
Podręcznik młodego samobójcy Kiedy życie ci zbrzydnie do szczętu; kiedy zaśniesz – raz setny! – nad ranem; kiedy znowu trzeźwego okrętu staniesz się kapitanem pijanym. to podręcznik – ten, inny lub więcej – weź do ręki i chyłkiem przeczytaj. (Może wtedy wystarczy ci śmierć twej tylko jednej godziny zabitej?) Przyjacielu Droga wije się jak piskorz, aby umknąć stóp ciężarom kiedy z iskier krzemień iskasz – – modą nową, choć tak starą. Samochody straszą pędem pieszych brzeżkiem brnących drogi. Ile jeszcze z tobą będę, przyjacielu – w wszystkim wrogi? Los nas zjednał jednym domem. W którym klamki były kłamstwem. Jechał po nas jeden omam. Lżąc jednako naszym szansom. Gdy już wie się, skąd ten smutek. Skąd – złośliwość łgarstw niedużych. Łatwiej pojąć czarną nutę. Z której pijesz jak z kałuży. Edykt w szałasie Poliż mnie znowu, wilczyco deszczu. Przemień w muzykę światowy hałas. Miejsce to wszechświat, człowiek to mieszczuch. Tyś mą najdroższą, Edyto Szałas. Znów się zebrało na wiersz liryczny chłopu, co łez się nie uczył liczyć. Dwadzieścia jeden to stan krytyczny. Więcej – to otchłań, moja słodyczy. Czy ciebie kupię mymi wierszami? Czy ciebie dotkną rymów mych ostrza? Ku morzom słonym najsłodszą z Tamiz płynę przez ciebie, moja najdroższa. Rada na wszystko I słabość ma swoje powaby. Lecz nigdy – gdy marzą się chaszcze. Bo kiedy poeta jest słaby, to wtedy go rym nie pogłaszcze. Na wszystko rady zbawienne, poeta musi mieć zawsze. Z pozoru – w miarę nie denne. W istocie – o wiele ciekawsze. Poeta musi mieć siłę, by mówić o życiu pięknie. Bo kiedy nie powie: "głóg śniłem!", to wtedy czytelnik mu pęknie. "Żyje się bujnie i tłusto! – – mawia to dzielne chłopisko. – Groch pomieszany z kapustą to moja rada na wszystko!"Most Który nie tknął wód, choć jak okręt ponad wody się wzbija i wznosi, ma za jedno: czy suche, czy mokre, o różnicę rodzaju nie dbając. Nosem kręci – to ruch jego osi. Przejrzał głębię! I pojął, dno czytając! Ale w rzeki się postaw ujściu, oczy zanurz i patrz ku źródłom - - wtedy ciężej ci będzie pójść już ze spojrzeniem, co celu nie dojrzy. (Choć poczujesz piersią wychudłą - - dłoń pragnącą przeszkodzić Mojrze.) Znów wiersze Znów wiersze – uciec trudno od nich. Niebo – tak mętne i tak grząskie. Nie trzeba żadnych innych podniet: mam czaj. I peta – na zakąskę. To mamer, żem tak smutku pełen? Albo czy jest to piekło? czyściec? Jak baran – oskubany z wełen – chwilowo jestem? Czy wieczyście? Ciągle o bojach i o łupach, a nie o cieple, marzę – marznąc. Do żywych bab po męskich trupach szedłbym, choć chce się – nie tak bardzo. W żelazie polszczyzny Ja nie jestem Słowacki, Mickiewicz, Krasiński. Takoż Staff ja nie jestem, ani Tuwim, Lechoń. I podobnie nie mną jest Norwid smutkiem ciężki. Ani Władek Broniewski. Ani po nich echo. Kim jestem? Ach, kim b ę d ę, to wziętsze pytanie! Przyszłości przepowiednia żadna nie przesądza! Póki strzały promieni w słonecznym kołczanie Są jeszcze jasne, proste i sztywne jak żądza! Bo gdy słowa wykute w żelazie polszczyzny – pełnej chrzęstów i zgrzytów, syków, jęków, dudnień – puszczę z ust mych moździerza na plac śmiercią żyzny, wtenczas wreszcie nie będę pół-nocą, ni pół-dniem! Niech pani te wiersze zamiecie Orają niebo anioły. Ziemię – diablątko krecie. Ciężko jest chodzić do szkoły. Ciężko jest żyć poecie. Nocą śniegiem prószyło. Cóż? Będzie kilka kałuż. Na spacer pójdę z miłą. Tylko kalosze załóż! Dniowi trzeba dopingu, by chciał rozerwać snu tamy. Do walki stanąłbym w ringu - - jeżeliby nie ten namysł. Siedzę na taborecie - - czworonóg to zdrowy i tani. Niech pani te wiersze zamiecie! Jesieni! Słyszysz pani? Poeto Błok Siedzisz. Bezczynnie. Nijako. Słowa nie powiesz, bo po co? Muchy: jedna i akord. Chodzisz – podłogę błocąc. Wilgoć - chłodna i brudna. Kury paskudzą podwórze. Ciekawość wzbudzać to trud nasz. My – to fundament wzruszeń. Sennie. Słońce za bielmem. Tuż tęskne gdakanie kwok. Podobny twemu cel mam, poeto Aloszo Błok. Malarz Musi najprędzej wykończyć dzieło, parzy i czoło, i dłoń. Bo jego pędzel n a p r a w d ę wzięło - - o, farbo ognia! Płoń! Kalkulacja Mówisz: dzień. Słonko, drwię. Mówisz: noc. Tyle słońc. Zapałka, płomyk, papieros Zapałka, płomyk, papieros. Dymek, zaduma, smutek. Bar, oranżada “Heros”. Kapsle, kółeczka sutek. Poeta Sławek, rozmowa. Dymek, herbatka, zima. Myśli – przekładnia: słowa. Kelnerka, forsa, wymarsz. Marsz, chłód i ziąb, przystanek. Zegarek, zerknięcie… autobus! Schodki, stadko cyganek. Wpadka: kontroler-łobuz. Wysiadka, pieniądze, hojność. Gadka, milczenie, powrót. Dom: ugłaskanie, spokojność. Poezja, kwadrat, kołowrót. Mała nieznana panienko Wybaczam sobie tchórzostwo, mała nieznana panienko. Bo – fakt – nie uciekam prosto. Bo – fakt – uciekam nie prędko. Ty robisz mądre tak miny, paluszek wsadzasz do buzi. I myślisz – pewnie bez drwiny – Że fajni są ludzie duzi. Lecz ja – długowłosy książę – dziś wlazłbym do własnej kieszeni. Odbiegam, kluczę, krążę – – może kiedyś się pobierzemy. Kroki na kroczki drobię, robiąc wysiłek olbrzymi. I jestem zamknięty w sobie. Jak w wielkiej skórzanej skrzyni. Przez mgnienie sekundy Przez mgnienie sekundy wiedziałeś już wszystko, co tylko pomyśleć się da i zrozumieć, choć skomlał gdzieś kundel i kwilił gdzieś pisklak, bo stałeś jak pomnik w najcięższym z zadumań. A potem utracić swą wiedzę ci przyszło – – najszybciej, jak można – i najbezpowrotniej. I chromych za braci dawała ci przyszłość. Niewiary bezbożnej goniły cię sotnie. A dziś na krawędzi rozpaczy i lęku wahając się stąpasz i nie wiesz gdzie pójdziesz. Lecz jakoś to będzie, choć bażant na sęku cię w drwinie wykąpał, że w ręku masz wróbla. Radość i co jeszcze? Mało do powiedzenia. Odęte dętki warg. Półblask wystrzega się cienia. Wiara – poszła na targ. Droga skręca do góry. Na dotąd niezdobyty szczyt. Pod szczytem czekają szczury. Na szczycie nie czeka nikt. Lecz stoi, co idąc – szłoby. I jesień drzewa chce strzyc. Znów radość, radość – i groby. Do powiedzenia nic. Poprawienie Archimedesa Gdy do drogocennej konchy Wpływam gorącymi łzami, j e d n o z nas się dwojga robi tym, że się pośrodku łamie. Wtedy gdy jutra jak pogrzebu patrzysz dziś po gniewie moim, pomyśl k o n i e c, lecz się nie bój, że się taka myśl ostoi. Bo to ja, nie Archimedes, ręczę za to, co sam twierdzę: że tym lżej mi, ile tylko w ciebie się zanurzam więcej.

Most
Który nie tknął wód, choć jak okręt
ponad wody się wzbija i wznosi,
ma za jedno: czy suche, czy mokre,
o różnicę rodzaju nie dbając.
Nosem kręci – to ruch jego osi.
Przejrzał głębię! I pojął, dno czytając!
Ale w rzeki się postaw ujściu,
oczy zanurz i patrz ku źródłom -
- wtedy ciężej ci będzie pójść już
ze spojrzeniem, co celu nie dojrzy.
(Choć poczujesz piersią wychudłą -
- dłoń pragnącą przeszkodzić Mojrze.)
Znów wiersze
Znów wiersze – uciec trudno od nich.
Niebo – tak mętne i tak grząskie.
Nie trzeba żadnych innych podniet:
mam czaj. I peta – na zakąskę.
To mamer, żem tak smutku pełen?
Albo czy jest to piekło? czyściec?
Jak baran – oskubany z wełen –
chwilowo jestem? Czy wieczyście?
Ciągle o bojach i o łupach,
a nie o cieple, marzę – marznąc.
Do żywych bab po męskich trupach
szedłbym, choć chce się – nie tak bardzo.
W żelazie polszczyzny
Ja nie jestem Słowacki, Mickiewicz, Krasiński.
Takoż Staff ja nie jestem, ani Tuwim, Lechoń.
I podobnie nie mną jest Norwid smutkiem ciężki.
Ani Władek Broniewski. Ani po nich echo.
Kim jestem? Ach, kim b ę d ę, to wziętsze pytanie!
Przyszłości przepowiednia żadna nie przesądza!
Póki strzały promieni w słonecznym kołczanie
Są jeszcze jasne, proste i sztywne jak żądza!
Bo gdy słowa wykute w żelazie polszczyzny
– pełnej chrzęstów i zgrzytów, syków, jęków, dudnień –
puszczę z ust mych moździerza na plac śmiercią żyzny,
wtenczas wreszcie nie będę pół-nocą, ni pół-dniem!
Niech pani te wiersze zamiecie
Orają niebo anioły.
Ziemię – diablątko krecie.
Ciężko jest chodzić do szkoły.
Ciężko jest żyć poecie.
Nocą śniegiem prószyło.
Cóż? Będzie kilka kałuż.
Na spacer pójdę z miłą.
Tylko kalosze załóż!
Dniowi trzeba dopingu,
by chciał rozerwać snu tamy.
Do walki stanąłbym w ringu -
- jeżeliby nie ten namysł.
Siedzę na taborecie -
- czworonóg to zdrowy i tani.
Niech pani te wiersze zamiecie!
Jesieni! Słyszysz pani?
Poeto Błok
Siedzisz. Bezczynnie. Nijako.
Słowa nie powiesz, bo po co?
Muchy: jedna i akord.
Chodzisz – podłogę błocąc.
Wilgoć - chłodna i brudna.
Kury paskudzą podwórze.
Ciekawość wzbudzać to trud nasz.
My – to fundament wzruszeń.
Sennie. Słońce za bielmem.
Tuż tęskne gdakanie kwok.
Podobny twemu cel mam,
poeto Aloszo Błok.
Malarz
Musi najprędzej
wykończyć dzieło,
parzy i czoło, i dłoń.
Bo jego pędzel
n a p r a w d ę wzięło -
- o, farbo ognia! Płoń!
Kalkulacja
Mówisz: dzień.
Słonko, drwię.
Mówisz: noc.
Tyle słońc.
Zapałka, płomyk, papieros
Zapałka, płomyk, papieros.
Dymek, zaduma, smutek.
Bar, oranżada “Heros”.
Kapsle, kółeczka sutek.
Poeta Sławek, rozmowa.
Dymek, herbatka, zima.
Myśli – przekładnia: słowa.
Kelnerka, forsa, wymarsz.
Marsz, chłód i ziąb, przystanek.
Zegarek, zerknięcie… autobus!
Schodki, stadko cyganek.
Wpadka: kontroler-łobuz.
Wysiadka, pieniądze, hojność.
Gadka, milczenie, powrót.
Dom: ugłaskanie, spokojność.
Poezja, kwadrat, kołowrót.
Mała nieznana panienko
Wybaczam sobie tchórzostwo,
mała nieznana panienko.
Bo – fakt – nie uciekam prosto.
Bo – fakt – uciekam nie prędko.
Ty robisz mądre tak miny,
paluszek wsadzasz do buzi.
I myślisz – pewnie bez drwiny –
Że fajni są ludzie duzi.
Lecz ja – długowłosy książę –
dziś wlazłbym do własnej kieszeni.
Odbiegam, kluczę, krążę –
– może kiedyś się pobierzemy.
Kroki na kroczki drobię,
robiąc wysiłek olbrzymi.
I jestem zamknięty w sobie.
Jak w wielkiej skórzanej skrzyni.
Przez mgnienie sekundy
Przez mgnienie sekundy
wiedziałeś już wszystko,
co tylko pomyśleć
się da i zrozumieć,
choć skomlał gdzieś kundel
i kwilił gdzieś pisklak,
bo stałeś jak pomnik
w najcięższym z zadumań.
A potem utracić
swą wiedzę ci przyszło –
– najszybciej, jak można –
i najbezpowrotniej.
I chromych za braci
dawała ci przyszłość.
Niewiary bezbożnej
goniły cię sotnie.
A dziś na krawędzi
rozpaczy i lęku
wahając się stąpasz
i nie wiesz gdzie pójdziesz.
Lecz jakoś to będzie,
choć bażant na sęku
cię w drwinie wykąpał,
że w ręku masz wróbla.
Radość i co jeszcze?
Mało do powiedzenia.
Odęte dętki warg.
Półblask wystrzega się cienia.
Wiara – poszła na targ.
Droga skręca do góry.
Na dotąd niezdobyty szczyt.
Pod szczytem czekają szczury.
Na szczycie nie czeka nikt.
Lecz stoi, co idąc – szłoby.
I jesień drzewa chce strzyc.
Znów radość, radość – i groby.
Do powiedzenia nic.
Poprawienie Archimedesa
Gdy do drogocennej konchy
Wpływam gorącymi łzami,
j e d n o z nas się dwojga robi
tym, że się pośrodku łamie.
Wtedy gdy jutra jak pogrzebu
patrzysz dziś po gniewie moim,
pomyśl k o n i e c, lecz się nie bój,
że się taka myśl ostoi.
Bo to ja, nie Archimedes,
ręczę za to, co sam twierdzę:
że tym lżej mi, ile tylko
w ciebie się zanurzam więcej.