MORDERSTWO Z DEDYKACJĄ

(część 6 z 7)

	Mecenas Stefan Brodowicz był zaiste olbrzymem. Tak potężnych mężczyzn Maras widział w życiu może z pięciu i to z tego czterech w telewizji. Ubrany szykownie, siwiejące włosy nosiły jeszcze ślady dawnego ubarwienia, twarz ogorzała, wąsik. Gąsior wyjaśnił krótko, z czym detektywi przychodzą, choć było to właściwie przypomnienie, jako że już wczoraj w telefonicznej rozmowie powiedział nieomal to samo. Potem zadał pierwsze pytanie:
	– Jaki był prawdziwy powód owej bójki sprowokowanej przez pana w lokalu "Powiśle" kilkadziesiąt lat temu?
	– O, wie pan – uśmiechnął się szeroko Brodowicz. – Byłem wtedy tak młody i wrażliwy na punkcie swojej męskości, że prawie każde śmielsze spojrzenie innego mężczyzny przyjmowałem jako wyzwanie. A ten mały wojskowy, mimo niepokaźnej postury, miał spojrzenie bardzo zaczepne, zgoła złowrogie.. Zresztą walczył ze mną nieczysto, bo kto widział, żeby z mężczyzną, który najwidoczniej chce stoczyć pojedynek według przyjętych obyczajem reguł, żeby z tym mężczyzną walczyć przy pomocy... krzesła? Pokiereszował mnie mocno ów mały, ale gdyby nie to krzesło, zapewne wszystko skończyłoby się inaczej.
	– Często inicjował pan takie... przyjęte obyczajem pojedynki? – nieco ironicznie zagadnął Brodowicza Maras.
	– W okresie młodości – wzruszył ramionami zagadnięty. – Zresztą częściej to mnie zaczepiano. Od dziecka byłem duży, potem wyrosłem wprost nieprzyzwoicie. Powalić takiego "drągala" to przecież dla wielu co bitniejszych chłopaków był nie lada kąsek. Zwykle jednak skutkiem takiej zaczepki nie ja byłem powalany. Przez jakiś czas nawet zasmakowałem w robieniu takich przewag...
	– Czy wcześniej znał pan majora Bluzińskiego? – wrócił do rzeczy Gąsior.
	– Nie. Trudno zresztą powiedzieć, czy i później go znałem. Jego nazwisko powiedział mi ktoś w lokalu, wtedy, a później wyczytałem je w prasowej notce, która opisano nasze zmaganie. Ale gdyby nie panowie, jego nazwiska bym sobie już nie przypomniał; wyleciało mi z pamięci.
	– Nie chowa pan urazy, do człowieka, który okładał niegdyś pana ciężkim krzesłem?
	– Powiem panu szczerze, że prze jakiś czas chowałem i nawet chciałem się odegrać. Ale ten "jakiś czas" to były tygodnie: 3, może 4. Teraz nie myślę o tym, a nawet kiedy myślę, to raczej podziwiam tego dzielnego wojaka. W moich dorosłych latach były bodaj dwa wypadki, kiedy z bójki wychodziłem nie jako zwycięzca. Przeważnie zresztą moimi przeciwnikami bywali tak zwani chłopi na schwał, więc tym bardziej rywal lżejszy ode mnie o 40 kilo musiał mnie, powiedziałbym nawet: rozśmieszyć. Że chwycił za krzesło? Cóż, to krzesło nie ważyło chyba 40–tu kilogramów...
	– Dobrze, panie mecenasie, wierzymy panu. Nasza wizyta zresztą już w założeniu miała mieć charakter raczej prewencyjny. Chcemy, żeby pan wiedział, iż znany jest nam ten dawny pana konflikt z majorem Bluzińskim i żeby w razie czego nie narobił pan głupstw.
	– Za kogo mnie panowie macie, jestem prawnikiem. A ponadto człowiekiem już niestety starym.
	– Bluziński jest dziś równie stary jak pan, a jednak nadal jego osoba wzbudza czyjeś niezdrowe emocje; wierzymy, że nie pańskie.

–		–		–		

	Porucznik Jerzy Maras budził się w nocy kilkakrotnie. Wiedział, dlaczego. Nie chciał przespać godziny spotkania z Jolą. Umówili się na dziewiątą rano, u niej. To znaczy porucznik miał ją stamtąd zabrać. Dokąd? – To miało być dla niej niespodzianką. Maras, obudziwszy się po raz kolejny, tym raczej już nie opadł z powrotem na materac. Była szósta. Porucznik umył się, zaścielił łóżko, po czym wyszedł z pidżamy i przywdział swój najlepszy garnitur. Wyjątkowo długo jak na niego stał przed lustrem, sprawdzając jak wygląda z przodu, z tyłu, z boków. Był już ogolony i uczesany. W takim stanie mógł się chyba podobać Joli. Ale strona męska ma nie tylko ładnie wyglądać, musi też wykazywać się pewną energią. Jerzy pomyślał, że w jego sytuacji najwięcej energii wbuduje w jego osobę jajecznica na boczku, tym bardziej, że nic innego nie umiał przyrządzać na śniadanie, a zapasy zgromadzone w lodówce na wiele więcej nie pozwalały. Porucznik czuł się doskonale, choć zbliżanie się spotkania lekko go tremowało. Jajecznicę na boczku zagryzł chlebem, popił herbata. Teraz był już prawie pewny, że spotkanie z Jolą wypadnie dobrze. Jeszcze umył naczynia w kuchni, wyczyścił patelnię i wyszedł z domu, włożywszy tylko płaszcz. Pogoda nie była najlepsza, ale nie była też najgorsza, więc nadal w swojej skórze czuł się jak najlepiej, snuł w myślach najśmielsze plany co do mającego nadejść zdarzenia.
	Nie było jeszcze siódmej, toteż Maras wpadł na pomysł, że odległość dzielącą jego kawalerskie mieszkanie na górnym Mokotowie od lokalu na Przemysłowej, gdzie z bratem i rodzicami mieszkała sierżant Jolanta Kicińska, odbędzie pieszo. W razie, gdyby miało się okazać, że przeliczył się z siłami, wsiądzie w autobus albo złapie taksówkę i nie będzie problemu. Okazało się jednak, że porucznik z siłami się nie przeliczył, przeciwnie: po spacerze, który skończył przy Przemysłowej numer ileś–tam, do godziny dziewiątej brakowało jeszcze 25–ciu minut. Porucznik, nie znajdując lepszego wyjścia, poszedł do pobliskiego parku przy ulicy Rozbrat, gdzie usiadł na ławce. Gdzieś tutaj brat Joli odnalazł nieszczęsnego żebraka... Porucznik, dotąd wesoły i zadowolony z życia, teraz nieco się zachmurzył. Tylko nieco, ponieważ im gorsze bogactwo i przemieszanie rzeczy dobrych i złych dla Marasa stanowiło o największym uroku życia, zapewne nie tylko dla niego. Rozmyślając trochę o tym, trochę o owym, porucznik przebrnął puste 25 minut oczekiwania i punktualnie stawił się u państwa Kicińskich. Otworzyła oczywiście sama Jola, umalowana jak nigdy. Maras uznał, że 2 słowa wypada powiedzieć do rodziców, którym, bądź co bądź, "porywa" córkę. Wszedł więc głębiej w mieszkanie, urządzone zresztą z najwyższą dbałością o czystość i porządek. Rodzice wybierali się pewnie do kościoła, Jurek Kiciński jeszcze prawdopodobnie spał. Maras przedstawił się prędko rodzicom Joli, wyjaśnił, w czym rzecz i zauważył głośno, że „tak pani Kicińska jak i jej mąż wyglądają bardzo młodo, pardon: są bardzo młodzi, co jego, Maras nieco zaskakuje, ponieważ =od lat= przywykł traktować swoją współpracownicę, Jolę, jako rówieśnicę”. Rodzice Joli zrewanżowali się komplementem w tym samym guście, co było bardzo miłe i zrobiło dobre wrażenie na pannie Kicińskiej, która najprawdopodobniej życzyła sobie, żeby jej "wszyscy bliscy" to byli ludzie zaprzyjaźnieni. Gdy młodzi znaleźli się już na ulicy, Jola spytała:
	– To gdzie mnie zabierasz?
	– Myślę, że największego apetytu nabierzemy w lasach pyrskich, a najlepiej zaspokoimy go w tamtejszej słynnej restauracji "Baszta".
	– Chcesz mnie porwać do Pyr? – roześmiała się Kicińska.
	– No, sama nazwa tej pięknej miejscowości jest może niezbyt zachęcająca, ponieważ kojarzy się z kartoflami, najbardziej pospolitym przysmakiem w kraju. Ale byłem tam już dwa 2 i wyniosłem stamtąd wspomnienia jak najlepsze.
	– Z restauracji, czy z lasów? – zapytała ironicznie Jola.
	– I z jednego, i z drugiego – odparł Maras. – Zresztą, jak ci się nie spodoba, to będziesz miała łatwy pretekst, by mnie... porzucić.
	– Mówisz o „porzuceniu”, gdy nasze pierwsze spotkanie właściwie jeszcze się nie zaczęło – zauważyła dziewczyna. – Ale wybacz mi, bo wcale nie zamierzałam zbić cię z pantałyku.
	Maras, by udowodnić, że jego z pantałyku zbić jest nie tak łatwo, przygarnął Jolę do siebie i pocałował ją w usta. Jola oddawszy pocałunek, zaczęła machać rękami:
	– Jak mogłeś narazić mnie na taki wstyd! Ludzi wokół pełno, jak na jakimś jarmarku, a ty... Och, wstręciuchu! – to powiedziawszy, trzepnęła Jerzego po łapach. Ludzi wkoło rzeczywiście było sporo, ale ulica Warszawska przywykła do widoku całujący się par zapewne jeszcze przed urodzeniem się Maras, a już najpewniej Kicińskiej, toteż niebezpieczeństwo, o którym mówiła ta ostatnia, było raczej teoretyczne. Maras stwierdził:
	– Jesteś zasadnicza, a to mi się podoba.
	– Nie bądź taki pewny, że jestem... zasadnicza, bo pozory mylą! – odcięła się piękna Jolanta, a Maras w tym odezwaniu Kicińskiej dostrzegł zachętę do działań jeszcze śmielszych, choć też i groźbę, że Jola w każdej chwili może go "zdradzić", ponieważ "wbrew pozorom" nie jest tak "święta", a w jej "zasadach" tkwi, być może przekorna prowokacja. Jerzy do tych "jeszcze śmielszych" działań nie przechodził jednak natychmiast. Nie był idiotą. Na razie wziął swą towarzyszkę pod pachę i z tłocznego miasta przeniósł się wraz z nią do ustronnego lasku pod Pyrami, korzystając zresztą nie z własnego samochodu (ponieważ takiego nie posiadał), ani nawet nie z taksówki (choć może byłoby go na to stać), tylko z dwóch liniowych autobusów, którymi zakochanym jechało się dobrze, ponieważ byli młodzi, a po drugie dlatego, żeby byli zakochani. W pyrskich lasach błądziło ścieżkami więcej par, choć byli to ludzie w różnym wieku, nie tylko tak młodzi jak Jola i Jerzy.
	Maras pomyślał mimo woli, że chciałby, by jego rozwijająca się znajomość z Kicińską potrwała dłużej, ale nie wypowiedział tej myśli głośno. Jola już parę razy dała mu do zrozumienia, że Maras podgląda ku najodleglejszym dalom, a całkowicie zaniedbuje te, co ma na wyciągnięcie ręki. Oczywiście była to racja. Jerzy więc całował Jolę, "obłapiał” ją, jak się tylko dało, w pewnym zagajniczku wyłuskał nawet na moment jej pierś ze stanika, ale na więcej trudno było liczyć w takim zagęszczeniu spacerujących ścieżkami. Jola pewnie na to "więcej" pozwoliłaby, ponieważ przed ewentualnym ślubem powinna chyba wiedzieć, jak od tej strony przedstawia się męskość Jerzego, czy aby nie jest on impotentem. Zresztą było to dopiero pierwsze spotkanie, choć teoretycznie Jola i Jerzy znali się już 5 lat. W każdym razie oboje młodzi byli rozgrzani przedpołudniowym spacerem, kiedy wstępowali w progi słynnego lokalu gastronomicznego "Baszta" w Pyrach. Maras zaraz zaproponował Kicińskiej najdroższe dania. Jola prawie od razu zgodziła się zjeść potrawkę z indyka w sosie grzybowym – pod warunkiem, że podobnie drogie danie zafunduje sobie i sam Jerzy, dzień dla nich był przecież wyjątkowy. Maras uśmiechnął się tylko i wkrótce, konwersując o różnych najczęściej bardzo ważnych, sprawach, jedli. A jadło było wyborne, przynajmniej w porównaniu, z tym jakie na co dzień mieli w pracowniczej stołówce.
	– Mam nadzieję, że będziesz gotowała nie gorzej – powiedział Maras, kiedy skończyli.
	– Nie bądź taki szybki, Jureczku – odparła Jola z błyskiem w oczach – Jeszcze właściwie nic pomiędzy nami nie zaszło.
	Taką odzywką Kicińska na nowo rozpaliła Marasa, który swojej partnerce zaproponował teraz powrót do Warszawy, gdzie przyjemnie będzie wstąpić do Łazienek, a potem zjeść kolację w "Kongresowej" i potańczyć tam do północy.
	– Jutro masz ciężki dzień – odpowiedziała Jola. – Nie wiem, czy to cię nie nadweręży.
	Ale porucznik chciał być z Jolą, a o swoją kondycję się nie bał. Był przyzwyczajony do długotrwałego wysiłku, a wysiłek tak przyjemny jak spacerowanie z Jolą, a potem tańczenie z nią – mógł chyba tylko prawić jego wydolność. Kicińska bała się jednak, że Maras nie będzie dzisiaj mógł zasnąć. Porucznik pogodnie oznajmił, że to możliwe:
	– Jednak nieprzespana noc to nic strasznego, Jolu. A może... tę noc spędziła byś ze mną? W moim mieszkaniu jest bałagan, ale brudu wielkiego nie ma, pewnie zniosłabyś to. W końcu przecież ożenię się z tobą, a taka "przedmałżeńska" przygoda może upewnić nas w tym, że się dla siebie nadajemy...?
	Jola patrzyła poważnie – gdzieś w przestrzeń.
	– Najpierw pójdźmy do tych Łazienek – odłożyła decyzję na później, co Marasowi wydało się bardzo mądre, ponieważ przez pozostałą część dnia zdołają się jeszcze lepiej poznać i w rezultacie tego mniejszego będzie ryzyko, że ta ewentualna wspólna noc okaże się pomyłką. W ogóle Maras był coraz lepszego zdania o Joli. Podziwiał ją już nie tylko za urodę (która bynajmniej nie rozpłynęła się w toku przeżywanych wspólnie godzin dnia), ale i za rozwagę, poważnie podchodzenie dożycia i wdzięk płynący z odezwań sierżanta w spódnicy. Inteligencję Joli zauważył już zresztą parę dni temu, teraz utwierdzał się w tym swoim "dawnym" spostrzeżeniu. Teraz pojechali taksówką (dzień był wyjątkowy) pod Belweder, zeszli parkiem do Łazienkowskiego Pałacu, który zwiedzili wraz z grupą zwiedzających ten muzealny obiekt Hindusów, potem usiedli na ławce wśród wyniosłych tuj i rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali. Maras starał się zaimponować swojej partnerce rozległością swej wiedzy, wyrobiony własnym zdaniem na różne sprawy. Jola podziwiała wymowę Maras, ale w rozmowie nie była wcale stroną ograniczającą się do słuchania. Jerzy z przyjemnością zauważał, że w wielu kwestiach zdania Joli i jego pokrywają się lub są uderzająco zbieżne. Przed "wyprawą", w domu Joli, powiedział jej rodzicom, że "od lat przywykł traktować ją jak rówieśnicę". Otóż taką w zasadzie była. Cóż bowiem dla dorosłych ludzi znaczą dwa lata różnicy? Jola należała do pokolenia Marasa i to było dodatkowym atutem dla ich rozpoczynającego się związku. Na miłych i gorących rozmowach, na ukradkowych pocałunkach i pieszczotach – upłynęły młodym godziny spędzony w Łazienkach, skąd wyszli tuż przed zmierzchem, kierując się w stronę Starego Miasta. Nie czuli zmęczenia zupełnie, jednak ta faza ich spaceru, zakończa przed Kolumną Zygmunta, znalazła młodych narzeczonych już w mroku późnego wieczoru, więc do "Kongresowej" (gdzie chcieli udać się koniecznie) pojechali autobusem. Jola tańczyła świetnie, co poniekąd Marasa zdziwiło. "gdzie ona tak bajecznie nauczyła się tańczyć?" – zapytywał sam siebie, wiedziony zapewne zazdrością. Kicińska odgadując wątpliwości Marasa, wyznała zaraz, że tańczyć nauczyła się na Specjalnych Kursach dla Panien z Dobrych Domów, co Jerzego uspokoiło zupełnie i bezdyskusyjnie, sam bowiem uczęszczał na zajęcia Kursów Tańca Towarzyskiego i wiedział, że tego typu imprezy to rzecz (raczej) niewinna. W przerwach pomiędzy seriami tańców młodzi wypili trochę wina, co jeszcze wzmogło ich namiętność. Piętnaście minut przed północą Jola oznajmiła sama, że szaleństw w życiu zrobiła raczej mało, więc tym słuszniejsze wydaje się jej sprawić przyjemność Jurkowi i spędzić z nim noc. Akurat tańczyli, toteż Maras, by pokryć wzruszenie, mocniej pochwycił partnerkę i wykręcił raz z nią wielokrotny piruet.

–		–		–		–

	Tym razem Gąsior w komendzie był pierwszy.
	– Żenimy się, Alfredzie – powiedział od progu Maras, wypychając lekko przed siebie zażenowaną nieco Kicińską. – Chcemy, żebyś był świadkiem na naszym ślubie.
	– O, wspaniale! Szczerze ucieszył się kapitan. – Uregulowane życie rodzinne ot przecież sama korzyść nie tylko dla was, ale i dla nie jako dla waszego szefa! Będziecie spokojniejsi, pogodniejsi, uważniejsi... staniecie się w ten sposób lepszymi pracownikami, z którymi będzie mi się łatwiej i lepiej współdziałać. A kiedy to ten szczęśliwy pomysł przyszedł wam do waszych młodych głów?
	– Wczoraj... dzisiaj – wypowiedziała, zająknąwszy się Jola.
	Gąsior łypnął podejrzliwie, po czym roześmiał się.
	– O, moi najbliżsi współpracownicy są już po nocy... poślubnej! Bałem się, że podobnej rewelacji nie doczekam się do emerytury. A jednak! Proszę bardzo! Nie doceniłem was!
	Kapitan długo jednak nie rozwodził się nad tym zamierzeniem młodych. Było co robić, w tym przede wszystkim należało wprowadzić do sprawy kilku ludzi: dwóch z psami i jeszcze dwóch dobrych strzelców. Mieli to być owi "uzbrojeni ludzie", którymi Gąsior myślał "obsadzić" dom. Poza nimi potrzebny był jeden milicjant do zabezpieczenia punktu przy ulicy Bulwickiego 16, skąd teoretycznie ktoś mógł celnie strzelić do przeżywającego swoje "godziny grozy" Bluzińskiego. Gąsior zamierzał jeszcze zabrać specjalistę od poszukiwania ukrytych bomb, toteż na wyprawę skompletował zespół składający się (łącznie z nim i Marasem) z ośmiu ludzi. Byli to sierżanci z psami: Łuczyński i Mol; wyborowi strzelcy: Zapasowicz i Kęcik; specjalista od wyszukiwania ukrytych bomb: Klamra, oraz mający pilnować okna w domu przy Bulwickiego 16: Zawada. Zespołem miał dowodzić Gąsior, a zastępować go w razie potrzeby Maras. Służbową nyskę zapełniono więc do ostatniego miejsca. Za kierownicą usiadł Jerzy. Wyznaczona przez Anonima godzina rozpoczęcia rozgrywki to była osiemnasta, Gąsior chciał być na miejscu dwie godziwy wcześniej, więc jako że na dojechanie tam wystarczało w zupełności pół godziny, kapitan i jego ludzie wystartowali o piętnastej trzydzieści. Kiedy bez przygód przebyli pół trasy i nic nie wskazywało na to, że jakieś przygody na reszcie trasy będą, siedzący za kierownicą Maras raptownej zatrzymał samochód. Zakląwszy, wycofał wóz nieco do tyłu, po czym próbował poboczem drogi wyminąć dziwny w tym miejscu korek. Było to jednak niemożliwe; aby jechać dalej, należało przedtem te stare samochody, wyłącznie wielkie ciężarówki, wyprowadzić z małego odcinka trasy, który tarasowały, nie pozostawiając luki większej, niż było to potrzebne na przejście mężczyzny. Milicyjna nysa wraz ze swoimi umundurowanymi pasażerami utknęła. Po chwili zator przedstawiał się jeszcze poważniej ponieważ nadjechało też parę ciężarówek z tyłu, blokując nysę z obu stron, toteż wysiadł zaraz nie tylko Maras, ale i również sam Gąsior. Po bokach drogi stał gęsty las, odgrodzony od drogi dla jeszcze większej zabawy urwistymi rowami. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że ludzie Gąsiora umieli się zachować w takiej sytuacji – wszyscy przeszli odpowiedni kurs drogowy i chociaż siedem aż wielkich ciężarówek zablokowali samochód od przodu i od tyłu, a oba boki były również nieprzejezdne, to jednak nie załamali rąk. Każdy wiedział, co należy robić, toteż Gąsior zadysponował jakaś nieokreśloną pomoc i dalej wszyscy wzięli się do roboty samodzielnej. Reguły tej gry były im bowiem znane i przedstawiały się mniej więcej tak jak współdziałanie drużyny piłkarskiej, której członkowie komunikują się jedynie za pomocą wzroku.
	– Macie nawalony wóz? – spytał Maras kierowcę wozu, który pozostawili mu koledzy do "obsłużenia".
	– Nie, panie poruczniku, – dziś milicjanci byli w mundurach – ale zastawili mi drogę. Przecież tam, pan widzi, są jeszcze 3 samochody.
	– Tworzycie jakąś kolumnę?
	– Tak jakby, panie...
	– Czyje to są samochody i co wieziecie?
	Siedzący w szoferce człowiek jakby nagle pojął, że w coś niedobrego się wplątał; na rzeczowe pytanie porucznika nie potrafił znaleźć jasnej odpowiedzi:
	– Panie poruczniku, nie wiem! Jeśli on jest... złodziejem, to nie znaczy…
	– Jaki on?
	– My z ogłoszenia... Pomiędzy sobą się nie znamy nawet... Facet jest badylarzem i ma samochody, ale kierowców bierze tylko na sezon, więc nas wynajął.
	– Jego nazwisko znacie? – przerwał szoferowi porucznik.
	– A nie powiedział. Ale on siedzi w pierwszym wozie, na przodzie kolumny.
Maras podbiegł do pierwszego wozu, który tarasował trasę, stojąc w poprzek drogi. W szoferce siedział... Gąsior i usiłował zapalić motor, ale niestety starter nie zaskakiwał. Wchodząc do kabiny drugimi drzwiami, zaintrygowany porucznik zapytał siedzącego za kierownicą:
	– A badylarza ani śladu, co?
	– Potrafię sobie wyobrazić jak to się stało – odparł Gąsior. – Prawdopodobnie jakaś rodzinka stanęła sobie swoim samochodzikiem na tym mizernym – wskazał – poboczu, jak to się mówi, dla rozluźnienia kości, a on widząc ten samochodzik gwałtowniej zahamował, wpadł w poślizg; coś się w jego gruchocie popsuło, więc wysiadł i poprosił tych ludzi o podwiezienie do pobliskiego warsztatu. Nie wiem, czy zauważyłeś tę reklamę?
	– Tak – odparł porucznik. – "Warsztat naprawy samochodów, Antoni Zubal, 500 metrów". Czyli, że powinien się znajdować sporo za zakrętem, który ogranicza nam widoczność, ponieważ cały jest zarośnięty gęstym lasem po obu stronach drogi.
	Maras sądził, że jest inaczej, wiedział, że jest inaczej, jednak dopiero kiedy skojarzył sobie schowek obok kierownicy ze skrzynką, a skrzynkę z kopertami listowymi, konkretnie wiedział, jak należy sądzić.
	– Sądzisz, że ten zator jest bez związku z Anonimem? – powiedział do Gąsiora.
	– Co?!
	Porucznik wiedział, że tego rodzaju zagranie kryje w sobie duże ryzyko kompromitacji, ale… pewnym ruchem odemknął drzwiczki schowka.
	– Jest!! Tego właśnie się spodziewałem!!
	Koperta była zalakowana i w dodatku widniał na niej maszynowy napis:
	– „Do rąk własnych kapitana milicji kryminalnej, Alfreda Gąsiora” – przeczytał Maras.
	– Co?! – Gąsior wydarł kopertę z rąk Marasa i błyskawicznie ją rozerwał.
	– „Przypominam, że należy mnie szukać raczej w willi emerytowanego pułkownika… i tak dalej”. Oczywiście bez podpisu. Jasne, że chce nas wciągnąć w historię poza miejscem akcji, by jakiś jego kumpel zrobił na miejscu, co trzeba, bez naszego utrudniającego im sprawę, towarzystwa.
	– Może jego zamysłem jest byśmy rozłączyli siły? – Podsunął Maras.
	– Myślę tak samo – zgodził się Gąsior. – Trzeba jednak kierowcom tej kolumny dać wezwania do nas. Oni przynajmniej faceta widzieli.
	– Jasne. On jednak musiał mieć zaparkowany samochód gdzieś tutaj – wskazał Maras. – Inaczej nie zdołałby uciec. Tymczasem wiemy, że obecnie żaden z rezydentów Kokosowa 7 nie ma samochodu.
	– Mógł pożyczyć, albo… ukraść.
	– Albo trzymać w tajemnicy.
	– Kapitan wezwał zapasowicza i polecił mu, żeby wszystkim kierowcom tych siedmiu ciężarówek dać wezwania, oczywiście poza tym, którego nie było, poza owym „badylarzem”. Następnie, przy pomocy pozostałych milicjantów i sześciu kierowców, tarasujący drogę wehikuł zepchnięto maksymalnie w prawo tak, że pozostałe mogły go wyminąć. Jednakże kierowcy nie wiedzieli, dokąd mają jechać, ponieważ ten rzekomy badylarz nie podał im miejsca docelowego, tylko kazał jechać za sobą. Cóż, Gąsior podał im adres parkingu służbowych wozów Komendy i powiedział, żeby tam ciężarówki za pokwitowaniem zostawili, po czym niech idą do domu, albo robią coś innego zgodnego z prawem i kropka.
	Maras zdążył tymczasem sprawdzić, że skrzynie pod plandekami są puste, co go trochę rozczarowało, ale jednocześnie przecież obyło się dzięki temu bez dalszych powikłań, więc porucznik był w sumie raczej mile rozczarowany. Jedyną ciężarówkę bez kierowcy Gąsior zapieczętował – dla śladów, jakie mogły pozostać w szoferce po „badylarzu–anonimie” i żeby zabezpieczyć ten stary samochód przed kradzieżą lub dewastacją kabiny. Ten wóz miał pozostać na razie na miejscu. Maras zauważył, że strata czasu mimo wszystko nie była wielka. Ruszyli i, komentując głośno kolejną zagrywkę ich przeciwnika, dotarli na miejsce już bez przeszkód. Gąsior sprawdził czas.
	Czternasta piętnaście… myślę, że wszystko dla nas jest jasne. Pogoda w sam raz na wasze ciepłe ubrania – zwrócił się do ludzi z psami, którzy po rutynowym sprawdzeniu domu mieli penetrować podwórko strzegąc dostępu do willi Kalinowskiego od zewnątrz. Tylko w razie ewentualnego rozkazu Gąsiora zobowiązani byli wkroczyć pod dach. – Samochód jednak dla pewności wprowadzić za bramę; to nic, że psy są czujne. Pójdę sam po klucz od tej kłódki, poczekajcie chwilę.
	Gąsior poszedł i szybko wrócił z kluczem, po czym otworzył bramę. Maras ostrożnie wjechał na podwórko. Gąsior zamknął bramę na tę samą kłódkę, od której klucz przekazał Molowi:
	– Strzeżcie go, sierżancie, jak oka w głowie. Jeśli, dajmy na to, przepadnie, to jesteśmy nieomal uwięzieni.
	– Tak jest.
	– Teraz Łuczyński i Mol przeszukają cały dom, kapral Klamra sprawdzi, czy nie ma jakichś ukrytych min w pokoju majora Bluzińskiego, a reszta będzie pomagać i zapoznawać się z rozkładem domu. Zaczniecie to wszystko robić, kiedy dam wam znak. Na razie muszę o moim zamierzeniu powiadomić domowników. Czekajcie tu.
	Gąsior skinął na Marasa i obaj oficerowie weszli do willi. Na dole stała Lasikówna, która na widok wchodzących przeżegnała się trwożnie:
	– Jezus Maria! A więc już się zaczyna!
	– Niech pani będzie spokojna – Gąsior uśmiechnął się tak, by wypadło to pogodnie i uspokajająco, taki przynajmniej miał zamiar. – Jesteśmy doskonale przygotowani do chronienia pani i wszystkich domowników.
	– Niech wam Bóg pomaga – ze łzami w oczach wypowiedziała kobiecina.
	Maras i Gąsior szybko wspięli się na piętro i Gąsior zapukał w dobrze już znajome drzwi pod numerem 5. Pułkownik był jeszcze sam i przywitał przybyłych bardzo uprzejmie:
	– Witam panów i jednocześnie zapewniam, że cieszy mnie wasza punktualność. Czy może mam już wezwać tutaj wszystkich domowników?
	– Nie. Wiem, że ma pan telefoniczne połączenia z wszystkimi tutaj. Czy tak? Więc proszę szybko powiadomić swoich kuzynów, że ich mieszkania zostaną przeszukane przez ludzi z psami, a lokal majora Bluzińskiego dodatkowo jeszcze będzie przebadany przez specjalistę od wykrywania zakamuflowanych bomb. Ten sam specjalista przebada później salę, w której jesteśmy.
	– Mam więc polecić im, żeby wpuścili tych ludzi z psami?
	– To miałem na myśli, panie pułkowniku.

–		–		–		–

	Pół godziny przed osiemnastą w „świetlicy” Kalinowskiego znajdowało się już 12 osób: sam Kalinowski, major Adam Bluziński, bracia Łebke, Kaszaniec, Zaliwski, panna Adela Lasikówna, Gąsior, Maras, kaprale zapasowicz i Kęcik, oraz spec od bomb, Klamra.
	– Komplet. Zauważył z uśmiechem Jan Kaszaniec, tyleż bowiem foteli znajdowało się tutaj.
	W tejże chwili odezwał się radiotelefon Gąsiora. Kapitan szybko włączył odbiór.
	– Melduje się Łuczyński.
	– Słucham, Łuczyński, co się stało?
	– Panie kapitanie, pies daje do zrozumienia, że przy bramie był ktoś obcy.
	– Czy kłódka jest nienaruszona?
	– Oczywiście sprawdziłem. Jest nienaruszona.
	Maras pomyślał o czymś nagle i, poruszony, powiedział na ucho do Gąsiora:
	– Spytaj czy jest ta sama.
	– Łuczyński, weźcie klucz od mola i sprawdźcie, czy pasuje do tej kłódki.
	– Już sprawdzamy panie kapitanie. Melduję, że to jest… jakaś inna kłódka!
	Maras przesłał wymowne spojrzenie Gąsiorowi.
	– Dobrze, Łuczyński. Meldujcie dalej, jakby coś zaszło znowu.
	– Kłódkę mam zostawić tak, jak jest?
	– Zostawcie, Łuczyński. No, dziękuję. – Kapitan wyłączył radiotelefon.
	Na moment w ogromnym pokoju biesiad pułkownika Kalinowskiego zapanowało milczenie. Przerwał je siedzący najbliżej Marasa Zaliwski:
	– Zaczęło się.
	Zaliwski powiedział to grobowo, jak gdyby tylko zapominając dodać, że zaczęło się „najgorsze”, i to w takim zabarwieniu znaczeniowym i uczuciowym, jakby to, że Anonim, lub osoba przez niego „zatrudniona”, rozpoczął grę, decydowało o tym, że grę tę musi koniecznie wygrać. Gąsior spojrzał na Zaliwskiego przelotnie, potem chwilę szukał natchnienia patrząc w stół, wreszcie przemówił:
	– Panowie. Stoję na stanowisku, że wszystko, co wiem, również panowie powinni wiedzieć, a to po to, by tym łatwiej, w razie potrzeby mi pomagać. Wiem już, że żaden z panów, ani też pani… panna Lasikówna, nie opuszczał dziś domu po godzinie dwunastej. Wyprowadziłem stąd konieczny wniosek, że jeżeli to jeden z panów (przepraszam za takie podejrzenie, ale niestety byłem zmuszony je powziąć) jest autorem wiadomego anonimu, to ma wspólnika na zewnątrz, ponieważ po godzinie dwunastej, (tak, tak, proszę włączyć światło), naszą milicyjną nyskę zablokowały na trasie z Komendy do was stare ciężarówki, tworzące kolumnę zaaranżowaną przez naszego dzisiejszego przeciwnika, co wiem stąd, ponieważ w kabinie ciężarówki, której kierowca prowadził kolumnę mającą nam przeszkodzić, znalazłem ten oto list – Gąsior wydobył z kieszeni w swojej mundurowej marynarce złożoną na czworo kopertę. – Jest to, zaadresowany tym razem na moje nazwisko, anonim numer 2. Odczytam go panom: „Przypominam, że należy mnie szukać raczej w willi emerytowanego pułkownika, Kalinowskiego, niż gdzie indziej. Przy okazji pragnę również zaznaczyć, że spodziewam się, że nasz dzisiejsze spotkanie wypadnie dla panów interesująco.” Tak więc – Gąsior nie wstając skłonił się lekko Zaliwskiemu – pierwsze dzisiejsze działania Anonima to nie była owa historia z kłódką. „Wszystko” zaczęło się nieco wcześniej.
	– Sprawa zaczęła się chyba od anonimu numer 1? – podsunął Gąsiorowi Kaszaniec. – Czy wyświetlił pan już zagadkę dlaczego właśnie nasz domniemany morderca zadedykował swój domniemany czyn?
	– Nie „nasz domniemany morderca” – sprostował na wesoło Bluziński – tylko „mój domniemany morderca”, prawda?
	– Otóż tej zagadki nie wyświetliłem, ale sądzę, że nie jest to w ogóle zagadka. Anonim, chcąc pochwalić się przed nami, jaki to jest „wszechwiedny”, przeprowadził dyskretny wywiad i dowiedział się, że w warszawskiej milicji kryminalnej pracuje niejaki kapitan Alfred Gąsior. Chcąc zamieszać nam w głowach, podał tę nieszczęsną dedykację w swoim liście.
	– Ale dzięki temu – ze śmiechem zauważył Kaszaniec – to właśnie pana gościmy dzisiaj u nas!
	– To bynajmniej nie musiało przesądzić sprawy – Alfred Gąsior na moment skrzyżował spojrzenia z Skazańcem, który najwyraźniej dzisiejszym „spotkaniem” bawił się doskonale.
	– Ale ja jeszcze nie powiedziałem panom wszystkiego, a obiecałem. Kontynuuję więc. Otóż poza rozmowami, które przeprowadziliśmy z osobami najbardziej kompetentnymi w znajomości spraw majora Bluzińskiego, stwierdziliśmy, że w Radości są 2 miejsca, z których można skutecznie razić ogniem karabinowym, to pole ostrzału jakie stanowi niniejsza – Gąsior zatoczył dłonią łuk – sala. W jednym z tych mieszkań jest telefon, więc dzisiaj posłużyłem się nim i dowiedziałem się, że nie zauważono tam żadnych podejrzanych ruchów. W drugim mieszkaniu, z którego okna można by ewentualnie strzelić do majora, znajduje się obecnie mój człowiek, który przed piętnastoma minutami przekazał mi radiotelefonem wiadomość, że również w tamtym miejscu nie wygląda na to, żeby ktoś przygotował tam strzelecki punkt. Kapral Zawada dla pewności zabezpieczy to drugie mieszkanie do dwudziestej czwartej.
	– O ile wcześniej nie stanie się to, co zapowiada Anonim. – wtrącił przekornie Kalinowski.
	– Przypuszczam, że osoby, które mogły napisać wiadomy nam anonim, przekonały się, że w warunkach, które wytworzyliśmy, próba morderstwa byłaby czymś beznadziejnie niebezpiecznym dla nich. Przecież ten domniemany zabójcy bardziej chyba kocha własne życie niż nienawidzi majora, a innymi słowy nie chce za śmierć majora płacić własną.
	Powiedział to Maras, po czym niespodziewanie odezwał się Zaliwski. Niespodziewanie dla Marasa, ponieważ porucznik, rozglądając się bacznie po twarzach i sylwetkach zgromadzonych, widział i Zaliwskiego, a ten, według jego oceny, myślami był, wydawało się, gdzieś bardzo daleko.
	– A jeśli morderca zakłada, że po dokonaniu swego czynu zostanie pochwycony, a całe swoje bezpieczeństwo widzi w czym innym?
	– W czym? – zapytało kilka osób na raz.
	– Na przykład w tym, że wykaże, iż miał nieodparty powód zabić Adama, że został przez niego dotkliwie niegdyś… skrzywdzony i nie było innej drogi, by wyrównać dawne porachunki?
	– Przepraszam pana, – wkroczył Gąsior – ale od wyrównywania porachunków jest przecież prawo.
	– I czy to, że ma powód, by go wybroniło? – powątpiewał bezwłosy Andrzej Łebke.
	– Użyję dziwacznego przykładu, ale odda on rzecz dobitnie – uśmiechnął się smutnie Zaliwski. – Otóż mogło być i tak, że Adamek Bluzińki świadczył umieraniu ojca tego, jak powiadacie: domniemanego, mordercy. Stary człowiek leżał pod kroplówką, był przy tym i sam morderca, syn umierającego, ale musiał na chwilę wyjść, powiedzmy do toalety. I wtedy Adamek rozłączył kroplówkę, zniszczył cały ten aparat i uciekł... Czy za coś takiego można nie mścić się?
	– Motyw zemsty jest głównym rodzajem motywów zbrodni, jakie spotykamy w kryminalistyce – odpowiedział natychmiast Gąsior. – Doskonale znanym i branym pod uwagę zawsze. Choćby jednak nie wiem jak oczywisty był powód do zemsty, mamy obowiązek bezwzględnie ścigać takiego mszczącego się, który zabija. A sąd, jaki później odbywa się nad mordercą, jest zazwyczaj surowy.
	– Jednak wyjątkowo... – wtrącił znów Zaliwski.
	– Na wyjątki liczą albo szaleńcy, albo ludzie, którym nic nie pozostaje i pragną się przynajmniej łudzić. W tym miejscu znamienny jest chyba przykład biedaków grających w gry liczbowe. W naszym przypadku zachodzi na pewno inna ewentualność, ponieważ z wszystkich przez niego dotychczas poczynionych kroków wynika, że nasz domniemany morderca nie liczy, nie chce liczyć, na czyjąkolwiek litość.
	– Dobrze, niech panu będzie – powiedział Zaliwski i, pokiwawszy kilkakrotnie głową, spuścił ją. Gąsior chwilę poczekał, chcąc Zaliwskiemu dać ewentualnie szansę obrony jego stanowiska, ale jako że ten znany w domu melancholik wpadł teraz znowu w swoje sławetne odrętwienie, Gąsior przemówił zmieniając temat:
	– Pozwolicie panowie, że wrócę teraz na parę chwil do sprawy wymiany tej kłódki. Jakie zagrożenia dla nas stwarza ten akt poza psychologicznym? Odpowiem panom. Pozornie duże, istotnie żadne. Bo przecież wiemy, że osoba, która wymieniła kłódkę w celu, który się pozornie nasuwa, a jest oczywiście absurdalny: otworzenia bramy w dogodnej dla siebie chwili...
	– Przypuszczalnie na moment po dokonaniu zabójstwa – wtrącił Kalinowski.
	– ...właśnie! Aby uciec  n a s z y m  samochodem i w ten sposób pozbawić nas możliwości pościgu, przecież wiemy, że ta osoba, skoro wymieniła kłódki, jest na zewnątrz i wystarczy teraz pilnować tylko dostępu do domu. Po drugie: jeśli osoba działająca przeciwko nam jest na zewnątrz i ma  t u t a j  wspólnika, to taką prowokacyjną wymianą kłódek mobilizuje nas tylko do tym intensywniejszego czuwania nad obecnymi w tym pokoju.
	– A jeśli Anonim zakładał, że nie wykryjcie wymiany kłódek? – spytał Bluziński.
	– No, i w takim razie trudno powiedzieć, że jesteśmy tutaj ze swoim samochodem uwięzieni. Bo przecież kłódkę można otworzyć nie tylko kluczem. Zapewniam pana – Gąsior obdarzył spojrzeniem Bluzińskiego – że jesteśmy w posiadaniu odpowiednich narzędzi.
	– Ale to zabrałoby jednak trochę czasu – sparował Bluziński.
	– Nie więcej niż otworzenie stosownym kluczem – odrzekł za Gąsiora Maras. Ciężkie nożyce do przecinania metalowych bolców to instrument, jak na dzisiejsze czasy, może dość prymitywny, ale za to prosty w użyciu skuteczny i szybko się można nim posłużyć.
	– To jest właśnie cała kwintesencja socjalizmu – uśmiechnął się jadowicie Jan Kaszaniec. – Pewien prymitywizm, prostota zasad i w razie czego szybkie wyprowadzanie ciosów mających uciąć każdy przejaw wolnej myśli.
	Maras był zdziwiony, że jego opis działania nożyc do metalu wzbudził w jednym z obecnych tak daleko sięgające paralele...
	– Natomiast indywidualizm wytwarza komplikujące i zaciemniające obraz fikcje, które pozwalają przetrwać nie tym biologicznie najsilniejszym, lecz najbardziej zdewiowanym! – wyznaniu Kaszańca przeciwstawił swoje argumenty oczywiście Bluziński.
	– Bo i ideałem Adasia – wszedł w temat Kalinowski – jest kulturystyczny prostak bez wyobraźni, które więcej je niż wie i który więcej niż inni jest w stanie wyprodukować nowych podobnym jemu. A to wszystko po to, ażeby historia miała swoje mięso armatnie i robotników, tworzących dobra  m a t e r i a l n e, a więc łatwiejsze do pojęcia i zaakceptowania niż jakieś książki, sztuka, "wymysły" filozofów.
	– Tak, tak! Zawtórował zaraz Kaszaniec. Bo filozofia to nędza! Za wyjątkiem tej, która to stwierdza! Ha, ha, ha!
	– Konkretna część filozofii w konkretnym przedziale czasowym zasługiwała na miano nędznej! – prostował spokojnie Bluziński. – Ale filozofia w ogóle to najwspanialsza dziedzina ekspresji, w jakiej może uczestniczyć człowiek. Tyle że filozofia, jako pole działalności, stwarza szanse, ale nie zapewnia sukcesu każdemu durniowi!
	– A czyjego interesu ty bronisz jako socjalista? Nie durniów? – uderzył Kaszaniec.
	– Ty powiesz, że durniów, a ponieważ dla ciebie durniem jest nie ten, kto nie umie wbić gwoździa, lecz ten kto mówi "jezdem" zamiast "jestem", co w praktyce nie ma żadnego znaczenia!
	– Panowie, uspokójcie się – pojednawczo wkroczył Gąsior, może trochę zawiedziony, że na parę chwili wypadł z gry jako osoba wiodąca w spotkaniu. Maras natomiast fakt, że starzy oficerowie z Kokosowej dosiedli wreszcie swojego "konika", przyjął z pełnym zrozumieniem, choć z początku nagłe wejście Kaszańca nieco go nawet zmroziło. Ale po prawdzie: tego chyba należało się spodziewać. Jerzy pomyślał wręcz, że on i Gąsior zaniedbali ważna sprawę: nie przygotowali się do rozmowy na tematy polityczne. Przecież 6 godzin wyczekiwania czymś trzeba było wypełnić. Gąsior o tym, co przedsięwziął mógł opowiadać pół godziny, nawet 45 minut. Ale nie więcej. Kto wie, może korzystając z tego, że na miejscu był fortepian, należało przećwiczyć jakiś utworek. To w końcu byłoby wartościowym dopełnieniem nudnego posiedzenia. Nudnego może nie w pierwszych piętnastu minutach, ale po godzinie, dwóch... Przecież tutaj w dalszym ciągu nawet telewizor był zepsuty, więc fakt, że co prawda w minimalnym stopniu, Maras umiał zrobić  użytek z fortepianu, stanowić mógł dla tych odwykłych pewnie od słuchania muzyki na żywo starych oficerów po prostu nie lada atrakcję!
	– Jak się moi panowie znowu mają kłócić, to ja, żeby tego nie było, przyniosę podwieczorek! – niespodziewanie odezwała się Lasikówna, wstając.
Panowie są głodni? – spytał Kalinowski. Przez moment nikt się nie odzywał. Wreszcie za wszystkich odpowiedział białowłosy Zbigniew Łebke:
	– Nie jesteśmy aż tak głodni, byśmy musieli jeść, ale z pewnością wszyscy chętnie wychylą łyk herbaty i zjedzą trochę ciasta.
	– Znam się cośkolwiek na ciastach – Lasikówna, głodna pochwał popatrywała po twarzach obecnych. – To dzisiejsze udało mi się jak rzadko.
	– W takim razie oczywiście zjemy podwieczorek – zadecydował Gąsior. – Posiłki wciąga się tutaj windą? – zwrócił się do kucharki.
	– Tak, zaraz wciągnę ciasto. Ale na herbatę będziecie panowie musieli trochę poczekać; herbata musi być gorąca.
	– Czy nie mógłby pan, pułkowniku, podać wszystkim herbaty z samowaru? – spytał Kalinowskiego Maras. Zanim pułkownik zdążył, uprzedził go Kaszaniec:
	– Obawiam się, panie poruczniku, że Michaś woli swój samowar chować dla siebie i ewentualnie jeszcze dla swoich bardzo bliskich przyjaciół!
	– Nie, oczywiście, zaraz wniosę samowar – speszył się nieco Kalinowski i powstał, po czym ruszył w stronę swego gabinetu.
	– To mam nie gotować teraz herbaty? – rzuciła Lasikówna w stronę idącego.
	– Nie, Adelo. Wciągnij tylko ciasto.
	Kucharka szybko przeszła do windki i nie zwlekając wciągnęła ciasto na górę. Wkrótce na stole pojawiły się sporze talerzyki – przed każdym z obecnych jeden, a po chwili na każdym z nich były już po 2 kawałki żółtego ciasta o dużych porach.
	– Nie boi się pan trucizny w... pokarmie, który zaraz będziemy spożywać? – zagadnął Gąsiora emerytowany kapitan Wojsk Łączności, Jan Kaszaniec.
	– To raczej morderca powinien obawiać się teraz wielkiej kompromitacji, jeśli umieścił truciznę w cieście lub wsypał ją do samowaru. Jestem przekonany, że podwieczorek, przynajmniej w tej chwili, jest pewny. Jednakże – Gąsior wstał i zdecydowanym ruchem usunął talerzyk z ciastem sprzed oczu siedzącego przy nim Bluzińskiego – pan Adam Bluziński będzie musiał zjeść swoją porcję przy osobnym stoliku i ja osobiście dopilnuję, żeby nikt nie mógł dosypać ukradkiem śmiercionośnego proszku do tej porcji.
	Gąsior przeniósł trzymany w ręku talerzyk z ciastem na mały stolik – przy telefonie zamontowanym do ściany. Było tam też krzesło.
	– Proszę tutaj się przenieść, majorze – Gąsior zwrócił się do Bluzińskiego, który zaraz wstał i przeniósł się do stoliczka przy telefonie. Siedzący dotąd po drugiej "stronie" Bluzińskiego Maras wstał również, ponieważ Gąsior skinął zaraz i na niego:
	– Poruczniku, proszę przenieść krzesło dla mnie z gabinetu pana pułkownika.
	Maras natychmiast pośpieszył wykonać polecenie swego szefa.
	– Cieszy mnie pańska troskliwość, kapitanie – podziękował Gąsiorowi Bluziński. – Mam nadzieję, że po skończonym podwieczorku znajdę się znowu pomiędzy wszystkimi.
	– Oczywiście, majorze – Alfred Gąsior powiedział to tonem, z którego przebijała pewność.
	– Czy jednak nie za dużo tego ambarasu? – rzucił wątpliwość Kalinowski czuwający przy samowarze, który ten stary mężczyzna ustawił przy swoim talerzyku z ciastem i który zdradzał teraz już pierwsze oznaki erupcji. Tymczasem Lasikówna zeszła do kuchni, by wstawić tam do windy puste szklanki, jako, że tylu ile było teraz potrzeba, szklanek Kalinowski nie miał u siebie. Załatwiła to szybko, po czym wróciła i wciągnęła szybko szklanki windką. Gąsior wybrał jedną szklankę i podstawił ją pod kranik; gdy napełniła się wrzącą herbata, podstawił pod kranik drugą szklankę, po czym z obiema przeszedł do stoliczka przy telefonie i usiadł obok Bluzińskiego.
	– Ostrożności nigdy za wiele – sparował wątpliwość Kalinowskiego Gąsior. – Ale pozwólcie panowie, że dokończę, co zacząłem: powiedziałem, że kolacja jest pewna. Dlaczego? Otóż wszystko, z czym domniemany morderca do nas dotarł, sugeruje, że to domniemane dzisiejsze morderstwo jest celowe, to znaczy ma na celu śmierć konkretnej, wybranej osoby. Wobec tego domniemany morderca nie może dopuścić, by zginął ktoś inny czy w skrajnym przypadku: my wszyscy... – Gąsior urwał i chwilę ze zgrozą patrzył na Bluzińskiego, który zaczął się krztusić.
	– Co się stało, majorze?
	– Nic, nic, zakrztusiłem się.
	– Mężczyźni hałaśliwie śmiali się bodaj przez minutę.
	– Ależ pan miał minę, kapitanie! – jeszcze się śmiejąc, wypowiedział w stronę Gąsiora Kaszaniec. – Zupełnie jakby nagle stracił pan swoje "głębokie przekonanie", że kolacja jest "pewna"!
	– Panowie, przestańcie! – prosił zgromadzonych zbity z tropu Gąsior. – Sytuacja jest niezwykle dramatyczna, a wy robicie sobie zabawę z czyjegoś strachu i groźby, że major Bluziński dzisiaj zginie.
	– A mówił pan, że jesteście dobrze przygotowani do chronienia nas! Zauważył z przekąsem, ale nadal na wesoło, bawiący się dzisiaj doskonale Jan Kaszaniec.
	– Dobrze, śmiejcie się! – Gąsior machnął ręką, ale Maras wiedział, że jest to zagrywka obliczona na odruch przekory starych oficerów, którzy zresztą wkrótce zamilkli, bo w końcu ile można się śmiać z jednej komicznej sytuacji. Goście "świetlicy" Kalinowskiego zabrali się teraz za ciasto i herbatę, która najlepiej, a może nawet jedynie, smakuje na gorąco. 	Wymieniali krótkie uwagi na temat degustowanych specjałów, pełni uznania tak dla klasy piekarniczej Adel Lasik jak i dla gospodarza spotkania, który rzeczywiście dysponował dobrą herbacianą esencją, dobrym samowarem i znakomicie umiał wykorzystać swoje atuty. Ciasto było w kawałkach sporych, herbata w znormalizowanych szklankach, ale wszystko dobre szybko się kończy, więc konsumpcyjna część podwieczorku nie potrwała już długo. Okazało się, że w cieście ani w herbacie nie było trucizny, bo inaczej pewnie Bluziński nie wyglądałby tak kwitnąco po spożyciu podwieczorku. Co zaś tyczy się innych podwieczorkowiczów, to nie wykluczając siedzących raczej cicho Zapasowicza, Kęcika i Klamry, byli oni rozbawieni. Swoje ciasto zjedli z apetytem, nie obawiając się zatrucia. Chcieli jedynie zabawić się, grając na nerwach Bluzińskiemu, o którego życie i zdrowie nie musieli się troszczyć, ponieważ w tak licznej męskiej asyście było pewne. Z obecnych tylko może Kalinowski nieznacznie odstawał od reszty, silniej wierząc w niebezpieczeństwo. Widząc, że Bluziński swoje już zjadł, Gąsior spytał:
	– No, jak pan się czuje, panie Adamie?
	– Czuję się nawet trochę lepiej niż przed podwieczorkiem, ponieważ wtedy byłem trochę głodny.
	– Widzicie panowie, że wszystko poszło gładko – podsumował kapitan Alfred Gąsior, po czym wstał i pokazując Bluzińskiemu, żeby zrobił to samo, wrócił do dużego stołu na swoje miejsce.
	– Pozwolicie, moi drodzy, że porozmawiam teraz przez radiotelefon z ludźmi na podwórku i z kapralem Zawadą strzegącym "stanowiska ogniowego" przy ulicy Bulwickiego 16 – Gąsior sprawnie wyciągnął  antenę swego radiotelefonu. – Co nowego, Łuczyński?
	Łuczyński mówił głośno, tak więc chociaż jego słowa nie były adresowane do wszystkich zebranych, wszyscy je słyszeli:
	– Melduję, że nic nowego, panie kapitanie. Tyle, że cholernie z Molem tu się nudzimy i psy, zdaje się, też.
	– W porządku, Łuczyński. Nudźcie się dalej. Skończyłem.
	Gąsior przycisnął jakiś inny guzik w swoim radiotelefonie:
	– Słucham, Zawada.
	– Meldujcie, Zawada, czy u was wszystko w porządku.
	– Melduję, że tak, panie kapitanie, tylko że lokatorzy moją obecnością są nieco skrępowani.
	– Niech wytrzymają jeszcze te parę godzin.
	– Tak jest, panie kapitanie.
	Gąsior wyłączył radiotelefon.
	– Pułkownik Kalinowski pozwoli teraz, ze skorzystam ze zwykłego telefonu, który wisi tutaj... – i Gąsior zrobił parę kroków w stronę miejsca, w którym przed chwilą "jadł i pił" z Bluzińskim.
	– Dziękuję – skinął mu Gąsior, po czym wykręcił kilka cyfr. Chwilę czekał, aż po drugiej stronie kabla ktoś podejmie słuchawkę. – Halo? Dobry wieczór, tu kapitan Gąsior z kryminalnej. Czy u państwa nic niezwykłego się nie dzieje? Mam na myśli wizytę... Zresztą mówiłem już panu. Nic? Dobrze. W takim razie dziękuję i przepraszam, że niepokoiłem. Ale zadzwonię jeszcze. Stan niepewności potrwa jeszcze prawdopodobnie do dwudziestej czwartej. Tak. Dziękuję, do widzenia.
	Gąsior odłożył słuchawkę i wrócił do stołu. Tu przemówił:
	– Cóż, panowie. Wprawdzie kilka pozornych działań wymierzył dziś w nas ten niezabawny autor tego niezabawnego anonimu, o którym wiemy, że jest dowcipny i nic więcej. No, wiemy także to, że albo sprawę zaaranżował, by tylko porazić nas swoim dowcipem, albo ten dowcip ma nas omamić, ażebyśmy łatwiej dali się dziś oszukać. Tak. Powiedziałem, że wprawdzie kilka działań pozornych tego… niebanalnego gracza już odczuliśmy, ale to, co istotnie może być groźne, nie zaistniało jak dotąd.
	To powiedziawszy, Gąsior urwał i bacznie przyjrzał się po kolei wszystkim naokoło. Potem dodał:
	– To jedno jest pocieszające, ale z drugiej strony trudno wyobrażać sobie, żeby ktoś robił tyle, nie zamierzając doprowadzić sprawy do końca. Dlatego proszę wszystkich panów uważać na każdy, najdrobniejszy nawet znak jakiegoś niebezpieczeństwa. Osobnik, który rzucił nam wyzwanie, dał już bowiem dowody swej przewrotności i może być, że zaskoczy nas czymś zupełnie extra.
	– A my nie możemy zaskoczyć go czymś zupełnie extra? – niespodziewanie spytał sam Bluziński. Spytał całkiem na wesoło, obrzucając po trosze i Marasa spojrzenie swoich zimnych niebieskich oczu. Maras był zdania, że humor i ów chłód oczu nie bardzo pasują do siebie, ale wobec tej okoliczności był bezradny. W końcu uczestniczył w grze, gdzie wiele zależało nie od niego. – Czy czymś zupełnie extra nie byłoby na przykład, gdybym, nie zważając na niebezpieczeństwo, które nade mną zawisło, wygłupił się teraz i zagrał na fortepianie pewien prosty utworek? Wprawdzie grałem go tylko w dzieciństwie i nie wiem, czy nie będę fałszował, ale może to zebranych by trochę zrelaksowało...?
	– A niech pan zagra, panie Adamie! I my zróbmy coś co wprawi w osłupienie tego zatwardziałego dowcipnisia! – powiedział Gąsior. Bluziński wstał.
	– Mam nadzieję, że to nie będzie nokturn Szopena – złośliwie przyciął Kaszaniec. Bluziński idąc do fortepianu spojrzał na Kaszańca chłodno:
	– Będzie to prosty walczyk Sztrausa.
	Bluziński podniósł klapę fortepianu, postawił "skrzydło" i zasiadając za klawiaturą, zastrzegł się jeszcze:
	– Uprzedzam, że nie jestem żadnym wirtuozem.
	– No, słuchamy.
	Nim jednak major Adam Bluziński zdążył dotknąć któregokolwiek z klawiszy, stało się coś, czego nikt z obecnych się nie spodziewał: major zatrząsł się jak rażony atakiem apopleksji, szeroko rozwarł oczy i usta, po czym padł głową na klawiaturę. Atonalny brzdęk, który teraz się rozległ, poderwał Gąsiora na równe nogi. Machinalnie zresztą powstali teraz wszyscy. Gąsior jednak, a zaraz po nim Maras, podbiegł do fortepianu, wyskakując ze swego fotela jak z procy.

–		–		–		–
	Maras stojąc przy prawym boku Bluzińskiego (tak jak Gąsior stał przy lewym), wiedział już, że ex–major nie żyje. Wprawdzie rzadko się zdarza, żeby martwy człowiek siedział (jak to miało teraz miejsce), ale Bluziński siedząc, głową opierał się o klawiaturę fortepianu, co jego bezwładne teraz ciało jakoś podtrzymywało. Ręce denata zwisały, nie dotykając podłogi.
	– Sprawdź, która jest godzina – polecił Gąsior Marasowi. Porucznik zsunął z lewego przegubu rękaw marynarki. Powiedział:
	Jest dokładnie dziewiętnasta trzydzieści.
	– Dobrze – skonstatował Gąsior, po czym, starając się nie dotykać zmarłego oglądał ciało ze wszystkich stron.
	– A jednak to szkoda, że na dzisiejszą akcję nie zabrali panowie z sobą lekarza. To szalone zaniedbanie, prawda? – zakpił od stołu Kaszaniec.
	– Proszę pana, jeśli tak mielibyśmy myśleć, to powinniśmy tutaj stawić się od razu z trumniarzem, grabarzem i księdzem – sparował Maras.
	– Poczekaj – półgłosem do Marasa powiedział Gąsior. – Czy widok tej zwęglonej ręki tuż przy zegarku i sam spalony zegarek czegoś ci nie przypomina? – kapitan wskazał Marasowi lewą zwisającą z barku na nieco inny sposób niż prawa, rękę Bluzińskiego.
	– Myślisz o... Ledziku? Tym z parku przy Rozbrat? – półgłosem odpowiedział zdumiony porucznik.
	– Co tam panowie szepczecie! – zdenerwował się Kalinowski, co Maras spostrzegł od jednego spojrzenia: poruszony śmiercią swego ideowego przeciwnika tak, jakby tej śmierci całkiem niedawno z utęsknieniem nie wyglądał. Gąsior dał znak ręką Kalinowskiemu, który miał oznaczać: "spokojnie, proszę się nie wtrącać", po czym półgłosem dorzucił jeszcze do swego najbliższego współpracownika:
	– Ten zegarek jest tak spalony, że nie nadaje się nawet do identyfikacji.

–		–		–		–

	Tego kończącego się dnia Gąsior, Maras i ekipa wiele zdołali już zrobić. W związku z tym, że najgorsze stało się już i że ludzie z psami nie byli na dole potrzebni, Gąsior polecił im, by spróbowali dojść, dokąd wiodą ślady tajemniczej osoby, która wymieniła kłódki. Psy szły jak po sznurku, aż do peronu stacji kolejki dojazdowej, gdzie ślady urywały się i tu już można było zacytować przysłowie o szukaniu wiatru w polu. Co prawda, pomysł takiej ucieczki spryciarza wcale nie był genialny. Gdyby bowiem Gąsior od razu kazał ruszyć w pościg za dowcipnisiem, wtedy prawdopodobnie ludzie z psami ujęliby go, ponieważ na peronie musiałby choć trochę poczekać na nadjechanie pociągu. Chyba, że obliczył sobie, kiedy pociąg nadjedzie i wtedy wymienił kłódki...
	Wezwany na miejsce doktor Kukuła stwierdził, że śmierć Bluzińskiego nastąpiła identycznie jak wtedy, gdy poszkodowanym był Zdzisław Ledzik. Tyle, że teraz wiadome już było narzędzie zbrodni. Zegarek jednak, gdy tylko zdjęli go z lewego przegubu majora, rozleciał się na drobne czarne kawałeczki, dosłownie na proch. Teraz jednak nie można już było mieć wątpliwości, że prąd elektryczny o kolosalnym napięciu wydobył się z tego właśnie zegarka, i że w tym zegarku wobec tego musiały być jakieś niewiarygodne elektryczne... baterie!

–		–		–		–
c.d.n.