MORDERSTWO Z DEDYKACJĄ

(część 1 z 7)

Będąca dziełem autora nazwiskiem   M a r e k   S ł y k, powieść kryminalno–detektywistyczna z czasów Peerelu pod tytułem  „ M o r d e r s t w o  z  d e d y k a c j ą ”.

Motto: „W odwiecznej rozgrywce pomiędzy dobrem a złem pierwszy ruch przysługuje złu…”.

Dedykowane kapitanowi Alfredowi Gąsiorowi.

	Porucznik Jerzy Maras, tak zwykle pogodny i energiczny, dzisiaj nie przypominał siebie. Był osowiały i smutny, jego gesty i ruch spętało jakieś spowolnienie. Co się stało? Właściwie niewiele, a już w każdy razie nic, o czym ktoś rozsądny mógłby powiedzieć, że jest to przeszkoda nie do przezwyciężenia. Marasa rozbolał trochę… ząb. Wypadało złożyć wizytę dentyście, co nie uśmiechało się młodemu milicjantowi. Borowania bał się, swego strachu przed borowaniem się wstydził. Milczał więc. Siedząca za biurkiem po lewej stronie Marasa sierżant Kicińska od samego rana łamała sobie głowę nad problemem, jakim stał się dla niej niezwyczajnie dziś smutny i małomówny kolega. Poczynione przez nią w końcu wnioski były jednak błędne. Chcąc nie chcąc, trzeba była ją zaliczyć do kobiet młodych i ładnych, a takie wiadomo jak sobie wszystko tłumaczą: przeceniając czynnik płci.
	– Jesteś zakochany, Jurku, wiem to na pewno – powiedziała w pewnej chwili. – Stałeś się ofiarą jakiejś wyniosłej gęsi…
	– Mylisz się, Jolu – mruknął Maras.	
	– W każdym razie – Kicińska nie dawała się wyprowadzić z błędu – chciałabym poznać tę dziewczynę. Na jej miejscu wiedziałabym, co robić. Doradziłabym jej…
	– Na pewno coś strasznie głupiego – zaśmiał się porucznik, po raz pierwszy tego dnia.
	– No wiesz! – Jola skarciła Marasa spojrzeniem. – Czy to jest głupie, że czasami jedna osoba akceptuje drugą?
	– Czy to znaczy, że ty zaakceptowałabyś mnie, gdybym… się w tobie zakochał? – rzucił lekko Jerzy, ponieważ ból zęba powodował, że na każdy inny temat mógł teraz wypowiadać się swobodnie.
	– Po co mówić o czymś, do czego nie doszło i… nie dojdzie – Jola taktycznie odpowiedziała nie wprost. Tymczasem na jej biurku zadzwonił telefon. W tej samej też chwili wszedł do pokoju kapitan Alfred Gąsior. Zdezorientowana na moment Jola spojrzała najpierw na kapitana, który palcem wskazał jej dzwoniący aparat. Odebrała.
	– Sierżant Kicińska, słucham.
	– Do mnie? – spytał po chwili nowoprzybyły. Jola pokręciła głową, że nie. Wobec tego Gąsior zajął miejsce za swoim biurkiem i dał Kicińskiej dokończyć rozmowę, która zresztą nie potrwała długo.
	– Tak, dobrze, dziękuję. – powiedziała do mikrofonu dziewczyna, po czym odłożyła słuchawkę na widełki.
	– Ktoś dzwonił do ciebie… prywatnie? – spytał Gąsior.
	– Tak – odpowiedziała Jola, wstając. – Będę musiała na chwileczkę wyjść, jeśli oczywiście nie masz dla mnie nic pilnego.
	– Nie – rzekł kapitan. – Możesz wyjść. Ale wracaj prędko; zawsze jest jakaś praca.
	Jola skinęła głową Alfredowi, zdjęła z wieszaka płaszcz i pognała w ten pędy. Gąsior zagadnął do Marasa:
	– A ty co dzisiaj taki smutny?
	– Nic, ząb mnie boli.
	– To co się zastanawiasz? Wal do dentysty!
	– Wybacz, Alfred, ale twoja rada według mnie tchnie oryginalnością raczej w małym stopniu – rzekł porucznik, zły, że się wygadał.
	– W tej sytuacji liczy się chyba nie oryginalność, tylko względy praktyczne? – Gąsior nie ukrywał zdumienia takim stawianiem sprawy. Kwestię przerwało kolejne dzwonienie telefonu na biurku Kicińskiej. Maras, który był bliżej, powstał ze swego krzesła i sięgnął.
	– Czy mówię z kapitanem Gąsiorem albo z porucznikiem Marasem? – Jerzy usłyszał głos, który po pierwsze nie był mu znajomy, ale po drugie nasuwał podejrzenie, że…
	– Niech pan wyjmie z buzi te piłeczki pingpongowe, to wtedy porozumiemy się łatwiej.
	W słuchawce dały się słyszeć jakieś trzaski i zaraz mężczyzna po drugiej stronie kabla posłużył się głosem o bardziej już naturalnym brzmieniu. Treściowo jednak było to to samo pytanie:
	– Czy mówię z kapitanem Gąsiorem albo z porucznikiem Marasem?
	– Z porucznikiem Marasem – odpowiedział Jerzy.
	– Jestem bratem Jolki. Dzwonię już po raz drugi. Ale za pierwszym razem rozmawiałem nie z panem, tylko z nią. O to mi chodziło, żeby nie rozpoznała mego głosu, więc napchałem w gębę papieru i… Ona nie może się dowiedzieć, że ja do panów dzwoniłem!...
	– Co za ona?
	– Jolka. Jolanta Kicińska, pracuje pan z nią w jednym pokoju. Wywabiłem ją i teraz mogę już panu wszystko powiedzieć.
	Maras zrozumiał, że brat Joli może mieć nie więcej niż 18 lat.
	– A to dlaczego Twoja siostra  n i e   p o w i n n a  wiedzieć, że do nas dzwonisz?
	– Niech pan jej nie mówi. Mam powody. Jeśli zamierza pan wszystko jej powtórzyć, to proszę mi powiedzieć. Wtedy powiem panu „do widzenia” i straci pan cenną informację.
	– Kolego, podałeś o sobie tyle danych, – zaśmiał się Maras – że z łatwością cię odnajdziemy. Więc nie stawiaj jakichś warunków.
	– Mam prawo odmowy zeznań.
	– Dobrze, więc Jola się nie dowie – ustąpił porucznik.
	– Polegam na pana słowie. A to, co mam panu do powiedzenia, to jest fakt, że znalazłem zwłoki. Był to człowiek drobny, stary, o nędznym wyglądzie. W ubraniu tak zniszczonym i brudnym, jak to się zdarza chyba tylko u jakichś żebraków…
	– Gdzie i kiedy znalazłeś denata? – przerwał młodocianemu Maras.
	– Jak go znalazłem, leżał w błocie na terenie parku przy ulicy Rozbrat. Co do pory: było to około dwudziestej drugiej, wczoraj.
	– Możesz podać w skrócie jakieś inne okoliczności? – rzucił Maras.
	– No, obok trupa znalazłem też butelkę po wódce. On musiał strasznie się spić przed śmiercią, cały przesiąknięty był tym odorem. Co do śladów na błocie, to wszystkie rozmył deszcz; sam pan wie, jak wczoraj lało przez cały dzień. No i mogę powiedzieć jeszcze, że pozwoliłem sobie obszukać kieszenie jego płaszcza i spodni, w których znalazłem prosty klucz do drzwi, pudełko „Sportów” z czterema wykruchami i, co mnie zdziwiło, zegarek na rękę. Na przegubie dłoni zegarka nie miał.
	– A rany żadnej nie znalazłeś?
	– Nie było, panie poruczniku.
	– I co dalej?
	– Nie chciałem, żeby rano znalazły go dzieci. Mogłyby bardzo się przestraszyć, doznać szoku, zemdleć… Więc wziąłem go na ręce i przeniosłem do piwnicy. Bo, wie pan, piwnicy u nas nikt nie używał i dlatego dostała się mi. Zataszczyłem tam kiedyś stare pianino, perkusję, kolumny, do których można podłączyć gitary; jakieś krzesła. Ćwiczę czasem z kolegami bluesa… Właśnie tam złożyłem wczoraj trupa tego żebraka, zamknąłem go na klucz, a dzisiaj, kiedy tylko zerwałem się z łóżka, wywabiłem Jolkę i zadzwoniłem do pana.
	– Kiedy tylko zerwałeś się z łóżka? O której ty wstajesz? Chłopie, mamy godzinę dwunastą!
	– Kładę się późno, to i wstaję późno. Ale przecież to nie jest ważne. Jeśli interesuje pana moje… znalezisko, to proszę przyjechać do mnie na Przemysłową. Będę czekał w piwnicy.
        – Przemysłowa, dobrze, ale który numer? 						
        Chłopak podał numer i prędko się rozłączył. Gry porucznik odłożył słuchawkę, wróciła Jola. Mruknęła coś o „nieodpowiedzialnych dowcipnisiach”, którzy „zawracają głowę poważnym ludziom”, co Marasa nie rozśmieszyło bynajmniej. Przez te parę lat wspólnej pracy zdążył już poznać „szczebiotliwą panienkę” jaką sierżant Kicińska była tylko z pozoru i tylko w sytuacjach, sytuacjach których wolno jej było na to sobie pozwolić. Naprawdę Jola była „poważnym człowiekiem” bardziej niż Jerzy, który ulegał wielu słabostkom. Porucznik krótko poinformował Gąsiora o znalezieniu ciała. Nie wspomniał tylko, kto znalazł, żeby nie łamać danego chłopcu słowa:
	– Powiem ci później; to jest jasne i mało istotne. Natomiast na pewno trzeba się zainteresować tym żebrakiem. Montujemy ekipę?
	– Ja nie pojadę – rzekł kapitan, prostując sobie plecy, które w ciągu tych kilku minut bezruchu trochę mu zesztywniały. – Mam nieco roboty na miejscu – uderzył dłońmi blat biurka. – Jedź ty. Weź z sobą doktora Kukułę i dyżurnego fotografa. Na wszelki wypadek niech pojedzie też z wami daktyloskop, choć z tego, co wiemy, wynika, że nie będzie miał on wiele do roboty.
	–		–		–		–
	Tak się stało, że do miejsca, w którym przy swoim „znalezisku” czekał brat sierżant Kicińskiej, Maras pojechał tylko z daktyloskopem Bagińskim. Doktor Kukuła i fotograf mieli przyjechać karetką. Jerzy, prowadząc służbowy wóz, rozmawiał z daktyloskopem. Lubił go i był z nim na stopie koleżeńskiej, choć znał go oczywiście mniej niż na przykład Gąsiora.
	– Nie mam wątpliwości: umarł z przepicia – mówił Bagiński, którego Maras zdążył już wtajemniczyć w sprawę „tajemniczego żebraka”. – Z tego, co byłeś łaskaw mi wyłuszczyć, wynika jasno, że nie mogło być inaczej. Żadnych ran, a więc co? Trucizna? Chyba nie, prawda? Po prostu: chore serce plus dużo wódki i – zawalik. Jak nic! – daktyloskop Bagiński stanowczo nie wierzył w morderstwo.
	– Ale w takim razie, dlaczego pił w chłodnym o tej porze w parku, po ciemku i w dodatku podczas ulewy; więcej: w samym środku ulewy? Rozumiem, że pieniądze na wódkę mógł mieć, bo ludzie tego pokroju wolą wypić niż zjeść obiad i kupić sobie jakie takie ubranie. Ale pić w parku, w ulewnym deszczu? Powiedzmy, że był nietowarzyski i pił sam – czy w tym kraju potrzebował ukrywać to swoje przyzwyczajenie zaszywaniem się w jakieś chaszcze? Jeśli pił sam, mógł pić po prostu u siebie w mieszkaniu, bo jakieś mieszkanie zapewne miał…
	– Mógł mieszkać w jednym pokoiku z liczną rodziną, która stale wyrzucała go stamtąd – Bagiński bronił swojej tezy.
	– O to chodzi, – swojej tezy bronił Maras – że wódka raczej ośmiela i skłania do ekspresji, do wywnętrzeń, do poszukiwania kontaktu z innymi ludźmi… Czy do tego wszystkiego nadawał się pusty, chłodny, ciemny i bity deszczem park? Rozumiem, że własne mieszkanie mogło być dla niego miejscem również nieodpowiednim, ze względów psychologicznych na przykład. Picie, u ludzi nawet sporadycznie pijących, często zbiega się z jakimś poszukiwaniem przygody, niezwykłości czy chociażby poszukiwaniem dobrego nastroju. Własnej nieruchomości, przypuszczalnie lichej nory, mógł mieć dość. Więc pijąc sam, poszedłby do knajpy, piłby w bramie, w miejscu położonym blisko krainy, w której coś się dzieje; występuje jakaś barwność, ruch. Takim miejscem nie jest park przy ulicy Rozbrat…
	– Więc może pił nie sam? – podsunął Bagiński. – Może pił z nieletnim, który bałby się pić na widoku?
	– Nieletni ze starcem? Jak to sobie wyobrażasz?
	– Może żebrak był homoseksualistą?… Zresztą nie wiem. Jeśli umarł z przepicia, będziesz miał po prostu mniej roboty.
	Mężczyźni byli już na Przemysłowej. Porucznik zatrzymał się pod sobie wiadomym numerem i wysiedli. Maras nieczęsto gościł w tych okolicach; przelotny obraz ulicy Przemysłowej, jaki tkwił mu w pamięci, był jednak inny niż to, co zobaczył teraz. Teraz uliczka wydała mu się za mała i zbyt niepozorna na tak szumną nazwę. „Ale inaczej – rozumował porucznik – trudno byłoby przenieść trupa z parku niepostrzeżenie. A tak, na małej uliczce, o porze tak późnej praktycznie bez przechodniów, mógł chłopak się nie bać, że go ktoś dojrzy. Bo chyba wolałby uniknąć pytań w rodzaju:  =Kogo ty niesiesz, łobuzie?= lub  =Po co się mieszasz w sprawy dorosłych szczeniaku?=”. Maras wiedział, że śmierć to sprawa nie tylko samych dorosłych, ale wydawało mu się, że brat sierżant Kicińskiej naprawdę wolałby uniknąć pytań, przenosząc swe „znalezisko”.
	Maras i Bagiński weszli na klatkę schodową. Zejście do piwnic było oświetlone. U podstawy schodów stał osiemnastoletni chłopak i palił papierosa.
	– Dzień dobry! – skłonił się lekko.
	– Ja jestem Maras – powiedział porucznik. – A to mój współpracownik – wskazał daktyloskopa. – Prowadź, przyjacielu.
	Przeszli wąskim korytarzem dwadzieścia kroków. 						
– To tu – powiedział młody Kiciński. Otworzył drzwi i włączył światło.

	–		–		–		–

	W ciasnym lochu dało się widzieć najpierw czarne odrapane pianino, potem jakieś głośnikowe kolumny, parę starych krzeseł, wreszcie sfatygowany komplet perkusyjny. Na jednym z krzeseł leżało palto. Ukryte nieco za krzesłami, pod ścianą z prawej strony spoczywało nagie, stężałe ciało drobnego, nędznego starca.
	– Rozebrałeś go – z nutką podziwu zauważył Maras.
	– Już wczoraj. Szukałem rany.
	– I nie było?
	– Nie było.
	Porucznik wycofał się z loszku na korytarz ponieważ dobiegł go odgłos czyichś kroków; pomyślał, że są już na miejscu Kukuła i fotograf. Nie mylił się.
	– Dzień dobry, panie poruczniku – powiedzieli chórkiem nowoprzybyli.
	– Dzień dobry panom – Maras wymienił uścisk dłoni – najpierw z doktorem, a potem z fotografem, chudym jak wiór mężczyzną zwanym przez wszystkich „panem Edziem”. – Panie Edziu, rzekł porucznik. – Jak zwykle, pan do dzieła zabierze się jako pierwszy.
	Fotograf poważnie skinął głowa, po czym błyskawicznie przygotował aparat i wedle wskazań Marasa zrobił 6 zdjęć. Błysk flesza nieco rozregulował widzenie porucznikowi, który musiał dość długo trzeć oczy, zanim wszystko w tej mierze wróciło do normy.
	– Teraz Ty – Maras palcem tknął Bagińskiego. – Zdejmiesz odciski z jego paluchów i…. chłopcze, gdzie jest ta butelka, którą znalazłeś przy zmarłym? – porucznik zwrócił się do brata Joli. Młody wskazał jeden z kątów – … i ewentualnie to jeszcze, co zachowało się na tej butelce.
	Bagiński prędko spełnił polecenie Marasa, po czym wycofał się na korytarz, gdyż loszek Kicińskiego nie był miejscem, gdzie mogłyby swobodnie lawirować tabuny słoni.
	– Teraz doktor.
	Kukuła długo oglądał denata. Czekający w korytarzu mężczyźni milczeli, żeby nie przeszkadzać medykowi, lecz ich cierpliwość w końcu była oczywiście na wyczerpaniu.
	– Coś nie tak? – rzucił Maras w stronę doktora, który wreszcie powstał.
	– Dziwna sprawa – Kukuła potarł dłonią czoło. – To, czy tym razem mamy do czynienia z morderstwem, czy nie, to oczywiście pańska sprawa, panie Jurku. Ale z pewnością ten człowiek nie umarł z przepicia. To jest wykluczone. On został… porażony prądem, a śmiercionośne blaszki zostały przyłożone tutaj, gdzie normalnie znajduje się zegarek: na przegubie lewej dłoni. Wiem to stąd, że lewa ręka została nieomal wyrwana z barku, a na jej przegubie jest ślad zwęglenia. Niech pan spojrzy na te szeroko rozstawione palce… To był moment: śmierć przyszła natychmiast. Działanie prądu musiało być bardzo krótkotrwałe, ale za to niesamowicie gwałtowne…
	Doktor Kukuła na moment przerwał sobie. Patrzył na zwłoki.
	– Od początku nie miałem wątpliwości, ze śmierć tego człowieka spowodowało porażenie prądem elektrycznym, ale przypadek nie jest typowy. Oglądałem już zwłoki ludzi, których dotknął już tej rodzaj śmierci: w każdym wypadku zwęglenie obejmowało większy obszar ciała, było intensywniejsze.
	– Nie znam się, – powiedział Maras – ale niech pan powie, doktorze, czy o tym, o czym pan powiedział, nie mógł zadecydować deszcz, jako środowisko, w którym zginął ten człowiek?
	– O ile wiem, – wtrącił się Bagiński – nasz delikwent – wskazał ciało – wcale nie musiał zginąć w deszczu. Już po fakcie ktoś mógł go tu przenieść z jakiegoś suchego miejsca.
	– Środowisko, w którym zginął… Ono o tyle mogło mieć wpływ na stan, w którym go teraz widzimy, o ile… W każdym razie ten starzec nie zginął w wannie wypełnionej wodą, ani podczas przepływania wpław rzeki. Deszcz, nawet tak obfity jak ten wczoraj, stopień zwęgleń mógł zmniejszyć, ale chyba nie aż tak bardzo.
	Porucznik milczał, zamyślony.
	– Słyszał pan, żeby mordowano w ten sposób?
	Nie mordowano, ale wykonywano wyroki. Gość zginął porażony prądem, a więc tak samo, jak giną skazani na elektryczne krzesło – odparł doktor.
	– Tak – mruknął Maras. – Czy na podstawie wstępnych oględzin nie da się już więcej powiedzieć doktorze? Chodzi mi szczególnie o godzinę zgonu.
	– Coś więcej, ale pewnie nie wiele więcej, może wykazać jedynie sekcja. Denat mógł umrzeć wczoraj, tak teraz to oceniam, od południa do dzisiejszego wczesnego ranka. Ale skoro został odnaleziony wczoraj…
	– A jeśli ci, co go zabili, zrobili to w suchym miejscu, a potem przenieśli do parku? – przy swoim upierał się Bagiński. – Albo porazili prądem w wodzie, żeby nie było śladów?
	– I to musimy brać pod uwagę – zgodził się Maras. – To już możecie brać go do Medycyny – zwrócił się do Kukuły. – Tymczasem ja jeszcze pogadam z naszym młodym znalazcą.
	– Tak? – zza pleców mężczyzn wysunął się chłopak, zgłaszając gotowość do rozmowy. 
	– Przede wszystkim chcę ci powiedzieć, że zrobiłeś źle, zawiadamiając nas o znalezieniu ciała dopiero dzisiaj. Nie wiem, czy czytujesz powieści detektywistyczne…? Nie. No dobrze. Ale i tak wszyscy cywilizowani ludzie w twoim wieku już wiedzą, że w razie odnalezienia czyichś zwłok odpowiednie służby informuje się natychmiast i absolutnie nie przenosi się ich z miejsca, w którym spoczywały one w momencie odnalezienia.
	Kukuła z pomocą swoich sanitariuszy, którzy dotąd czekali w samochodzie na górze, wyniósł zwłoki; wychodząc pożegnał Marasa skinieniem. Fotograf i daktyloskop zostali.
	– Chciałem, żeby sprawa dostała się w dobre ręce – tłumaczył się młody Kiciński. – A o nikim innym oprócz pana i kapitana Gąsiora nie słyszałem i nie byłem pewny…
	– Słyszałeś o nas od Joli?
	– Tak. Opowiadała mi o was same dobre rzeczy, więc… Jeśli chodzi o Jolkę, to nie powinien pan jej mówić, że to ja znalazłem zwłoki, ponieważ ona wtedy już nigdy nie dałaby mi pieniędzy.
	– O, a to dlaczego?
	– Ponieważ ona nie lubi, kiedy ja dotykam zwłok. Ona ma na tym punkcie uraz. Kiedy miałem 5 lat, ona miała 9, i wtedy umarł nasz dziadek…
	– Chyba od tego czasu zmądrzała na tyle, że… – przerwał młodemu porucznik, który domyślił się, co wtedy mogło się stać.
	– Tak, ale jej uraz na tym punkcie został odnowiony. Rok temu na jej oczach zginął mój najlepszy przyjaciel. I ja byłem przy tym. Miałem cień nadziei, że jeszcze żyje, więc wyciągnąłem go spod samochodu, a potem na rękach przeniosłem na ławkę. Ona nie mogła na to patrzeć i powiedziała, że jeśli jeszcze raz dotknę trupa, to nie da mi ani grosza. A jak ona coś postanowi, to naprawdę trudno o odwołanie.
	Maras stwierdził w duchu, że od tej strony sierżant Kicińska była mu dotąd nieznana. Zresztą wiadomość o takiej słabości Joli nie bardzo pasowała mu do obrazu, jaki, oglądając ją codziennie przez parę lat, sobie na jej temat wytworzył. Ale to będzie można wyjaśnić jednym pytaniem postawionym bezpośrednio Joli. Teraz pozostawały do odfajkowania inne sprawy.
	– Chłopcze, widzę płaszcz złożony na krześle, ale zdjąłeś jeszcze z denata spodnie, skarpetki…
	– Całe jego ubranie, klucz i papierosy są pod płaszczem – wskazał Kiciński.
	– Dobrze, zabierzemy to – rzekł porucznik, dając znak Bagińskiemu, żeby przyniósł z samochodu foliowy worek. – A buty? – przypomniał sobie Maras.
	– Buty stoją w kącie, za pana plecami.
	Maras odwrócił się i w pierwszej chwili zobaczył wiszącą na ścianie flagę Legii.
	– O, również jesteś kibicem tej wspaniałej drużyny?
	– A bo ja wiem? – młodociany wzruszył ramionami. – To drużyna kapryśnych gwiazdorów. Kiedy im się chce, grają nawet dobrze; ale bywa, że przegrywają mecze z najsłabszymi. Mają fanatyczną publiczność, są rozpieszczeni. Chodzę na mecze Legii, bo koledzy chodzą. Nie ma to jak Gwardia, panie poruczniku! – uśmiechnął się chytrze. To wyrobnicy, ale zawsze ma się pewność, że nie zawiodą…
	– No, no! – Maras pogroził swojemu rozmówcy palcem. – Widzę, że jesteś dowcipny. 	Dowcip polegał na tym, że w stolicy wiedziało każde dziecko, iż Legia jest wojskowym, natomiast Gwardia – milicyjnym klubem.
	Buty rozłaziły się w szwach, były sfatygowane w każdym szczególe, co można było stwierdzić mimo błota, w którym tonęły. Wrócił Bagiński z workiem. Porucznik szybko zapakował ten podziurawiony, utaplany w błocie płaszcz, takież spodnie, koszulę i co tam jeszcze zostało. Przyodziewek denata nie dość, że prezentował się żałośnie pod względem wizualnym, to i cuchnął. Porucznik pomyślał z jakimś irracjonalnym żalem, że ofiarami zabójstw bywają niestety nie tylko same piękne, domyte i szykowne ubrane kobiety.
	– Cóż, pozostaje nam jeszcze obejrzeć miejsce, w który znalazłeś zwłoki – rzucił Maras. – Bo chyba zapamiętałeś, gdzie to było?
	– Tak – potwierdził młodzieniec. – Dla pewności zaznaczyłem to miejsce dwiema gałęziami złożonymi na krzyż.
	– W takim razie pójdziemy tam zaraz, panowie – rzekł Maras do, przysłuchujących się rozmowie, Bagińskiego i pana Edzia. Po krótkim spacerze znaleźli się w parku. Młody Kiciński szybko odnalazł zaznaczone gałęziami miejsce.
	– On leżał tak: głową w kierunku tej kawiarni. Tu widać tylko trochę jej dach…
	Porucznik polecił fotografowi zrobić 3 zdjęcia, choć wszystkie ślady, jakie zachowały się w przeschłym już błocie, pochodziły od sprawców dzisiejszych, o ile zaufać słowom brata Joli. W tej zresztą mierze Maras nie miał wątpliwości: deszcz, który z niesłychaną zaciekłością walił w całej Warszawie od rana dnia wczorajszego, ustał dopiero nad ranem dzisiaj.
	– A ta kawiarnia jaką ma nazwę? – spytał porucznik.
	– „Magdusia” – pogardliwie uśmiechnął się chłopak, który rad by zapewne stykać się w swoim mieście z nazwami o brzmieniu bardziej europejskim, nie tak sielskim.
	– Speluna?
	– Nie bardzo. Mało kto tu bywa.
	– Czynna do której?
	– Do dwudziestej pierwszej.
	Maras raz jeszcze objął spojrzeniem obszar wokół miejsca, w którym teraz mężczyźni się znajdowali. Stali na wzniesieniu. W dole na prawo było widać dach pawilonu, w którym wedle słów Kicińskiego znajdowała się kawiarnia. Na lewo od kawiarni widok w pewnym  stopniu zasłaniały drzewa, dziś już co prawda bezlistne; za nimi dość daleko rozciągał się teren niezabudowany i pozbawiony drzew. Dalej na lewo widać było ulicę Rozbrat, od której w park prowadziły alejki. Jeśli facet szedł tu z kawiarni, – rzekł Bagiński do Marasa – to musiał iść po trawie, bo trotuaru nigdzie nie widać.
	– Po trawie i po błocie – uzupełnił porucznik. – Tu nie ma nawet ścieżki.
	– Wszystkie ślady zmył deszcz. Nic panowie nie znajdą. Można najwyżej pogadać z bufetową w kawiarni.
	– Nie będziesz nam, chłopcze, dyktował, co mamy robić – zirytował się lekko Maras, choć rada młodego była słuszna. – Teraz idź już do domu, czy gdzie tam sobie chcesz, ale pamiętaj o mojej prośbie: proszę, żebyś o tym, że znalazłeś ciało tego człowieka, nikomu nie mówił. I nie rozpowiadaj też specjalnie o naszej wizycie na Przemysłowej. My w zamian nie powiemy o tobie twojej siostrze.
	– Są tacy, co lubią się chwalić, ale ja wolę sam wiedzieć i śmiać się z tych, co nie wiedzą.
	– Masz ciekawe upodobania – rzekł fotograf, pan Edzio.
	– Aha! I jeszcze jedno: jakie imię nosisz, chłopcze? – spytał Maras.
	– Takie samo jak pan – spuścił oczy zapytany.
	– Jerzy Kiciński, hm. Przyznam, że według mnie linia twojego postępowania przebiega… swoiście. Może znam cię za mało. A co ty właściwie robisz, Jurku: uczysz się, pracujesz?
	– Jeśli to pana ciekawi: uczę się w szkole dla pracujących.
	– A nie pracujesz?                                                                                                         	– Skąd pan wie? – podejrzliwie łypnął okiem Jurek Kiciński.
	– Mówiłeś coś, zdaje się, o pieniądzach, które daje ci twoja siostra.
	– Rzeczywiście… – uśmiechnął się uspokojony wyjaśnieniem Marasa chłopak. – Nie pracuję, ponieważ nie mam jeszcze tego wieku.
	– Dziewczyny lubisz?
	– A co to ma do rzeczy? Jasne, że lubię. Chociaż uważam, że nie każda dziewczyna jest warta tego, by się nią interesować.
	– No to w porządku – odetchnął z zadowoleniem porucznik. – Teraz dziękujemy ci. Bądź jednak przygotowany na to, że któryś z naszych ludzi, może nawet ja sam, odwiedzi cię jeszcze – Maras wyciągnął do pożegnania. Chłopak uścisnął dłoń Marasa, potem dłonie jego towarzyszy i odszedł.

        –		–		–		–

	Kawiarnia „Magdusia” od strony frontu i boków prezentowała się lepiej niż od strony dachu widzianego z góry. Dach może i nie był szkaradny, stanowił przecież integralną całość z pozostałymi elementami pawilonu, ale tani materiał, jakim go pokryto (papa), psuł wrażenie. Tymczasem patrząc na obiekt z płaszczyzny, na której go postawiono, odnosiło się wrażenie raczej miłe: było tu czysto, a nowoczesna prostota konstrukcji, o ile nawet nie musiała wzbudzać zachwytu (zwłaszcza konserwatywnych) obserwatorów, to i nie raziła niczym zbędnym lub przesadnym, co bywa błędem twórców „nowej Warszawy” dość nagminnym. Wielka szklana tafla okna, które budowało właściwie całą ścianę frontową, pozwoliła mężczyznom zobaczyć wnętrze lokaliku w całej okazałości, jeszcze zanim weszli. W sali znajdowała się tylko jedna osoba: starsza kobieta w fartuszku, z przepaską na włosach, krzątająca się za bufetem. Krzesła i stoliki przeznaczone dla gości sprawiały wrażenie nowych, a że wiek kawiarenki Maras od jednego spojrzenia ocenił na 5 lat, potwierdziło się stwierdzenie Kicińskiego, że „mało kto tu bywa”. Tutejsze meble nie były nowe; były po prostu mało używane. I jeszcze może do tego dobrze wyczyszczone. Maras i towarzyszący mu mężczyźni weszli. Wizg otwieranych drzwi sprawił, że bufetowa zwróciła na nich uwagę i ogarnęła wchodzących spojrzeniem.
	– Dzień dobry pani – rzekł, skłaniając lekko głowę, porucznik. – Czy zawsze tutaj tak pusto?
	Spojrzenie oczu bufetowej, wyjątkowo jasnych i małych,  omiotło szczegółowo najpierw całą sylwetkę Marasa, by w końcu skupić się na jego twarzy. Cóż, młody milicjant był po cywilnemu, a że w dodatku nie wyglądał jak zbój, ani jak łamaga, kobieta w fartuszku odpowiedziała nawet z uśmiechem:
	– O, mamy swoich bywalców! Ale oni przychodzą, rzecz jasna, później. Bo z bywalcami to tak  już najczęściej bywa, że muszą wprzód zarobić, żeby mieć za co później sobie popijać…
	– Wódkę? – spytał z głupia frant porucznik.
	– Wódkę? Nie!… Po co zaraz wódkę? Małą czarną sobie popijają, herbatkę, winko. Wódki u nas w ogóle nie podajemy, bo to przecież porządny lokal, a nie żadna pijacka melina.
	Maras, stojąc przy bufecie, przysłuchiwał się temu, co mówi kobieta w fartuszku, natomiast jego towarzysze jak usiedli, tak siedzieli przy najbliższym stoliku.
	– A niech no sobie pani dobrze przypomni – zaryzykował porucznik. – Wczoraj wieczorem był tu taki drobny, biednie odziany mężczyzna i popijał czystą…
	– To chyba ten drugi, młodszy, przyniósł wódkę, ale myśmy ich od razu przepędziły. Ale ten starszy, o którego pan pytał, był gorzej niż biednie ubrany. Bo można być ubranym biednie, ale schludnie. A ten to wyglądał jak jakiś żebrak: nieogolony, w zniszczonym płaszczu. Ten to się trochę upierał, żeby pić u nas, ale ten młodszy, chłopak porządnie ubrany – kobieta w fartuszku dała odczuć, że uważa za naganne takie dobieranie się znajomych – powiedział tylko, że w deszczu się najlepiej pije, bo deszcz to także ciecz, i wyciągnął starego razem z butelką. Ale dlaczego pan pyta o niego? – posiadaczka jasnych oczu zaniepokoiła się nagle.
	– Bo, widzi pani, to był mój znajomy.
	– Taki nędzarz? Pan i pana koledzy to przynajmniej garnitury macie…
	– Nie wszystkie znajomości zawiera się poprzez wspólne zainteresowanie jednym krojem ubioru; czasami decydują inne względy – oględnie odparł Maras, który, gdy było to możliwe, nie przedstawiał się jako pracownik milicji kryminalnej, bowiem wolał zawsze rozmawiać jak „swój człowiek”, nie z pozycji siły, a poza tym nie chciał, żeby byle łobuz mógł go rozpoznać na ulicy.
	– Z tego widać, że stary Mietek Omar znowu złapał frajera, który mu stawia – niby to do Bagińskiego zagadał porucznik. Daktyloskop nie zdążył nawet podjąć lipnej rozmowy.
	– Jak panowie chcą wypić po kawie, to mogę zaraz zrobić, ale kelnerki o tej godzinie jeszcze nie ma, więc…
	Jerzy zreflektował się szybko:
	– Oczywiście, już zamawiam: raz herbata i… Panie Edziu, co pan wypije?
	– Też herbatę.
	– Dla mnie może niech będzie kawa – zgłosił się Bagiński, zanim Maras zdążył go zapytać.
	– A więc dwie herbaty i kawa – podsumował porucznik. – Kelnerki jednak powinny być, proszę panią. Ale ten Mietek Omar… mówi pani, że był z jakimś młodzieńcem? To w jego stylu. Ma w sobie coś takiego, że młodzi ludzie go uwielbiają… Ten młody to jakiś blondyn? On zawsze gustował w blondynach…
	– Czy był blondynem, nie wiem. Jestem z natury spostrzegawcza, mam bystre oko, ale ten mężczyzna nie zdjął nawet kapelusza z głowy, jak wszedł; bo on tu wcale nie chciał być, tylko stary tu go zaciągnął, więc nie widziałam jego czupryny. Zresztą miał na oczach takie ciemne okulary…
	– A nie miał brody, wąsów? – podsunął Maras.
	– Miał! Nie, teraz widzę, że to musiał być blondyn. Zarost nosił obfity i tak jasny, że… jak gdyby albinos czy coś w tym rodzaju.
	– Albinos! – ucieszył się porucznik, który pomyślał, że albinosów nie jest wielu, więc dosyć łatwo chyba pójdzie z odszukaniem gościa. – I w dodatku porządnie ubrany! Pewnie jakiś syn ministra, co? Ubranie było zagraniczne, nie sądzi pani? Założę się, że płaszcz należał do najobszerniejszych i najbardziej długich płaszczy, jaki pani kiedykolwiek widziała,  i że przy tym jego kolor nie rzucał się w oczy, lecz pozostawał jak gdyby w cieniu? Takie delikatne desenie należały zawsze do najbardziej eleganckich…
	– Płaszcz był obszerny, bo ten olbrzym w mniejszy by się nie wcisnął, a i tak ledwo dopinał go na brzuchu.
	Herbaty i kawa stały już na ladzie, więc porucznik zapłacił i, mówiąc „świetna herbatka”, wziął dwie szklanki i przeniósł je na stolik, przy którym siedzieli Bagiński i pan Edzio. Zaraz też przeniósł kawę Bagińskiego.
	– Jeszcze pan nie spróbował, a już pan mówi, że świetna – zauważyła rozsądnie niewiasta.
	– Jak to nie spróbowałem? – Maras z godnością rozparł się na krześle. – Spróbować to według pani upić łyczek, tak? Aha. A według mnie spróbować to może także oznaczać: powąchać. Aromat w herbacie jest bowiem cechą bodaj najistotniejszą.
	Bagiński uśmiechnął się do bufetowej i, nieznacznie mrugając równocześnie do niej i do Marasa, powiedział:
	– Jego pani nie przegada. To z pozoru człowiek praktyczny, ale głębiej… literat!
	– O, teraz rozumiem! Literaci muszą mieć dużo różnych znajomości. To dlatego pan mnie wypytywał o tych dwóch, co się dobrali jak góra z myszą!
	– O to–to–to–to–to! – podchwycił z wyciągniętym palcem porucznik. – Musimy mieć dużo znajomości z różnymi ludźmi! Tych ludzi trochę ubarwiamy, albo odbarwiamy, i opisujemy ich… A może zapamiętała pani jakiś szczegół w wyglądzie frajera, który naciął się na Mietka?
	– Nie przypominam sobie, żeby oni w ogóle jakoś się tytułowali.
	– Ich znajomość wyglądała na poczynioną niedawno – podrzucił daktyloskop.
	– Na pewno. Chociaż obejmowali się ramionami jak rodzeni bracia i niewiele brakowało, a zaczęliby się całować. Jak to między pijakami. Chociaż nie pasowali do siebie.
	– To już wiemy – powiedział Maras.
	– Ze szczegółów, które rzucały się w oczy, mogę wymienić to, że ten młody olbrzym nie wymagał dobrze litery „r”.
	Porucznik dopił herbatę i bardzo grzecznie podziękował kobiecie „za gościnę”, po czym, stwierdziwszy, że jego towarzysze opróżnili już swoje szklanki, dał im znak. Mężczyźni wyszli.

	–		–		–		–

	W ciągu paru dni udało się Marasowi ustalić tożsamość drobnego starca znalezionego przy ulicy Rozbrat. Nazywał się oczywiście nie „Mieczysław Omar”, jak prowizorycznie nazwał go porucznik wobec bufetowej z „Magdusi”, tylko Zdzisław Ledzik. Do chwili, gdy zginął, żył z żebraniny i z niewielkiej renty, jaką wyrobił sobie pracując przez kilka lat jako stróż na budowie. Mieszkał kątem u swoich kolesiów; często nie wracał na noc, wałęsając się po mieście; zbierając, a potem sprzedając opróżnione butelki. Jednak żaden z odnalezionych przez porucznika znajomych Ledzika nie słyszał o jego „przyjacielu”, na temat którego tyle informacji przekazała milicjantowi pracownica małej kawiarni. Najwyraźniej ów olbrzym o jasnej brodzie, był najzupełniej przygodnym znajomym Ledzika; nie wyglądało też na to, żeby obaj prowadzili jakieś zakrojone na dłuższy czas wspólne interesy. Zagadką pozostawało, w jaki sposób pozbawiono życia małego nędzarza, gdzie to się stało i jaki udział w śmierci żebraka miał(?) tajemniczy olbrzym. Teoretycznie, co prawda, Ledzik mógł być ofiarą samobójstwa – na przykład przez dotknięcie ręką linii wysokiego napięcia, po ewentualnym wspięciu się na dach tramwaju czy dojazdowej kolejki. Jednak w pobliżu miejsca, gdzie jego zwłoki odnalazł Jurek Kiciński, nie było takiej linii. Rozpatrując ten wariant, należało przyjąć, że trupa z miejsca porażenia prądem ktoś przewiózł do parku. Pytanie: po co? A więc to chyba nie było samobójstwo. Co prawda, w mieście tak ludnym jak Warszawa roku 1970–ego kręci się wszędzie sporo najróżniejszych szaleńców, którzy postępują w sposób dla innych zgoła nie do przewidzenia. Ale żeby przyjąć tę hipotezę, należałoby zgodzić się na zbyt wiele zbiegów okoliczności, co kłóciłoby się z prawdopodobieństwem. Jednak jakieś wytłumaczenie musiało być; cóż, na razie porucznik go nie znał. Kapitan Gąsior, którego próbował radzić się Maras, powiedział, że sedno sprawy może leżeć w niekonwencjonalnym narzędziu zbrodni. Nad nowymi broniami pracuje się przecież na całym świecie. Może wynaleziono już gdzieś jakiś przenośny aparat do wytwarzania elektryczności o napięciu, które by wystarczało do uśmiercenia człowieka. Maras, idąc za tą sugestią, odwiedził znajomego inżyniera elektryka; jednak inżynier ten nie wiedział o niczym takim i nawet raczej powątpiewał, czy cokolwiek w tym rodzaju może być wymyślone. Co do sierżant Kicińskiej – rzeczywiście nie lubiła, gdy jej młodszy brat „wchodzi w styczność” z ciałami zmarłych. Porucznik starał się rzecz wybadać w sposób delikatny i nie budzący podejrzeń; pamiętał o danym chłopcu słowie. Otóż Jurek Kiciński był alergikiem, natomiast jego starsza siostra została zobowiązana przez matkę – w latach, kiedy rodzeństwo Kicińskich uczęszczało jeszcze do podstawówki – do pilnowania, by uczulony na różne substancje chłopak wystrzegał się najgorszych zagrożeń. To wyjaśnienie, co prawda, trafiło Marasowi do przekonania nie bez oporów. Pracownica milicji kryminalnej powinna być chyba wolna w stopniu zupełnym od odruchów paniki na widok zwłok. Jola reagowała tak może tylko w przypadku, kiedy przy zwłokach znajdował się jej brat, ale i to przecież było dziwne. Maras wiedział jednak z doświadczenia, że czasami sprawy „trudne” tłumaczy doskonale fakt, że zbyt usilnie we wszystko wszędzie chcielibyśmy wpisać logikę, podczas gdy ona jest kochanką bynajmniej rzeczy nie każdej i nie w każdym miejscu, toteż prędko machnął ręką i przestał o tym myśleć. Teraz siedział z Jolą w ich wspólnym gabinecie, Gąsiora akurat nie było. Oboje myśleli już o pójściu do domu, ponieważ godziny urzędowania kończyły się, a żadna pilna sprawa nie zatrzymywała ich w Komendzie. Zadzwonił jednak telefon; słuchawkę podjął Maras.
	– Porucznik Maras, słucham? – głosem trochę już zmęczonym powiedział do mikrofonu. Dobiegł go głos starego już mężczyzny, basowy prawie grobowo:
	– Chcę mówić z kapitanem Alfredem Gąsiorem. Pan jest jego zastępcą, czy tak?
	– Można tak to określić. Niestety kapitana w tej chwili nie ma u nas i prawdopodobnie pod tym numerem pan dzisiaj go już nie złapie.
	– Sprawa jest pilna. Co mam przekazania kapitanowi Gąsiorowi, powiem więc panu, a pan to mu powtórzy. Oczywiście panowie pracują razem?
	– Skoro jestem zastępcą Gąsiora, jak mogłoby być inaczej? – lekko żachnął się Maras.
	– W takim razie przedstawię się panu. Jestem emerytowanym pułkownikiem kawalerii. Nazywam się Michał Kalinowski.
	Głos w słuchawce na moment zamarł. Maras pomyślał, że stary pułkownik zaraz się wycofa i powie, że chciałby jednak rozmawiać osobiście z Gąsiorem, wobec czego zadzwoni później. Następne słowa pułkownika potwierdziły tę myśl, co prawda w części.
	– Powiem panu, że trochę się waham, czy dobrze będzie wprowadzać w rzecz kogoś innego. Moja sprawa, można powiedzieć, dotyczy konkretnie kapitana Gąsiora…
	– Proszę zadzwonić jutro.
	– Sprawa jest pilna. Muszę przekazać ją już dziś, choćby panu.
	– Słucham. 											– A więc, proszę pana, jestem jak może pan sobie to wyobrazić, starszym, poważnym człowiekiem, żyjącym z niewysokiej emerytury; żyjącym spokojnie, choć bez przyjaciół, w gronie dalszej rodziny…
	– Proponowałbym, żeby od razu przeszedł pan do rzeczy – przerwał wojskowemu Maras.
	– Do rzeczy, dobrze. A więc: otrzymałem dziś rano list, anonim. Otóż autor tego listu zapowiada, że będzie mordercą, a ofiarą, którą sobie upatrzył, stanie się najbliższy kuzyn, jak ja emerytowany oficer przedwojennego Wojska Polskiego, Adam Bluziński. Warto chyba dodać, że Bluziński mieszka w tym samym domu, co ja.
	– Czy mógłby pan podać jeszcze inne, ważne pana zdaniem, szczegóły tego listu? – spytał Maras.
	– Najważniejsze chyba jest to, że ten człowiek wyznaczył dokładny termin mordu. Przypada on, licząc od dzisiejszego dnia, za tydzień.
	Maras pomyślał, że tydzień jest to dość czasu, by wybadać sytuację wokół domniemanej ofiary zapowiedzianego morderstwa i przygotować odpowiednie zabezpieczenia, bowiem sposób, w jaki Kalinowski intonował swoje słowa, a poniekąd i same słowa emerytowanego pułkownika, to wszystko wskazywało, że ta akurat sprawa nie skończy się na buńczucznie wyartykułowanym wstępie, że – krótko mówiąc – będzie sporo roboty dla całej ekipy Gąsiora. Oczywiście naświetlając tak sprawę, Kalinowski opierał się bodaj wyłącznie na tekście, który otrzymał dziś rano. Jednak przecież, było nie było, wojskowi są to specjaliści od zabijania i od wszystkiego co się z zabijaniem wiąże, więc ten stary żołnierz nie potraktowałby poważnie listu, w którym coś by nie grało lub coś by zdradzało, że ta cała szumna zapowiedź zabójstwa to jest tylko, bardzo – rzecz jasna – niesmaczny, żart. List był na pewno bardzo sugestywny, lecz na żarcie Kalinowski by się poznał; chyba, że sam pułkownik żartował…
	– Gdzie pan mieszka? – spytał porucznik, ukręcając łeb swoim przedwczesnym z pewnością, rozmyślaniom. Brzmiący władczo i stanowczo bas pułkownika dał się teraz słyszeć w odcieniu mniej potężnym. Maras wyczuł, że jego rozmówca chętnie by sobie dłużej pogawędził.
	– W podwarszawskiej Radości; na pewno pan wie, gdzie to jest.
	– Ulica? Numer domu?
	– Zajmuję dwa pokoje w domu przy ulicy Kokosowej, numer 7. Mieszkam na piętrze, co dodałem może bez potrzeby, ponieważ co by to było, gdyby właściciel nieruchomości nie był osobą, o której wszystko w domu wiadomo.
	– A pana i pana Bluzińskiego można zastać pod tym adresem w jakich godzinach?
	– Praktycznie jesteśmy w domu stale.
	– A więc proszę oczekiwać naszej wizyty już w najbliższej przyszłości. Do widzenia panu.
	Porucznik odłożył słuchawkę na widełki i poniewczasie uświadomił sobie, że zapomniał Kalinowskiego spytać, dlaczego właśnie „konkretnie” do Gąsiora stary pułkownik kierował swoją sprawę. Może słyszał o nim jako o dobrych fachowcu? To mogło się okazać ważne lub całkowicie pozbawione znaczenia. Na razie porucznikowi wypadało borykać się z innym kłopotem. Jak odnaleźć Gąsiora.

	–		–		–		–

	Tak się stało, że, zanim porucznik zaczął szukać swego bezpośredniego przełożonego, kapitan znalazł się sam. Po prostu w chwili, gdy Maras zamierzał wykręcić pierwszy numer w poszukiwaniu Gąsiora, kapitan wszedł do ich wspólnego gabinetu.
	– Okazuje się, że ostatnio mamy dobrą passę, rzekł obdarowując spojrzeniem, o którym z początku trudno było powiedzieć coś na pewno, najpierw Jolę, a potem Marasa. – Wszystkie sprawy, jakie narajono nam od kilku dni, znalazły szybkie rozstrzygnięcie i okazały się banalne, że aż przykro. Sytuacja wymarzona, jak dla kogoś, kto nie lubi pracować.
	– Nie martw się, Fredku – uśmiech pełen tajemniczości przesłała w stronę Gąsiora Kicińska. – Jestem pewna, że już za chwilę Jurek pocieszy cię czymś zupełnie ekstra. Jeśli się mylę, możesz zobowiązać mnie do wpłacenia na Fundusz Emerytowanych Recydywistów całej mojej przeszłomiesięcznej pensji.
	Trzeba tu powiedzieć, że sierżant Jola, korzystając z drugiej słuchawki, przysłuchiwała się rozmowie Marasa z Kalinowskim; słowa tego drugie zrobiły na niej spore wrażenie. Gąsior z niedowierzaniem zwrócił się do Marasa: 
	– Rzeczywiście masz coś nowego?
	Porucznik potwierdził i szybko streścił Gąsiorowi swoją rozmowę ze starym pułkownikiem. Gąsior w skupieniu wysłuchał swojego kolegę, lecz przesadnym entuzjazmem do nowego zadania nie zapałał. Najwyraźniej był zdania, że trwająca od paru dni zła passa nie zostanie przerwana przypadkiem ledwie co zasygnalizowanym Marasowi przez jakiegoś starego wojaka, który, równie jak porucznik, musiał znajdować się jeszcze „pod pierwszym wrażeniem”, jakie wywołuje każda, cokolwiek tylko mówiąca, świeża informacja. Gąsiora nie ruszyło to nawet, że Kalinowski specjalnie do niego adresował sprawę anonimu. Ale, że trzeba już teraz jechać do Radości, temu nie zaprzeczył. Obaj mężczyźni, obdarowawszy Jolę pożegnalnymi skinieniami, wyszli, by zrobiwszy kilkadziesiąt kroków długimi korytarzami gmachu Komendy, przejść jeszcze kawałek do samochodu, a następnie – samochodem już – ruszyć w stronę Nowych Wydarzeń.
	W drodze prowadzący samochód Maras próbował trochę nakłonić swego szefa do wspólnego snucia przypuszczeń, ale Gąsior odrzekł krótko, że „z góry powzięte uprzedzenia” mogą wiele tylko napsuć, toteż Jerzy zamilkł i snuł przypuszczenia w myślach. Pracownicy milicji kryminalnej muszą być twardzi, mało podatni na sugestię. Jednak, chociaż porucznik pod tym względem był typowym przedstawiciele swojej grupy zawodowej, krótka rozmowa z Kalinowskim podziałała mu na wyobraźnię. Ten przedwojenny oficer posiadł dar intrygowania ludzi, bulwersowania ich. Maras wiedział, że tacy właśnie powinni być dowódcy: budzący gotowość tych, do których mówią; brzmieniem głosu oddalający jakieś wahania swoich słuchaczy. Porucznik umiejętnie wyhamował wóz, gdyż na jezdnię najniespodziewaniej wkroczyło 7 krów. Poganiający je pastuch okładał batem zdezorientowane zwierzęta, ponieważ stadko wykazywało skłonność do rozbiegnięcia się na wszystkie strony. Krowy z cielęcą bezmyślnością wpatrywały się w oczy nadjeżdżających i hamujących przed nimi samochodziarzy, co Marasa wprawiło w rodzaj zadumania. Czy bez przestępców świat byłby podobnie jak te krowy bezmyślnie pokorny? Po cóż bać się takiej ewentualności. Bandytów nigdzie nie brakuje. Ale krowy na wypasie… w jesieni? Cóż, może tę rogaciznę pędzono po prostu do punktu skupu. Albo przeprowadzano do nowej obory. Ostatnia z krów zeszła z szosy. Porucznik ruszył.
	– Przygoda wita nas krowami – zauważył cierpko Gąsior.
	– Kowboje bez krów? – odparł Maras. – To się nie zdarza w Teksasie. Jeśli mamy rozmawiać, czy parę dni pustych stanowi zaczątek równie pustej epoki, to przypomnij sobie stan naszego rozeznania w sprawie morderstwa na niejakim Ledziku.
	Kapitan skrzywił buzię jak po usłyszeniu kiepskiego żartu, ale nic nie powiedział. Zaczynała się Radość.

	–		–		–		–

	Ulicę Kokosową znaleźli bez trudu, choć leżała na uboczu i więcej tam było ogrodów niż domów. Właśnie w wielkim ogrodzie, otoczonym wspaniałym kamiennym murem, stał pokaźny dom, własność pułkownika Michała Kalinowskiego. Porucznik spojrzał tryumfująco na kapitana, a ten, mruknąwszy „no, no!”, wysiadł z wozu, by przez dłuższą chwilę sycić oczy widokiem całej posesji.
	– Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w rozgrywce, która nam się obiecuje, chodziło o ten domek i jego otoczenie – Gąsior wskazał ogród za murem. – Posiadanie takiego dobra powinno chyba rodzić myśli jak najjaśniejsze. A temu, żeby wśród taki myśli bytować, służą przecież dokładnie wszystkie zabiegi i starania, na jakie człowiek umie, czy nie umie, się zdobyć.
	– Gdyby chodziło o ten dom, to morderca zapowiedziałby śmierć jego właściciela. Tymczasem ma zginąć ktoś inny – odparł Maras. Gąsior pokręcił głową:
	– Słowom Anonima nie można aż tak bardzo ufać.
	– A więc po co zaprasza nas na swój występ? Gdyby chodziło mu tylko o jakieś dobra doczesne, to, oczywiście, zabiłby właściciela, ale bez naszej asysty przy tym. W takim wypadku nie utrudniałby sobie przecież zadania.
	– Trzeba być przygotowanym na wszystko – nie dał się przekonać Gąsior. – Bo jeśli my będziemy pilnowali jednego, a on zabije drugiego, to czy wtedy nasze pretensje, że nie dotrzymał warunków umowy, będą dla nas jakimkolwiek wytłumaczeniem? To byłaby przesada na każdym kroku doszukiwać się zagrożeń dla siebie czy dla kogokolwiek. Nie ma przecież wojny. Ale jeśli coś zaczyna się dziać, to trzeba uważać na wszystko. I wszystkich.
	– Na razie nie będę się kłócił – rzekł bez przekonania Maras. Gąsior pierwszy podszedł do bramy, otworzył jej część, czyli przeznaczoną dla osób (nie samochodów) furtkę, i puścił przyjaciela przodem. Mężczyźni szeroką, wysypaną żwirem ścieżką przeszli kilkanaście kroków. Drzwi domu zamknięte były na klucz. Kapitan wcisnął wypukły guzik dzwonka.
	– Kto to? – usłyszeli trochę skrzekliwy głos starszej kobiety.
	– My do pana… – zaczął Gąsior i zapomniał nazwiska.
	– … Michała Kalinowskiego – dopowiedział Maras.
	Rozległ się zgrzyt klucza w zamku, lecz kobieta, która ukazała się milicjantom w powstałej szparze, nie zdjęła jeszcze łańcucha. Nieufnie wypowiedziała:
	– A byli panowie zaproszeni?
	– Byliśmy, byliśmy – Gąsior mówił to takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że pułkownik nie robi mu łaski, zapraszając go do siebie. Kobieta zdjęła łańcuch, a następnie otworzyła drzwi szerzej.
	– To na piętrze – wskazała masywne kamienne schody.
	– Wiemy, dziękujemy pani – powiedział Maras. Kobieta wróciła do swojej kuchni na wysokim parterze, a mężczyźni porozglądali się przez chwilę dookoła, zanim ruszyli w górę.
	– Wysokie piętra – mruknął Gąsior.
	Na parterze prócz drzwi do kuchni znajdowały się wejścia do trzech mieszkań. Ciężkie, zbrojone żelazem dębowe drzwi były opatrzone numerami od pierwszego do trzeciego. Brakowało tabliczek z nazwiskami lokatorów. Wysokie ściany, pomalowane matową beżową farbą, sprawiały ponure wrażenie; biła z nich nuda i starość. A jednak Jerzy, co prawda tylko na moment, poddał się wrażeniu, że wkracza oto na scenę, na której wiele się może rozegrać; że dzień próby w tym gmachu to będzie niesamowite wydarzenie – także przez samą niesamowitość miejsca. Kapitał usiłował jeszcze nie okazywać przejęcia i w połowie drogi na  piętro zaczął opowiadać porucznikowi dowcip a propos niesamowitych domów, gdzie naprawdę nie ma się czego obawiać, prócz oczywiście nudy właścicieli, którzy są bardzo zadowoleni, kiedy nie nudzą się sami. Piętro było identyczne jak parter, tyle, że w miejscu kuchni były drzwi do jakieś zapewne komórki i na nim kończyły się schody, jak na parterze się zaczynały, a numery na drzwiach zawierały się pomiędzy czwórką a szóstką. Milicjanci nie wiedzieli, pod którym dokładnie numerem mieszka gospodarz tego domu, więc Gąsior na chybił–trafił zapukał w drzwi oznaczone piątką. Po dwudziestu sekundach drzwi te otwarto. Przed detektywami stał bardzo wysoki, przygarbiony szczupły mężczyzna mogący mieć lat 70 albo więcej, z wygoloną głową, ubrany w luźną obszerną marynarkę ze sztruksu, spodnie z dobrego materiału i domowe pantofle. Całość sprawiała wrażenie solidności i pewnej, nieco staroświeckiej elegancji.
	– Czy mam zaszczyt witać panów Gąsiora i Marasa, których zaprosiłem w celu pokazania im anonimu?
	Detektywi pokiwali głowami potakująco.
	– Wobec tego witam – pułkownik z manierą wojskowego skłonił swą wygoloną głowę i wyciągnął prawicę. Mężczyźni wymienili uściski. – Witam i zapraszam do środka – wytwornym gestem pokazał drogę swoim gościom.
	Obszerny, lecz stosunkowo wąski przedpokój, z wysokimi lustrami i wielkim nagromadzeniem przeróżnych szaf, wydał się Marasowi czymś nie z tego świata. Porucznik pomyślał, że za każdym takim lustrem może znajdować się tajemne przejście, a w każdej takiej szafie łatwo można przechować trupa lub ukryć się… „Oj, czy już nie zasnąłem!” – skarcił się Maras za takie dziecinne skojarzenia.
	– Płaszcze proszę zostawić tutaj. Nie ma obawy, nikt nie ukradnie. W tym domu mogą się zdarzać spektakularne zabójstwa, ale pospolita kradzież to rzecz obca duchowi mojej posiadłości.
	Kalinowski miał świetną dykcję. Mówił absolutnie czysto, bez zająknięcia. Dobierał słowa bez wahania i nie mylił się.
	– Oto miejsce, gdzie panów przyjmę – wskazał pokój z fortepianem, tuzinem wielkich foteli i olbrzymim familijnym stołem, który, przykryty dwoma zszytymi obrusami, stał pośrodku. Zrozumiałe, że, mieszcząc tak wiele ogromnych sprzętów, sam pokój musiał być równie olbrzymi. Wyglądu dopełniały, dziewiętnastowieczne chyba, portrety wiszące tu na wszystkich ścianach, podobizny, być może, przodków pułkownika. Brakowało tylko dywanu.
	– Proszę siadać, te fotele będą chyba wygodne. Trzy fotele były ustawione jakby do rozmowy; właśnie je wskazał Kalinowski milicjantom i, stojąc przy jednym, czekał, aż zajmą swoje. W środku, pomiędzy fotelami, stała okrągła miedziana popielnica na trójnogu, więc Maras, który chciał uprzedzić gospodarza, wyciągnął swoje giewonty i zaproponował:
	– Może pan zapali?
	– O, nie wypada, żeby w swoim domu palił cudze papierosy! Nie, nie… Niech pan to schowa! Nie znaczy to oczywiście, że pogardzam pańskimi papierosami, ale lepiej będzie, gdy ja, jako gospodarz przejawię trochę gościnności, której brak bywa tym przecież, co psuje każdy kontakt… – pułkownik wyciągnął kieszeni swej marynarki pudełko jakichś nieznanych Marasowi, luksusowych papierosów i poczęstował go, po czym podsunął otwartą paczkę z wysuniętym jednym papierosem Gąsiorowi, który odmówił.
	– Nie palę. A i mój kolega zamierza rzucić.
	Maras rzeczywiście od paru już lat przebąkiwał o tym, że „prawdopodobnie w najbliższym czasie rzuci palenie”. Co prawda Gąsior znał porucznika zbyt dobrze i wiedział, że zamiar Marasa raczej do prawdy jest niepodobny, toteż było trochę uszczypliwości w jego ostatnim odezwaniu.                                                     						– A po co rzucać – uśmiechnął się pułkownik. – Nasze życie jest krótkie i zawsze będzie krótkie, dlatego chyba lepiej tak je przeżyć, żeby sobie nie odmawiać przynajmniej tych przyjemności, które są pewne i niezależne od kaprysów losu. Papierosy może pan kupić zawsze...
	– O ile będę miał pieniądze – wtrącił Gąsior.
	– Niech pan nie żartuje, pieniądze… – pułkownik nieomal się roześmiał. – Tak więc papierosy można kupić zawsze i zawsze można na nie liczyć. Są i będą stałą wartością w naszym życiu; czymś, co pozwoli nam na doznanie znajomej rozkoszy w każdej chwili i w każdym miejscu.
	– Bardzo dobre papierosy – pochwalił Maras.
	– Tak, to są papierosy wysokiej jakości.
	Kalinowski i Maras delektowali się smakiem dymu, który z pewnością był pierwszorzędny, gdy tymczasem Gąsior trochę już zaczynał się niecierpliwić, że pułkownik nie przystępuje jeszcze do rzeczy.
	– Zrobię też panom herbatę z samowaru. Pili panowali herbatę z samowaru? Moim zdaniem warto pić taką herbatę codziennie, a już koniecznie należy spróbować poznać jej smak, jeśli jeszcze się nie zna.
	– Proszę pana – zdenerwował się Gąsior. – Przychodzimy tutaj po ośmiu godzinach pracy, jesteśmy zmęczeni, a pan ma dla nas, o ile się nie mylę, jakieś zadanie? Chcemy się przekonać, czy to zadanie dotyczy nas, czy też może jest beznadziejną grą, której nie mamy obowiązku podejmować. Proszę wybaczyć, ale to, że tu dzisiaj do pana przyszliśmy, to jest wizyta robocza. Proszę nam pokazać ten list i ewentualnie wtedy, gdy okaże się, że będziemy zmuszeni zająć się tą sprawą, zrobi pan tę herbatę z samowaru. Ponieważ wtedy będziemy zmuszeni porozmawiać z panem dłużej.
	– Rozumiem pana – Kalinowski przejechał dłonią po łysinie. – Ale list jest bardzo krótki… Niech pan tak nie patrzy! – pułkownik roześmiał się, wstał. – W takim razie proszę chwilę poczekać.
	Były wojskowy przeszedł do przyległego pokoju, w którym zapewne przechowywał interesujący Gąsiora dokument. To przypuszczenie Marasa, nie mające zresztą znamion wielkiej wnikliwości, potwierdziło się. Pułkownik wrócił do gości z rozdartą kopertą: zwykłą, szarą, zaadresowaną jednak na maszynie. Kalinowski podał kopertę Gąsiorowi i zajął swoje miejsce w fotelu.
	– Kiedy pan dostał ten list? – Gąsior nie wyjmował jeszcze pisma z koperty, tylko oglądał znaczek, pieczątkę, wystukane na maszynie miejsce zamieszkania i nazwisko adresata. Odwrotna strona koperty była oczywiście czysta.
	– Cóż, panie kapitanie. Dziś rano byłbym zawiadomił panów wcześniej, ale pewne trudności spotkały mnie w związku z trafieniem do was. O ile jednak nie jestem źle poinformowany, to wiem, że u innych bywa z tym gorzej: adresaci anonimów często lekceważą je. Albo wahają się długo, zanim cokolwiek zrobią. Ja nie ociągam się z działaniem, jeśli wiem, że sprawa jest poważna.
	– List był wysłany pod pański adres, co widać z pieczątki, przed dwoma dniami, z  Radomia. Ciekawe, dlaczego właśnie z Radomia? Może ma pan tam jakichś znajomych? Lub któryś z pana znajomych był w Radomiu dwa dni temu?
	– Absolutnie nie.
	– Anonim zaadresowano na maszynie do pisania. Jest pan pewien, że to nie pańska maszyna?
	– Tak. Ponieważ ja w ogóle żadnej maszyny do pisania nie posiadam.
	– A czy ktoś w domu ma?
	– Ma Jan Kaszaniec, mój najdalszy kuzyn w tym domu. Ale jego maszyna to stary grat, a tutaj widać, że rządki liter są równie, litery czyste, więc to na pewno napisano na maszynie jakiejś innej.
	– To znaczy, że w tym domu mieszka więcej pana kuzynów? – ożywił się Maras. – Nie tylko pan Bluziński?
	– Wszyscy lokatorzy tego domu, za wyjątkiem kucharki, należą do mojej bliższej lub dalszej rodziny.
	– Więc mówi pan, – do swojej kwestii wrócił Gąsior – że krój tych literek nie kojarzy się panu z żadną maszyną…?
	– Prawdę mówiąc, to niewiele miałem w życiu do czynienia z maszynami do pisania. Ale skoro pan pyta, to odpowiem: z żadną.
	Gąsior wyjął z koperty zawierającą się w niej do tej chwili kartę, opróżnioną kopertę przekazał Marasowi, po czym półgłosem – acz wyraźnie – zaczął czytać:
	„Do rąk własnych pana pułkownika Michała Kalinowskiego.
	Polecam panu poczynić następujące kroki:
    1. Przyjąć do wiadomości, że dnia 3–ego listopada 1970 roku, pomiędzy godziną 18–tą a 24–tą, w domu przy ulicy Kokosowej 7 lub gdzie indziej, dokonam zabójstwa na pana powinowatym, emerytowanym majorze wojska polskiego, Adamie Bluzińskim.
    2. Zawiadomić o tym, co podałem wyżej, kapitana Warszawskiej Milicji Kryminalnej, Alfreda Gąsiora, ponieważ to jemu morderstwo jest dedykowane.
    3. Przekonać Kapitana Gąsiora, że stawiennictwo Milicji w określonym wyżej dniu jest obowiązkowe. W razie zlekceważenia mojego wyzwania, zapewne kapitana Gąsiora i jego ludzi spotkają spore nieprzyjemności, ponieważ ja swojej zbrodni dokonam bez względu na wszystko. A wiadomość o niefrasobliwości organów ścigania P.R.L., które są zobowiązane również do prewencji, dotrze do ośrodków emigracyjnych zachodniej reakcji. Myślę jednak, że kapitan Alfred Gąsior właściwie oceni sytuację i nie zlekceważy mojej zapowiedzi”.
	– To wszystko? – spytał Maras. Kapitan podniósł głowę znad kartki; zamyślony,  chwilę milczał.
	– Czy wszystko? Tak, wszystko. No cóż, panowie. Chyba rzeczywiście będziemy zmuszeni podjąć wyzwanie tego człowieka, ale jednocześnie boję się, że obsadzenie domu uzbrojonymi ludźmi przez te 6 godzin na nic się nie przyda. Przypuszczam, że mamy tutaj do czynienia z osobnikiem, który cierpi na mamię wielkości i chce upajać się myślą, że z jego powodu poważni ludzie czekają bezproduktywnie na coś, co się nigdy nie zdarzy.
	– Niech pan będzie pewny, że się zdarzy – powiedział Kalinowski.
	– Tekst jest rzeczywiście jasny i pozbawiony dziwactw – wtrącił Maras. – Można stąd wnosić, że ten pan wie, czego chce. Ale skoro zdecydował się wysłać list, widać, nie poprzestaje tylko na tym, że wie, lecz także chce działać.
	– Trudno, żeby w tak krótkim liście nagromadzić wiele niejasności – Gąsior sięgnął po kopertę, która leżała teraz na kolanach Marasa.
	– Niejasne mogą być nawet tylko 2 zestawione ze sobą słowa.
	– Pozwoli pan, poruczniku, – zezłościł się nagle Gąsior – że w sprawach zawodowych podwładni będą słuchać swoich przełożonych.
	Kapitan włożył pismo do koperty, po czym całość wsunął do wewnętrznej kieszeni swej marynarki.

	–		–		–		–
c.d.n.