GRA O SUPER MÓZG

Fach detektywa to ciężka sprawa,
Która nie zawsze szybko się toczy;
Trzeba mieć lepiej niż w innych fachach
Umyte uszy, otwarte oczy…


	„Niebezpieczeństwo, które tak niespodziewanie zawisło nad Szaradesem, gęstniało i przybliżało się z każdą sekundą. 
	- To stanie się teraz! - powtarzał truchlejąc, a głos martwiał mu w krtani niby cichnący krzyk jastrzębia trafionego prosto w serce.
	Szaradas czuł, jak pulsuje mu w skroniach zimne milczenie, jak narasta i oślepia jego oczy purpurowa ciemność, ale nie wahał się. Słowa magicznego zaklęcia wystarczało powiedzieć szeptem, a na głos tak cichy umiał się jeszcze zdobyć.
	- Kampejona fesa darmella bjum! - wyszeptał ochryple…”
	Niechętnie unoszę wzrok myśląc, że to Łecht przerywa mi czytanie. I niestety, pomyłka: to nie Kędybał Łecht, zwany Kędybalnym - a mówiąc w skrócie: mój najlepszy przyjaciel - dotknął przed chwilą ciepłą dłonią mego ramienia. Sprawcą tego uczynku jest sam, nieodżałowanej pamięci piłkarz i matematyk w jednej osobie - niejaki Ścisław Mierz. Ten niezwykły człowiek stoi właśnie nade mną i zaraz palnie takie kazanko, że z pewnością znowu zacznę żałować, iż natura obdarzyła mnie absolutnym słuchem, zamiast obdarzyć mnie po prostu głuchotą…
	- Sporny! Na jednej nodze daleko nie zajedziesz!- mówi do mnie były specjalista od kopania (nogą) skórzanego pęcherza napompowanego powietrzem.
	Sporny to ja, imieniem zdążymy się jeszcze przedstawić, a ta jedna noga, co z łatwością zrozumiałem, to polak. Niby że z polaka jestem dobry, a z matmy nie. To naprawdę prześmieszne! Polonista Maszdar Pisz sądzi, że jestem dobry właśnie z matmy, Mierz - że z polaka, pani Artyzmina Maż, nasza plastyczka, podejrzewa, że muszę być wyjątkowo dobry z wuefu, zaś chemik Tleń zakłada - z niewiadomych mi przyczyn - że jestem dobry z fizyki, z kolei biolożka Żyjowa, że byłbym dobry z języków martwych… Wszyscy się mylą! W czym jestem dobry, to jest na razie moja tajemnica. Ale w szkole wychodzi na to, że żaden wykładowca nie widzi mnie w swoim przedmiocie.
	Mówię więc:
	- Jeśli chodzi o dalekość, to na przykład przy skoku w dal odbija się z jednej nogi, a nie z dwóch, o których wspomniał pan profesor między wierszami.
	- W dal? - rzuca z kpiną jakiś złośliwiec z pierwszej ławki, bo w ostatnią środę skakaliśmy w tę dal i niestety wypadłem dość blado.
	- W siną dal! - rzuca najgorsza z wszystkich, Alka Pon.
	- Cisza! - mówi Mierz i następnie zwraca się do mnie bardzo łagodnym tonem: - Zdaje się, że przerwano ci, Sporny. Dokończ.
	Trwa to wszystko ze sto razy krócej niż sam opis przy czytaniu, ale i ta chwila wystarcza. Tracę nerwy w mgnieniu tej chwili, co jest tym prawdopodobniejsze wtedy, gdy człowiek wpadnie w rozmarzenie, a tu mu raptem ktoś, i to jeszcze z urzędu, rozkazuje nadąć żagle rzeczywistością.
	- Panie profesorze - mówię gniewnie. - Myślę, że na jednej nodze musi się zajechać, o ile w ogóle jechać się ma, bliżej niż na dwóch, ale na przykład na dwóch każdy zajedzie dalej niż na czterech!
	- A sądzisz, że dwie nogi już masz? - pyta z troską i niedowierzaniem Mierz. Żaden z moich kolegów nigdy nie wymyśliłby takiego pytania, pal sześć koleżanki.
	- Jeśli mam już mówić prawdę - mówię poważnie i trochę ze smutkiem - to wolę powiedzieć całą, choć wszyscy mnie wyśmiewają- oglądam się na klasę - a pan postawi mi…
	- To znaczy, że tak zwyczajnie to nie mówisz prawdy? Mówisz ją wyjątkowo?
	- C a ł e j prawdy nie mówię zawsze…
	- A więc mów! Wiesz dobrze, że za mówienie prawdy w naszej klasie nie grozi nikomu nic złego. Co najwyżej nauczycielom…
	- Myślę, że mieć za dużo… nóg, to jest umiejętności, zainteresowań, wiedzy, jest tak samo źle, jak i mieć tego za mało. A w ogóle to lepiej jest mieć za mało, bo jeśli kiedy czegokolwiek dowiemy się czy nauczymy ponad miarę, a więc niepotrzebnie, to tego już z siebie nie wyrzucimy i to zostanie w nas na zawsze. Tymczasem, kiedy mamy tego za mało, to zawsze można dopełnić. Nie wiem, czy czytał pan którąś z książek Conan Doyle’a? Tam to jest dokładnie wyjaśnione.
	- Sądzisz, że wiedzy może być za dużo? Że istnieją umiejętności niepotrzebne? - mina pana Mierza jest poważna, w tej powadze jakby się postarzał, ale to może wina tylko chmur, które zasnuły naraz niebo, nie dając słońcu swobodnego prześwitu. Po prostu nagle zrobiło się w naszej klasie szaro. A jak szaro, to i staro. Może i ja w tej chwili wyglądam na osiemnaście lat.
	- Tak - odpowiadam z prostotą.
	W całej klasie cisza, bo jednak utrafiłem swym spostrzeżeniem w przekonania większości. A u nas właśnie większość jest elitą. Mniejszość nie zabiera głosu.
	- A wiesz, że i ja tak sądzę? - mówi t a k i m szczególnym tonem były prawoskrzydłowy Lawiny Starszawa. - Z tym że to, co ty uważasz za niepotrzebne, ja uważam za niezbędne, a to, co ja uważam za bezwartościowe i zbędne, ty przed chwilą czytałeś.
	Jakoś nie mogłem zdobyć się na odpowiedź. Stało się tak już choćby z tego powodu, że przecież mały niszczyciel nie może rozmawiać zupełnie otwarcie z ogromnym krążownikiem liniowym, o ile czytujecie miniatury morskie. Niszczyciel może być mądrzejszy, to znaczy może wykonywać mądrzejsze ruchy, może nawet celniej trafiać. Ale dochodzi jeszcze niestety sprawa kalibru.
	- Daj mi tę książkę - mówi Mierz. - Oddam ją twoim rodzicom na zebraniu rodzicielskim i przy okazji powiem in kilka słów, żeby wiedzieli, o co chodzi.
	Składam książkę i wręczam ją nauczycielowi bez słowa. Na szczęście jest właśnie dzwonek na dużą przerwę. Podrywamy się z ławek, to znaczy ja nie, bo ja już stałem, ale reszta klasy, lecz Mierz osadza wszystkich na miejscu:
	- Zapamiętajcie sobie, że dzwonek jest sygnałem dla nauczyciela, nie dla was.
	Krótka pauza.
	- W porządku, możecie odpoczywać, lekcja skończona.
	Gdy tylko Mierz znika z pola widzenia, obskakuje mnie pięciu typów z Cwałem na czele i ze dwie dziewczyny, w tym ta mądralka Alka Pon.
	- Musimy z tobą porozmawiać - mówi Cwał, patrząc mi przenikliwie w oczy. Ma minę jak zwykle u niego skwaszoną, zwłaszcza w dolnych rejonach twarzy, przyozdobionych tak zwaną „pokrzywką” pod dolną wargą na podbródku. - I uprzedzamy z góry, że będzie to dla ciebie przyjemne.
	- Jeśli tak? - mówię i wzruszam ramionami, co ma oznaczać, że niech mówią, jeśli im już tak bardzo na tym zależy. Co może być dla mnie przyjemne? Skąd oni to mogą wiedzieć! Łecht unosi się z ławki i chce chyba wyjść.