(część 2 z 7)
– To może niech pan poda tę herbatę z samowaru – poprosił Gąsior. – Teraz jest pewne, że czeka nas dłuższa rozmowa. Nie warto dopuszczać do tego, by w jej toku pozasychało nam w gardłach. – A więc, późno bo późno, ale wychodzi na moje – zaśmiał się Kalinowski – Jednak trzeba będzie pogawędzić, zanim stanie się to, co ma się stać! A co się stanie, wiadomo: pomimo waszych, panowie, z pewnością nieślamazarnych starań, zginie mój najbliższy kuzyn, Adam Bluziński, który mieszka tu za ścianą, a właściwie w sąsiednim mieszkaniu, pod szóstką. – Mówi pan to tak lekko, bez lęku, lekceważąco, – Gąsior zezłościł się z kolei na starego – że mógłbym przypuścić, iż taki obrót sprawy byłby zgodny z pańskimi życzeniami. – Oczywiście, że jest zgodny – powiedział z wyższością pułkownik. – Ale to chyba mi się należy. Na koniec uczty, jaką jest życie, przyniosą mi deser, a będzie nim zabawa widzenia panów w akcji i przyjrzenie się z bliska śmierci cudzej, nim zabierze mnie własna. Pozwolą panowie, że przyniosę samowar. – Kalinowski podniósł się z fotela i z przyległego pokoju przyniósł zaraz najbardziej rasowy z rosyjskich samowarów: pokaźny, zdobny, lśniący. Postawił go na owym długaśnym stole i znowu wyszedł. Po chwili wrócił ze szklankami na tacce. – Jest już w nim woda, esencja i węgle; wystarczy, że teraz podpalę… O tak! A teraz proszę panów o przysunięcie się z fotelami do stołu. Gorące szklanki byłoby trudno utrzymać w rękach. Milicjanci spełnili sugestię gospodarza; ten również przysunął swój fotel do stołu i usadowił się w nim. – A więc po kolei – Gąsior pochylił się trochę i wsparł łokcie o blat. Dłonie splótł. – Dnia 3–go listopada, w tym domu, będziemy czuwać; wiemy, dlaczego. Ważne więc, byśmy zorientowali się, jak wygląda rozkład tego domu, kto w nim mieszka, jakie są panujące tu zwyczaje. Osobną rozmowę przeprowadzimy oczywiście z domniemaną ofiarą naszego nieznajomego ryzykanta, panem majorem Bluzińskim. Ale i pan, panie Kalinowski, jako właściciel tego domu, może nam wiele o tym wszystkim powiedzieć od siebie, prawda? – Przede wszystkim ja mogę wiele o tym powiedzieć – uśmiechnął się z właściwą sobie, jak to Maras zdążył już zauważyć, wyższością pułkownik. – W przeciwnym razie autor anonimu nie do mnie skierowałby swój list. A teraz co jest ważne dla panów. Otóż w tym domu jest 6 osobnych mieszkań, zamykanych na osobne klucze, plus jeszcze kuchnia na parterze, gdzie nocuje kucharka, Adela Lasik, i znajdująca się w pionie nad kuchnią graciarnia. Lasikówna nam gotuje, ale także i sprząta. Są wyznaczone dni, w które to robi. – Dysponuje, jak rozumiem, swoim kompletem kluczy – wtrącił Gąsior. – Tak. Lasikówna pracuje u nas od lat, ze swoich obowiązków wywiązuje się dobrze. Z jej strony spodziewać się czegoś złego byłoby niedorzecznością. Pozostali mieszkańcy tego domu to samotni mężczyźni, ludzie mnie więcej w moim wieku, jak ja będący dziś na emeryturze. Wszyscy byli kiedyś wojskowymi i wszyscy należą do mojej dalszej lub bliższej rodziny. Do zwyczajów panujących w tym domu trzeba zaliczyć wspólne odbywanie posiłków. Dzieje się to w jadalni, gdzie właśnie jesteśmy. Zresztą niedługo – Kalinowski sprawdził na zegarku – będzie obiad, dokładnie za 15 minut. Jak panowie widzicie, obiady są u nas późno. Ale obiad, z racji, że trwa dłużej niż kolacja czy śniadanie, jest najlepszą okazją do pomówienia. Zaspokajamy tu więc nie tylko potrzeby swoich brzuchów, ale i duch nasz tu ucztuje – przy tych ostatnich, „dowcipnych” słowach Kalinowski tubalnie się roześmiał. – A może i panowie poczęstują się dzisiaj obiadem? Powiem Adeli, to… – Jesteśmy już po obiedzie, dziękujemy – odparł Gąsior. – Ale zobaczyć w komplecie pańską rodzinę, to tak, to byłoby wskazane. – Zadzwonię do Adeli – powstał Kalinowski – Zjecie coś dla towarzystwa. – Nie zjemy – Gąsior był twardy. – Ale macie tu telefon domowy, między poszczególnymi pokojami a kuchnią? – Tak, Kaszaniec to załatwił. Był w wojsku specem od łączności. Ale naprawdę nie zjecie? Panowie, nie ma się co krępować!... Z kraników samowara do szklanek zaczęła cieknąć wrząca herbata. – Wystarczy nam to – poparł kolegę porucznik pokazując na samowar, który teraz dyszał jak smok. – Jak panowie chcecie – opadł na fotel Kalinowski. Opadł, ale zaraz znowu powstał, by napełnione szklanki podsunąć swoim gościom. – Jeszcze cukier i łyżeczki, jak mogłem zapomnieć. Wyszedł. Maras i Gąsior wymienili zmęczone spojrzenia. – – – – – Panie Kalinowski – rzekł Maras. – Co prawda, widziałem już na świecie różne dziwy, lecz chyba życie pana i pańskich powinowatych nie kończy się na samym tylko jedzeniu i gadaniu. Jesteście emerytami, dobrze. Przecież jednak macie jakieś zainteresowania, jakichś znajomych z zewnątrz, innych członków rodziny mieszkających gdzie indziej? Poza tym z pewnością są między wami jakieś u k ł a d y, prawda? Jeden z drugim lubi się bardziej, drugi z trzecim – mniej? Stan waszych wzajemnych stosunków jest jakiś dzisiaj, ale jakoś też przecież do niego… dochodziło? Rozumie pan, że muszą interesować nas i dzieje waszej rodziny. Gąsior wyciągnął z kieszenie maleńki notesik i długopis. – Najpierw powiem może o sobie – rzekł Kalinowski. – Jestem właścicielem tego domu, ponieważ odziedziczyłem go po rodzicach jako jedynak. Dom i ogród otaczający go. Podczas wojny dowodziłem jakimś tam pułkiem, dosłużyłem się jakichś tam odznaczeń. Miałem żonę, która zmarła 5 lat temu. Nasza córka mieszka w Warszawie, jest mężatką. Moje zainteresowania? Cóż: konie. Jeszcze niedawno jeździłem na Służewiec, gdzie oglądałem gonitwy. Rodzice prócz domu i ogrodu pozostawili mi, umierając, pewne zabezpieczenie finansowe, więc przez kilka lat po wojnie mogłem grać. Potem tylko oglądałem gonitwy, bez grania. Teraz nawet nie jeżdżę oglądać, nie mam sił. Prenumeruję i kolekcjonuję pisma fachowe z zakresu koniarstwa, posiadam też trochę książek o koniach. W moim gabinecie, który służy mi także jako sypialnia, – Kalinowski wskazał drzwi pokoju, z którego przyniósł najpierw list, a potem samowar – są 2 olejne płótna, wyobrażenia koni. – A tutaj? – Maras pokazał na obrazy wiszące w jadalni. – Portrety moich rodziców i ich krewnych. – Nie przeszkadzam? Rozmawiający jednocześnie zwrócili oczy w stronę drzwi przedpokojowych. Stał tam, uśmiechając się, niski mężczyzna w wieku Kalinowskiego, ale z włosami białymi jak mleko. – Zjawiają się pierwsi obiadowicze – mruknął pułkownik. Gąsior odstawił szklankę z resztą herbaty i przedstawił się nowoprzybyłemu. Zaraz to samo zrobił i Maras. Siwy mężczyzna nazywał się Łebke. – A co panów do nas sprowadza? – spytał. – Widzę, że pułkownik Kalinowski nie wtajemniczył jeszcze swoich domowników… Skoro tak, to zrobię to ja sam; z tym, że później. Gdy zjawi się reszta. O, właśnie! – Gąsior wskazał kolejnego „gościa”, który wynurzył się z oświetlonej teraz żółtym światłem przedpokojowej czeluści. – Gdy zjawią się wszyscy, poznają rzecz, jak trzeba: w jednej wersji. Porucznik, zwróciwszy uwagę na owe żółte światło, uzmysłowił sobie, że i w „jadalni panów oficerów” zrobiło się już szaro. I to mimo, że okno dające tu dostęp światłu dziennemu było pozbawione zasłony i pozostawało w dobrej proporcji do ogromu wnętrza. Cóż, dni jesieni są krótkie. – – Pozwolicie panowie, że naszą „świetlicę” teraz nieco podświetlimy – Kalinowski wstał i zaświecił lampę zwisającą u sufitu, pociągając za sznurek zakończony kółeczkiem, które było widoczne 5 centymetrów poniżej dolnej krawędzi żyrandola. Ten – był zrobiony z metalu, kutego w „esy–floresy”, zresztą stylowo. Maras na tę zdobną osłonę pięciu żarówek zwrócił baczniejszą uwagę dopiero teraz, tak jak i dopiero teraz dostrzegł ogromny telewizor z małym ekranem, który – co prawda – stał wprost na podłodze, nieco ukryty za jednym z foteli. Do „drobiazgów”, które dotychczas nie zwróciły uwagi porucznika, należał też wielki gdański zegar, stojący zresztą za fotelem, w którym zastępca Gąsiora teraz siedział – tak, że Maras musiał obrócić się o 180 stopni, by go zobaczyć. Ale jak się stało, że porucznik nie usłyszał wybijanych przez zegar godzin, a w każdym razie – kwadransów? Czyżby rozmowa z Kalinowskim była aż tak interesująca…? Wkrótce w jadalni byli już wszyscy domownicy: sześciu (łącznie z Kalinowskim) krzepkich mężczyzn w wieku od 70–ciu do jakichś 75–ciu lat. Byli różnego wzrostu i różnej postury, w tym dwóch łysych, trzech siwych i jeden z włosami jak u młodego człowieka, co prawda przyciętymi krótko. W miarę, jak mężczyźni schodzili się na obiad, Gąsior, a za nim i Maras, przedstawiali się, na razie nic nie tłumacząc. Zaraz też zjawiła się kucharka Lasikówna, która bezzwłocznie jęła nakrywać do stołu. Oczywiście na piętro ze swojego parteru nie weszła z nakryciami; nakrycia wjechały tutaj specjalną małą windą, której drzwiczki porucznik zauważył też poniewczasie. „Co ze mną jest?” – zbeształ się w myślach, postanawiając, że więcej nie da się już zaskoczyć. Zauważył jednak zaraz aparat telefoniczny, który zamontowano do ściany tuż obok okienka windki. „Kolejne przeoczenie!” – wewnętrznym głosem zawołał Maras i zaczął już podejrzewać, że obiad, który zjadł dziś w stołówce, okraszono jakimś środkiem o straszliwym działaniu, może nawet trucizną. Jednak poza zmęczeniem, które – wobec tak przedłużającego się dnia pracy – było chyba czymś naturalnym, i brakiem spostrzegawczości, który mógł wypływać z tego pierwszego, czuł się całkiem normalnie. Lasikówna wniosła na stół dwie wazy z zupą. Mężczyźni, korzystając z chochli, tę zupę zaczęli sobie nalewać na talerze, wcześniej podziękowawszy grzecznie Gąsiorowi, którzy życzył im smacznego. Samowar nadal stał na wolnej części stołu, detektywi siedzieli w fotelach i chwilowo nic nie mówili, ani nie robili. Lasikówna również siadła w fotelu, czekając, aż jej pracodawcy zjedzą. Było tutaj 12 foteli… – Nie przerywajcie sobie, panowie, jedzenia – przemówił wreszcie Gąsior, wyjmując znowu z kieszeni swój maleńki notesik oraz długopis. – Proszę jednak: przy okazji jedzenia wysłuchajcie mnie uważnie, gdyż sprawa idzie o życie jednego z was. Gąsior, tak zacząwszy, wyłuszczył krótko zebranym cel swojej i Marasa wizyty, a wojskowi to wyłuszczenie przyjęli z humorem właściwym starym wyjadaczom. Poza Kalinowskim, nie było wśród nich nikogo, kto by zapowiedź domniemanego mordercy „wziął sobie do serca”. Być może podobne „dowcipy” sami robili niegdyś, śmiejąc się po cichu z niepokoju tych, którym nic nie zagrażało, prócz paru godzin bezzasadnego strachu. Co ciekawe, słowami kapitana nie przejął się nawet sam „zainteresowany”: major Adam Bluziński. Gąsior jednak zauważył zaraz głośno, że wyzwanie, o którym mowa, zostało rzucone nie im, tylko jemu, więc, choćby ze względu na to, niech potraktują rzecz choć odrobinę poważniej. Mężczyźni zjedli zupę, więc Lasikówna prędko pozbierała naczynia i zaraz podała drugie danie. Jedli je z apetytem, jak gdyby słowa kapitana Alfreda wydały im się pieprzną przyprawą. – – – – Gąsior poprosił zebranych, żeby nie wychodzili z jadalni, gdy skończą jeść obiad, tylko pozostali w niej jeszcze przez jakieś 15 minut. – Chcę trochę was poznać – powiedział. – Ponieważ nawet dziecko, poznawszy naszą sytuację, domyśliłoby się, że przede wszystkim muszę zbadać, czy to któryś z was nie jest autorem upiornego anonimu. Emeryci takim postawieniem sprawy bynajmniej się nie oburzyli. Pogłębiło to raczej ich wesołość. – Prosiłbym, – rzekł Gąsior – by panowie teraz kolejno przedstawili się z imienia, nazwiska i tak dalej, a potem, najkrócej jak można, opowiedzieli o swoim życiu. Pierwszy, może, niech zrobi to pan major Bluziński. Bluziński był średniego wzrostu; szczupły, ale dobrze zbudowany; ubrany starannie. Nie nosił okularów, a jego krótko przystrzyżone włosy były czarne jak pióra kruka. Twarz miał szeroką, najszerszą w części dolnej. – Adam Bluziński, były major. Jestem bratem zmarłej żony Kalinowskiego, służyłem w piechocie. Po walkach we wrześniu dostałem się do jenieckiego obozu i tam przesiedziałem resztę wojny. Po wojnie nie miałem dokąd wracać, ponieważ tak dom, jak i moja najbliższa rodzina padły ofiarą najeźdźcy. Więc skorzystałem z oferty Michała i zamieszkałem tu. Do 60–ego roku pracowałem – najpierw w wojsku, potem poza wojskowością. Jestem z natury dość zgodny, choć jak chyba każdy człowiek miewałem konflikty. Nie sądzę jednak, że istnieje ktoś, kto miałby poważny powód zabić mnie. Jeśli list, o którym pan mówił, to nie jest jakiś żart…, to przyznam się do głupoty i wyznam, że nie wiem, co tu jest grane. Naprawdę. Gąsior uniósł głowę znad notatnika i wskazał długopisem Łebkego. Białowłosy Łebke nosił szkła i dość znoszone ubranie. Jak wszystkich tutaj cechowała go jednak jakaś staroświecka elegancja. Ogólne wrażenie psuł trochę rozmiar jego brzucha. Przy niskim wzroście tym bardziej była to wada. – Zbigniew Łebke, emerytowany kapitan lotnictwa. Było ze mną podobnie jak z Adamem, tyle, że moja żona żyje jeszcze. Rozwiodłem się z nią tuż po wojnie. Co więcej… Może to, że jestem bratem ciotecznym Adama, a ten pan – wskazał na mężczyznę siedzącego w sąsiednim fotelu – to mój brat rodzony. Najwyraźniej Łebke nie chciał przeciągać prezentacji opowiadaniem o sobie. Gąsior wtrącił: – Zależy mi właśnie na takich krótkich wypowiedziach. Bardziej szczegółowe rozmowy przeprowadzimy jutro. Po kolei z każdym w cztery oczy. Proszę – Alfred Gąsior udzielił głosu panu o łysej głowie, przez co podobnemu nieco do Kalinowskiego. Mężczyzna ten miał na sobie góralski sweter, co wyróżniało go, gdyż pozostali (w tym Maras i Gąsior) byli w marynarkach. Kucharka Adela Lasikówna oczywiście stanowiła drugi wyjątek. – Jestem bratem tego pana – następny oficer wskazał na Łebkego. – A więc także nazywam się Łebke. Imię: Andrzej. Służyłem w przedwojennej piechocie, byłem majorem. W czasie wojny uciekłem do Francji, gdzie brałem udział w tamtejszym ruchu oporu. Do Polski wróciłem dopiero przed pięcioma laty na zaproszenie mojego brata i Michała. – Dziękuję – skinął Łebkemu Gąsior. – Teraz może pan – wskazał długopisem mężczyznę o bladej twarzy i ponurym wejrzeniu. Ten wysoki człowiek resztkę białych włosów po obu stronach czaszki przyczesał tak sumiennie, jakby w innym razie mogła być mowa o ich rozczochraniu. – Bardzo chętnie streszczę panom moje życie, choć naprawdę nie wiem, czegóż tam w nim można by doszukać się ciekawego. Byłem saperem, podpułkownikiem. Aha, nazwisko. Krzysztof Zaliwski. Wojowałem jeszcze z Ruskimi, a w 39–tym przez Rumunię przedostałem się na Zachód. Wróciłem po śmierci Stalina. To już chyba wszystkie, „najważniejsze” – zaśmiał się – fakty. – Dziękuję – rzekł Gąsior – Teraz pan. Siwy, otyły mężczyzna w przydymionych okularach, którego o przedstawienie się poprosił teraz Gąsior, wyjął fajkę z ust. – Nazywam się Jan Kaszaniec, wojska łączności, kapitan. Brałem udział w wojnie obronnej 1939, potem uciekłem z obozu aż do USA. Wróciłem do kraju jak Zaliwski: po śmierci Stalina. Moja żona i dzieci zostały w Ameryce. – Rozumiem, – powiedział Maras – że wszystkich panów łączy jakieś powinowactwo z pułkownikiem Kalinowskim, czy tak? – Jak to w rodzinie – odpowiedział za wszystkich Bluziński. Maras zrozumiał, że zadał idiotyczne pytanie. – W takim razie jeszcze pani Lasikówna – Gąsior tym razem nie musiał wskazywać. – Adela jest panną – Kalinowski na chwilę jakby otępiał. – Skoro Lasikówna, to panna; tak jest – łatwo zgodził się Gąsior. Kucharka mogła mieć jakieś 60 lat, pochodziła pewnie ze wsi, ale w jej gestach i słowach Maras nie dostrzegł nawet cienie żenady: – Moje nazwisko Lasik Adela. Robię u pana pułkownika i jego kuzynów już 25–ty rok. Jestem od wszystkiego: od zakupów, od gotowania, od prania, od sprzątania. Ale dobrze mi z tym. Inni wolą nic nie robić i się nudzić. Ze mną inaczej. A tak w ogóle to od dziecka jestem sama jak ten palec. U pana pułkownika znalazłam swoje powołanie. – Dobrze – Gąsior powstał. – Ja na razie dziękuję panom i pani… pannie Lasikównie. Teraz ja i porucznik Maras chcielibyśmy odbyć jeszcze nieco szczegółowszą rozmowę z majorem Bluzińskim. Najlepiej w jego pokoju. Jutro poproszę panów o jeszcze jedno spotkanie. Nie muszę mówić, że zależy mi, byście przez ten czas pomyśleli nieco nad zagadnieniem, które nas dotknęło. Na razie więc żegnam panów. – – – – Mieszkanie emerytowanego majora, Adama Bluzińskiego, jakkolwiek utrzymane w porządku i urządzone z pewnym estetycznym smakiem, było dość skromne. Nie to, że małe, – pokój był spory i nawet z balkonem – ale brakowało w nim jakiejś zdobności. Jakichś elementów dekoracyjnych. Takie przynajmniej wrażenie odniósł Maras po przejściu tutaj z pełnej obrazów jadalni Kalinowskiego. Tu, wyjąwszy krzyżyk wiszący nad łóżkiem i makatkę poniżej krzyżyka, ściany raziły pustką. Tyle, że tutejsze meble sprawiały wrażenie solidnych i pasowały do siebie. Tak szafa, jak stół i łóżko, wyglądały na dzieło jednego stolarza, i to stolarza z pewnym zacięciem artystycznym. Tylko odmienny stylowo regał z książkami psuł trochę harmonię. Ale dom bez książek byłby przecież jak człowiek bez ducha… – Proszę, siadajcie panowie – Bluziński wysunął krzesła zza stołu. – Myślę, że nie weźmiecie mi tego za złe, gdy zaproponuję, byśmy wypili po kieliszeczku? – Jesteśmy na służbie – Gąsior pokręcił głową przecząco. – To, że ewentualnie częstował was wcześniej Michał… – zaczął major. – Poczęstował nas herbatą – uśmiechnął się Maras. – A tak, widziałem przecież samowar – machnął ręką, śmiejąc się, Bluziński. – Ale poważnie: przecież ja mam zginąć; czy w takiej sytuacji…? – No dobrze, po kieliszeczku – zgodził się kapitan Alfred. – Tylko porucznikowi proszę nie nalewać; on prowadzi wóz. Bluziński kiwnął głową ze zrozumieniem dla „wyższych konieczności”, po czym wyjął z szafy butelkę czystej oraz dwa kieliszki. – Proszę mi powiedzieć, – rzekł biorąc swoje „szkło” Gąsior – czy jest pan człowiekiem bogatym? No, na zdrowie. Gąsior i Bluziński wychylili. Bluziński wyjął chusteczkę i otarł usta. – Cały mój majątek to te meble i książki, trochę ubrań. W sumie przedstawia to wartość może 30–tu tysięcy złotych. – Nie posiada pan więc nawet jednego cennego drobiazgu? Na przykład elementu jakiejś unikalnej kolekcji? – zdziwił się Maras, który jako człowiek młody wyobrażał sobie, że wystarczy być w miarę kulturalnym człowiekiem, by samo następowanie lat po prostu musiało przynosić jakieś bogactwo. Takiego poglądu porucznik nigdy nie wyartykułował, co nie przeszkadzało jednak temu, że widok inteligentnej twarzy kojarzył mu się natychmiast z pewną zasobnością… Bluziński wzruszył ramionami: – To możliwe, że jestem posiadaczem skarbu, ale, co konkretnie może nim być, – jeszcze raz wzruszył ramionami – tego nie wiem. – Czy z którąś z osób mieszkających w tym domu jest pan lub był w jakiejś większej zażyłości? – Gąsior bawił się opróżnionym kieliszkiem, jakby świadomie czy podświadomie oczekiwał, że Bluziński znowu go napełni. – Zżyty jestem z wszystkimi, choć możliwe, że bardziej niż z innymi zaprzyjaźniłem się ze Zbyszkiem Łebke i Krzysiem Zaliwskim. Swego czasu intensywnie grywaliśmy w pokera, zresztą oczywiście o drobne stawki. – Wybaczy pan, ale nie mieści mi się w głowie, – wtrącił się Maras – jak przez lata wspólnego mieszkania mogło nie dojść między wami do jakichś nieporozumień, waśni, sporów, niemaskowanej niechęci. Czarnowłosy ex–major na moment wejrzał Marasowi w oczy. Wejrzenie było tak przenikliwe i chłodne, że porucznik mimo woli pomyślał, że tego człowieka można by się bać. – Spieramy się często… komentując jakieś wydarzenia polityczne czy posunięcia władz. Wieczorami oglądamy wspólnie telewizję w jadalni. To znaczy oglądaliśmy; od paru tygodni telewizor nie działa. Jednak w końcu przecież telewizor się naprawi i znowu będziemy częściej przebywać razem. Bo chyba zrozumiałe, że konflikty są wtedy, gdy dochodzi do styczności. Tak to na ogół siedzimy w swoich pokojach, słuchając radia czy czytając, czasem pisząc jakieś listy czy wspomnienia. Mamy osobne mieszkania, a to przesądza o tym, że na wspólne przebywanie w naszej „świetlicy”, jak nazywamy jadalnię z tej racji, że jest to dla nas także sala telewizyjna, nawet się cieszymy. Bo raczej nie ma tradycji odwiedzania się gdzie indziej. – A jak byli wojskowi przez tyle lat radzą sobie bez kobiet? – spytał Maras, uprzedzając Gąsiora, który zareagował tym razem ze słabszym refleksem. – Teraz to mniej, ale dawniej niektórzy z nas znikali z domu na całe dnie! – zaśmiał się Bluziński. – I noce, trzeba dodać. Nadal chodzimy oczywiście na spacery, kupujemy książki, czasopisma, papierosy, czasem coś dla Adeli, wódkę. Lecz cóż: jesteśmy ludźmi starej daty i w sprawach „sercowych” zachowujemy dyskrecję. – A pan… ma jakąś kochankę? – spytał Gąsior. – Przepraszam, że o to pytam… – Nie ma pan za co przepraszać; to zrozumiałe, że, chcąc mi pomóc, musi pan wiedzieć o mnie wszystko. No…, – zawahał się – mam kochankę, młodszą ode mnie od 20 lat. Jest to wdowa. – Czy nie sądzi pan, że to właśnie ona może mieć coś wspólnego z tym zwariowanym anonimem? – Wykluczone – bez wahania sparował Bluziński. – Jeżdżę do niej już długo i znam ją bardzo dobrze. Nie – pokręcił głową. – Ona by tego nie zrobiła. – A czy któryś z lokatorów tego domu może być o nią zazdrosny? – Maras instynktownie wyczuł, że Bluziński z tej swojej tajemnicy zwierza się niechętnie i może w związku z tym ma tu coś do ukrycia. Coś, co obu detektywom mogłoby wiele wyjaśnić. – Żaden z tych ludzi w ogóle jej nie zna. I nawet ona nie wie, gdzie ja mieszkam. Nasza znajomość posiada cechę konspiracyjności. Przynajmniej posiadała do tej chwili. Panie kapitanie, proponuję jeszcze po jednym kieliszeczku. – Skoro pan chce wypić, to proszę – rzekł Gąsior. – Ale ja już nie będę pił. Zresztą wkrótce naszą rozmowę będziemy już kończyli. – Maras wyczuł, że zapowiedź Gąsiora, iż niedługo rozmowę zakończy, podziałała na Bluzińskiego dość osobliwie. Były major coś ważnego najwyraźniej chciał jednak wyjawić i teraz bał się, że nie zdąży. Walczył z sobą. – Panowie – wykrztusił w końcu. – Sprawa dotyczy mnie osobiście, oczywiście mogłem ją w pierwszej chwili przyjąć jako niewybredny dowcip. Ale nie jesteśmy dziećmi. Wiadomo, że każdy ma swoje zabawy, a więc i my, rezydenci Kalinowskiego, również jakieś tam swoje zabawy mamy. A każda zabawa, niestety, odbywa się czyimś kosztem. Bywa, że niby żartujemy sobie, ale ludzie obrażają się, potem kryją urazę przez lata. Teraz widzę, że w dziejach tej naszej „komuny” przy Kokosowej 7 było wiele takich momentów. Może nie tak oczywistych, nie tak dosadnych. Ale wszystko zaczyna się od drobnostek. Ktoś kogoś nazwie głupcem, świnią, w końcu idiotą. Nie jestem jakimś wybitnym znawcą ludzkich charakterów, pewnie. Ale parę lat z ludźmi tymi mieszkam i mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że po prostu z k a ż d y m z nich miewałem i miewam jakieś zatargi. Innymi słowy, jakby się uprzeć, to k a ż d y z nich ma jakiś, w mniejszym lub większym stopniu urojony, powód, by mnie zabić. Tak samo ja niekiedy odczuwam pragnienie, ażeby daną dyskusję rozstrzygnąć argumentem pięści, ponieważ, co bywa często, widzę, że moje merytoryczne argumenty spływają po moim dyskusyjnym przeciwniku jak woda po gęsi. – Czy oznacza to, że w waszym gronie dochodziło do rękoczynów? – spytał Maras. – Do rękoczynów to może nie, ale zdarzały się ostre pyskówki. – Na zakończenie proszę więc opowiedzieć o jednej z takich pyskówek, najlepiej ze szczegółami – zaproponował Gąsior. Bluziński najpierw popatrzył przez chwilę na kapitana, potem napełnił swój kieliszek i wychylił. – Często spieramy się o przekonania polityczne – rzekł. – Przy czym w takich razach cała reszta staje jak jeden mąż i uderza we mnie, ponieważ jestem jedynym, który w tym domu broni… socjalizmu. Opowiem może o ostatniej naszej kłótni. Zaczęło się od tego, że Kaszaniec stwierdził, iż socjalizm wbrew temu, co sam o sobie mówi, jest elitarny. „Grupka spryciarzy, którzy dopchali się do władzy, poprzez szeroko rozbudowany aparat =lojalnych=, czyli mówiąc po ludzku: posłusznych, biurokratów, o wszystkich ważnych sprawach państwa decyduje sama. Pod osłoną mętnej ideologii realizuje =po swojemu= to, co zostało postanowione w Moskwie”. „Zdecyduj się – odpowiedziałem Kaszańcowi. – Albo decyduje sama, albo jest tylko agendą Rosjan”. „I to, i tamto, przeczy zasadzie demokracji – odparł za Kaszańca Kalinowski. – Socjalistyczny centralizm jest w istocie nowym wcieleniem absolutyzmu…”. Bluziński urwał, i bezradnie uśmiechnął się do detektywów. – Nie ma sensu, panowie, abym wam o tym opowiadał. Takie dyskusje mogą bawić nas, mogą być dla nas jakimś ujściem nagromadzonej energii. Ale nie są tym, co was zainteresuje. Prawdę mówiąc, nie zdołałem jeszcze przemyśleć sytuacji, w jakiej postawił mnie autor owego nieszczęsnego anonimu; improwizuję. Panowie zapowiedzieli swą wizytę jutro. Może do jutra uda mi się przypomnieć sobie coś, co będzie jakimś śladem, jakąś wskazówką dla was. – Czy przynajmniej – odezwał się Gąsior – może mi pan powiedzieć o jakiejś obeldze czy groźbie, którą wypowiedział ten czy ów spośród pańskich dyskusyjnych antagonistów? – Mogę – zaśmiał się Bluziński. – Kalinowski ostrzegł mnie raz, że zabije mnie w ciągu 24–ech godzin od chwili, gdy językiem urzędowym w kraju stanie się rosyjski. Ale zrozumiałe, że tego typu ostrzeżenie musiało być czymś w rodzaju retorycznego chwytu. Rosjanom potrzebna jest, wolna choć po części, Polska. – A kto inny z domowników podobne zdania kierował pod pańskim adresem? – spytał Maras. – No, Kaszaniec raz wyzwał mnie od „agentów Moskwy”, po czym rzucił myśl, żeby zastosować wobec mnie areszt domowy, ale to też oczywiście był żart. Inni zarzucali mi, że opowiadam się za egalitaryzmem i sympatyzuję z elementem plebejskim, ponieważ rzekomo słabo trzymam się ziemi. Nie wiem, jak takie ideały wyglądają w praktyce. Podobno któryś z mieszkańców tego domu proponował, aby napuścić na mnie jakichś opryszków z lumpenproletariatu; że to rzekomo oczyściłoby mój mózg od „zwyrodnienia”, jakiemu uległem, ponieważ niby wszystko, co wiem, to wiem z książek. Sami panowie widzą, jaki ze mnie „erudyta” – wskazał regał z książkami, który nie był bardzo wielki… – Ale dla takich nieuków jak Kalinowski czy Kaszaniec jestem oczytany wyjątkowo; może zazdroszczą mi tego i stąd te pomówienia. – Widzi pan – powstał Gąsior. – W końcu jednak coś tam z pana wydusiliśmy. No to do jutra – wyciągnął dłoń. – – – – Gdy nazajutrz Maras stawił się w Komendzie, Gąsiora jeszcze nie było. Za to gabinet, który zajmowali co dnia wspólnie z sierżant Kicińską, zajmowała właśnie teraz właśnie ta ostatnia. Jola na widok Marasa zrobiła minę i spytała: – Jak tam ból zęba? Maras uświadomił sobie, iż rzeczywiście wczoraj bolał go ząb. – Minął jak zły sen, ale ty…. skąd o tym wiesz? – Od Alfreda, który dzwonił. Polecił mi, żebym przekonała Ciebie o konieczności załatwienia kłopotu z zębem, ponieważ szykuje się jakaś wspaniała akcja i w związku z tym musisz być absolutnie sprawny. – Dzwonił tylko po to? – zdziwił się Jerzy. – Nie – Jola pokręciła głową przecząco. Była ubrana we włochaty sweterek, nieco przyciasny, dzięki czemu wyraźniej niż zwykle zarysowywały się pod ubiorem jej piersi. Te piersi, jakkolwiek nie olbrzymie, były jednak nader kształtne… – Alfred powiedział jeszcze, że się spóźni o dwie godziny i żebyś sam nie jechał do Radości, tylko poczekał na niego. – Jakaś katastrofa domowa? – Maras zaryzykował domysł. – Tak. Pękła rura centralnego ogrzewania. Powiedziałam mu, że nie jest aż tak zimno, by tym się martwić. Ale on nie chce, żeby zalało mu mieszkanie. Nie ma jednak tego złego, co by nie obróciło się na dobre. Opowiesz mi, Jurku, jak tam wczoraj przebiegły rozmowy w Radości. Skoro tak wybredny specjalista jak Gąsior mówi, że szykuje się „wspaniała akcja”, to chyba rzeczywiście zasypiesz mnie rewelacjami. Prawdę mówiąc, Maras nie bardzo liczył na to, że opowiedzenie Joli o domownikach Kalinowskiego, poza samym zaspokojeniem jej ciekawości, na coś się przyda, ale zgodził się opowiedzieć. Od samego początku Jola słuchała nader uważnie, a porucznik, który, opowiadając, patrzył na nią, coraz silniej utwierdzał się w przekonaniu, że takie dziewczę jak ona może być dla mężczyzny prawdziwym skarbem. Wystarczyło spojrzeć i ujrzeć to tak rzadko spotykane połączenie urody ciała ducha, a mówiąc dosłownie piękna sylwetki i uduchowienia wyrazu twarzy, by całkowicie zapomnieć, że w świecie przeważa ilościowo brzydota i głupstwo. Jola słuchała ze zrozumieniem, co wydatnie pomagało opowiadaczowi. A z kolei uroda tej dziewczyny, którą to urodę tak naprawdę dopiero teraz spostrzegł, wywierała presję na męską ambicję Marasa według zasady: „mów ciekawie, bo jestem warta tego”. Porucznik kończąc opowiadanie aż się zdziwił, że dopiero teraz dostrzega coś, co miał pod nosem codziennie przez kilka ostatnich lat. A może Jola nie była tak piękna? Może po prostu teraz się w niej… zakochał? Maras był kawalerem – po kilku rozczarowaniach miłosnych, właściwie flirtach, a ostatnio w tej mierze przeżywał okres zastoju. „Może to Jola jest tą, której brak niekiedy tak silnie odczuwam?” – zastanawiał się. O tym jednak, czy na tym polu można by było coś zrobić, powinna zadecydować praktyka. Maras odgonił więc nastręczające się, dalekosiężne myśli… – Z tego, co mi opowiedziałeś, – przemówił Kicińska – wynika najniezbiciej bodaj tylko jedno: wasze zaniedbanie pewnej podstawowej danej. – Więc rozwiązałaś już zagadkę? – zezłościł się nagle Maras, który pomyślał, że największą wadą pięknych kobiet bywa ich ewentualna inteligencja. – Tak mi się wydaje – oczy Joli świeciły jak dwa szmaragdy. – Otóż w swoich domysłach pominęliście całkowicie sprawę dedykacji. – „Zbrodnię dedykuję kapitanowi Gąsiorowi” – zacytował z pamięci Maras. – Po prostu taki ozdobnik stylistyczny. Facet dowiedział się przypadkiem, że istnieje jakiś detektyw nazwiskiem Alfred Gąsior, i wyskoczył w liście z enigmatyczną dedykacją, żeby zamącić nam w głowach. – Gdyby zależało mu wyłącznie na zamąceniu nam w głowach, wybrałby na adresata dedykacji osobę o niebo mniej kompetentną niż Gąsior; choćby – nie obraź się – ciebie. – Zrozum, dziewczyno, że on nie wybierał – zdenerwował się Maras. – Przypadkowo trafił na Gąsiora. Z listu wynika, że jest on pewny siebie i pozostaje dla niego całkowicie obojętne, czy przeciwnikiem w tej rozgrywce będzie dla niego jakiś facet z dużym doświadczeniem, jak Gąsior, czy z mniejszym, jak ja. Chce sobie zadrwić z milicji. Być może to nawet jest jego głównym celem! – A jeśli wybrał Gąsiora nie na drodze losowej? – ze spokojem uśmiechnęła się Kicińska. – W takim razie powiedz, jak ty to sobie wyobrażasz. – Dla mnie jasne jest jedno: on chce, żeby Gąsior prowadził całą akcję. Stąd dedykacja. A w jakiej sytuacji byłoby dla niego korzystne, gdyby to właśnie Alfred ją poprowadził?... Wyobraź sobie taką historię: przed wyprawą stawiacie się wszyscy w tym gmachu (mówię „wszyscy”, gdyż myślę, że Alfred prócz siebie i ciebie zabierze jeszcze paru uzbrojonych ludzi, może z psami) i jedziecie do Radości. Tam zajmujecie stanowiska, czekacie. W pewnym jednak momencie Gąsior mówi, że chce porozmawiać z tym… Bluzińskim, w cztery oczy. Wobec tego przechodzą do osobnego pokoju albo ten pokój, w który czekali dotąd wszyscy, opuszcza reszta. Rozmowa „w cztery oczy” Bluzińskiego z Gąsiorem przedłuża się nadzwyczajnie. Jesteście zaniepokojeni. W końcu decydujesz, że trzeba sprawdzić, co się z nimi dzieje. W pokoju, gdzie mieli rozmawiać, znajdujecie zwłoki Bluzińskiego, a Gąsiora nie ma. Wysnuwasz przypuszczenie, że Alfred został porwany. Ale dowiadujesz się z Komendy, że Gąsior wcale nie wyjechał wczoraj na akcję, tylko został obezwładniony w drodze do Komendy i na akcję z wami pojechał jego sobowtór… – Jola urwała i popatrzyła na Marasa szafirowo. Jerzy był zdumiony taką koncepcją Kicińskiej; odniósł wrażenie, że ta młoda kobieta przez kilka okrągłych lat ich wspólnej pracy musiała chyba udawać głupszą, niż była w rzeczywistości. Choć co prawda mądrość też można udawać…, posługując się na przykład cudzymi przemyśleniami. Ale w tym przypadku Jola nie miała czasu zasięgać opinii innych. Przed chwilą przecież dopiero dowiedziała się szczegółów sprawy. Od niego, od Marasa… – Sądzisz, że morderca może być łudząco podobny z wyglądu do Alfreda? – Tak właśnie sądzę – Jola zamaszystym ruchem głowy odgarnęła grzywkę, która spadła jej na oczy. Maras odparł: – Takie rzeczy zdarzają się tylko w amerykańskich filmach sensacyjnych. – Wiemy, że przestępcy często biorą wzór z filmowych popisów – Kicińska swej koncepcji broniła całkiem na poważnie. Pułkownik zapalił giewonta. – Wiesz, nie chciałbym być twoim mężem. Mężowie głupsi od swoich żon to żałosne. Jola uśmiechnęła się: – A porucznikowie głupsi od swoich sierżantów to rozczulające? Nie, Jurku, – zmieniła ton – wcale mi nie zależy, żeby ciebie upokarzać. Trafiło mi się jedno skojarzenie, być może, że jak ślepej kurze ziarno. – Zabrzmiało ciekawie – Maras wypuścił dym nozdrzami. – Ale być może, że była to jakaś pozostałość po dawno oglądanym filmie, więc prawdopodobnie nie mam się czy chwalić. Interesuje mnie co innego. Jak sobie poradzimy z tak nonszalanckim anonimowym mordercą. – Pewni siebie są albo ludzie bardzo młodzi, bez żadnego doświadczenia, bezkrytycznie przeceniający własne możliwości, albo… – Czy nie pomyślałeś, – przerwała porucznikowi sierżant Kicińska – że ten gość to może być bandyta, któremu dał popalić niegdyś Alfred? Trzeba by sprawdzić, czy na liście przestępców, których Gąsior skierował niegdyś na odsiadkę, znajduje się taki, co pasuje do tej sytuacji i wyszedł niedawno z więzienia. – A więc wycofujesz się z koncepcji, gdzie zabija sobowtór Fredka? – uśmiechnął się Maras spostrzegając, że Kicińska jest jednak typową kobietą, co to ma 100 pomysłów na minutę i przy żadnym nie wytrwa dłużej. – Trzeba sprawdzać wszelkie możliwe warianty – broniła się Jola. – Co tylko przyjdzie na myśl. W końcu premedytacja mordercy jest to też praca intelektu i chyba zrozumiałe, że podczas takiego rozmyślania przestępca teoretycznie sprawdza wszystkie drogi do swego celu… Wszedł Gąsior. Na powitanie machnął Joli dłonią, wymienił uścisk z Marasem. – Posłuchaj tylko, Fredku, co przed chwilą wymyśliła nasza nieoceniona sierżant Kicińska – rzekł porucznik, po czym opowiedział Gąsiorowi o pomyśle z sobowtórem. – Czy mógłbyś jakoś udowodnić, że jesteś tym, kim jesteś? Gąsior uśmiechnął się: – Na szczęście, Jolu, nie ma na świecie dwóch takich jak ja. – Ależ, Alfredzie, – Kicińska obraziła się, że tak oto lekceważy się jej pomysł. – Swoich sobowtórów mają nawet koronowane głowy! Gąsior zrobił gest, który miał oznaczać: „może tak, może nie”, po czym siadł na chwilę za swoim biurkiem. – Jednak drugi domysł Joli, choć mniej atrakcyjny, zasługuje na przemyślenie – rzekł Maras. – To bowiem ma znamiona prawdopodobieństwa, że swą nową zbrodnię chce ci zadedykować jakiś twój stary znajomy. I to takie, któremu swym działaniem zaimponowałeś. Gąsior był w płaszczu, którego wszedłszy nie zdjął. Teraz wstał i wskazał porucznikowi jego płaszcz, wiszący na wieszaku przy drzwiach. – Jurku, ubieraj się. Oczywiście, że drugi domysł Joli jest mniej atrakcyjny. Wybacz, – machnął dziewczynie dłonią – ale to, że jakiś stary wyjadacz chce swoim przyszłym, dedykowanym mi morderstwem wyrównać dawne porachunki, to musiało przyjść do głowy każdemu. Drugą oczywistością jest przypuszczenie, że ten niedoszły, co daj Boże, zabójca jest jednym z domowników pułkownika Kalinowskiego. Cześć, Jolu – Gąsior obejrzał się w drzwiach. – I przypominam: notuj wszystkie ważne rzeczy podczas naszej nieobecności. Mężczyźni wyszli. – – – – W drodze do Radości Maras próbował zorientować się, czy Gąsior ma już jakąś koncepcję odnośnie ochrony Bluzińskiego w krytycznym dniu. Kapitan dawał jednak wymijające odpowiedzi. W końcu wyznał, że na razie najważniejszym zadaniem nie jest myśleć o ochronie Bluzińskiego, tylko starać się wydobyć od rezydentów domu przy Kokosowej 7 coś, co wyjaśni sprawę i zapobiegnie konieczności odegrania takiej roli, jaką wyznaczył milicjantom niedoszły, „co daj Boże”, morderca. – Dał nam 7 dni – mówił Gąsior. – Postarajmy się udowodnić mu, że taki prezent był z jego strony zagrywką zbyt hojną. Maras zapytał, o co konkretnie będą dziś zabiegać; o uzyskanie jakich informacji. Gąsior wyjaśnił, że trzeba poszukiwać motywu, którą to odpowiedzią mocno rozczarował Marasa, ale porucznikowi trudno było przecież wymagać, by osoba mająca tyle samo danych, co on, nagle olśniła go pomysłem na miarę odkrycia Ameryki. W końcu kapitan nie był cudotwórcą. A jeśli coś ważnego już dostrzegł, tylko że na razie nie chciał o tym mówić, to naleganie, by to zrobił, na nic by się nie zdało. Koleżeństwo Marasa z Gąsiorem kończyło się tam, gdzie zaczynały grać rolę pewne szczególnie osobiste tajniki spraw zawodowych. Gąsior był szefem i pamiętał o tym. Co prawda, pozwalał młodszemu koledze „w ramach współpracy” realizować własny tok gromadzenia śladów i łączenia ich w łańcuchy „przyczynowo–skutkowe”, lecz najczęściej przeforsowywał swój program badań, a następnie działań. I najczęściej też, co zresztą złościło Marasa mniej niż można było przypuszczać, okazywało się, że to program Gąsiora był trafiony. Zajechali pod okazały, znajomy im już dom. Wysiedli z wozu, furtką w bramie weszli na śmiesznie „chrupiącą” im pod stopami ścieżkę usypaną ze żwiru. Kucharka Adela Lasik – widać – pamiętała, że detektywi obiecali przyjechać znowu, a może po prostu usłyszała ich samochód, który zatrzymał się blisko jej okna, toteż tym razem nie musieli czekać, aż im otworzy; zanim podeszli do drzwi wejściowych domu, te solidne dębowe wrota rozwarły się pchnięte jej ręką. – Dzień dobry panom milicjantom – poważnie na widok nadchodzących skinęła głową. – Dzień dobry pani – powiedzieli chórkiem nowoprzybyli. Po czym dorzucił już tylko Gąsior: – Czy wszyscy w domu? – Nie wszyscy – pokręciła głową przecząco. – Kapitan Kaszaniec spaceruje po Radości, ale powiedział, ze niedługo wróci. No i pułkownik Kalinowski jest w ogrodzie. Wróci pewnie za parę minut, ale jak panowie chcecie, to pójdę i będziecie go mieli zaraz. – Nie, niech pani się nie fatyguje – rzekł Gąsior. – Jeśli ma przyjść za parę minut, to poczekamy. A zresztą mamy w planie najpierw z kwadransik porozmawiać z panem majorem Bluzińskim, a potem porozmawiamy także z panią. – Rozumiem – poważnie kiwnęła głową Lasikówna. – Ja też mogę sporo wiedzieć, – uśmiechnęła się – co panów interesuje. – Oczywiście – przyznał z powagą Gąsior. – Major Bluziński mieszka pod szóstką, na piętrze – Lasikówna wskazała schody. Gąsior podziękował jej skinieniem. – Pamiętamy. A więc na razie do widzenia. Mężczyźni szybko wspięli się na piętro, Gąsior zapukał w drzwi dość staroświecko wykrojoną, czarną w białej elipsie cyfrą 6. Drzwi otworzono natychmiast. Bluziński wyglądał tak samo jak wczoraj: przenikliwe spojrzenie jego jasnych oczu nie zdradzało jakichkolwiek wzruszeń, ani śladów zmęczenia. – Jak pan spał? – spytał witając się kapitan. – Dobrze. Jako wojskowy, od dawna przywykłem do myśli, że jutro, czy za parę dni, mogę zginąć gwałtowną śmiercią. – No, miał pan parę lat, – uśmiechnął się Maras – by odzwyczaić się od tej myśli. – Takich myśli się nie zapomina – oddał uśmiech były major. – Proszę, niech panowie siadają – zapraszającym gestem wskazał krzesła. Siedli. Przez parę chwil obie strony czekały, aż zacznie druga, ponieważ wiadomo było, co jest interesującym wszystkim tematem. – Widzę, że rozumiemy się bez słów – śmiechem przerwał milczenie Gąsior. – Panie majorze, niech pan powie, co się panu przypomniało. – Powiem panom: i bardzo wiele, i bardzo mało. Wiele, bo nie jestem aż tak zjedzony przez sklerozę, by nie pamiętać tysiąca incydentów, które mogły być dla kogoś podstawą do nawet bardzo wybujałej nienawiści wobec mnie, a bardzo mało, bo nie potrafię wskazać takiego incydentu, który byłby zajmował pozycję dominującą wśród nich. – Niech pan opowie incydent pierwszy, jakie panu przyjdzie do głowy – powiedział szybko Maras. Bluziński przyczesał swe czarne włosy dłonią: – No, jeśli tak… Dobrze. Parę latem przebywałem w ogrodzie z Krzysiem Zaliwskim, zrywaliśmy tam jabłka. I gruszki zresztą też… Gruszki, śliwki. W pewny momencie Zaliwski się zagapił, jakoś tak się zamyślił – Bluziński pomagał sobie dłonią, usiłując znaleźć najwłaściwsze słowo. – No i w tym momencie, kiedy tak dumał, trącone przez mnie kijem jabłko spadło mu na głowę. Zaśmiałem się głośno. Należymy do wesołych ludzi, mam na myśli nas: domowników z Kokosowej, ale Zaliwski to wyjątkowo nieskory do żartów człowiek… Powiedział, że jabłko było twarde jak kamień i że przy najbliższej okazji postara się odpłacić mi pięknym za nadobne. Ot, wszystko. – Więc mówi pan, że ten incydent jest typowy, reprezentatywny dla pańskich przeżyć? Nie przeżył pan nigdy nic poważniejszego? – spytał Gąsior, a Maras tymczasem przypalił sobie giewonta. – Żyjemy tu spokojnie – Bluziński zrobił tu gest bezradności. – A w czasie wojny i przed nią? – nie ustawał Gąsior. – Przecież znajomość panów trwa chyba już od kilku lat przed wojną? Byliście wtedy młodzi i, jako wojskowi, pewnie bardziej porywczy niż, dajmy na to, jacyś biuraliści… Musiało wówczas wśród was dojść do jakiejś awantury, przypuszczam nie jednej, chociażby podczas libacji? – Raz Kaszaniec pobił się z Kalinowskim o moją siostrę, późniejszą żonę Michała. Cóż, było parę siniaków, niegroźne krwawienie z nosa… – A pan bił się z kimś? – Gąsior zadał to pytanie jakby z nadzieją na pozytywną odpowiedź, co Maras rozumiał, ponieważ jak na razie detektywi nie mieli jeszcze sposobności trafić na fakt, który by poważniej ich zainspirował. Bluziński machnął ręką: – Biłem się oczywiście nie raz. Kiedy byłem w podchorążówce razem z Andrzejem Łebke, uczyli nas boksu. Ćwiczyłem między innymi z Andrzejem i trzeba powiedzieć: ostro się pokiereszowaliśmy. Ale to było w ramach sportu. Natomiast inne bójki… Chodzi panu o moje bójki z mieszkańcami tego domu, czy tak? – Adam Bluziński zaplótł ręce na piersiach. – Niekoniecznie – zaprzeczył Gąsior. – Z tej małej porcji danych, jakie mamy, wynika, że nasz domniemany morderca jest albo osobą zamieszkującą w tym domu i ma wspólnika na zewnątrz, albo jest samotną osobą z zewnątrz. Więc interesują nas wszyscy pana życiowi antagoniści, niekoniecznie z tego domu. Chociaż osobiście bardziej wierzę, że jednak główny nasz nieprzyjaciel to osoba stąd – Gąsior zapukał wyprostowanym palcem w blat stołu, przy którym mężczyźni teraz siedzieli. – Bo jak ktoś obcy mógłby działać na tak wyizolowanej scenie, gdzie wszyscy znają się jak łyse konie i każdy gość wzbudza nieomal sensację. – Może ostatnio gościli u panów jacyś ludzie, których obecność tutaj była czymś naturalnym, nie budzącym podejrzeń: na przykład hydraulicy, elektrycy, listonosz wreszcie? – podrzucił Maras. Przez moment na twarzy emerytowanego majora zaistniała dezorientacja: nie wiedział, na które z zadanych pytań ma odpowiedzieć. – Może najpierw wyczerpmy temat bójek – zadecydował Gąsior. – Niech pan krótko opowie o najbardziej zaciekłej bójce pańskiego życia, obojętnie z kim; wykluczając, jasne, lata chłopięce i walkę z wrogiem na froncie. Jeśli osobnik, z którym pan kiedyś bił się, żyje jeszcze, to sprawdzimy, czy ewentualnie mógł on maczać palce w sprawie anonimu. – No cóż – Bluziński klepnął się po udach dłońmi. – Najzacieklejsza bójka mojego wieku dorosłego to starcie z niejakim Brodowiczem. Mając 25 lat, z okazji urlopu balowałem z pewną panią w lokalu „Powiśle” w Warszawie. Byłem w mundurze, co sumując się z moim ówczesnym wiekiem i chyba faktem, iż prowadziłem partnerkę nie jak łamaga, sprawiało, że prezentowałem się zadzierzyście... Tańczyliśmy. W pewnym momencie jakiś nieznajomy mi człowiek, obejmujący w tangu nieznajomą mi kobietę, w jakimś takim piruecie zbliżył się do nas i nadepnął obcasem duży palec mojej stopy. Zawyłem z bólu. Typ był wyższe ode mnie o głowę, ważył przy tym pewnie o 30 kilo więcej niż ja. Jednakże ja, chociażby z praktyki wojskowej, wiedziałem, że o powodzeniu w ewentualnym starciu nie w każdym razie decyduje przewaga wagi i wzrostu, bo decyduje przecież nawet nie przewaga siły. Liczy się szybkość, refleks, zdecydowanie. Zresztą jeśli kalkulowałem wtedy, to nader krótko – Bluziński wyjął z kieszenie chusteczkę i otarł nią ustał, w których kącikach rzeczywiście zebrało się trochę śliny. – Wymierzyłem i lewą pięścią zadałem „prowokatorowi” cios na szczękę, po czym poprawiłem z prawej; ten tylko się skrzywił, po czym rzucił się na mnie: w jego oczach zobaczyłem szał. Typ był wyjątkowo twardy; inni po przyjęciu dwu tak ciężkich ciosów byliby oszołomieni, tego mój atak tylko rozwścieczył. Uskoczyłem w bok i pędzącego olbrzyma podciąłem nogą. Runął na podłogę. Czekałem, aż wstanie; gdy zrobił to, przyskoczyłem, lewą ręką chwyciłem za ubranie na wysokości piersi, a prawą przyłożyłem w żołądek. Wrzasnął i instynktownie odepchnął mnie. Staliśmy przez chwilę w pewnej odległości od siebie. „Spróbuj mnie jeszcze raz choćby dotknąć” – wyrzucił zza uniesionych pięści, a w jego oczach malowała się wściekle groźba „załatwienia mnie na amen”. Doskoczyłem znowu, próbując znowu zadać cios na twarz, ale osadził mnie w miejscu cios jego wyprostowanej nagle ręki. Nie zachwiałem się, ale ten cios odczułem. Pomyślałem, że ten człowiek zaraz mnie zabije, ale nie chciałem uciekać. Obejrzałem się za siebie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że orkiestra przestała grać, a inni goście lokalu stanęli i wlepiają gały w nas, walczących. Pomyślałem, że tym bardziej nie wypada mi uciekać. Ale siła ciosu tego olbrzyma była potworna. Zwykłą drogą nie mi było się z nim mierzyć. Zobaczyłem, że o 2 kroki za mną stoi masywne krzesło. Nieznacznie cofnąłem się i, chwyciwszy to krzesło oburącz, rzuciłem się na dryblasa, który w pierwszej chwili, przestraszony impetem mojego ataku, a może po prostu widokiem wymierzonego weń krzesła, odwrócił się i zaczął uciekać. Ale zrobiwszy jeden krok na tej drodze, nagle jakby się rozmyślił i twardo stawił mi czoła. Uderzyłem z góry krzesłem, które wylądowało na zasłonie z jego rąk. Potem uderzyłem z boku, a on usiłował pochwycić krzesło i wyrwać mi je. Jednak wyrwałem to krzesło do siebie i jeszcze kilka razy uderzyłem, zresztą z różnym skutkiem. Krzesło było ciężkie, więc po zadaniu tylu ciosów mdlały mi już ręce. W końcu odrzuciłem krzesło daleko w bok. Typ był osłabiony, postanowiłem dokończyć walkę samymi pięściami… Czy panów to nie nudzi? – przerwał sobie Adam Bluziński i popatrzył bystro na milicjantów. Tak Maras jak i Gąsior pokręcili przecząco głowami. – Nie słuchamy pana dla zabawy – uzupełnił wymowę gestu Maras. – W takim razie ciągnę. Otóż pokiereszowany krzesłem przeciwnik okazał się już nie tak groźny, jak wydawało mi się wówczas, gdy jego błyskawiczny „dyszel” osadził mnie w miejscu na początku walki. Walczyliśmy od tej pory już jak równy z równym. Ja z doskoku bijąc w półdystansie, on próbując mnie utrzymać na dystans ciosami prostymi. Siniaki pod oczami, porozkwaszane nosy, pęknięte wargi i, przynajmniej po mojej stronie, znaczne osłabienie oraz ból obtłuczonych miejsc – oto był wynik naszej walki. Nie było bowiem tryumfatora, ani zwyciężonego; w którymś momencie padł ostatni cios i rozeszliśmy się w swoje strony, jakby nic nie zaszło. Nazajutrz w gazecie przeczytałem, że moim przeciwnikiem w lokalu „Powiśle” był niejaki Stefan Brodowicz, znany już ponoć, choć młody jeszcze, adwokat warszawski. Autor notki zamieścił także moje nazwisko, dodając łaskawie, że „mały wojskowy bił się z olbrzymim prawnikiem jak Dawid z Goliatem, tyle, że na szczęście nikt w tym boju nie poległ, choć przez większość walki wyglądało na to, że zapaśnicy szczerze pragną się pozabijać”. Podobno tego Brodowicza ktoś napuścił na mnie, albo może adwokat chciał się popisać swym męstwem przed damą, z którą tańczył, bo to była naprawdę ładna bestia. Ot, i wszystko, panowie. Mogę jedynie dodać, że Brodowicza nigdy później już nie spotkałem. – Sprawdzimy, czy mógł on być autorem naszego nieszczęsnego listu – powiedział Gąsior. – A teraz proszę powiedzieć, czy ostatnio nie gościli w tym domu jacyś ludzie typu: listonosz, hydraulik, elektryk, może ślusarz? – Wczoraj rano musiał być listonosz z anonimem – zauważył rozsądnie ex–major, ale wątpię, czy by przy tej okazji miał sposobność podłożyć tu gdzieś bombę. List przekazał pewnie, jak zwykle, Lasikównie; nie przestępował nawet progu. Co do innych tego typu gości, to od dwóch miesięcy nie było tu takich. Oprócz listonosza, który poza emeryturami przynosi nam czasopisma, rzadziej jakieś inne przesyłki, pojawiają się u nas specjaliści z rutynowymi wizytami co do stanu różnych instalacyj, ale to rzadko i nie ostatnio. – W takim razie już ostatnie pytanie: czy ma pan jakichś znajomych w Radomiu lub czy zna pan kogoś, kto przed trzema dniami był czy też mógł być w tym mieście? – mówiąc to, Gąsior uniósł brew. – W ciągu całego ostatniego miesiąca nikt z domowników tej posesji nie wyjeżdżał z Radości. A inni znajomi? Cóż, mogli być, ale nie chwalili mi się tym. – Mówił pan o swojej kochance… – podpowiedział Maras. – A jednak tamto pytanie nie było ostatnie… No właśnie, ona mogła być. Z tym, że jej udział w spisku na moje życie wykluczam. Mówiłem to już panom. Natomiast mam jeszcze dwóch znajomych, z którymi utrzymuję kontakt: jeden to emeryt z Poznania, z nim kontaktuję się korespondencyjnie. I jeszcze jeden pan, nieco młodszy, który mieszka w Radości. Zachodzimy czasem do siebie, ale bardzo rzadko, i raczej ja do niego niż on do mnie. Jest to autor pięciu tomików poetyckich, ale z poezji, rzecz jasna, by nie wyżył. Pobiera zasiłek twórczy z Ministerstwa Kultury, czy też może ma rentę zdrowotną, dokładnie nawet nie wiem. Ten drugi jest nieobliczalny, fakt. Ma pomysły nie z tej ziemi. Tyle, że on jest nieobliczalny w słowach, w gestach, umie być błyskotliwy. Ale stale podkreśla, że jest pacyfistą, więc z ukrycia grozić mi śmiercią to chyba byłoby nie w jego stylu. – Nazwisko tego pana i może jeszcze dokładny adres? – po raz któryś już podczas tej wizyty Gąsior sięgnął po notatnik. – Jan Mór, Przyłbicka 3, mieszkanie numer 2. – Odwiedzimy i jego. A teraz – Gąsior i Maras powstali – pożegnamy się z panem. Bardzo być może, że odwiedzimy pana, majorze, jeszcze ze dwa, trzy razy przed godziną próby. Będziemy rozmawiać z innymi domownikami i mogą wyjść na jaw sprawy, o których dookreślenie poprosimy pana. Tym razem jednak żegnamy. – – – – c.d.n.