zebrać trochę materiału. - Ja tu nikogo nie znam prócz ciebie. - Idź do państwa Plotkarków, oni mają telefon. - Ty też masz. Zaśmiałem się. - Masz na myśli tego grata? Ten aparat kupiłem na bazarze wyłącznie dla dekoracji i zresztą dla innych celów specjalnych. Ale z niego nie dodzwonisz się nawet do zegarynki. Grębski sapnął, machnął ręką i trzasnął drzwiami. Usłyszałem głośne stąpnięcia, gdy zbiegał schodami, a następnie potężny głos pani Plotkarkowej, która zapraszała go do środka. W mgnieniu chwili (mogła trwać najwyżej dwie minuty) włożyłem na grzbiet jakąś koszulę, na nogi - tanie sztruksowe spodniaki, jakieś też pantofle, skarpetki i niezwłocznie wyrwałem się z mieszkania, zamykając drzwi na jeden spośród siedmiu istniejących w nich spustów, które zamontowałem niegdyś dla stylu. Zbiegłem schodami po trzy stopnie, z sześciu na półpiętrze zeskoczyłem za jednym zamachem, podbiegłem kawałek korytarzem i ostrożnie skierowałem się do piwnic. Bez zdziwienia przyjąłem fakt, że w piwnicznym korytarzu żarówka u stropu, jak to się mówi, żarowała, bo przecież Grębski miał na pewno ze mną zejść do piwnicy jeszcze raz, a na takie ryzyko to by się chyba nie narażał, żeby prowadzić do trupa po ciemku. Ciało odnalazłem prędko i bez specjalnych trudności nawet zwyczajnych. Dziewczyna leżała we wnęce od głównego korytarza w bok, głową w kierunku piwnicznej pralni, z której to pralni właściwie nikt nie korzystał odkąd pani Majewska wróciła do rodziny na tą swoją wieś, te Męciny czy Nęciny. Wkoło strasznie dużo piwnicznego brudu, kurzu, który w tych warunkach jakoś tak dziwnie stawał się piaskiem, wilgoci, zacieków i oczywiście plam po rozlanych alkoholach, jako że wiadomo, że jak pijak się wstydzi i chce pić po kryjomu, to właśnie do piwnicy zejdzie, a dodatkowo pijacy są przesądni i zawsze tę kroplę „dla bogów” odleją z butelki. Pustych butelek nie było z tego powodu, że niedawno harcerze spenetrowali piwnice naszego osiedla w ramach czynu Trzydziestolecia. W pewnym sensie byłem mile zaskoczony (choć głupio o tym mówić), że trup okazał się dziewczyną i to do tego stopnia piękną. Nogi schowane w nieco może rurkowate spodnie z jakiegoś drogiego materiału, którego nazwy nie wymienię z tej prostej przyczyny, że nigdy z takim do czynienia nie miałem, były pełne i kształtne, jak to się mówi, opływowe. Delikatnie acz mięsiście zarysowana łydka, pośladki, uda - to wszystko sprawiało patrzącemu naprawdę dużą przyjemność, a nawet niejako zmieniało jego, to jest mój, stosunek do śmierci. Dziewczyna była świeża jak kwiat dopiero co ścięty, który właściwie to tylko wystarczy podlać, by ożył. Zacząłem od nóg, bo wiadomo, że trzeba budować raczej od dołu (znamienny przykład domów), i już nie kłóćmy się, że dziewczyna leżała i że należało by raczej zacząć od pośladków (uroczych!), które jako najcięższe, najgłębiej wraziły się w klepisko. Nogi więc w spodniach koloru z grubsza fioletowego, w butach z wężowej skóry, typowo damskich, paseczkowatych, odsłaniających w znacznej mierze nagość stóp, tułów w bluzce białej, minimalnie różowej, ale to prawdopodobnie zawdzięczamy bieliźnie, która pod tą jedwabną prześwitującą bluzeczką sobie, że tak powiem, siedziała. Brzuch niezbyt duży, ale pewnie, że nie wklęsły, biust, ho, ho! Trzeba z reguły pożyć te sześćdziesiąt lat, by natknąć się na podobnie wspaniały. Ręce również bardzo ładne, dłonie niemal artystycznie utrzymane, z paznokietkami lila róż, z jednym, ale za to szczerosrebrnym pierścionkiem o żabim zielonym oczku (był to, o ile się nie mylę, lazuryt). Głowa, do diabła! Dlaczego ja nie zacząłem od głowy! Ja przecież ją znam! To najpiękniejsza z dziewcząt, które kiedykolwiek w swym życiu widziałem! Które kiedykolwiek całowałem, że dodam nieskromnie. Mag Żabkowska leży przede mną długa, a ja nad nią stoję jak jakiś idiota. Dziewczyna przed tobą leży, a ty stoisz… Dopiero teraz uświadamiam sobie, że Mag nie żyje. Sterczący nóż, który utkwił w sercu, a o którym wam nie powiedziałem od razu, żeby najciekawsze zostawić na koniec, nie daje, nie pozwala się mylić. Ale Mag umarła? To niemożliwe. Przecież ona jest tak samo młoda jak ja! Ona nie mogła umrzeć! Jest na to za młoda i za… piękna! O, jak to jest zwyczajnie, gdy w katastrofie lotniczej ginie setka ludzi, gdy umiera dziadek, babka. Ale Mag? Dopiero teraz dostrzegam torebkę. Z miękkiej cienkiej skóry, niezbyt duża. W najlepszym guście, właśnie taka, jaką ja sam bym z sobą nosił, gdybym był dziewczyną. Zobaczymy, co w tej torebce jest… Do diabła! Jakiś szmer! Ktoś bardzo ostrożnie próbuje zejść do piwnicy schodami. Patrzę na zegarek. Milicja to być nie może, za szybko by przyjechali. Grębski nie musiałby się skradać. A więc kto? Może… morderca? Może zapomniał czegoś? Jakiegoś demaskującego go dowodu? Tak, tak! Jeśli morderca, to na pewno wrócił po nóż! Przecież mogły na nim pozostać odciski palców, które są wystarczającym dowodem, nie mówiąc już o tym, że sam nóż jest dostatecznie cenny i nie warto go tracić w tak głupi sposób: pozostawiając w ranie swej ofiary. Ciekawe, jak mógł zapomnieć i od razu go nie zabrać. Zerkam na nóż. Rękojeść z rogu jelenia, a ostrze? Przypatruję się lepiej. Ostrze jest… złote! Kroki skradającego się mężczyzny słychać coraz bliżej. Muszę się schować. Bezszelestnie przechodzę za najbliższy narożnik. Widać będzie wspaniale. Wreszcie widzę: facet spory, gruby, na karku ma najwyżej trzydziestkę. Do tego prawie zupełnie łysy, jednak każdy detektyw, a nawet co wprawniejszy milicjant, bez trudu spostrzeże, że ten elegant z brzuszkiem, ten typek o grubej nalanej twarzy, w typowym dla salonowców garniturku z czystej żywej wełny, był kiedyś blondynem. Ma po prostu po bokach jeszcze trochę żółtawych starannie przyczesanych włosów, zalatujących wodą kwiatową w najgorszym guście. Garniturek jest kremowy, takież buty, krawat czerwono zielony, koszula żółto-pomarańczowa, ale bardziej raczej żółta. Stąpa dość ciężko, bo ta waga, sami rozumiecie, przechodzi z palców na pięty, unosząc na przemian ręce prawie do samego sufitu, co przypomina mi trochę chód bociana albo i czapli, jeśli kto chodzi tylko do zoo i nigdy nie był za miastem. Teraz przystanął. Wyciera chustką spocone straszliwie czoło, ukradkowo rozgląda się dookoła, nasłuchuje. Raptem robi taki ruch, jakby już-już chciał się zerwać do ucieczki. Jednak nie. Patrzy tylko ze zdziwieniem na rozjarzoną żarówkę. W końcu chyba dochodzi do wniosku, że sam zostawił w piwnicy światło, odsapuje, powtórnie wyciera czoło i usiłuje podejść do dziewczyny, to jest do mojej Żabki, co z jakichś niejasnych dla mnie przyczyn sprawia mu ogromne trudności. Podchodzi do niej i zaraz chwyta się za gardło, po czym drobnymi kroczkami cofa się o parę metrów. Powiedziałem, że chwyta się za gardło i nie cofam tego, dodam jednak, że nie chwyta się za to swoje tłuste gardziołko dwiema rękami. Jedną wykonuje takie ruchy, jakby oganiał się od much, których przecież w piwnicy nie ma, bo jakby były, to co byście pomyśleli o tutejszych pająkach. Próbuje podejść do leżącej Mag kilka razy, ale zawsze powtarza się jedno i to samo: niby już podszedł, a tu znowu komplikacje i haniebny odwrót. Wreszcie widać, że jest zdenerwowany. Zbiera się na odwagę i nieomal rzuca się na moją piękną przyjaciółkę. Ale jak raptownie się rzucił, tak raptownie potem zwiał. Kaszląc, wyniósł się w ogóle z piwnicy, sadząc ciężkimi susami po schodkach. Już miałem wyjść zza rogu, gdy znowu pojawiła się w zasięgu mojego widzenia jego łysa tak zwana pała. Cofnąłem się raptownie i nieco nawet zamarłem, bo pomyślałem, że w ostatniej chwili zdradził mnie jakiś szelest. Ale nie. Facet wyłączył tylko światło. Byłem w piwnicy zupełnie sam, właściwie mogłem na powrót to światło włączyć i przeprowadzić dalsze, niezbędne w dopiero co rozpoczętym śledztwie oględziny czy obserwacje, ale zanim o tym pomyślałem poważnie, nowy ruch dał się słyszeć od strony schodów. Była to tym razem bez wątpienia milicja. Do diabła, oni mnie tu znajdą! - w pierwszej chwili jestem przerażony. - Zaczną się pytania, nagabywania. Dlaczego kolega nie zawiadomił nas? Co kolega tu robi? Dlaczego przy zgaszonym świetle? W końcu dowiedzą się o grubym łysielcu z brzuszkiem i cała moją przewagę nad nimi jeśli diabli nie porwą, to na pewno licho weźmie, co przecież na jedno wychodzi. Wzburzenie narasta. No to co? Porozmawiam sobie z (prawie) prawdziwym detektywem, on sobie porozmawia ze mną. Może potem umówimy się na piwsko. Ale nie umiem sobie wyobrazić mimo całej wyobraźni, że tak ważna osoba jak detektyw i to w dodatku detektyw z mojej powieści potraktuje mnie z powaga należną pisarzowi. Nie! On mnie z pewnością wyśmieje, co da mi rumieńców, które mamę może by ucieszyły, lecz niestety ja będę wiedział, że nie mają one nic wspólnego z moim ewentualnym dobrym prowadzeniem, że są spowodowane tylko wstydem, potwornym wstydem i, że byłyby nie na miejscu, gdyby wydarzyły się akurat na moich policzkach. Lecz co mam robić. Jedyne wyjście z piwnicy jest zajęte właśnie przez nadchodzących milicjantów, mogę się najwyżej lepiej gdzieś schować. O, tu w tej ciasnej małej piwniczce z niedomkniętymi drzwiami, które łatwo otwieram posługując się kieszonkowym swym nieodłącznym wytrychem, a prawdę mówiąc po prostu grzebieniem. Jaki tu bałagan! Jakieś stare połamane narciarskie kijki, wózek dziecięcy na wpół zjedzony przez rdzę, pakiety starych gazet ściśnięte sznurkiem, co jeszcze? Stąd nie będę nic widział, ale od czego mam uszy. Właśnie uszy a nie oczy są w końcu dla pisarza największym pomocnikiem. Tu ucho trzeba mieć naprawdę dobre. Oko może być słabsze, a już tym bardziej gdy są dwa. Ja mam właśnie dwoje oczu i właśnie oczy mam raczej słabe. Okulista nawet przepisał mi okulary, które niekiedy zakładam, gdy na przykład w telewizji idzie jakiś dobry film z dużą ilością rzeczy wymagających dokładnej obserwacji, bo niektórych części ludzkiego ciała to jeszcze się nie widziało. Milicjanci wchodzą w zupełnej ciszy. Nikt nic nie mówi, zupełnie tak samo, jakby na kryminalnym filmie wysiadła nagle fonia. W tej ciszy pierwsze słowa, które padły, brzmią ostro, bardzo wyraźnie: - Magdalena Żabkowska, czy tak? Temu bardzo męskiemu basowi odpowiada niezbyt męski mezzo sopran, nieco skrzekliwy, czemu możecie wierzyć, bo jestem wyczulony na głosy, jako że nie pomylicie się gdy domniemacie, że jak byłem szczeniakiem, to wielu kolegów na podwórku żartowało z mego nazwiska, nie mówiąc o imieniu, bo imię to inna para kaloszy. Od ośmiu lat, to znaczy od ósmego roku życia bezbłędnie odróżniałem gęg od skrzeku, czy kwak od szczeku, a już szczególnie nigdy nie myliłem się z gęgiem. - Tak, panie poruczniku, bez wątpienia. Twarz denatki dokładnie zgadza się z podobizną w dowodzie, który znaleźliśmy w torebce. Nikt tak dobrze dowodu by nie podrobił. - Poczekajcie, Czcibor - znowu bas. - Nie mamy jeszcze oficjalnego komunikatu, że to śliczne dziewczę jest już aniołkiem. - Ależ panie poruczniku! Nóż w sercu!... W tym momencie porucznik pokręcił prawdopodobnie głową. - Z tym poczekamy na lekarza. - Ale… - Nie ma co mówić. Chociaż przyznam, że ciekawi mnie szalenie, co myślicie o tym, co się tutaj stało przed niewielu godzinami. - Myślę… - O, jest pan doktor! Tutaj, tutaj. - Dzień dobry, panie poruczniku, dzień dobry, kapralu. To jednak skandal, że przetrzymali mnie w związku z dawno przebrzmiałą sprawą. Musiałem wziąć taksówkę, a przecież tu jestem naprawdę potrzebny i pośpiech… - Tak, panie doktorze: pospiech! - powtórzył z naciskiem porucznik, który doktora znał chyba aż za dobrze z gadulstwa i chciał je w zarodku ukrócić, chwytając tamtego za słowo. Głos doktora nie był ani za gruby, ani za cienki, był niejako pośrodku między głosami, które posłyszałem wpierw. Znowu zamilkli. Doktor chyba zabrał się do badania, a milicjanci nie chcieli mu przeszkadzać, bo wiadomo, jak potrzebna jest cisza na przykład przy dosłuchiwaniu się nikłego tętna. Jednak nie. Milczenie trwało krótko i natychmiast usłyszałem inne głosy, zupełnie nowe. Mężczyźni ci weszli chyba razem z porucznikiem i ze Czciborem, bo nie było żadnych kroków osobno, a odezwali się tak niespodziewanie, że nieco zdębiałem, choć należę raczej do ludzi o silnych nerwach. - Fotografujemy poruczniku? - Tak, jak najprędzej. A potem pan Kazio zdejmie odciski palców. Przede wszystkim z rękojeści tego pięknego noża. - Rozkaz. W suchej, niejako skrzypiącej czy trzeszczącej ciszy, odgłos robienia zdjęć połączony z wybuszkami, że tak powiem, flesza brzmiał dosyć ostro i szorował trochę wnętrzności mego brzucha. Starałem się wprawdzie słuchać uchem a nie brzuchem, ale brzuchowi przecież nie rozkażę, żeby się wyłączył: wiadomo, że tkanka mięśniowa jest dwojakiego rodzaju i o ile każdy muskuł pręgowany (np. biceps) posłucha dyspozycji centralnej, o tyle brzuch, nerki czy wątroba, jako zbudowane z tkanki gładkiej, tej dyspozycji centralnej nie posłuchają, więc czego tu wymagać. Znowu cisza. Pewnie teraz pan Kazio zdejmuje odciski. Wreszcie dysponuje porucznik: - No doktorze. Do dzieła. Chcemy wiedzieć, czy ta dziewczyna nie żyje; jeśli nie żyje, to jak długo i ewentualnie, co było przyczyną śmierci… - Oj, panie poruczniku. Swoje obowiązki znam na wylot! Jako długoletni pracownik… - Ani słowa! Może ją jeszcze uda się odratować. Doktor odchrząknął i prawdopodobnie zabrał się do roboty. Przedłużające się milczenie zakłócił na krótko bas porucznika, który powiedział, że reszta poza Czciborem może już iść. Wobec tego fotograf i daktyloskop prawdopodobnie wyszli i znowu było cicho, choć - można powiedzieć - ucho wykol. Kiedy milczenie trwało już tak długo, że stało się wprost nie do zniesienia, uderzył niespodziewanie ożywiony głos doktora. Był to głos człeka czymś ucieszonego, a zarazem takiego, który właśnie natknął się na coś niezwykłego, i to niezwykłego w znaczeniu pozytywnym. - Ciekawa sprawa, doprawdy ciekawa sprawa. Serce denatki nie bije, ale poza tym nie ma żadnych objawów śmierci. Ciało jest ciepłe, świeże, ma przyjemny zapach… W tym momencie usłyszałem dwa jednoczesne pociągnięcia nosami. - Tak, coś w tym jest - potwierdził Czcibor. - Ten zapach jest przyjemny. Trochę mnie to zdziwiło. Dobrze wiedziałem, że Mag nie używa żadnych perfum ani tym bardziej dezodorantów, ani w ogóle jakichś zapachów, które miałyby być – powiedzmy - przyjemne. Pamiętałem zdanie Żabki w tej materii: uważała, że najlepszym zapachem jest brak zapachu, bo jak pojęcie zapach wywodzi się zza pach, to jak może być inaczej. No, nie. Czasem można powiedzieć, że mała ilość świeżego potu pachnie dosyć ładnie czy wydzieliny innych gruczołów. Poeci to na przykład często mówią o „wonnych łzach”, skórno- wenerolodzy przy byle okazji podkreślają, że zdrowa opalona skóra pachnie jak świeży chleb. To wszystko może jest prawda, ale dla Mag zapachy były sprawą odległego marginesu, a znowu ten przyjemny zapach, który poczuli teraz milicjanci był prawdopodobnie zapachem pozostawionym w piwnicy przez grubego łysielca, tego eleganta z brzuszkiem. Tak pochopnie wyciągnięty wniosek był dla mnie o tyle dziwny, że sam bym w tej sytuacji się nie pomylił, a przecież byłem zaledwie detektywem amatorem, jednym z niewielu w kraju detektywów prywatnych, praktycznie bez dorobku; dopiero na progu wielkiej – może - kariery. Jeden zero dla mnie - pomyślałem. Moja przewaga rośnie. - Wygląda na to, jakby dziewczyna usnęła - zadumany bas porucznika podziałał na doktorka lepiej, niż się spodziewałem: - Tak, tak, tak! Świetnie pan to określił. Brawo. Zauważyłem, że ciało jest miękkie, świeże, lecz jakby niewspółmiernie ciężkie. Gdyby serce biło nie wahałbym się z diagnozą i powiedziałbym to samo, co pan przed chwilą. - Więc co pan myśli? Ona żyje, czy nie żyje? - Trochę tak, trochę siak i trochę jeszcze inaczej. Widzi pan ten nóż. Sprawia wrażenie, że wbito go wprost w serce. Ale co wydawałoby się oczywiste dla laika, dla fachowca będzie również oczywiste, ale na zupełnie innej zasadzie. Ten śliczny nóż nie tkwi w sercu, szczęśliwie dla naszej quasi-denatki ominął je i z lekarskiego punktu widzenia nie ma żadnego wpływu na dziwny stan, w jakim znaleźliśmy tę piękną młodą osóbkę. Dziwny, bo nie jest to właściwie śmierć i nie jest niestety życie. - Co więc pan sądzi? - Jeśli miałbym wypowiedzieć swoje prywatne – zastrzegam! - najzupełniej prywatne zdanie, to sugerowałbym, że… Przepraszam, czy słyszał pan coś o Mahariadzie? Nie. No więc powiem panu. To sławny, mówiąc w grubym uproszczeniu, hipnotyzer. Potrafi swoją ofiarę wprowadzić w dowolny stan, nawet śmiertelny, ale nigdy nie zabija bezpowrotnie. Potrafi zatrzymać serce wybranej osoby na długi nawet okres czasu. Myślę, że to jego sprawka, bo słyszałem, że jest teraz w Warszawie i, że działa. Jest to wprawdzie tylko moja mała hipoteza i bardzo możliwe, że się mylę, ale myślę, że warto spróbować. Dać widoczne na pierwszy rzut oka ogłoszenia do gazet, nadać odpowiednie komunikaty w radiu, w telewizji, że poszukuje się obywatela hinduskiego Lala Mahariada i prosi się go, by stawił się w komendzie. On by przyszedł i cała sprawa straciłaby znaczenie, bo obudzenie tego dziewczęcia zajęłoby mu najwyżej parę minut, a potem kilka dni na oddziale adaptacyjnym szpitala psychiatrycznego (z uwagi na niewątpliwy szok) całkowicie przewróciłoby społeczeństwu naszą piękną quasi-denatkę. - A po cóż ten Mahariad miałby ją usypiać? I to w piwnicy? - Pan nie zna naukowców o skłonnościach artystycznych. Każdy taki naukowiec ma w swym życiu co najmniej kilka nieobliczalnych pomysłów, co z reguły my, ludzie w gruncie rzeczy prości, musimy mu wybaczyć, bo i tak więcej czyni ludzkości dobrego, niż kłopotów jej przysparza, poruczniku. Porucznik odsapnął. - No tak, doktorze. Myślę, że mógłby pan jak z rękawa sypać hipotezami, i to już, teraz, na miejscu, ale proszę: niech pan sobie to jeszcze raz przemyśli w domu i przyjdzie do mnie. Mój adres pan zna? - przy tym ostatnim krótkim słowie porucznik lekko zająknął się. - Domowy czy do pracy? - A racja. Możemy się spotkać u mnie w domu. Mieszkam przy ulicy Jajecznickiego czy Jajecznickiej, sam nie mogę tego dojść, to taka mała, właściwie chodnik, nie ulica, odchodzi z lewej strony kościoła świętego Michała, od Puławskiej. Niech pan wpadnie tak z wieczora, po dzienniku. - Trafię. Do widzenia, panie poruczniku. Do widzenia, kapralu. - Do widzenia, do widzenia. Usłyszałem oddalające się kroki doktora i po chwili milczenia znowu odezwał się porucznik: - No i co powiecie, Czcibor? - Myślę, że doktor Ślepokiski może mieć rację, ale równie dobrze może się mylić. - A jeśli się myli, to jak jest? - Jak jest, to ja nie wiem, ale mogę powiedzieć, jak może być. - No więc: jak może być? - Kiedyś, to znaczy niedawno, czytałem w prasie, że z grobowca faraona Fufu wykradziono pochowaną w nim w jednej celi księżniczkę Fehnimonę, dziewczynę od dawna umarłą, ale do dziś dnia świeżą i piękną dzięki zabalsamowaniu. Balsamy, o ile wiem, pachną przyjemnie, a to stwierdziliśmy… - O! - Tak, panie poruczniku, nie ma się co śmiać. Ta dziewczyna istotnie wygląda mi na nią. - Przecież ona ma zupełnie współczesne rysy, figurę. - Pokazywano mi zdjęcie leżącej w niszy Fehnimony. Wątpliwości mam, ale nie wykluczam i tej możliwości, którą panu zasugerowałem. - No, Czcibor. Widzę, że marnujecie się na tej swojej posadzie kaprala. Z waszą wyobraźnią powinniście dawno być co najmniej sierżantem. A teraz idźcie i poszperajcie trochę w piwnicach, może co znajdziecie. Chwila ciszy. - A czego mam szukać? - zapytał niepewnym głosem Czcibor, na co porucznik znalazł błyskawiczną odpowiedź: - Podejrzanych szczegółów! Oczywiście, że podejrzanych szczegółów! Byłem trochę w strachu, bo mógł ten Czcibor mnie znaleźć, a jakby mnie znalazł, to co bym wtedy powiedział. Zacząłem rozpaczliwie myśleć nad możliwością ucieczki, strasznie się tym myśleniem spociłem, ale na szczęście wysiłek okazał się skuteczny. Wypatrzyłem na ścianie tuż pod sufitem tej małej piwnicznej komórki cienką prawie niewidoczną szczerbę, a właściwie szczelinę, przez którą sączyło się dzienne niewątpliwie światło. Okienko! Spaczone okienko! Błyskawicznie uniosłem ramę tego zabitego gruba tekturą - niestety trzeba będzie po raz trzeci powtórzyć to słowo - okienka i z trudem, boleśnie ocierając sobie skórę na barkach i biodrach przecisnąłem się przez wąski otwór. Jeszcze tylko wyciągnąłem nogę, potem drugą i… byłem wolny. Odetchnąłem swobodnie na tym trawniku i właściwie dopiero teraz zacząłem oddychać, tak w tej piwnicy miałem przez prawie cały czas wstrzymany oddech. Postanowiłem wrócić do domu dopiero późnym wieczorem, bo któż mi zaręczy, że milicji nie zachce się przesłuchiwać lokatorów całego domu, a wtedy mógłbym się przecież wsypać i całą moją przewagę, ba! W ogóle możność dalszego prowadzenia śledztwa diabli by wzięli jak nie wiem co. Idę sobie taką przeciętną warszawską ulicą, przyglądam się co ładniejszej dziewczynie, zerkam na co ładniejszy samochód, co ładniejsze drzewo, co ładniejszy budynek. Sycę swe oczy pięknem, które zdarza się czasem w najmniej spodziewanych okolicznościach. Na przykład teraz: przechodzę obok naprawdę pięknego śmietnika, te kilka much zdecydowanie nie jest w stanie popsuć ogólnego korzystnego wrażenia. Jednak, jeśliby sprawę potraktować procentowo, to w dziewczynach tego piękna dostrzegam jednak najwięcej: w granicach sześćdziesięciu. O, teraz jaka idzie! Jakie nogi! Jaka linia pleców! Długie, starannie sczesane włosy spływają pręgą połyskliwego złota nieomal do samych pośladków, które pracują w chodzie w ten sposób, ze jedna wspaniale zarysowana półkulka nieco opada, a druga się unosi, a potem na odwrót, przy czym trochę trą o siebie. Takich pośladków nie wydobyłby z kamienia nawet sam mistrz Buonarotti, tym bardziej, ze nie miał on jakichś szczególnych zdolności do oddawania właśnie piękna żeńskiego ciała. Prawie całkowicie pochłonęło go męskie. Już mniejsza o to, co wobec tego mi się nasuwa na przysłowiową myśl. Przyspieszam kroku, by zobaczyć twarz tej dziewczyny i, chociaż przelotnie, przejrzeć się w jej oczach. Kurczę, jaki profil! Odwraca głowę w moim kierunku i chwilę obserwujemy się wzajemnie. Wydaje mi się, że w jej oczach mignął jakby cień zachęcającego uśmiechu. Ale ja, cholerny osioł!, momentalnie odwracam głowę i zarywam spojrzeniem w beton chodnika. Przechodzę dalej, jakbym nic nie czuł. Zawsze, oj zawsze, wyrzucałem sobie i wyrzucam, że nie umiem wymienić uśmiechu, że po prostu nie wytrzymuję, gdy taka sytuacja zdarzy się realnie, choć teoretycznie przygotowany na nią jestem od szczeniaka, bo ile książek przeczytałem, to nawet komputer nie wyliczy, jako że to sprawa rzędu niejako setki miejsc przed przecinkiem. A wszystkie prawie książki z rodzaju humanistycznych lwią część objętości mają przeznaczoną na stosunki, związki i relacje kobieta - mężczyzna, bo to w końcu najważniejsze w życiu. Idę dalej, przyuliczne czy przydrożne drzewa rzucają miły cień na gołą skórę mej twarzy, mych rąk, a także niestety oczywiście, co prawda nielicznych, miejsc pod dziurami mej garderoby. Pogwizduję. Ale co jest? Czuję się jakoś dziwnie, zdecydowanie nieswojo, jakby sennie. Diabli nadali. Czuję się coraz słabszy i jednocześnie jakby cięższy. Cięższy? Do diabła! Przecież doktor z piwnicy właśnie o Mag mówił, że jej ciało jest… Cholewcia! Czyżby mnie miało się przydarzyć to samo?! Idę dosłownie jak pijany, nawet jakaś paniusia swemu dzidziusiowi zdaje się, że wskazuje mnie palcem i mówi, co to będzie, jak właśnie będzie pił. A przecież ja jestem programowym abstynentem! Mam osiemnaście lat i dotąd to alkoholu właściwie jeszcze nie tknąłem, ani razu nie byłem pijany! W ogóle wypiłem tylko parę razy piwo, i to ciemne! Ach, jak krzywdzą te pochopne posądzenia! Ale teraz nie mam sił na werbalna nawet obronę, brnę wygodnym chodnikiem, jakbym szedł w głębokim śniegu. Nogi mam tak ciężkie, że znane przysłowie o ołowiu, choć takie banalne, wydaje się teraz być absolutnie na miejscu, wydaje się być nawet niezastąpione dla określenia mego stanu. Poza tym, co jeszcze dziwniejsze i nie zrozumialsze: zaczyna mnie boleć gardło, choć prawie nie palę w porównaniu z takim na przykład Szerlokiem Holmsem czy nawet z komisarzem Megretem, nie mówiąc już o tym Herkulesie Puaro. Z trudem wspinam się na to swoje drugie piętro, ładuję klucz do zamka i padam na podłogę za progiem nie zdążywszy nawet zamknąć porządnie drzwi na zasuwę. Zasypiam. Jeszcze na razie to wiem i sennym widziadłem, które pojawia się przed tymi, by tak powiedzieć, „oczyma duszy mojej”, nie jestem specjalnie przejęty. Ale już po chwili zaczynam traktować sen z zupełną powagą i zaangażowaniem, w krytycznych momentach odczuwam strach zupełnie taki, jak to bywa na jawie, gdy jakiś łobuz podejdzie i można stracić zęby. c.d.n.