„Z Ę B Y P O S T M O D E R N I Z M U „
= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =
– 1 –
Motto: „Żebyśmy przed dziećmi nie musieli tylko udawać, iż dorosły wie coś o życiu”. (F. Plux).
Dedykowane w każdym razie nie tym, którzy odnośnie sztuki zdolni są jedynie do postawienia jednego pytania: „ile się na tym zarabia?”.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
A K T P I E R W S Z Y
Osoby: 1) WĄSALEWICZ, lat i tuszy średnich, mocno łysiejący, ubrany w czarną marynarkę i dżinsy oraz tanie beżowe półbuty z zamszu;
2) WŚCIBSKA, partnerka Sceptykowskiego, lat średnich, kształtów obfitych, o długich farbowanych na rudo włosach, ubrana w porządną niebieską suknię za kolana, z dekoltem, na stopach żółte bambosze z pomponami;
3) SCEPTYKOWSKI, partner Wścibskiej, lat średnich, mocno zbudowany, o długich włosach, pośrodku których widnieje spora łysina, ubrany w czerwoną marynarkę i białe spodnie ze sztruksu oraz domowe pantofle brąz.
Scena wyobraża obszerne pomieszczenie, w którego centrum stoją 3 niskie fotele, brak stolika. W kącie z lewej strony – szerokie łóżko, nakryte wzorzystą kapą. Z lewej strony łóżka – szafka o nóżkach w kształcie pytajników. Na szafce świecąca mało jaskrawym światłem lampka o abażurze podobnym do szkła lampy naftowej, z tą różnicą, że ze szkła mlecznego. Po obu stronach tegoż łóżka – 2 staromodne wysokie krzesła.
W fotelu z lewej nieruchomo siedzi Sceptykowski. W fotelu z prawej nieruchomo siedzi Wścibska. Fotel środkowy jest pusty.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
WĄSALEWICZ [wbiegając na scenę i dynamicznie gestykulując]: Do stu tysięcy diabłów z rogami naostrzonymi na osełce i ogonami zawiązanymi na kokardkę! Kolejny mój dramat sceniczny z hukiem przez jedyne krajowe medium dramaturgiczne został odrzucony! Ależ tak! Nie ma innego! Prawda, że nie musi to być czasopismo, bo równie dobrze mógłbym wejść w zażyłość z jakiś proboszczem i próbować przemówić z tego najstarszego w Europie Środkowo-Wschodniej medium, jakim jest… ambona. Kto wie, czy to właśnie nie jest dla mnie jedyna realna możliwość, skoro dyrektorzy teatrów z kolei są zbyt niedostępni lub zbyt niesprawiedliwi?
WŚCIBSKA: A ty wobec ludzi, których w życiu napotkałeś, zawsze byłeś dostępny i sprawiedliwy? Czy w swoich życiowych wyborach nad to, co w głębi duszy uznawałeś za lepsze, nie przedkładałeś tego, co mniej kosztowało?
WĄSALEWICZ: A co jest lepsze? Czy to, co pieczołowiciej wymalowane? Kto to na pierwszy rzut oka może wiedzieć, czy pod warstwą dobrej szminki nie ukrywa się cera pełna wrzodów i innych obrzydlistw!
WŚCIBSKA: Jeżeli zarzucilibyśmy umowne warunki rywalizacji o dobra, czekał by nas nieuchronny powrót do ludożerstwa.
SCEPTYKOWSKI: Czy to taki powrót nie byłby wart poczynienia? W każdym wówczas przypadku ludzie żyli by tylko do chwili, kiedy życie przedstawia jeszcze sensowną wartość.
WĄSALEWICZ: ‘Na co ci wiele mieć w głowie, / gdy naturalne masz zdrowie’!
SCEPTYKOWSKI: Odwracasz kota do góry ogonem. Mądrość w życiu naprawdę przydaje się do sztuki walki jedynie. Odgadł to nie wyłącznie Daleki Wschód, bo przypomnij sobie
– 2 –
starogrecką Atenę, patronkę wojny i mądrości zarazem.
WĄSALEWICZ: Nie wiem, kto, Kierkegaard chyba, wypracował sentencję, iż =żyje się „naprzód”, natomiast myśli się „wstecz”=. Powiecie, że żyję w świecie chorobliwych rojeń, lecz narażę się i uprę przy domniemaniu, że kto wie, czy to właśnie nie choroby stworzyły człowieka, chcąc mieć dla siebie idealny przedmiot inwazji? Dlatego tedy, że żyję rojeniami, a więc czynnikiem bijącym w przyszłość, moje myślenie też ku przyszłości się zwraca. Właśnie znowu z przyszłości, uderzając w ciemno, łowię coś, co nie od historycznej przeszłości jest zależne, tylko coś, co jest obejmowane przez nieskończony zakres wszechświata wiecznych możliwości.
WŚCIBSKA: Czy to oznacza, że bezproblemowo już anioły za ogony chwytasz?
WĄSALEWICZ: Biologiczny instynkt to jak zew krwi w maszynie, powodowanej zamysłem konstruktora. Jest sztuczny. Dopiero intelektualizm to sięgnięcie do pokładów, niż które nie ma nic bardziej podstawowego.
SCEPTYKOWSKI: Podstawa to surowy drwal, przystępujący z siekierą do pnia.
WĄSALEWICZ: Przeciwnie. To natura jest zdziczałą kulturą.
WŚCIBSKA: Zdziczałą, czyli wreszcie zahartowaną. Co się ceni u mężczyzny w słowiańskiej strefie obyczajowej? Mocną głowę, mocny żołądek i to, że mężczyzna jest stworzeniem „z jajami”.
WĄSALEWICZ: Niestety. W naszym kraju podziwia się okrucieństwo.
WŚCIBSKA: Poczekaj! Co to jest „mocna głowa”? Otóż to, że w warunkach skrajnego ryzyka, jakie w ludziach stwarza odblokowujące naturę wojownika picie mocnego alkoholu, wykazujemy własną wyższość poprzez zachowanie do końca logiki wypowiedzi lub poprzez wyprowadzenie innego powalającego ciosu. Natomiast „mocny żołądek” ma kto? Czyż nie ten, który bez przypraw zjada podobnego sobie drugiego człowieka, zabitego przez siebie osobiście? Mężczyzną „z jajami” jest zaś jaki? Nie taki, który zaspokaja potrzebę seksualnej satysfakcji bez pytania o pozwolenie nikogo?
WĄSALEWICZ: Co do tego ostatniego, to miałbym wątpliwości. Gdzie by w takim razie miało się znaleźć miejsce na… miłość?
WŚCIBSKA: Tu pokazujesz, że jesteś zwyczajnie sentymentalny.
WĄSALEWICZ: Co w tym zdrożnego?
WŚCIBSKA: Do pewnego wieku dziecko wierzy w Świętego Mikołaja. Nieco starsi do pewnego wieku wierzą też w to zbożne uczucie, mające jakoby trzymać zwierzchność nad dziedziną suchego faktu.
WĄSALEWICZ: Faktyczna władza nad światem spoczywa na szczęście w rękach ludzi młodych, przez miłość bez oporów dających się prowadzić.
SCEPTYKOWSKI: Chwila, a i ty nie będziesz młody.
WĄSALEWICZ: Najwięksi geniusze, jakich wydała ziemia, żywili tęsknotę Niemożliwego. A niekiedy też sprawiali, że Niemożliwe stawało się naszą codziennością. Moją tęsknotą jest wieczna miłość i wieczna młodość jako opoka romantycznego czynu.
SCEPTYKOWSKI: Ów czyn natomiast miałby się sprowadzać do walki ze smokami lub – przekładając na dzisiejsze realia – do krwawych burd, wzniecanych w toku hałaśliwych potańcówek?
WĄSALEWICZ: Co jest romantyczne, a co – prozaiczne, to wybija się przy napotkaniu natychmiast jako oczywistość. Ważne, żeby to, czego pożądamy, przy tym, że jest romantyczne, nie było idiotyzmem. „Walczyć z całym światem”? Tak „romantycznie” bajdurzyć mógł sobie apasz wyrosły wśród lumpenproletariackich podwórek. Dla mnie romantyczny czyn to nie jest jakiś kontrowersyjny awans jednostki wywodzącej się z nizin społecznych, tylko awans całego rodzaju ludzkiego, dotąd prowadzącego szary byt wśród przypadkowych sukcesów, do poziomu Sternika Gwiazd.
– 3 –
WŚCIBSKA: Jak ty sobie to „sternictwo” wyobrażasz!
WĄSALEWICZ: Być może, że dzisiaj jest to jeszcze utopia. Ale kto wie, czy w przyszłości nie znajdzie się ktoś, kto pójdzie za moją myślą i poprzez wynalazek uwalniania energii, uwięzionej odwiecznie w rzeczach pozornie małych i uznawanych dziś przez nas za zwyczajne, nie wpłynie na zmianę trajektorii wielu wielkich ciał niebieskich?
SCEPTYKOWSKI: Po cóż miałby to robić? Nie dosyć mamy kłopotu z rewolucjami w takich obszarach jak seks, literatura, informacja?
WĄSALEWICZ: Wszechświat jest naszym mieszkaniem. Chodzi o to, żeby to miejsce stało się o wiele bardziej u s t a w n e, aniżeli jest to obecnie, od początku zresztą dziejów. Kiedy jego ustawność się poprawi, z większą swobodą będziemy się w nim poruszać.
WŚCIBSKA: To, że nasze kroki zależne są od ruchu gwiazd, jest domysłem nie tylko nie twoim, ale i nie twoich czasów.
SCEPTYKOWSKI: Rzekomą potrzebę wielkiej zmiany w życiu jakoby wszystkich ludzi głoszą wszelkiej maści nieudacznicy, którym naprawdę niedobrze byłoby w każdych warunkach. Samego dobra bez zła i nasycenia bez głodu życzy sobie jedynie ten, kto nie ma pojęcia o logice.
WŚCIBSKA: Z tym, że ponad logiką jest ponoć Bóg…
WĄSALEWICZ: Instytucja Boga ma różne oblicza. Bóg chrześcijański, który ponad sprawiedliwość nakazuje swoim kapłanom i wyznawcom liczyć na miłosierdzie, roztacza przed nimi szerszy horyzont, aniżeli wydawało by się to rozsądne. Niemniej w religii starogreckiej Zeus stał się bogiem bogów t y l k o dzięki logice swych wnioskowań i postępowań. Albowiem tylko dzięki jej wskazaniom mógł zaprowadzić ład, którego zaprowadzenie i utrzymywanie jest zadaniem władzy, także boskiej. Zeus to dostrzegł i – przez jakiś czas przynajmniej – był logiki kochankiem.
WŚCIBSKA: Nie było tak. Bogiem jest się tylko z u r o d z e n i a, nie dzięki jakimkolwiek zasługom.
WĄSALEWICZ: Mówić tak głośno byłoby zgoła niewychowawczo.
SCEPTYKOWSKI: A kogo ty tu chciałbyś wychowywać! Dzieciaki posiadają umiejętność korzystania z Internetu lepszą niż którekolwiek z nas, a tam jest cała wiedza.
WŚCIBSKA: Pierwsze słyszę, żeby uzyskanie dostępu do wiedzy było krokiem w zepsucie.
WĄSALEWICZ: Cała wiedza? Wyznam, że w takim stawianiu sprawy słyszę, psujący czarującą melodię waszego mędrkowania, zgrzyt. To bowiem jeszcze mogło by ujść, że na jakimś etapie dziejów (do którego zresztą nam daleko) można posiąść całą wiedzę odnośnie ponadczasowych p r a w, w ramach których przebiega historia świata i człowieka, będącego elementem inteligentnym tegoż świata. Niemniej historyczna p r a w d a zasadza się na niewiadomej, co będzie jutro, i jej całość jest nie do objęcia na żadnym etapie historii. Zresztą z biegiem czasu będziemy zmuszeni w naszym obchodzeniu się z problemami stosować coraz to inne miary badanych obszarów i operować kategoriami – dziś jeszcze nie do pomyślenia.
SCEPTYKOWSKI: Co to za proroctwa!
WĄSALEWICZ: Proroctwo samo w sobie nie jest złe. Wskazuje kierunek, który w generalnej perspektywie ludziom i ich światu warto będzie obrać.
SCEPTYKOWSKI: Doprawdy? Czyż więc nie weszło do języka zapewne nie jedynie naszego kraju powiedzenie „najłatwiej być złym prorokiem”?
WĄSALEWICZ: Złe proroctwo to proroctwo żadne.
SCEPTYKOWSKI: Powiadasz, że tak mało w tym świecie proroków tylko dlatego? Czyżby nie obiło ci się o uszy, często napotykane chociażby w obrębie mojego osiedla, hasło „łatwy optymizm”? Pojęcia „optymizm” czy „pesymizm” odnoszą się do Niewiadomej historycznej przyszłości, a więc do rzeczy, na której temat się prorokuje.
WŚCIBSKA: Mówicie tak, jakby obiegowe zwroty były aksjomatami, do których wypada
– 4 –
odwoływać się filozofom.
WĄSALEWICZ: Jeśli filozof – jak ja – jest nominalistą, to słowa i przysłowia z konieczności są jego budulcem. W starożytności, której mądrość – w świetle badań i ustaleń wywiązujących się choćby z całkiem współczesnej Teorii Nieoznaczoności Heisenberga – przestaje być naiwnym bajdurzeniem, wtajemniczonym znawcą był ten, kto znał imię danej rzeczy. Kto wiedział, jak daną rzecz się zwie czy zowie. Symbolem mądrości pozostawał zaś ptak, sowa. Sowie – zowie. Po nieznacznej przeróbce: ‘sofia’ czyli mądrość. Sowia cecha. Z kolei ostatnie prace fizyków jądrowych obrazują zgoła dobitnie naszą ludzką bezradność co do problemu, czym jest, tak absolutyzowana przez piewców „naukowego światopoglądu”, materia. Uważa się teraz, że na poziomie subatomowym nie ma cząstek, są natomiast tak zwane „drgania kwantowych pól”. A czymże innym niż drganiami obojętnie jakiego środowiska są słowa? Tak więc słowom, uznawanym dawno temu za posiadające moc sprawczą, przestaje już ciążyć odium mamidła, oszukańczego zaklęcia.
WŚCIBSKA: No i co z tego, jeśli nawet – w co wątpię – tak jest, jak powiedziałeś?
WĄSALEWICZ: Moje nazwisko: Wąsalewicz. Czyli ‘syn wąsala’; jeśli by „zeuropeizować”: ‘wasala’. Wasal, jak wiadomo, jest to jakiś tam pan, niemniej zobowiązany do składania hołdów wasalnych wyżej postawionemu panu, któremu wolno nie nosić wąsów, tego symbolu zależności. Wszelako na bezmyślność ani nie czuję się skazany, ani skazany na nią być nie myślę.
SCEPTYKOWSKI: Ciekawe. A co cię przed nią chroni?
WĄSALEWICZ: Logika. Podpisuję swój akt poddaństwa wobec pana, który w razie niebezpieczeństwa zobowiązany jest kierować obroną tak mojej osoby jak i grupy moich poddanych, natomiast hołdy, jakie ja mu składam, traktuję jako przykrą, ale drobną, konieczność – w rodzaju regularnego odwiedzania stomatologa w jego gabinecie.
WŚCIBSKA: A gdzie tu logika?
WĄSALEWICZ: Tu logika, że czuję się powołany nie do tego, co wymaga wyczucia w zakresie dziobania sztyletem ewentualnych napastników, tylko do tego, co dotyczy kreatywności w zakresie zagospodarowywania czasoprzestrzeni ludzkiej świadomości. Zaś wpisywanie się w obrys własnego przeznaczenia stanowi wpis w logikę dziejów.
WŚCIBSKA: Jakie okrągłe zdanko! Z czego więc ty żyjesz, skoro w tym teatrze pełnisz rolę, sprawiedliwie opłacanego groszowo, statysty!
WĄSALEWICZ: W tym przypadku z pomocy ludzi, którzy uznali, że warto mi pomagać.
WŚCIBSKA: A to dla jakich twoich zalet?
SCEPTYKOWSKI: Daj mu spokój. Wiemy oboje, że żyje z renty. Zawirowania historii sprawiły, że społeczeństwo utrzymuje darmozjadów w imię praw Człowieka, o ile ten darmozjad tylko do człowieka – w oczach litościwego pracownika Opieki Społecznej – choć odrobinę jest podobny. O ile tylko napracuje się, by wykazać, że do innej pracy niż symulowanie choroby nie jest zdolny.
WĄSALEWICZ: Nie wiedziałbym, jak ci odpowiedzieć, gdyby nie to, że istnieje jeszcze coś takiego jak symulacja t w ó r c z a .
WŚCIBSKA: Istnieje? Na podobnej zasadzie jak „schizofrenia bezobjawowa”?
WĄSALEWICZ: Chociażby tutaj staram się być dla was użytecznym przeciwnikiem.
WŚCIBSKA: A czy termin „użyteczny przeciwnik” nie brzmi podobnie jak określenie, pod które podpaść normalny człowiek by się wstydził? „Pozytywny idiota”; prawda, że to pięknie?
WĄSALEWICZ: Gromadzenie informacji, jakie prowadzę, sprawiając wrażenie, że nie wiem, co z nimi zrobić, jest w istocie potrzebne memu mózgowi, ażeby miał co trawić.
SCEPTYKOWSKI: Upadasz jeszcze niżej niż Jezus, który pisał się być „barankiem”. Wszelako On, tak się określając, usiłował prawdopodobnie dać wyraz temu, co jest nie do określenia. Ty natomiast jak najbardziej realistycznie chcesz przeżuwać myśli – jak grudki
– 5 –
ziemi dżdżownica.
WĄSALEWICZ: Mam jeszcze władną dłoń, którą me przetrawione myśli spisuję.
SCEPTYKOWSKI: Już klasycy marksizmu przestrzegali przed niebezpieczeństwem myślenia nad potrzebę.
WĄSALEWICZ: Przestrzegali przed nim, chcąc je zachować dla siebie. Modłą demagogów, czyli takich, którzy świadomie wprowadzają ludzi w błąd, by tym łatwiej utrzymywać nad nimi władzę. Lecz gdzie rządzi kłamstwo, tam szerzy się śmierć.
SCEPTYKOWSKI: Czy to nie ty sam mówiłeś wcześniej, że życia bez śmierci życzy sobie jedynie ten, kto nie ma pojęcia o logice?
WĄSALEWICZ: To mówiłeś ty. Tyle, że nie o życiu i o śmierci, tylko o dobru i złu.
SCEPTYKOWSKI: Co za różnica!
WŚCIBSKA: Wąsalewicz zaraz ci odpowie, że po to, by żyć, trzeba nie zabijać, tylko włożyć wysiłek w opracowanie… syntetycznego pokarmu z ropy naftowej.
SCEPTYKOWSKI: Znamy „skuteczność” syntetycznych leków; syntetyczny pokarm byłby bez wątpienia równie „posilny”.
WĄSALEWICZ: Niewątpliwie o coś w tym życiu chodzi. Nie mieści mi się w głowie, żeby miało w nim chodzić tylko o powielanie jednego prostego schematu: że silniejszy pożera słabszego.
SCEPTYKOWSKI: Uważasz, że było by sensowniej, gdyby silniejszego pożerał słabszy?
WĄSALEWICZ: Uważam, że było by sensowniej, gdyby – jako naczelny imperatyw biologicznego bytu – przestała obowiązywać ogólna zasada p o ż e r a n i a .
SCEPTYKOWSKI: Na rzecz jakiej innej?
WĄSALEWICZ: Na rzecz tej, jakiej szukam i którą usiłuję znaleźć.
SCEPTYKOWSKI: Nie wygłupiaj się! Domagam się szczegółów! WĄSALEWICZ: Jezus – jak wszyscy zresztą twórcy doktryn, mających uporządkować ludzki świat według jakichś normatywów – wyszczególniał, co w nim jest dobre, a co złe. Nie obiecywał, że wiara w Niego zdejmie z ludzi brzemię cierpienia. Jego działalność była by jednak zupełnie nie uposażona w sens, gdyby nie obiecywał im niczego w ogóle, a tylko proponował zmianę szyldu, który by odtąd widniał nad drzwiami wiadomego sklepiku. Obiecywał więc coś, a to to właśnie, że odtąd nasze brzemię będzie do zniesienia. Mimo wszystkie uciążliwości ludzkiego bytu, chcemy na ogół żyć i nie głosimy buntu przeciw życiu w naszym ludzkim kształcie i funkcjach, tylko buntujemy się przeciwko mędrcom, którzy dali nam „kiepski przepis na ten świat”, co czujemy, ponieważ z pewnych oznak widać, iż ten „przepis” mógłby być zdecydowanie lepszy. Od tych, którym więcej dano, więcej się też oczekuje; dlatego tylu mądrych ludzi woli się od publicznych urzędów dystansować. Jezus całkowicie podpisywał się pod wskazaniami poprzedzających go proroków, których przepowiednie miał wypełnić, niemniej – skoro już zdecydował się publicznie wystąpić – nie zamierzał poprzestać na sprawowaniu funkcji niemego patrona, który na bieg wydarzeń oddziaływa samym tylko swoim autorytetem: spojrzeniem, gestem, uniesieniem brwi oraz wskazywaniem przy pomocy palca: „tego stracić, tamtego ułaskawić”. Tedy dodał do dawnych przykazań swoje: że Jego „przepisem na świat” są: wiara, nadzieja i miłość. Przy czym miłość spośród owych trzech jest przykazaniem największym.
WŚCIBSKA: Eliminowało to impotentów. I bez wątpienia postępuje słusznie ten, kto systemowo dokonuje aktu eliminacji. Ponieważ dzięki temu dochodzi do wyodrębnienia się – z magmy tłumu – czegoś takiego jak elita, wzoru przez plebejuszy naśladowanego, który ze zatomizowanego zbiorowiska egoistów czyni zintegrowany społeczny organizm.
WĄSALEWICZ: Jednak niestety posłuszeństwa nie osiąga się w toku przekonywań; je trzeba wymusić. Stąd – konieczność ofiar.
SCEPTYKOWSKI: A to dlaczego egoista miałby być gorszy od altruisty?
– 6 –
WŚCIBSKA: Dlatego, że…
WĄSALEWICZ: Pozwól, że ja odpowiem. To jest zasadnicze pytanie, Sceptykowski; jestem z ciebie dumny, że jako mój przyjaciel ośmieliłeś się je zadać. Choć z drugiej strony nie wykluczam też ewentualności, że poczyniłeś je z prostego odruchu, a nie z odwagi problemowego nowatora. Do tematu. Otóż, gdyby nie siła integrująca, ten zbiór egoistycznych z natury rzeczy komórek, jaki dzięki owej sile składa się na funkcjonujące o wiele pięter wyżej ludzkie ciało, byłby albo zszedł „drogą dostosowania” do poziomu funkcjonujących żywych drożdży, albo przestał funkcjonować i obumarł. Tak samo jest z ludzkim nie-zintegrowanym jedną ideą zbiorowiskiem i zintegrowaną przez nośnik pewnej idei społecznością. To zaś, że stajemy się zintegrowani, zawdzięczamy wchodzeniu w między-osobnicze, między-rodzinne, między-sąsiedzkie, między-narodowe relacje. Egoistyczna izolacja jest z kolei drogą donikąd. Chciałbym wierzyć, że tu się mylę, niemniej wiele wskazuje na to, że integrującego posłuszeństwa nie osiąga się – jak już powiedziałem – w toku przekonywań; że trzeba je wymusić. I, że stąd ofiary są koniecznością.
SCEPTYKOWSKI: Ja tam nie myślę w c a l e o jakichś ofiarach. Myślę, że ten, który pisze nasze przeznaczenie, totalnie zawodzi. Mógłby przecież wymyślać ciekawiej dobrane słowa niż te, które wypowiadamy. I mógłby też spowodować, by na naszej scenie zaczęło się wreszcie coś dziać!
WĄSALEWICZ: Jeśli o to chodzi, to w księgarniach niestety łatwiej natkniemy się na kolejne opracowanie tematu „Dzieje oręża polskiego” aniżeli na jedną choć pozycję pod tytułem „Dzieje myśli polskiej”.
WŚCIBSKA: No i dobrze. Kobieta nigdy nie przedłoży umiejętności opowiadania filozoficznych bajeczek nad to, że mężczyzna w razie niebezpieczeństwa, o jakie nietrudno zwłaszcza w obecności wcielonego piękna, ją obroni.
WĄSALEWICZ: Założę się, że pięknie filozofujący mężczyzna równie łatwo rozbroi z oporu, zdolną docenić jego intelektualny kunszt, kobietę, jak Jurand, powalający siedmiu Krzyżaków.
WŚCIBSKA: Przegrasz ten zakład. Ale nawet jeślibyś wygrał, związek powstały z tak nawiązanej relacji nie zdałby próby czasu.
WĄSALEWICZ: O, o tym to już musiało by zadecydować pewnego typu zmaganie pomiędzy facetem, który uznał, że moc da mu wgłębianie się w dziedzinę sensów, a typem, któremu wmówiono, że będzie silniejszy, kiedy dłońmi obwiniętymi w bandaże wyprowadzi w toku treningów po tysiąc ciosów dziennie na skórzany worek nabity trocinami!
SCEPTYKOWSKI: W niczym gorszy nie jest worek nabity trocinami niż mózg nabity tym samym.
WĄSALEWICZ: Trociny w worku nie powiedzą nic, natomiast zawartość mej czaszki wymogła na podległym sobie aparacie mowy, by wypowiedział to choćby, że twoja bezczelność go rozwesela.
SCEPTYKOWSKI: To doprawdy bezczelność, że ośmielam się być od ciebie mądrzejszy.
WŚCIBSKA: ‘W życiu trudno bić o rozejm: / raz n a wozie, raz p o d wozem!’.
WĄSALEWICZ: Świetnieś to powiedziała, moja Wścibska. Prędko rozpadł by się świat, gdzie by tylko na wozie się było, a bycia pod wozem się nie zaznało. Tak samo stan statycznej równowagi – w miejsce romantycznego miotania się – niedobrze by było, gdyby wdarł się w historię. Świat istnieje dzięki różnicom – płci, majątku, poglądów. Sprawiedliwość według zasady „każdemu po równo” pozostaje w sprzeczności z naturą rzeczy, która to rzecz, żeby istnieć, musi być różnobarwna. Równe są bowiem: żółć – żółci, czerwień – czerwieni. I tak dalej. Tymczasem, gdyby miała panować równość, należałoby zlikwidować wszelką rozmaitość, ponieważ żółć nie jest równa czerwieni. Wszystko musiało by być… szare!
WŚCIBSKA: ‘Że jednakowe są żołądki, głodny sytemu wbija bluzgi. / Lecz niech pomyśli,
– 7 –
czy tak samo nie jednakowe są też… mózgi?’.
SCEPTYKOWSKI: Ty jesteś albo głupi, albo nieuczciwy, albo nikczemny, albo… po prostu jesteś skurwysynem! Bo rozumiem, że Wścibska tą idiotyczną fraszką utrafiła w samo sedno twego światopoglądu?
WĄSALEWICZ: Tak jest!
SCEPTYKOWSKI: Dajmy więc na to, że ty urodziłeś się wielkim, a ja – małym. Będzie wtedy rozmaitość, będzie ciekawie. Lecz dlaczego z tego powodu ja, jako mały, miałbym cierpieć?!
WĄSALEWICZ: Czy nie sądzisz, że cierpienie jest już lepsze aniżeli obojętna czyjemukolwiek zainteresowaniu nijakość? Mówisz: „dlaczego miałbym cierpieć?”. Czyż więc, przychodząc na ten świat, chciałbyś mieć – bez żadnej własnej zasługi – wszystko dobre zagwarantowane? Nie chciałbyś mieć żadnego własnego wpływu na swój los, natomiast żądasz od Boga, by sprezentował ci los idealny?
WŚCIBSKA: Pewnie, żeby cokolwiek mogło się polepszać, w punkcie startowym tego „czegokolwiek” musi być gorzej. Albo nawet źle.
WĄSALEWICZ: Wścibska za moim punktem widzenia optuje zapewne tylko chwilowo, więc nie sądź, Sceptykowski, żeśmy tutaj oboje na ciebie się uwzięli. I powiem ci jeszcze, że jest moralne czynić starania po temu, ażeby swój byt wywyższyć nad inne. Jest tak, ponieważ, obok żądzy własnego wywyższenia, nie ma innego motywatora do rywalizacji. Natomiast rywalizacja wyzwala skryte w nas energie, co przekłada się na twórczą (choć w przypadku niewłaściwego pokierowania jej strumieniem – czasem i niszczycielską) aktywność.
SCEPTYKOWSKI: Doprawdy? Chcesz wywyższyć swój byt dlatego, że jest to… moralne? Żaden z wielkich filozofów nie nakłonił cię do pokory?
WĄSALEWICZ: Żaden z filozofów nawołujących do pokory nie był myślicielem wielkim, o ile w ogóle zasłużył na to miano w skali mniejszej.
WŚCIBSKI: Ejże, Wąsalewicz! Pokorę wszak zalecał sam Jezus z Nazaretu!
WĄSALEWICZ: Jezus swoją misję na ziemi zakończył, mając lat zaledwie 33. Jak którykolwiek z ludzi tak młodych miałby trafić w przysłowiową dziesiątkę, wskazując uniwersalny kierunek postępowania dla całej ludzkości!
WŚCIBSKA: „Pokorne cielę dwie matki ssie”, jeśli chodzi o przysłowia.
WĄSALEWICZ: Pokornie należy się ustosunkowywać tylko wobec wyroków logiki. Wyrośniesz na olbrzymkę, ssąc dwie matki. Lecz czy rzecz w tym, by „rosnąć w siłę i egzystować dostatnio w zamożnym społeczeństwie”?
SCEPTYKOWSKI: To oczywiste, że nie! Rzecz w tym, by żyć w nędzy i cierpieć za miliony!
WŚCIBSKA: Przyznam ze smutkiem, że i mi nie odpowiada pruski dryl i anglosaska pewność siebie.
WĄSALEWICZ: Wbrew pozorom, najwytrwalsi w pochodzie ku nieskończoności będą nie atleci, lecz – ludzie delikatni. Każdy byt bowiem musi jakoś się mieć do bytów innych, ale także – do siebie samego, gdzie zawsze zachodzi relacja ‘jeden do jednego’. I w tym ostatnim przypadku dobrze być słabym; a to po to, ażeby być silnym. Dobrze być słabym wobec wszechwładztwa swoich marzeń, które kumulują się najchętniej w chwiejnej, rachitycznej trzcince. Marzenie bowiem to projekcja – a więc i projekt – przyszłości. Jeśli zaś swą myśl umiejscowię w przyszłości, to przyszłość, a nie uwiędły kwiat wspomnień, będzie mnie ku sobie przyciągać. W ten sposób pozyskam stale otwierającą się – coraz dalej i dalej – perspektywę postępowania w nieskończoność.
SCEPTYKOWSKI: I na cóż ci owa nieskończoność! Czyżbyś nie wyglądał – z naprawdę serdecznym utęsknieniem – chwili, kiedy to wszystko będziesz miał już poza sobą?
WĄSALEWICZ: Od bytu nie ma ucieczki. Słyszałeś legendę o Żydzie – Wiecznym Tułaczu? To metafora każdego człowieka, każdego stworzenia i całego wszechświata. Na skutek tego,
– 8 –
że w krytycznym punkcie dziejów do czegoś dochodzi lub nie dochodzi, następuje nawrót kołowrotu historii. Co rusz rozpoczynać naukę – tego, naprawdę zdolnego dać lekcję pokory, przedmiotu – od zerówki? To było by wpierw tragiczne, a potem, gdy już pogodzilibyśmy się z takim obrotem sprawy, stało by się zwyczajnie smutne. Czy raczej jeszcze gorzej niż smutne, bo nijakie. Jak nijaka jest nicość.
WŚCIBSKA: I zapewne bojownikiem zaliczania kolejnych klas historii sam piszesz się być? Nawet jeśli by przyjąć takie dążenie za zbożne, to jakie boje ty odbywasz, by je zaznaczyć?
SCEPTYKOWSKI: Podejrzewam, że żadne.
WĄSALEWICZ: Po prostu prowadzę grę z losem.
SCEPTYKOWSKI: Każdy taką grę prowadzi.
WĄSALEWICZ: Tym niemniej – ja tej grze przywodzę.
SCEPTYKOWSKI: Skąd tak śmiała h i p o t e z a na wargach tchórza, który nigdy nie zniżył się do, mającego dać jednoznaczny rezultat, pojedynku?
WĄSALEWICZ: Nie mów o mnie jako o tchórzu. Wszak pojedynkuję się tutaj z kimś tak groźnym jak ty. Kto wie, czy, z braku innych argumentów, nie sięgniesz za chwilę po tasak?
SCEPTYKOWSKI: Możemy sobie tak rozmawiać tatka-latka, a z góry wiadomo, że nie przyniesie to żadnego wiążącego rozstrzygnięcia. Przyznaj sam, że nie wierzysz, że tutaj, poza samą przyjemnością, dla której wzajemnie się obsmarowujemy, istnieje konkretny cel tej, podług mnie tylko pozorowanej, wojny!
WŚCIBSKA: A jesteś pewny, mości Sceptykowski, czy nie umrzesz naprawdę, gdy uzmysłowisz sobie pewnego dnia, że w rozmowie z Wąsalewiczem dopuściłeś się fałszu, który jest grzechem śmiertelnym?
SCEPTYKOWSKI: W ważnych sprawach nie kłamię nigdy.
WŚCIBSKA: A jakie są to te twoje „ważne sprawy”? Czy chcąc „dla zdrowia” wydymać panienkę, nie posłużyłeś się nigdy fałszywym wyznaniem jej… miłości?
SCEPTYKOWSKI: A co to jest miłość? Powiem ci od razu, że, gdy ją zdefiniujesz, wykażę ci zaraz, iż rzecz ta nie istnieje!
WĄSALEWICZ: Wypada, iż jest to korzystne dla ciebie związanie, dla którego dobrowolnie rezygnujesz z osobistej wolności.
SCEPTYKOWSKI: Pytałem o to Wścibską.
WĄSALEWICZ: Próżno niewiastę posądzać o kreatywność.
WŚCIBSKA: Nie martw się o mnie. Ani o moją płeć. Wy jesteście, jak wiadomo, lepszymi kucharzami. Więc może to być, że my za to umiemy lepiej myśleć. Jak się gada o niczym, to jesteście lepsi, ponieważ do stwarzania z niczego potrzebna jest kreatywność. Natomiast zdychacie przy konkretnych problemach epoki.
WĄSALEWICZ: Powiedz lepiej, że wszyscy zdychamy.
SCEPTYKOWSKI: Sceptycyzm ma się dobrze.
WŚCIBSKA: Widzisz, Wąsalewicz? Późno bo późno, ale w końcu sprowadziliśmy cię do parteru, by użyć gwary sportowców-zapaśników.
WĄSALEWICZ: Bynajmniej nie zaraziliście mnie sceptycyzmem, najmilsi. Mimo to, że czasem wymsknie mi się jedno, typowe dla małodusznych szubrawców, zdanie, nadal wierzę, że ludzie będą mądrzeli – w miarę, jak przyjdzie przyrastać ich znajomości quasi-literackich tekstów pisanych przez mnie. Bo upatrzony kurs tej wędrówki już mam i nie będzie to, jak może bywało, błyskotliwe przebieranie nogami po nieskazitelnym trotuarze.
SCEPTYKOWSKI: Tymczasem przyrastają pod wszystkimi co większymi miastami olbrzymie wysypiska śmieci, gdzie króluje polimer, który ulegnie utylizacji po setkach tysięcy lat.
WĄSALEWICZ: Ależ polimery są dla nas przykładem wielce budującym!…
SCEPTYKOWSKI, WŚCIBSKA: Co??
– 9 –
WĄSALEWICZ: … , ponieważ, jak widać stąd, co powiedziałeś, że ich, jako pochodnej tego, czym przed milionami lat wraz ze zwierzętami byli nasi przodkowie, ogromna trwałość zapewni i nam, po umiejętnym zaprogramowaniu genetycznym, trwanie prawie w nieskończoność – z zachowaniem życia.
SCEPTYKOWSKI: A ile czasu byśmy żyli zapewne, gdyby budulcem naszych ciał uczynić… złoto!
WĄSALEWICZ: Dla tego celu także i złoto może okazać się przydatne! Przyjmuję za możliwe, że w żywym człowieku właśnie ono funkcjonuje jako, dający mu długowieczność, mikroelement!
WŚCIBSKA: Co się tak podniecasz.
WĄSALEWICZ: Gdyż jest to ekscytujące! Bo może się wreszcie okazać, że nie darmo-śmy powzięli decyzję przyjścia na ten świat, który byłby dziwny jedynie w przypadku, gdyby jego bieg miał zwieńczyć nie laur zwycięzcy, tylko cmentarna chryzantema!
SCEPTYKOWSKI: Świat nie jest dziwny? To dlaczego co dnia doświadczamy w nim tyle zła?
WĄSALEWICZ: Dlatego, że może istnieć jedynie dzięki spełnieniu określonego warunku: że, istniejąc, będzie tak, jakby nie istniał. Otóż nicość, niebyt, zaświat – to jest czysta negacja; pierwotny stan; aktywny, aczkolwiek tą aktywnością, która może zanegować jedynie samą siebie. Ponieważ w stadium początkowym bytu, poza nim, by tak rzec, nie istnieje nic.
WŚCIBSKA: Dosyć z tym filozofowaniem!
WĄSALEWICZ: Teraz widzę, że dobrze się stało, iż nie zabrałem do was mojej żony; ona zablokowała by dyskusję jeszcze przed jej rozpoczęciem. Też byśmy rozmawiali, lecz powtarzanie ploteczek ze światka celebrytów trudno by nazwać dyskusją nawet w tak tolerancyjnym światopoglądowo kraju jak Polska. Jedni puszczają tu mimo uszu to, co mówią drudzy; drudzy, co mówią pierwsi. Będę się streszczał. Otóż to, co powiedziałem wyżej, można też oczywiście oddać słowami innymi: że naturalnym stanem istnienia jest nieistnienie.
SCEPTYKOWSKI: Brzmi to zagadkowo, jeśli nie absurdalnie.
WĄSALEWICZ: Na pierwszy rzut oka każdy paradoks zdaje się być absurdem, co dotyczy także podwalin bytu, w którym – chcąc nie chcąc – po uszy tkwimy. Ale do tematu. Każdy umiejący policzyć do dziesięciu adept sztuki główkowania wie, że dane o istnieniu, a więc jedynym zdatnym do rozważania temacie, czerpiemy tylko z dwóch źródeł. Jedno to jest to, czego dostarczają nam zmysły; drugie to jest to, czego dostarcza nam rozum. Zmysły powodują to, że czujemy; rozum powoduje, że to samo możemy sobie wyobrażać. Zagadkę czasu, może najbardziej abstrakcyjną z podstawowych uwarunkowań istnienia, a więc niby bardziej podpadającą pod myślowe spekulacje, aniżeli pod zmysłowe czucie, mi osobiście udało się rozszyfrować – o dziwo – dzięki czuciu.
SCEPTYKOWSKI: Przynudzasz.
WĄSALEWICZ: Spokojnie, jeszcze tylko 2 zdania. Otóż samo istnienie bytu biologicznego (nie mówię tu o odżywianiu się, wydalaniu czy rozmnażaniu) wymaga odeń aktywności, a więc – nieustannych aktów woli. Żyjąc, płyniemy jakby w rzece, której prąd znosi nas w morze martwoty, o ile w porę nie zorientujemy się, że warunkiem utrzymania się w stanie mocy jest płynięcie pod prąd, i realizujemy jedynie słuszną decyzję płynącą z tego spostrzeżenia. Ja wiem to dzięki zmysłom, które wielokrotnie dostarczały mi informację, że słabnę, kiedy się nie angażuję w sprawy świata, w tym w sprawę własnego interesu. Wniosek: istnienie wymaga trudu, który człowiek nie lubiący się przemęczać nazwie ‘złem’.
SCEPTYKOWSKI: To wszystko?
WŚCIBSKA: Wtajemniczę cię, Wąsalewicz, że ludzi „lubiących się przemęczać” w naszym kręgu cywilizacyjnym zwie się nie za bardzo chwalebnym mianem ‘masochistów”.
WĄSALEWICZ: Gdyby nie owi „masochiści”, nadal chodzilibyście w łapciach z łyka i orali pólka drewnianą sochą.
– 10 –
WŚCIBSKA: A ty nie?
WĄSALEWICZ: Ja po prostu należę do owych ‘masochistów’. Niemniej na zadany przez was temat powiedziałem jeszcze nie wszystko, co wiem w tej chwili. Na razie powiedziałem, że, aby żyć, trzeba płynąć pod prąd jakiejś rzeki. Teraz dodam, że jest to rzeka czasu. W świetle przytoczonego doświadczenia, które dostarczył mi zmysł czucia, wygląda na to, że czas wypływa immanentnie z materii i jest wobec niej niszczycielski. Dalej idzie to, że jego niszczycielskiemu działaniu można nie ulec, kiedy dokonuje się sensownych wysiłków.
SCEPTYKOWSKI: Zaraz, zaraz. A przedmioty nieożywione? Nic chyba nie wskazuje na to, że dokonują jakichś wysiłków, a „mimo to” niewątpliwie istnieją w czasie! Coś pochrzaniłeś, Wąsalewicz, w tych swoich filozoficznych podejściach do talerza z pieprzonymi problemami.
WĄSALEWICZ: Tłumaczę to tak, że za przywilej bycia żywym, a więc mającym aktywny wpływ na rzeczywistość, trzeba płacić. Natomiast przedmioty nieożywione są wolne od takich perturbacji, ponieważ nie płyną, tylko spoczywają bezwładnie na dnie rzeki czasu – na podobieństwo kamieni.
SCEPTYKOWSKI: Ładna metafora. Jeszcze gdyby odpowiadała prawdzie…
WĄSALEWICZ: Istnieją prawdy weryfikowalne w każdej chwili, które jeśli nawet się podważa, to na zawołanie dają się potwierdzić. Lecz istnieją też prawdy w i a r y , które nie posiadają łatwo dającego się przeprowadzić dowodu. Z braku laku trzeba je jednak tymczasowo przyjąć, a to chociażby po to, żeby w naszym światopoglądzie nie było dziur.
WŚCIBSKA: Nie rozwiałeś zapewne wątpliwości Sceptykowskiego co do wszystkich aspektów jego pytania. Ponieważ nadmierny wysiłek nie jest jedynym rodzajem zła, jakiego każde z nas codziennie doświadcza.
WĄSALEWICZ: Na wszystko przyjdzie pora. Zacząłem od wyjaśnienia zagadki czasu, ponieważ także zło o ile się odbywa, to odbywa się w czasie.
SCEPTYKOWSKI: Niczego nie wyjaśniłeś.
WĄSALEWICZ: Jeśli uznajesz, że nie wyjaśniłem jej t o b i e , to jest to problem twego braku lotności; dla mnie ważne jest to, że s a m nie muszę się już dręczyć, iż czegoś nadal nie rozumiem na terenie, który od dziecka próbowałem rozpoznać.
WŚCIBSKA: Jeżeli rozmawiasz z nami, to chyba nas co do swoich prawd chcesz przekonać, a nie siebie. Ty przecież swoje własne prawdy kochasz nad życie.
SCEPTYKOWSKI: Nad życie przynajmniej tych, którzy ci uwierzyli, a tym samym stali się dla ciebie niegroźni.
WŚCIBSKA: I nie będą się mścić na tobie za nieżyciowość twoich wskazań, lecz stojąc już pod Ścianą Straceń krzykną w twarz plutonowi egzekucyjnemu: „niech żyje teoria, mówiąca, że dwa dodać dwa daje pięć!”.
SCEPTYKOWSKI: Ty zaś, stojąc z boku, z zadowolenia pokraśniejesz i mrukniesz pod nosem: „widocznie naprawdę jestem mądry, skoro za moje nieweryfikowalne prawdy ludzie gotowi są ponieść śmierć”.
WĄSALEWICZ: Skoro ci ludzie dali się przekonać co do moich prawd, to musiało być w nich coś przekonywającego, a więc nie całkiem pozbawionego sensu.
WŚCIBSKA: Trochę prawdy, gdzie była ona dla ciebie korzystna; trochę fałszu, który ukrywał twe łajdactwa.
SCEPTYKOWSKI: My nie damy ci się zwieść, Wąsalewicz! Prawda jest obiektywna i jedna, a każda ideologia, jedną z jakich ty usiłujesz w nas wmówić, stanowi wykroczenie poza sprawiedliwe traktowanie tak ludzi, jak problemów!
WŚCIBSKA: Mało tego! Sprawiedliwość jest nie sama dla siebie, nie dla samej sprawiedliwości! „Gdzie rządzi kłamstwo, szerzy się śmierć” – sam to powiedziałeś! Zaś wykroczenie przeciw sprawiedliwości na gruncie nauki prowadzi do błędu blokującego tej nauki postęp, a więc po prostu do popadnięcie w błędne koło, w obłęd.
– 11 –
WĄSALEWICZ: Obserwowanie świata i znajdywanie w grach jego aktorów nauki dla siebie oznacza rezygnację ze skupienia się na sobie. Choćbym błądził, sobie wierzę. I wam radzę: „błądźmy, błąd nas naprowadzi”. Uczeni powtarzają dziś zgodnym chórem, że wszechświat stworzył się sam, spontanicznie. A więc bezmyślnie lub lekkomyślnie, nie zaś na bazie jakiegoś „inteligentnego projektu”. Czyżby mieli się przyznać tym samym, że to twierdzenie utkało się im równie bezmyślnie i było tylko mechanicznym następstwem pracy ich mózgów, wałkujących słomę myśli jak młockarnia? Bez żadnego wysiłku? Trudu? Studiów? Wszystko samo się robi? Co powoduje zawodnikami podnoszącymi ciężary na sztandze? Obserwując ich boje z zewnątrz, można pomyśleć, że ci muskularni ludzie podnoszą sztangę bez żadnego wysiłku, a grymas bólu widoczny na ich twarzach podczas spektaklu jest tylko ozdobniczym strojeniem min, w gruncie rzeczy nie wiadomo na co komu potrzebnym. Uczeni, mówiący o owej spontaniczności, zapomnieli, że akt stwarzania świata nie jest wobec nich zewnętrzny; że sami, w swoich poszukiwaniach naukowej prawdy, w sobie po raz 10 do potęgi 500 świat stwarzają, co pracą jest ciężką! Sami byli w tym, co stwarzało się w trudach!
WŚCIBSKA: O co ci chodzi, Wąsalewicz!
WĄSALEWICZ: O to, żeby wam uzmysłowić, że stworzenie świata było ciężkim bojem, którego wynik nie był z góry przesądzony, i że bój ten odbywał się na płaszczyźnie realnej eliminacji wielu koncepcji złych przy ogromnym ryzyku zaprzepaszczenia jedynej koncepcji dobrej. Chodzi mi o to, że walka odbywająca się co dnia we wszechświecie – o jego perspektywiczną kontynuację – jest tyleż praktyczna co teoretyczna i nie jest wygrana z góry. Chcę wam to uzmysłowić, żeby was przekonać, że ten świat nie jest nudny, jest o co w nim walczyć i że bojownikami jego sprawy – a w każdym razie kibicami – możecie być także wy.
SCEPTYKOWSKI: Ja tam już bym wolał, żeby był nudny, zamiast doświadczać w wypełniającym go życiu tylu okropieństw.
WĄSALEWICZ: Niestety prawa świata zostały ukształtowane nie podług twojej woli, a jego – kształtujący się na bieżąco – bieg wyznacza raczej ktoś inny niż ty.
SCEPTYKOWSKI: No więc powiesz, czy nie powiesz?! Skąd w życiu tak wiele zła!!
WĄSALEWICZ: Że świat w ogóle istnieje, wydaje się być myślącym ludziom rzeczą ponad ludzkie pojęcie. Nie wzbudziło by natomiast kontrowersji żadnych, gdyby jakaś pozaświatowa świadomość przedstawiła samej sobie twierdzenie, że nie istnieje nic. Tyle, że „nic” jest właśnie złe, a to, jako że świat powstał z niczego, oznacza, że powstał on ze zła. Pytając, „skąd w życiu tyle zła”, robisz tak, jakbyś stwierdzał: „życie ma pewne cechy dobre, na przykład ponętne dziewczynki; ale po co istnieje ktoś taki jak moja kłótliwa wymagająca matka?”. Jeśli nie przekonuje cię co do mojej opcji, że wykazałem absurdalność twojej, to jesteś po prostu kupą bezmyślnego mięsa.
WŚCIBSKA: Nie obrażaj mojego partnera.
SCEPTYKOWSKI: Nie, czemu? Niech mnie obraża, o ile potrafi. Tyle, że nie potrafi. Ponieważ istnieją na świecie kraje dobrze rządzone, gdzie dobra jest tylekroć więcej niż zła, że to ostatnie – bez szkody dla sprawiedliwej oceny – można pominąć.
WĄSALEWICZ: Posłuchaj, Sceptykowski. Że w takich Stanach Zjednoczonych Ameryki za sumienną pracę na danym stanowisku zarobisz tyle, że za to dobrze się nażresz, kupisz samochód, którym w korkach dojedziesz w końcu do swej fabryki czy biura, i dom, gdzie będziesz oglądał na zmianę 60 kanałów „ti-vi” przez 6 godzin dziennie, nie oznacza, że tam jest samo dobro. Dobro w czystej postaci to według polskich standardów: same plusy, żadnych minusów. A to jest niemożliwe ze względów ontologicznych (o ile nie wiesz, to ci wyjaśnię, że ontologia jest to nauka o bycie). Dlatego, że dana rzecz może funkcjonować jedynie w ramach dobra i zła – ł ą c z n i e . Podobnie jak zbaczać tylko na prawo i na lewo; wznosić się lub spadać tylko w górę i w dół; poruszać się do przodu i do tyłu.
SCEPTYKOWSKI: Jednocześnie skręcać na lewo i w prawo?
– 12 –
WĄSALEWICZ: O to chodzi, że jest jeden f r o n t , który łączy przeciwstawne strony tam, gdzie zaistniewa możliwość lub konieczność poczynienia wyboru. Najczęściej tak jednoznacznych kierunków jednak nie obieramy, tylko nasz kurs jest skomplikowaną kombinacją ich wszystkich. Ale jak nie ma lewej strony bez prawej, tak nie ma dobra bez zła.
WŚCIBSKA: Samo dobro mógłby nam i Sobie wszelako – jako wszechmocny – zagwarantować… Jedyny Bóg?
SCEPTYKOWSKI: Musiał by wtedy jednak rzeczywiście wszystkim rządzić, zamiast odbierać tylko hołdy w kościołach i zadowalać się tym, że – jak wszystko inne – po prostu jest. A na czym polega rządzenie? Na przywoływaniu do porządku tych, którymi się rządzi, z wygodnego im rozpasania.
WŚCIBSKA: Rządzący przede wszystkim nie może pozwolić, by ktokolwiek rządził – nim. Nie wolno mu też popaść w, wyobcowane z wszelkich dążeń, dryfowanie.
WĄSALEWICZ: Trzeba sobie powiedzieć: „albo – albo!”. Albo wszystko mi zwisa i poddaję się spychającym mnie na peryferie innym graczom, albo stawiam im czoła i jestem w centrum wydarzeń. Wszechświatowi początek dał akt zanegowania pierwotnej negacji przez samą siebie, co było wydarzeniem, a to ważne, ponieważ jest on nie czymś innym jak wydarzeniem właśnie. Każda jego nowa chwila potrzebuje impulsu, który ją uruchamia, a dosadniej mówiąc, wręcz stwarza. Jest jak wiatr, który – w stanie wyciszenia – nie istnieje.
SCEPTYKOWSKI: No to istnieje, czy nie istnieje? Decyduj się!
WĄSALEWICZ: Istnieje i nie istnieje. Bo jeśli chwilami istnieje jako byt dający się badać, to dzięki temu, że chwilami sąsiednimi znajduje się… poniżej nieistnienia. Plus – minus zero to wszechświat; plus – minus nieskończoność to dzieje jego.
WŚCIBSKA: Jakkolwiek wygląda mechanizm przeskakiwania z chwili na chwilę tego „nie wiadomo czego”, którym jest świat, praktyczne znaczenie dla nas mają kwestie przyziemniejsze. Jak zaradzisz bowiem temu, że pewien silny biologicznie naród, który poczuł już w historii oznakę swej wielkości, znowu ma chęć podokazywać – kosztem wkrótce może też i naszego kraju?
WĄSALEWICZ: Dopuszczam, że mogę tu być w błędzie, lecz chciałbym wierzyć, że historia, choć musi żyć czymś mocnym, to niekoniecznie – wojną. Może żyć też kulturą, jeśli w ten rodzaj społecznej działalności dostatecznie mocno się zaangażujemy. Żeby tak się stało, pracownicy kultury muszą, jak to się mówi w sporcie „wziąć na siebie główny ciężar gry”. Pewnie, że będzie to rzecz niełatwa, co łatwo przewidzieć, wiedząc że pisarze, malarze czy aktorzy od momentu, gdy ich światek potężnie się zdemokratyzował, mogą sobie pozwolić na życie ułatwione. Lecz stanowi dla intelektualisty wyzwanie jakże frapujące wykazać, że w rozgrywce o trofea poeta może wygrać z łobuzem w mundurze.
SCEPTYKOWSKI: Wystarczy, że ten intelektualista wyjedzie swoim kadilakiem pod miasto i wejdzie w las, gdzie zetknie się z dzikiem. Wtedy cała jego moc, zdolna w jakiejś części oddziałać jeszcze na łobuza, pryśnie jak mydlana bańka. Będzie bezbronny. W tejże sytuacji niedoceniany przez ciebie łobuz wziąłby kawałek drąga i dziką świnię przegonił.
WŚCIBSKA: I jak słabowity intelektualista poradzi sobie w łóżku z kobietą!
WĄSALEWICZ: Nikt tu nie kwestionuje potrzeby, dla której w gospodarstwie funkcjonuje czeladź. Niemniej niech ta czeladź nie pcha się do sprawowania rządów! A co do relacji na linii kobieta – mężczyzna. Jej sensem jest odnawialność pokoleń; teraz ten sens się zmienia, ponieważ nastało pokolenie ostateczne.
SCEPTYKOWSKI: I co to pokolenie będzie robić, skoro odbierzesz mu podstawowe funkcje biologiczne.
WĄSALEWICZ: To należy ustalać. Stale ustalać; nie to, że raz na zawsze ustalić. W obliczu osiągnięć postępu cywilizacyjnego, człowiek jest już wyzwolony z instynktów, jakie dotąd upodobniały go do zwierzęcia. Stał się niby bogowie. Może kroczyć w najrozmaitszych
– 13 –
kierunkach tak dla siebie jako jednostki, jak dla społeczeństwa, w które jest wkomponowany.
WŚCIBSKA: Czyżbyś tak oto usiłował wesprzeć tę paskudną ideologię Gender?
WĄSALEWICZ: Gdy tylko widzę moją żonkę, wszystkie moje skłonności do tej defensywnej ideologijki pierzchają jak niepyszne.
WŚCIBSKA: No więc jak? Chcesz w pełnym blasku swych sił witalnych zejść ze sceny, czy w nieskończoność starzeć się i starzeć, świadomy, jaką cenę płacisz za bycie nieśmiertelnym?
WĄSALEWICZ: Proponuję, żebyśmy ponownie spotkali się tutaj – za tysiąc lat. Okaże się wtedy, czy mego pragnienia pożałowałem.
SCEPTYKOWSKI: Wiesz już dzisiaj, że to nierealne.
WĄSALEWICZ: Realne, czy nie; możemy się umówić.
WŚCIBSKA: Tak więc do widzenia za tysiąc lat! Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! [Odchodzi].
SCEPTYKOWSKI: Pamiętaj, że jeśli umrzesz choć dzień wcześniej… [Wykonuje pogrożenie palcem, po czym odchodzi za Wścibską, na moment jeszcze się obejrzawszy]: Idę za Wścibską do kuchni – pojeść. Ty rób, co chcesz.
WĄSALEWICZ [sam]: Te ściany są świadkami, że wiem, co mówię, bijąc w swój dalekosiężny cel. Żeby żyć tak długo, należy – paradoksalnie – robić to z maksymalną intensywnością. Do roboty, Wąsalewicz! Przed tobą wyzwanie ściśle intelektualne, ponieważ – zanim zaczniesz ją urzeczywistniać – musisz wymyśleć swoją długodystansową przyszłość!
K O N I E C A K T U P I E R W S Z E G O ===================================================================
A K T D R U G I
Wszystko tak samo jak w akcie pierwszym, tyle że teatralne jupitery stopniowo rozświetlają scenę i s i e d z ą c y c h już w fotelach Sceptykowskiego, Wąsalewicza i Wścibską.
SCEPTYKOWSKI: No to spotykamy się po tysiącu lat.
WŚCIBSKA: I nic się nie zmieniło! Nie jesteśmy zupełnie młodzi, ale wówczas też nie byliśmy. Sytuacja pozostaje taka sama, jaką była wczoraj; nie – po upływie milenium.
WĄSALEWICZ: I wypada ocenić to pozytywnie, ponieważ okazało się, że jako ludzie byliśmy w stanie przebiec czasowy dystans – osiągalny dotąd jedynie dla stojących w miejscu sekwoi i niektórych dębów. Stało się tak zapewne dlatego, iż zaistniało wystarczające po temu biologiczne napięcie, jakie wytworzyła waga naszego zakładu.
WŚCIBSKA: Nie widzę powodu, dla którego w tej sprawie potrzebne byłoby wskazywanie jej mechanizmu. Stało się tak, bo się stało.
WĄSALEWICZ: Śmiem być innego zdania. Jest nas troje i żadne z nas nie może pochwalić się żadną inną wybitniejszą umiejętnością aniżeli teoretyzowanie. Nie jesteśmy na przykład ludźmi czynu, zgoda? Tymczasem coś musi być racją naszego istnienia! A, że nie chcemy pracować na rzecz jakichś „bytów wyższych”, które miały by logiczne prawo traktować nas za obiekt swoich polowań i następnie – raczenia się naszymi mięśniami jako mięsem, musimy uprawiać wyczyn tam, gdzie to robić nam się – przepraszam za bezczelną śmiałość – udaje. Natura bowiem nie toleruje bytów poszczególnych na nic nikomu do niczego niepotrzebnych.
SCEPTYKOWSKI: A co komukolwiek w czymkolwiek do czegokolwiek miało by być potrzebne?
WĄSALEWICZ: Musimy jeść, żeby nie umrzeć z głodu; w zimie musimy palić w piecach, żeby nie umrzeć z wyziębienia; musimy wyłaniać spośród siebie najbardziej kreatywne jednostki, które będą umiały wywierać na pozostałych posłuch, ażeby żyć w zintegrowanych przez nie racjonalnych państwowych organizmach, nie tam, gdzie nikt nie poczuwa się
– 14 –
do obowiązku przestrzegania prawa. Prawo stanowione przez specjalistów powszechnie jest obśmiewane. Tym niemniej bez niego – jakie by nie było – ludzie kulturalni nie mieli by – tylko z pozoru mającej wymiar czegoś naturalnego – przewagi nad dzikimi zwierzętami, chorobami, kataklizmami, anarchistycznymi bandami. Poza tym, mamy swoje marzenia, różne od rojeń patologicznej dziczy.
SCEPTYKOWSKI: O „nowym wspaniałym świecie”.
WŚCIBSKA: Twój optymizm pachnie mi socjalizmem.
SCEPTYKOWSKI: To komuniści mieli na ustach miód, a za plecami, „w prężnych dłoniach wyzwolonego robotnika”, sztylety.
WŚCIBSKA: Jako baba oczytana, wiem jednak, co o f i c j a l n i e utrzymywał Karol Marks.
Że „więcej wart jest jeden przejaw rzeczywistego ruchu, niż tysiąc manifestów”. Czytelnik umiejący czytać między wierszami, rozumie bez naprowadzania, iż ten „rzeczywisty ruch” to nic innego niż polityczny mord.
SCEPTYKOWSKI: Ty, Wąsalewicz, nie chcesz zrozumieć, że nawet mający w Polsce tak niedobre konotacje Adolf Hitler ubolewał, iż wojny są historyczną koniecznością w życiu narodów. Skoro zaś wojna, a nie udawany internacjonalistyczno-socjalistyczny pokój, to idźmy za Juliuszem Cezarem, powiedzmy: „zwycięzców się nie sądzi” i – zwyciężajmy! Też – w myśl wszystkich polskich pieśni patriotycznych o „boju świętym a prawym”; o tym, że nasi „poszli zabijać i mścić” i o „ułanach, którzy przybyli pod okienko do panienki” w ramach relaksu po odbytej krwawej potyczce.
WĄSALEWICZ: Co jest do rozumienia w poglądzie tak pospolitym? Żeby żyć, przy czym mimo wszystko wszyscy gotowi są się upierać, jedni sprawdzają po raz enty sprawdzone reguły praworządności; drudzy – sprawdzone wzory przestępczości; inni – jak ja – próbują wypracować „trzecią drogę”, która z konieczności jest niesprawdzona. To ostatnie daje możliwość większego niż gdziekolwiek indziej korzystania z wolności, ponieważ wydeptywanie tej drogi odbywa się na bezdrożu, gdzie żaden kierunek nie jest zakazany, ani nakazany. Wiadomo tylko, że masz iść.
SCEPTYKOWSKI: Masz absolutną słuszność! Byt ludzki ogranicza się wyłącznie do maszerowania!
WĄSALEWICZ: No, nie. W toku tych marszów musi dochodzić do spotkań. Co więcej: źle by było, gdyby nasz spacer przez życie miał się bez spotkań obywać.
SCEPTYKOWSKI: I co dalej? Miały by to być spotkania wyłącznie przyjacielskie?
WŚCIBSKA: Widzisz sam, Wąsalewicz, że twoja koncepcja „trzeciej drogi” natrafia na mur, w który tylko bić ci głową bez żadnego efektu. Chyba, że chowasz coś w zanadrzu…
WĄSALEWICZ: Genialne pomysły, jakich podświadomie spodziewacie się po mnie, mogą niekiedy nie przychodzić mi na zawołanie. Niemniej żywy człowiek nie spuszcza nigdy głowy, jako że życie jest jak bluszcz, który wspina się po m u r z e wbrew prawu ciążenia.
SCEPTYKOWSKI: Zaryzykuję, że mnie spoliczkujesz, i powiem, że nie wyglądasz mi na cyrkowca.
WĄSALEWICZ: A wyglądam na mistrza ciętej riposty?
SCEPTYKOWSKI: Też nie.
WĄSALEWICZ: To przyjrzyj się własnemu prawemu przedramieniu: usiadł na nim wielokropek – obrazujący bezradność wielkich stworzeń wobec kogoś, kto przyjął za pewnik, że Bóg pomaga idącemu w Jego imię.
SCEPTYKOWSKI: Idziesz w imię… Boga? A to dokąd?
WŚCIBSKA: I jeszcze mówisz, że biedronka jest to wielokropek?!
WĄSALEWICZ: Gdyby moja riposta na wasze niedowiarstwo nie była cięta, nie wywołała by w waszych oczach osłupienia. A Bóg chyba rzeczywiście istnieje, skoro mi pomógł.
SCEPTYKOWSKI: A jakim sposobem rozpoznałeś, że to, co mamy w oczach, przypomina
– 15 –
słup? Że chciałbyś, aby tak było, to rozumiemy. Każdy woli dać, niż brać. W ryj oczywiście.
WĄSALEWICZ: Dowalamy sobie wzajemnie, ale nie po to przecież, by przeciwnika powalić. Tylko przekonać go do naszych racji.
WŚCIBSKA: Co w praktyce przedstawia się tak, że pozbawiamy go mózgu, by na jego miejsce wszczepić parę komórek własnego mózgu, które przy odpowiedniej pielęgnacji stworzą z nich doskonałą replikę naszej osobowości o znormalizowanej masie. Będzie wtórna w stosunku do oryginału, niemniej co to za kłopot.
WĄSALEWICZ: Kiedy przyjmiesz naukę mistrza właściwej doktryny, będziesz mogła go pokonać jego własną bronią.
WŚCIBSKA: Sam, Wąsalewicz, określiłeś naszą trójkę jako zespół teoretyków, którzy dobrowolnie w swoich wewnętrznych sporach zobowiązali się nie sięgać po oręż.
WĄSALEWICZ: Owszem. Naszą bronią jest wyważone słowo, ale przecież mające oddziałać gwałtownie. Gwałtownie nie po to, żeby rozłupać czaszkę rywala, lecz przeprowadzić rewolucję w jego świadomości, dotarłszy do niej głównie uszami.
SCEPTYKOWSKI: I co dalej?
WĄSALEWICZ: W Radiu Maryja na okrągło puszcza się nasycone ciemnymi emocjami melodie o rozliczeniowych tekstach. Tymczasem szaleństwo widzenia Polski graczem-żołnierzem, którego bohaterski zryw zbawi świat, może zażegnać tylko sugestywna intelektualna rozprawa ze sceptykami – takimi jak ty. Otóż sceptycy są to ci, którym brak wiary, że, poza krwawym mordobiciem, nie ma drogi do zwycięstwa. Czyż więcej ma znaczyć – pytam ciebie – radosne walenie do ludzi z karabinów, aniżeli wysiłek poety, który usiłuje coś nowego stworzyć? Przecież ty, Sceptykowski, sceptycznie jesteś nastawiony do wielkiej sprawy wychodzenia na prostą drogę budownictwa z krętych ścieżek niszczycielskiej historii, ponieważ zwyczajnie nie masz na to dość wyobraźni!
SCEPTYKOWSKI: Na rzecz twojego zasranego optymizmu nie przemawia żaden historyczny przykład.
WĄSALEWICZ: Ależ przemawia jak najbardziej. Obojętnie czy pewien Lech miał naprawdę na imię Bolek, natomiast pewien Jan Paweł Drugi miał naprawdę na imię Lolek, totalitarny socjalizm nie wycofał by się z Polski, gdyby obu tym panom brakło cierpliwości w prowadzeniu politycznej gry. Pan Gwiazda lub pani Walentynowicz w negocjacjach z towarzyszem Jagielskim „unieśli by się honorem” przy podniesieniu przez stronę przeciwną jednego trudniejszego problemu i opuścili z ogniem w oczach słynną salę BHP. Ten ogień został by ugaszony dopiero w morzu krwi, jaka w konsekwencji tak rozpalonego „społecznego gniewu” musiała by popłynąć.
WŚCIBSKA: A przecież zwykłe morze było tam tak blisko!
WĄSALEWICZ: Właśnie. Natomiast Lolek przekonał Polaków wcześniej, że ich reprezentant ma czego w życiu szukać nie tylko z kamieniem w dłoni, bo i ze słowem w gębie.
SCEPTYKOWSKI: Ależ bardzo proszę! Wierz sobie w te swoje gruszki na wierzbie!
WĄSALEWICZ: W dobie upraw genetycznie modyfikowanych i gruszki na wierzbie są zupełnie realne.
WŚCIBSKA: Pan Wąsalewcz, jak widzimy, wprzęga do swego powozu konie nowoczesnej nauki. Tylko nie wiadomo, jak taki przeskok wyjdzie mu na zdrowie.
WĄSALEWICZ: Jestem tego w pełni świadomy, że może mi nie wyjść. Naturalna ewolucja na poziomie gatunków, tak samo jak operacje ludzkie na gatunkach, miewają kierunek rozwojowy, lecz niekiedy też – uwsteczniający. Otóż artyści za główny przedmiot swoich prac obierają przeważnie miłość i – piękno, jako rzecz z miłością najsilniej związaną. Robią tak, powodowani intuicją, nie zaś przemyśleniem. Niemniej to miłość do kobiety trzyma mężczyznę przy człowieczeństwie. Dzięki temu też na ogół nie przeobrażamy się w małpy.
WŚCIBSKA: Skąd ty to wszystko wiesz!
– 16 –
WĄSALEWICZ: Stąd, że nie wystarcza mi gromadzenie materiału wiedzowego o świecie. Porządkuję go, uzyskując w ten sposób prawidłowości, które widzę sens wam przedstawiać, ponieważ dopiero na tej linii rysuje się, mający znaczenie historyczne, fakt społeczny.
SCEPTYKOWSKI: Na cholerę ci jakieś „społeczne fakty”!
WĄSALEWICZ: Naturalną koleją rzeczy jest przechodzenie od marzeń do faktów. Tak na przykład natura ustanowiła n a t u r a l n e gniazdo dla bolca o imieniu własnym ‘penis’. Podobnie jak tutaj, nie da się prawdopodobnie i gdzie indziej wykluczyć zgoła fantastycznych wyników naturalnego zachowania. Co naturalne, przychodzi z przyjemnością. Jeśli zaś wszystko inne uznamy za nie mające znaczenia złudzenie lub – rzecz drugoplanową, pewne przynajmniej jest jedno: że czujemy się dobrze, albo źle. Ja czuję się dobrze, kiedy postępuję w myśl własnych przekonań, i do tego zmierzanie ku faktowi społecznemu jest mi potrzebne.
WŚCIBSKA: Pomijasz nasze zdanie. Traktujesz nas instrumentalnie.
WĄSALEWICZ: Trudno, żebym w a s z e zdanie j a formułował.
SCEPTYKOWSKI: A więc, mimo że teoretycznie jesteś przeciw wojnie, faktycznie taką uprawiasz? Jedno myślimy, co innego robimy?
WĄSALEWICZ: Nie. Jednak, jak wszędzie, i w relacjach zachodzących pomiędzy ludźmi musi być symetria. Przy czym, wbrew tradycyjnemu mniemaniu, front tej symetrii stanowi rzecz spajającą, nie zaś dzielącą.
SCEPTYKOWSKI: Jesteś więc za wojną.
WĄSALEWICZ: Nie. Niemniej wszystko wskazuje na to, że wszystkie te materialne masywy – Alpy, Pireneje, Himalaje (w istocie chodzi mi tu o tylko z pozoru twardą i ciężką materię wszechświata) – zawdzięczają swą potęgę nie samej sobie, nie odwiecznemu etosowi – jak chciał Marks – bezmyślnego materiału, który dopiero przez człowieka został rozpoznany. Cokolwiek istnieje, ma moc jedynie ze względu na swój immanentny dynamizm. Bo – kiedy kowboj-rewolwerowiec był dobry? Otóż, gdy był szybki. Kiedy komputer jest dobry? Otóż, kiedy jest szybszy niż inne. Będę trochę przynudzał, wybaczcie. No więc tak. Powszechnie wiadomo, że w wyniku napotkania cząstki materii przez cząstkę antymaterii obie te cząstki przestają istnieć, natomiast w ich miejscu pojawia się światło. Światło zaś, jak wykazały pomiary, nie ma masy, lecz porusza się zawsze ze stałą prędkością 300 000 kilometrów na sekundę. Kosmolodzy współcześni – że od t e j przejdę do d r u g i e j informacji – liczą historię wszechświata od chwili Wielkiego Wybuchu, czyli od stanu wszechświatowych stosunków sprowadzonych po punktu, który rozpoczął swą ekspansję. Ciż kosmolodzy twierdzą, że punkt ów ujawnił się spontanicznie i z podobną spontanicznością zaczął się natychmiast rozszerzać. Pewnie co poniektórzy, którym w ogóle zechce się przysłuchać moim wywodom, parskną, szczerze rozbawieni, że także ja, przy moim braku tytułów i niezdolności do wyrażenia mej teorii stosownymi równaniami, piszę się być kosmologiem. Niemniej moim przyczynkiem do nauki jest przynajmniej jeden drobiazg: humanizacja astrofizyki! Cokolwiek jest, musi czuć, myśleć, wiedzieć; w pewnych razach – czuć się w obowiązku dochowania tajemnicy. Wola poszczególnych cząstek wszechświata może być minimalna, niemniej jest!
SCEPTYKOWSKI: Więc mamy się bić, czy nie?
WĄSALEWICZ: Nie skończyłem! Tak więc dokończę. Krótko dlatego, że wiem, iż dłuższego wywodu nie znieślibyście. Wszechświat nie powstał raz na zawsze; stale musi być budowany. Jeśli jego materia w całości pojedna się z antymaterią, to wszechświat w całości przemieni się w światło, co będzie oznaczało koniec świata. Ale na koniec nie jesteśmy skazani. A nawet jeśli jesteśmy, to mamy jeszcze dość czasu i sposobności, ażeby uciec spod szubienicy. Teraz możecie uznać, że to już wszystko, co chciałem wam zakomunikować.
WŚCIBSKA: Całe szczęście.
SCEPTYKOWSKI: Poczekaj, Wścibska. Czy jest tak, Wąsalewicz, że dobrze cię rozumiem. Według ciebie, świat nie jest b u d y n k i e m , który się stawia, tylko b u d o w a n i e m
– 17 –
owego idealnego gmachu? Dążymy przecież do doskonałości i w pewnym momencie zawsze wszystko obraca się w ruinę…? Ale dobrze. Byłbym ci uwierzył, Wąsalewicz, ale jak ty byś to chciał robić? Budować coś z niczego? Nawet jeśli z niczego, tu pójdę na ustępstwo, zgoda. Ale kto miałby być tego budowniczym?
WĄSALEWICZ: Budowniczym, budulcem i budynkiem było to samo. I też to samo musiało być później tego wszystkiego niszczycielem. Owo c o ś czuło i myślało, działało. Świat jest bowiem zdarzeniem, które samo siebie określa – w celu udoskonalania kolejnych swoich odrodzeń po kolejnych swoich śmierciach. Lub inaczej: odbudowywań po rujnacjach.
WŚCIBSKA: I tym zdarzeniem, według ciebie, miała by być prowadzona ustawicznie ‘święta wojna’?
SCEPTYKOWSKI: I to nie wojna – jakaś zwykła. Wojna totalna, gdzie wchodzi w grę każdy oręż! Tyle że – jak i w naszej towarzyskiej wojnie na słowa – pod warunkiem, że nie będzie użyty.
WĄSALEWICZ: Mówiono mi w dzieciństwie na lekcjach religii, że Boga należy się bać albo go kochać, ale lepiej go kochać. Później, za mych lat młodzieńczych, wydawało mi się, że Bogu – takiemu, jakim Go sobie wyobrażałem – bardziej zależało by na rozgrywaniu z nami meczu, lub na prowadzeniu z nami mającej mieć rozstrzygnięcie dyskusji – na jednej płaszczyźnie, gdzie siły rozłożone były by równo. Ale o to chodzi, że Bóg jest to już Ostatnia Instancja i Jego porażka z kimkolwiek oznaczała by naprawdę coś strasznego. Myślę, że On wie, że zgodą na niebyt była by obojętność – tak Jego własna, jak bohatera występującego w Jego imieniu.
WŚCIBSKA: Obojętni stajemy się, gdyśmy się już ponad granice wytrzymałości ludzkiej natyrali i tylko obietnica, dana niegdyś rodzicom, powstrzymuje nas przed samobójstwem.
SCEPTYKOWSKI: Nie rozumiem, co można mieć przeciwko pogodnie obojętnemu kibicowi, który stawia, inteligentnie podważające sens wściekłego miotania się jakiegoś zapaleńca, pytania.
WĄSALEWICZ: Kiedy stawiasz pytania, przestajesz już być obojętny.
SCEPTYKOWSKI: A czyż nie jest tak, że w najgorszym dla ciebie razie pytania rodzą się same?
WĄSALEWICZ: Wynika z moich własnych życiowych doświadczeń, że można upaść dużo niżej: że nie tylko nie ma w tobie żadnych słów, bo nawet – władności w twoich członkach.
WŚCIBSKA: Czy to jest jakiś szantaż?
WĄSALEWICZ: Jeśli dyskutujemy, to zadajemy przeciwnikowi intelektualne uderzenia. Z kolei jeśli przeciwnik nam nie odda, poczuje ból. Atakując go, stawiamy go w każdym przypadku wobec ultimatum, czyli przed szantażem: że jeśli nie nawiąże do proponowanego mu tematu, to go zaboli.
WŚCIBSKA: Jeśli o to chodzi, to czuję się świetnie.
WĄSALEWICZ: Każdego zaboli, gdy mu wykażesz, że jest tylko kupą bezmyślnego mięsa.
SCEPTYKOWSKI: Więc ta wyklęta przez ciebie obojętność jest niemożliwa, bo nikt nie lubi, gdy mu zadawać ból.
WĄSALEWICZ: Tylko pytanie: czy zawsze postępujemy w zgodzie z własnym interesem, to jest, czy zawsze robimy to, co lubimy robić? I nie chodzi mi tu o to, czy decydujemy się na dzień harówy, by potem odpoczywać 2 dni. Chodzi mi o lekkomyślność.
WŚCIBSKA: Taki, kto robi to, czego robić nie lubi, w kręgach, zbliżonych do świadomych podstawowych prawd egzystencji, ludowych mas, jest określany jak głupiec. A głupca nie ma co żałować. Tak samo jak idących pod nóż świń i wołów.
SCEPTYKOWSKI: Pewnie! Śmierć frajerom!
WĄSALEWICZ: A jeśli robi to, czego robić nie lubi, ktoś ważny dla milionów ludzi a nie dający się obalić?
– 18 –
WŚCIBSKA: Masz na myśli Boga?
WĄSALEWICZ: Dobrze, nie mieszajmy w to Boga. Ale jeśli w Rosji żyje 50 milionów alkoholików, którzy piją, bo lubią to robić? Lubią, gdy myśli za nich alkohol?
SCEPTYKOWSKI: Zdobycze wojenne Z.S.R.R. uzyskane w wyniku Drugiej Wojny Światowej wykazały, że jest korzystne stymulować bohaterstwo alkoholem.
WĄSALEWICZ: Żeby pozyskane w ten sposób „przestrzeń życiową” wykorzystywać na rozległe poligony?
SCEPTYKOWSKI: Nie ma tak, żeby cokolwiek, w co wkładamy serca, nie łączyło się ze śmiercią.
WŚCIBSKA: No, subkultura młodzieżowego ruchu hipisów stawiała na wolną miłość, muzykę i narkotyki. Z kolei, jak nie wojny, to zawsze – też w imię miłości – odbywają się śmiertelne starcia.
WĄSALEWICZ: W Polsce dzieje się wiele rzeczy złych, na kanwie czego haftuje się wyrazista autokarykatura Polaków. Niemniej jest jedna rzecz, w której Polacy prawdopodobnie są mistrzami: nasza zdolność do improwizowania.
SCEPTYKOWSKI: Imprezowania?
WĄSALEWICZ: Nie. Improwizowania. Improwizacja wymaga doskonałego refleksu, a rzeczy największej wagi dokonuje się właśnie w drobnych ułamkach sekund.
SCEPTYKOWSKI: Już słynny Jerzy Kulej twierdził, że nieopóźniony refleks stanowi jedną z najcenniejszych cech dobrego boksera.
WĄSALEWICZ: Ja mówię o myśleniu.
SCEPTYKOWSKI: A ja mówię o boksowaniu.
WŚCIBSKA: Może się zdziwicie, skąd to wiem, więc zdradzę, żebyście się nie dziwili. Otóż wychowałam się przy ojcu, który był fanatykiem boksu. Tenże Kulej (o którym wspomniał Sceptykowski), komentując walki, często używał zwrotu „kombinacja ciosów”. Myślenie tego typu, jaki my prezentujemy, jest czymś mało chyba od rzeczonej „kombinacji” odległym, ponieważ stanowi niewiele więcej niż kombinację pojęć. Plastycy znają kombinacje kolorów, kształtów; kosmetycy – kombinacje zapachów; kucharze – smaków; niewidomi – kombinacje gładzi i chropowatości. Muzycy – kombinacje dźwięków; choreografowie – ruchów… Czy to wszystko to jest myślenie?
WĄSALEWICZ: Jak myślimy w półśnie, to wtedy można zapytać jak kiedyś jeden z moich dawnych kolegów: „czy to myślenie, czy to swędzenie?”. Myślenie jest to postępowanie wyobraźniowe prowadzące do konkretnej decyzji. Nie jest to natomiast każdy zestaw treści, mający jakiś wyraz. Chociaż… to zależy, jak kto co odczyta. Może to być ciąg skojarzeń, ciągły jak nitka wełny, z której – bez opuszczenia ani jednego oczka – nasze matki robiły swetry – tak, by taki łaszek się nie spruł.
SCEPTYKOWSKI: No tak. Musi to być jakaś całość, kwant.
WĄSALEWICZ: W każdym razie myślenie, bez uzewnętrznienia go, prędko przepada. Rozpada się jak mało trwały pierwiastek chemiczny. Dlatego, ponieważ rezerwa pomysłów tkwi tylko już w tym, co nietrwałe – z refleksem należy takie pomysły chwytać w sieć liter, wypowiadać – pochwycone – do odbiorcy, będącego w stanie je docenić, wprowadzić do literatury – lub chociażby dać radość komuś, na kim nam zależy.
WŚCIBSKA: Po co? Liczysz na jakieś cuda?
WĄSALEWICZ: Cudem było by już samo życie, gdyby nie ciężka cena, jaką za nie płacimy.
SCEPTYKOWSKI: Czyż tedy warto brać tu skórkę za wyprawkę?
WĄSALEWICZ: A gdzież indziej moglibyśmy to robić?
SCEPTYKOWSKI: Moglibyśmy położyć przysłowiową lachę na dzieło Stwórcy i w ogóle od niego się odżegnać. Zapytasz na pewno: „na rzecz czego?”. Odpowiem: zniszczmy ten byt! Po wynalezieniu bomby jądrowej, nareszcie mamy na to odpowiednie środki!
– 19 –
WĄSALEWICZ: Cały nuklearny potencjał mocarzy planety Ziemia mógłby może obrócić w popiół życie na niej, ale nie zwalił by nawet głupich Himalajów, nie mówiąc o rozbiciu skorupy naszego kosmicznego siedliska. Sytuacja zaszła już tak daleko, że nie znajduję powodu, dla której miałbym ukrywać nadal moje najbardziej osobiste doświadczenia. Wiem, że jest nie przenośnią, tylko dosłownością, opowieść o Feniksie, który powstał z popiołów.
WŚCIBSKA: Jak to rozumieć?
WĄSALEWICZ: Tak, że życie jest niezniszczalne. To, co możemy zaprzepaścić, to nasza, przebyta już, historia. Naprawdę istnieje niebezpieczeństwo, że te wszystkie życiowe trudy, jakie mogą trwać jeszcze jako tylko wspomnienie dawnych okropieństw, przyjdzie nam repetować.
SCEPTYKOWSKI: Cóż więc radzisz robić? Ustępować staruszkom siedzących miejsc w tramwajach?
WĄSALEWICZ: Sądzę, że historia jest sprawiedliwa i równo rozkłada akcenty. Jak w okresie Wielkich Wojen obciążyła ludzi ciężarem głodu i umierania ponad miarę, tak teraz nas obciąża ciężarem świadomości ciężkich prawd. Miałem przyjaciela, który był (mówię „był”, bo już nie żyje) tytanem erudycji. Mówił mi raz, że na nic wysiłki czy strategie wszystkich ludzi na świecie, ponieważ w ostatecznym rozrachunku wszystko zależy od… Boga.
WŚCIBSKA: Więc dlaczego Bóg nakazuje modlić się do siebie?
SCEPTYKOWSKI: Wąsalewicz ci odpowie, że także modlitwy są bożym darem.
WŚCIBSKA: Jak w takim razie utrzymywać, że historia „równo rozkłada akcenty”?
WĄSALEWICZ: Tak, że to właściwie tylko Bóg, i nikt więcej, istnieje. Ale historia jest sprawiedliwa nie ze względu na wolę Boga. Także Bóg musi się podporządkować wymogom logiki, praw matematycznych, fizycznych, chemicznych i biologicznych. Te zaś są jednakowe, czyli sprawiedliwe, dla wszystkich. Jednak w ramach tych praw On rozgrywa mecz właściwie sam ze sobą.
WŚCIBSKA: Cóż więc m y mamy robić?
WĄSALEWICZ: Zamiast „po swojemu” świat zmieniać, starać się zrozumieć logikę dziejów w tonacji, jaką nadaje im Bóg.
SCEPTYKOWSKI: Sądzisz, że tutaj może być mowa o logice jakiejkolwiek?
WĄSALEWICZ: Może jest jej mało, ale jedynie ona ma realne historyczne znaczenie. Przecież trudno utyskiwać, że skarb, którego poszukujemy, ukryto w ciemnościach zalegających nad mało dostępnym terenem, a nie tam, gdzie widoczność jest dobra, a dostęp do tego intrygującego miejsca nie stanowi problemu. Nie wiem, czy zetknęliście się z terminem „moda”. Na pewno się zetknęliście. Otóż dlaczego ona jest tak zniewalająca. A dlatego, że wyznaczający ją ludzie są szlakowymi ludzkiego gustu. Wszyscy uczestnicy historycznego pochodu są zmuszeni kroczyć za swym przewodnikiem, w ślad za nim, ponieważ szlakowy wyznacza ścieżkę na dziewiczym bezdrożu, a ścieżką można już iść. Amatorów dziewictwa – brak, jego kryształ albowiem boleśnie rani. Jedynie bogactwo myśli, cechujące Boga, pozwala Mu wkraczać na bezdroże tak, że nie kaleczy stóp. Myślę, że obecność Boga w dziejach objawia się właśnie poprzez wyznaczanie ludziom ducha mody, jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi. Moda jest bowiem odkrywaniem po raz pierwszy tego, co w życiu ludzi może stanowić dla nich fascynację. Oryginalność i piękno, tak jest.
SCEPTYKOWSKI: Znowu przywołujesz motyw drogi. Czyż nie proste wydeptywanie ścieżek, lecz spotkania ludzi na ziemi tak zwanej udeptanej przesądzają o ludzkim losie i są jego kamieniami milowymi? Węzłami, wiążącymi ludzkiej drogi – poszczególne etapy? Zgodnie ze swoim nazwiskiem, sceptycznie patrzę na ludzkie usiłowania, jakiekolwiek by były czy nie były. Jednak ustępuję, gdy widzę, że dzieje się coś takiego, co ma sens, który trzyma p o d s k a k i e w i c z ó w przy ziemi.
– 20 –
WŚCIBSKA: Sens według ciebie miałby być jakimś rodzajem grawitacji?
SCEPTYKOWSKI: Kto wie, czy to nie dobre określenie?
WĄSALEWICZ: Nie wiem, czy jestem stary, czy młody, bo to w ostateczności trudno określić mając 50 lat, lecz jeszcze czuję, że ciągnie mnie do ludzi. To żadne odkrycie, że dopiero rozmagnetyzowanie tej grawitacji jest przekreśleniem swoich ściśle życiowych szans.
WŚCIBSKA: Sądzisz, że pomarszczona staruszka lub obleśny stary dziad powinni stawiać na seks? Że nie będzie to po prostu sianiem zgorszenia?
WĄSALEWICZ: Starsi ludzie, w osobach swoich co wybitniejszych przedstawicieli, nawet pod domeną obecnie panujących praw, dla starszych mało łaskawych, mają swe miejsce w społecznym uczestnictwie.
WŚCIBSKA: A to mianowicie – gdzie?
WĄSALEWICZ: Stary człowiek posiada materiał pamięciowy z własnego życia, na którym może przeprowadzać wnikliwe operacje co do ogólnej natury ludzkiego losu. Niemniej miej właśnie na to bym stawiał. „Człek psuje się od głowy / – czy Litwa, czy Mołdawia. / Lecz czy też się – sam powiedz – / od głowy nie naprawia?”. Psucie zaś czym jest? Tym, że tracimy sprawność, świeżość, urodę. Słowem, że się s t a r z e j e m y .
SCEPTYKOWSKI: Sądzisz więc, że starzejemy się dlatego, że źle rozumujemy?
WĄSALEWICZ: Tak jest! Tyle, że naprawdę dobrze myśleć można jedynie, przenosząc myśl w wypowiedziane wobec stosowego audytorium słowo; w przedstawienie stosownemu audytorium środka zaradczego na kłopot, który dotyka ludzkość odwiecznie lub który niedawno wyniknął. Potrzebny jest kontekst między-osobniczy, nie tylko to, że coś pomyślimy sobie w głowie.
SCEPTYKOWSKI: No to tu chyba ten kontekst między-osobniczy masz i co z tego?
WĄSALEWICZ: Nie jest to takie pewne… Może sobie was po prostu wymyśliłem?
SCEPTYKOWSKI: Jak dostaniesz o d e m n i e po buzi, to ta buzia nie odezwie się już po raz drugi podobnie absurdalnym tekstem!
WĄSALEWICZ: Za t e k s t odpowiadać ma b u z i a ? Przyznasz, że coś nie tak jest w twoim rozumowaniu. Pewnie byłbym dokonał rzeczy zupełnie nieprawdopodobnych, gdyby ktoś uderzył wreszcie nie we mnie, tylko w meritum tego, co mówię.
WŚCIBSKA: Naprawdę wierzysz, że warto ci żyć tak nierealistycznymi marzeniami?
WĄSALEWICZ: Wiara dotyczy rzeczy tylko nierealistycznych. Gdzie indziej wchodzi w grę pewność.
WŚCIBSKA: Na każde pytanie masz gotową odpowiedź!
WĄSALEWICZ: I całe szczęście! Bo moje odpowiedzi natychmiast powodują poród waszych kolejnych pytań!
SCEPTYKOWSKI: Dobrze, Wąsalewicz. Zobaczymy, komu się powiedzie w tym boju na przetrzymanie.
WĄSALEWICZ: Nie boję się takich wyzwań.
SCEPTYKOWSKI: Już my o to się postaramy, żebyś zaczął się bać.
WĄSALEWICZ: Powodzenia.
WŚCIBSKA: Ty wolisz wierzyć, bo zawsze się wyłgasz, że nie można ponosić odpowiedzialności za to, co jest palcem na wodzie pisane. Ty wolisz wierzyć, a ja mam pewność, że nie dorobiłeś się żadnej wizji zmian w życiu ludzkim – niechby nawet tak nieżyciowych i nieopłacalnych jak sowiecka odmiana socjalizmu. Nie wstyd ci? Chcesz wszystko oddać wolnej grze sił? Niewidzialnej ręce rynku? A kiedy to wszystko stanie się już całkiem nie do zniesienia, pozwolić, by sytuację ratował święty ogień wojny?
WĄSALEWICZ: Prowadzić molocha o imieniu Ludzkość nie jest łatwo. Lecz dzięki temu, że coraz bardziej on wykształcony i jednak podatny na argumenty racjonalne, moja robota raczej dobrze rokuje. Istnieje Internet. Dotąd obawiałem się, iż zanik w literaturze wiarygodnych elit
– 21 –
powoduje, że straciłem niezbędnego mi sprzymierzeńca. Teraz, odkąd zrozumiałem wagę pewnej prawdy, widzę rzecz inaczej.
SCEPTYKOWSKI: Nadal trwasz w beznadziejnym uporze co do twojej, rzekomo wyjątkowo ważnej, pozycji w społecznym układzie? A przecież wiemy, że ani ci w głowie kandydować chociażby tylko na stanowisko radnego w wyborach samorządowych! Gdzie więc zrealizujesz swoje pomysły, o ile w ogóle takie byś miał?
WŚCIBSKA: Wiem, jak Wąsalewicz będzie tutaj się bronił. Powie, że pełni w układzie rolę Szarej Eminencji.
WĄSALEWICZ: Wyjęłaś mi to z ust, mości Wścibska. Znacie zasadę mody; oznacza ona młodość ducha, czyli oryginalne piękno; takie, które nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Wkraczanie na dziewicze obszary. Otóż mówiłem wyżej o decydującej dla biegu ludzkich spraw roli tej niewinnej panienki… Nie jest tajemnicą, że ma ona swoich dyktatorów, którzy – podobnie zresztą jak konkurenci we wszystkich innych dyscyplinach – chcą przodować, eliminując z rozgrywki całą resztę. Możecie sobie myśleć, co chcecie, ale dla mnie nie ma tu dowolności: numer 1 w modzie – to ten najszybszy. Z kolei przez dziesiątki tysięcy lat ludzie znali tylko jeden styl pływania, określany dziś mianem „klasycznego”, a nie będący niczym innym niż naśladowaniem sposobu, jakim w wodzie porusza się żaba. Jednak jakieś sto lat temu człowiek wynalazł styl pływania nieznany dotąd naturze: kraul. Wprawny pływak nowym stylem płynie o wiele szybciej niż najlepszy naśladowca żaby. Dlatego nie ma powodu, by człowiek, chcąc nadawać tempo w wyścigu o przodownictwo, naśladował jakikolwiek wzór naturalny. Chcąc przodować, musisz jednak mieć dopracowany co do najdrobniejszego szczegółu własny ekonomiczny styl. I oczywiście dawać przykład, jak tym stylem się – czy to płynie, czy to myśli. Wtedy inni, zgodnie z zasadą mody, pójdą za tobą.
SCEPTYKOWSKI: Naprawdę wierzysz, że to wszystko to nie jest w istocie jedna cholera i nie jest dokładnie wszystko jedno, kto komu w tym „wyścigu o przodownictwo” nadaje jakieś tempo?
WĄSALEWICZ: Ha. Może faktycznie nie ma to znaczenia. Ponieważ tempo myślenia, które przekłada się samoczynnie na czas odbywania i wszelkich innych robót, jest stałe dla mózgów wszystkich stworzeń i równa się prędkości światła. Nie ma więc tutaj nawet teoretycznej możliwości, że ktoś kogoś dogoni lub że ktoś przez kogoś będzie dogoniony. I tak wygra zawsze ten, komu było dane wystartować jako pierwszemu. Niemniej i styl ma swój ważny wpływ na przetaczanie się nowości w kręgu zmian; ponieważ – w przypadku, gdy ten styl jest bezbłędny – wyklucza tak zwane ganianie w piętkę. Wbrew pozorom bowiem, piękno stanowi wartość nie tylko estetyczną, lecz także ontologiczną, i wystarcza za całe usprawiedliwienie dla istnienia świata i wszelkich jego szczegółów.
WŚCIBSKA: Za dużo już ironizujemy, Sceptykowski. Powiedzmy raz Wąsalewiczowi wprost, co o nim myślimy.
SCEPTYKOWSKI: Co prawda, to prawda. Nie masz, Wąsalewicz, żadnych racjonalnych dowodów po temu, by utrzymywać, że w tej gonitwie koni wszelkiej maści jesteś uskrzydlonym Pegazem, a nie po prostu – pretensjonalnym kucykiem. Tu masz moją zgodę na to, że świat flory i fauny, ponadto zaś jakieś mikro i makro-kosmiczne wielkości, nie stanowią jedynych odniesień, do których poeta musi się ograniczać, budując swoje metafory. Jasne, że może też wynaleźć swój oryginalny kraul. Jednak to, co jest właściwe twemu upodobaniu, nas – rozczarowuje.
WĄSALEWICZ: Swoim rozczarowaniem rzucacie cień na mój gust. A, że na temat gustu się nie dyskutuje, mógłbym tu spasować. Chyba jednak tylko skończony dureń na moim miejscu byłby teraz zrezygnował z okazji, jaka się zarysowuje!
SCEPTYKOWSKI: Proszę-proszę! Coś się zarysowuje! I to co! Okazja!
WĄSALEWICZ: Rozstrzygnąć, po czyjej stronie leży słuszność, nie jest problemem nie do
– 22 –
rozwiązania dla inteligentnego obserwatora [gest w stronę publiczności], poza cechą bezstronności obdarzonego wyczuciem, co proponuje jedna, a co druga strona – nihilizm, czy rozwojowy konkret.
SCEPTYKOWSKI: Ależ rolą sceptyka jest podważać – wszystko! Ażeby to, co buduje entuzjasta, przewróciło się, zanim budowla wejdzie w użytkowanie, bo wtedy dopiero doszło by do prawdziwych ofiar!
WĄSALEWICZ: Jest dla mnie dodatkową motywacją chęć udowodnienia niedowiarkom, że się mylą, posądzając mnie o fuszerkę.
WŚCIBSKA: Mówiłeś, że „wydawało się, iż rozpad wiarygodnych elit spowodował, że straciłeś niezbędnego ci sprzymierzeńca, lecz zrozumienie pewnej prawdy sprawiło, iż na rzecz spojrzałeś inaczej”. Dobrze zapamiętałam? Widzę, że tak. Czyż więc teraz po tej „prawdzie” pozostały już tylko zgliszcza?
WĄSALEWICZ: Posłuchajcie. W dobie postmodernizmu nauczyliśmy się dezawuować autorytety; sprowadzać wielkie problemy literatury wysokiej do dosadnych, ale prymitywnych, odzywek literackiego chuligana. Zwłaszcza po ostatniej wysokiej wygranej Niemiec nad Brazylią (7 : 1), współczesny filozof , jako ośmielony historycznym przykładem obalania legend, atakuje pozycje zdrowego rozsądku i pisze rozprawkę pod prowokacyjnym tytułem „Spór o istnienie świata”. Ci, którzy chcieli by świat ten przegrać, ogłaszają dziś własny tryumf, co dla mnie tym jest smutniejsze, że w tym sikaniu gorącym moczem na cienki lód, po którym stąpamy, sam po trosze maczałem palce. Jednak po chwilowym odejściu od pewników, przecież – a to po to, by nie popaść w chaos, gdzie już nie wiadomo, czy jeść banana, czy rękę, w której go trzymamy – trzeba będzie do nich wrócić, tyle że po pewnej ich modyfikacji.
SCEPTYKOWSKI: Jak zmodyfikujesz dogmat tak niewzruszony jak ten, że ziemia jest płaska i wspiera się na czterech spasionych słoniach, w co – pod groźbą ciupagi – każe ci wierzyć wtajemniczony góral!
WĄSALEWICZ: Chwilę. Pewnik jest to twierdzenie, do którego stale można i trzeba się odwoływać; które w każdym przypadku potwierdza tak empiria, jak teoria; któremu nikt, ani nic, nie jest w stanie zaprzeczyć; które w żadnych warunkach nie podlega żadnej wątpliwości.
SCEPTYKOWSKI: Tymczasem im więcej pewników inteligentny mieszkaniec naszej pięknej planety i jej okolic sobie przyswaja, tym beznadziejniej błądzi.
WĄSALEWICZ: O, daję ci słowo, że intelektualny arystokrata nigdy nie zbłądził by pod strzechy zamieszkiwane przez biedaków, gdyby nie wyraźny, ściśle ideowy, zamysł.
SCEPTYKOWSKI: Że solidarność okazana biedakom pomoże mu uzyskać władzę.
WĄSALEWICZ: Ja takiej potrzeby nie widzę.
WŚCIBSKA: Więc czy przypadkiem nie oślepłeś?
WĄSALEWICZ: Przeciwnie. W dzieciństwie – aż po późne lata średnie, kiedy to nadwerężałem wzrok intensywnym czytaniem, zmuszony byłem nosić szkła korygujące nabytą krótkowzroczność. Teraz z powodzeniem obywam się bez okularów. Zadowolona? Cieszę się. Otóż postmodernizm według mnie to nawrót do naiwnych wierzeń ludu, lecz nie na zasadzie prostego sentymentu. Teraz mamy Teorię Nieoznaczoności Heisenberga, w której wyraźnie jest powiedziane, jak wiele nieznanych ziem mamy do zagospodarowania. Że my, inteligentni, a w każdym razie oczytani, ludzie z miasta pewnych rzeczy będziemy się uczyć także od chamów, którzy wytrwali przy samodzielnej gospodarce, to jeden z owych pewników, których wy odczuwacie nadmiar.
WŚCIBSKA: Twój wybujały indywidualizm…
WĄSALEWICZ: … to także cecha naszej epoki, gdzie dzięki interaktywnym mediom, a wcześniej równościowym tendencjom realnego socjalizmu, prosty elektryk rozmawia sobie jak równy z równym z profesorem uniwersytetu, a hrabia bierze za żonę niewyróżniającą się
– 23 –
przedstawicielkę drobnomieszczaństwa. Gdy jedno środowisko wdziera się w drugie, nie ma wręcz prawa dziwić, że to samo dzieje się w filozofii, polityce, literaturze. Jest to zarazem elitarne i egalitarne, ponieważ nawet – wyśmiewani wcześniej wykluczająco – homoseksualiści uzyskują teraz możliwość publicznego ukazania swego nieprzeciętnego nieraz dowcipu, nieprzeciętnej kultury, nieprzeciętnych zdolności organizacyjnych, przywódczych. Nie ma po prostu d y s k r y m i n a c j i .
SCEPTYKOWSKI: Nie ma też ludobójstwa przez Hutu na Tutsi.
WŚCIBSKA: Wąsalewicz powie ci na to, że prawa dżungli powróciły wreszcie tam, gdzie ich miejsce: do dzikusów.
WĄSALEWICZ: Przykład, który podałeś, zaświadcza dobitnie o tym, że nie jest wszystko jedno, jak patrzeć na sprawy świata ludzi, a być może, że i – zwierząt. Że w tym świecie wiele jest do zrobienia, to jakże powinno rozpalać ochoty rozwiązywaczy łamigłówek tudzież ludzi czynu, którym ci pierwsi niech wydadzą sensowne – jak nigdy dotąd – rozkazy! Niemniej mnożyć się bez opamiętania jest zapewne podobnym błędem w sztuce, jak bez opamiętania się zabijać.
WŚCIBSKA: Nawet tego nie jesteś pewien! Prawdy tak prostej…
SCEPTYKOWSKI: Jedyny pewnik, od którego odejście zawinia cały ten ogólnoludzki bałagan, trwa stale wśród zwierząt, roślin, grzybów: 1) zabijaj, 2) płódź, 3) ródź.
WĄSALEWICZ: Nawet jeśli człowiek jest zwierzęciem, czego chcieli by tacy czy inni zwolennicy biologizmu w filozofii, to jest zwierzęciem szczytowo rozgarniętym. I nie ma powodu, by naśladował swych mniej rozgarniętych krewniaków.
WŚCIBSKA: Powiedzmy.
WĄSALEWICZ: Otóż, jakkolwiek ostatnie dziesięciolecia badań wykazały, iż uczeni są zmuszeni przyznać, że nie bardzo wiedzą, co to w ogóle jest materia, światowa nauka w swej istocie pozostaje materialistyczna. Tymczasem j a pamiętam myśl ze swych paru lat życia: myśl, że ciąży nade mną określona powinność. Tak, jakby to, co mam zrobić, powodowany ową myślą, miało pociągnąć za sobą zmianę w stanie materialnych stosunków, a nawet – praw przyrody. Na temat, co to była za myśl, boję się mówić, lecz możliwe, że mówić o tym wcale nie ma potrzeby. Za to można powiedzieć, że… materia pójdzie tam, gdzie powiedzie ją duch, wzbudzany przez myśl. Niewątpliwie jednak muszę tu dodać, że jestem nie jakimś wyizolowanym bytem, który nie miał swoich przodków o określonych dla ludzkości – choćby małych – zasługach tudzież przewinach. Dziedziczy się przede wszystkim geny, dopiero gdzieś daleko na drugim planie majątek typu nieruchomości czy nawet artystyczny dorobek.
SCEPTYKOWSKI: Oboje widzimy, że z czymś się gryziesz; że coś ci nie daje w nocy spać. Wyspowiadaj się wreszcie!
WĄSALEWICZ: Już jako dwuletnie dziecko wiedziałem, że zobowiązany jestem walczyć, ponieważ w przeciwnym razie czeka mnie wstyd.
WŚCIBSKA: Już jako niemowlak wiedziałeś, że będzie to walka na niwie intelektu?
WĄSALEWICZ: Nie myślałem tak. Jednak wiedziałem już wtedy, że pewnych rzeczy się nie ominie. To było jak świadomość, że w odległym wcieleniu poczyniło się zakład, po czyjej stronie jest słuszność. Takiego zakładu intelektualista nie odpuszcza!
WŚCIBSKA: Zwłaszcza, gdy ten intelektualista jest dwuletni.
SCEPTYKOWSKI: Pewnie. Przy czymś trzeba się uprzeć. Inaczej to byśmy tylko przechodzili obok siebie i obojętnie się mijali; tak, to przynajmniej raz na jakiś czas dochodzi jednak do jakiejś krwawej jatki.
WĄSALEWICZ: To właśnie chcę zmienić! Nie chce mi się wierzyć, że całą wiedzę o bytowaniu człowieka między ludźmi posiedli już jaskiniowcy, a zasługą następnych tysiącleci pozostaje jedynie znaczne udoskonalenie narzędzi, którymi nadal tylko się mordujemy. Co jednak w przyrodzie się samo-unicestwia? Otóż to, w czym tkwi błąd.
– 24 –
WŚCIBSKA: Mówiłeś już, że umieramy dlatego, że źle myślimy.
WĄSALEWICZ: Tak. Więc teraz tylko coś tytułem uzupełnienia. Nadstawcie uszu. Fizycy współcześni mają kłopoty z wyznaczeniem tak zwanej „strzałki czasu”. To jest, co niby ma nas przekonywać, że – żyjąc – postępujemy do przodu, a nie – się cofamy. Ja twierdzę, że tego pierwszego dowodzi przyrastający w naszej pamięci ładunek treści. Jeśli zaś nie mają pamięci gwiazdy, to o ich przyrastającej historii możemy zaświadczyć my.
SCEPTYKOWSKI: Człowiek jest miarą wszechrzeczy, tak?
WĄSALEWICZ: Powiem tak, że raczej ten, który jest człowiekiem w p e ł n i . Ale słuchajcie dalej. Pamiętamy coraz więcej jednak – do czasu, ponieważ starzy ludzie zapamiętują coraz mniej. I oni może tym samym cofają się w czasie. Narzekamy, że światowe społeczeństwo wysoko rozwiniętych cywilizacji starzeje się. Czy znakiem czasów nie jest więc starzejące się ‘pokolenie ostateczne’ stymulować do młodości, zamiast promować wielodzietność wśród młodych? By się nie starzeć, wystarczy doświadczać rzeczy coraz to nowych; utrzymywać się w rytmie czasu, nadążać.
SCEPTYKOWSKI: To oczywistość.
WĄSALEWICZ: Błąd życiowy ludzi wiekowych to zaniżanie wymogów, jakie im się stawia i jakie oni stawiają sobie sami. Oczywiście, że jest to oczywistość… Niemniej mniej właśnie oczywiste będzie, że, chcąc pozostać w progresie, nie wystarczy wiernie kopiować to, co robiło się we własnej pierwszej młodości. I głębiej w las, tym więcej drzew; tym więcej przeszkód. Szczęściem, proporcjonalnie do przeszkód, wzrasta też z czasem – wiem to po sobie – moc czerpanych z życia satysfakcyj. Ale, im człowiek bogatszy, tym więcej może utracić. Rośnie więc też zagrożenie potencjalną katastrofą.
WŚCIBSKA: Nieśmiertelność jest – jednym słowem – niebezpieczna.
WĄSALEWICZ: Im grzyb bardziej podobny do borowika, tym łatwiej pomylić go z szatanem.
SCEPTYKOWSKI: Ryzykant z ciebie iście kulinarny.
WĄSALEWICZ: Balansowanie nad skrajem przepaści dobre jest dla ludzi w tym rodzaju sportu zaprawionych; przepastne otchłanie kryje jednak też świat wyobraźni, przed którym tacy, co się weń wgłębili i nie potrafili sprostać jego eterycznej specyfice, uciekają często do realnych samobójstw, do rozpaczliwych zabójstw. Ja ze swobodą poruszam się tylko w tym drugim świecie, ten pierwszy traktując jako miejsce rekreacyjnych spacerów – po płaskim dnie nieczynnego krateru wulkanu. Wbrew pozorom, i w moim życiu – romantyka podpisuje listę obecności. Więcej: twierdzę, że, siedząc z wędką nad strumieniem pełnym metaforycznych ryb, odbędę łów, który zda się bardziej na odnowienie ludzkich tras, skuteczniejsze wkomponowanie dusz w ciała i zwiększenie oglądu przyszłości, aniżeli łów każdego wędkarza zwykłego. A co do tradycji, to będzie się za nami ciągnąć jako dający dziejom stabilność ogon i – nic już więcej.
SCEPTYKOWSKI: Z tego, co mówiłeś, rozbawiło mnie szczególnie jedno: że już jako dwulatek uważałeś się za intelektualistę. Rozumiem, że czasami można mieć dobry humor. Lecz ty źle to odegrałeś. Takiego dowcipu po prostu nie wypada wypowiedzieć wargami ściągniętymi śmiertelną powagą.
WĄSALEWICZ: Czemu? Intelekt ma się (lub nie) w genach. Bo też i nikt nie wyrasta sam z siebie. Rodząc się, stajemy wobec szansy nawiązania własnym życiem do życia tego z naszych przodków, który dotąd był okrętem flagowym naszego rodu. Któryś ze Starożytnych głosił, że rodzimy się jako ‘czyste tablice’, bo nie miał pojęcia ani o genetyce, ani o tego typu przeżyciach, jakie – dzieckiem – owładnęły mną. Jest więc co poznawać, chcąc poznać samego siebie u progu osobniczego życia w danym pokoleniu, co głosił inny ze Starożytnych. Nie radziłbym jednak nikomu patrzeć w przeszłość jak w kozi gnat, bo przyszłość bynajmniej nie musi być symetryczna do przeszłości. A jak się na to zanosi, trzeba tę symetrię złamać!
– 25 –
WŚCIBSKA: Ech, żebyś ty jeszcze wiedział, czym jest życie!…
WĄSALEWICZ: Procesem, który jeśli nie doprowadzi do zaskakującego werdyktu, utknie.
SCEPTYKOWSKI: Jesteś denerwujący, Wąsalewicz. Powiedz wreszcie, o co ci chodzi!
WĄSALEWICZ: Chcę wyprowadzić ludzkość na dobrą drogę…
SCEPTYKOWSKI: Sam wejdź na taką.
WĄSALEWICZ: Zmierzamy ku przepaści. Od zguby może nas jednak uchronić wykonanie zakrętu.
WŚCIBSKA: W lewo, czy w prawo? Trzeciej drogi, o której marzysz, nijak nie znajdziesz!
WĄSALEWICZ: Ratunkiem będzie romantyczna zmienność: nieregularny slalom; ruch, którego trajektorii nikt nie będzie w stanie przewidzieć!
WŚCIBSKA: Panikujesz, Wąsalewicz. Żadne z nas nie usiłuje cię tutaj namierzyć.
WĄSALEWICZ: Kosmolodzy od najdawniejszych czasów, na których temat mamy pisane świadectwa, prognozowali nastanie końca świata – weźcie albowiem chociażby Kalendarz Majów, zatrzymany na określonej dacie. Dzisiaj wgląd w sprawy Kosmosu jako całości posiadamy pełniejszy – o ile można to wiedzieć – niż kiedykolwiek wcześniej; też i tutaj rokowania są niewesołe. Uczeni twierdzą, że wcześniej czy później to wszystko pójdzie w rozsypkę. Jednak oni badają Wszechświat jak machinę, niezdolną zmienić nadanego jej biegu. A ja twierdzę, że Kosmos jest żywy i stać go na to, wobec czego cała pesymistyczna wiedza chłodnych obserwatorów upadnie.
SCEPTYKOWSKI: Jeśli miałbym wybierać, to niechaj nie świat upada, tylko niedoskonała wiedza o nim.
WĄSALEWICZ: Czy sądzisz, że istnienie ogromnego Wszechświata było by usprawiedliwione, gdyby nie r o z u m takiej drobiny jak człowiek? Człowiek jest tak wielki umysłem, jak Wszechświat jest wielki ogromem; dlatego zachodzi tu przypadek swoistej równoważności.
SCEPTYKOWSKI: Pamiętamy twoje marzenie o ludzkim sterowaniu gwiazdami!
WĄSALEWICZ: Jest mi miło słyszeć, że dostrzegasz spójność w tym, co mówię. Ciekawe, czy dodatkowo poprawi jeszcze twą ocenę mych poglądów to, co następuje: pytania, po co jesteśmy, nie zadali by ludzie, których istnienie było by zagrożone. Natomiast jest zagrożone życie tych wszystkich, którzy są w g r z e . Gra toczy się albowiem o własne nasze istnienie, zaś przegrana oznacza z istnienia naszą własną eliminację. Chyba, że…
SCEPTYKOWSKI, WŚCIBSKA: No-no-no?
WĄSALEWICZ: … nie będąc w grze, wymyślimy coś, co nas w grę wprowadzi – bez niebezpieczeństwa naszej przegranej.
SCEPTYKOWSKI: To było by oszustwo.
WĄSALEWICZ: Praca włożona w opracowanie tej sztuczki była by może wykroczeniem poza moralność honorowych kowbojów, niemniej znacie powiedzenie: „walczy o byt / z odwagą – spryt”. Dlaczego cenić bardziej refleks i stanięcie oko w oko z przeciwnikiem, niż mozolne wypracowywanie strategii – w ciągu może wielu tysięcy lat?
WŚCIBSKA: Kto wygra, to się okaże. Nic nie da, że będziemy cenić bardziej jedno, albo drugie, przed dokonaniem się rzeczy.
SCEPTYKOWSKI: Stawiając na spryt, opowiadasz się po stronie Szatana.
WĄSALEWICZ: Jak byłem u spowiedzi 35 lat temu i opowiedziałem księdzu, co w życiu mnie spotyka, zaopiniował: „załóż nową religię”. Teraz burzy mi się serce, bo, jak wy, chcę pozostać chrześcijaninem. Lecz chcę też odpowiadać na takie pytania, które nie dają spokoju wojującym filozofom, nie filozofującym wojakom. Dlatego trudno mi podporządkowywać się wyrokom papieża, a tym bardziej – teoretycznie od niego zależnych – biskupów. Po co jesteśmy? A czy wolelibyśmy nie istnieć? Takie mrzonki możemy snuć, póki nikt nam nie przyłoży pistoletu do skroni. Mężczyzna ma być zwycięskim żołnierzem? Kobieta – rodzić
– 26 –
spadkobierców zwycięstwa? Ważne jest też, że istniejemy jako ludzie, a nie na przykład – jako konie. Polacy-patrioci przyznają się do tradycji Starożytnego Rzymu, znając zaledwie zewnętrzne oznaki jego wspaniałości. Tymczasem mędrzec rzymski, Seneka, w bynajmniej nie utajnionym, jawnym tekście dostępnym w bibliotekach, wyznawał, iż „do nas, Rzymian, od lat tak jakoś dziwnie głupota przylgnęła”… Musimy żyć c z y m ś ; jeżeli nie ma mądrości, to wojną żyjemy. A jak jest mądrość, to ma być ona c i e k a w a , tak jak obiad – smaczny. Ważny temat, ciekawie opowiedziany, dający pojęcie o jakiejś rzeczy – eliminuje z naszej świadomości tę rzecz, jaką nazywamy chaosem, rozbieganiem myśli…
WŚCIBSKA: Ileż ty będziesz ględzić!
WĄSALEWICZ: … Zniewala żelazną logiką, przykuwa uwagę umiejętnym dozowaniem dramatyzmu, nie pozwala myśleć o czymkolwiek innym. Może to być zjawiskowa piękność o mądrości bijącej z owalu twarzy, wysmukłości sylwetki, elegancji poruszeń…
WŚCIBSKA: Temat – … zjawiskowa piękność??
WĄSALEWICZ: Owszem! Taka, której widoczna niepowtarzalność wprawia w osłupienie; za którą wszyscy wodzą oczami… Może to być zmyślnie skomponowany utwór muzyczny w wykonaniu nieomylnego artysty; popisowa mowa obrońcy w sądzie, kaznodziei – przy ołtarzu… Wykład charyzmatycznego profesora wobec studentów, o których z góry wiadomo, że co do jednego będą noblistami; mecz piłkarski grany w natchnieniu pod patronatem przypatrujących się z nieba drużynom gwiazd… Do polityków mam mniejsze nabożeństwo… A to, czemu daje się uwieść każde z nas, bywa tym, czym żyje świat. Natomiast to, czym żyje świat, jest to treść historii!
SCEPTYKOWSKI: A co jest historii formą?
WĄSALEWICZ: … Bóg, człowiek, świat.
WŚCIBSKA: A jak nie było telewizji, to czym żył świat?
WĄSALEWICZ: O to chodzi, że nie podałem na razie wszystkiego, czym może żyć świat. Powiem najogólniej: pracą w imię mającego nigdy się nie skończyć pochodu ludzkości w nieśmiertelnym wszechświecie, co zresztą jest współzależne w obie strony.
SCEPTYKOWSKI: Pochodu? Czyżbyś aż tak bardzo dezawuował w człowieku to wszystko, co nie jest jego… nogami?
WŚCIBSKA: Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
WĄSALEWICZ: Powiedz to futbolistom.
WŚCIBSKA: O, futboliści – także główkują!
SCEPTYKOWSKI: Błagam: nie róbmy z naszej dyskusji – teatru błaznów!
WĄSALEWICZ: Pójdę już, chce mi się spać. Ale jeszcze jedno, zanim odejdę. Może nie znam życia. Wszelako dobrze poznałem literaturę. I wiem, że książka z zakresu na przykład filozofii może być c i e k a w s z a, aniżeli opracowanie dotyczące wojny. Właśnie na tym buduję moją wiarę w dobrą przyszłość ludzkości. Dobranoc państwu [wychodzi].
SCEPTYKOWSKI [do Wścibskiej]: No i co powiesz, moja Wścibska?
WŚCIBSKA: Nic. Mi też się zachciało spać. Ta rozmowa mnie zmęczyła.
SCEPTYKOWSKI: Wiesz, że mnie – tak samo.
WŚCIBSKA: No to huzia do łózia!
SCEPTYKOWSKI: Do łózia, panieneczko! [Całuje Wścibską w czoło, po czym oboje podchodzą do łóżka, zdejmują zeń kapę, po harcersku składają ją w kostkę, kładą na krześle z prawej strony łóżka. Następnie rozbierają się do bielizny i „wskakują” pod kołdrę, złożywszy wpierw ubrania – każde po swojej stronie łóżka].
WŚCIBSKA: Wiesz co, Sceptykowski?
SCEPTYKOWSKI: Co?
WŚCIBSKA: Ten Wąsalewicz to jednak wariat – pełną gębą.
SCEPTYKOWSKI: Pewnie. A teraz śpij. I niech ci się przyśni „książka z zakresu na przykład
filozofii”…
[Gasi nocną lampkę, scenę zalegają ciemności].
K O N I E C P R Z E D S T A W I E N I A