OMLET

			      OM

Napisany przez autora nazwiskiem M a r e k  S ł y k scenariusz dwuaktowej sztuki teatralnej   
wierszem pod tytułem O  M  L  E  T. 


Motto: Prawdziwą sztukę tworzą koniecznie / jedynie młodzi. Byle nie – wiecznie.
Dedykacja: Spragnionym budującej rozrywki - -


				
			A K T    P I E R W S Z Y


OSOBY:

1. OMLET – 50-letni, średniej budowy ciała, lekko siwiejący długowłosy szatyn o centralnie umiejscowionej łysinie i wyrazistej twarzy. W królewskiej szacie, ze złotą koroną na głowie i szpadzie u boku.
  
2. BŁAZEN – 30-letni mężczyzna, w tradycyjnym stroju swojego fachu.
  
3. PYSZAŁEK – 40-letni wyniosły przystojniak w pretensjonalnym stroju markiza, ze szpadą u boku.
  
4. HARPIA – 50-letnia żona Omleta, postawna, o długich bujnych włosach, ubrana jak na królową przystało.
  
5. STRAŻNIK nr 1 – drągal w peruce o długim włosie i masce zakrywającej całą twarz – statysta w płaszczu do samej ziemi, przy halabardzie.
  
6. STRAŻNIK nr 2 – postać bliźniaczo podobna do Strażnika nr 1.


Scena wyobraża tradycyjną salę tronową. Brakuje może tylko ław poselskich. Zamiast nich – taborety w kolorze brązu. Oświetlenie – świecami w kandelabrach.


OMLET: Wszędzie, czego-m skłonny jest słuchać,
myśl znajduję, że męskość wymaga
pielęgnacji niezłomnych okrucieństw;
że w nich właśnie leży odwaga.
Miłość? Pewnie! W jej imię się strzela,
kłem przecinka kalecząc palce, 
hasłem gniewnym we wroga-śmierdziela:
„godny pokój zdobywa się w walce”!...

BŁAZEN: Ale może wcale tak nie jest?
Ty ustąpisz, wróg sam się podda,
chcąc ci jeszcze szerszy dać przejazd
niż ty jemu, gdy strzelasz z biodra?
Lub pod cięcie twojego noża?
Pod cios albo wymierzony pięścią?  

OMLET: Kpić ze świętych rzeczy nie można.

BŁAZEN: Zapobieżesz jakim nieszczęściom
przez cackanie się z głupim słowem!
OMLET: O, co wiemy o dziejach dzisiaj?
Że historia to tylko opowieść.
 		
BŁAZEN: Ten naszyjnik z pazurów rysia
za dowodny masz całkiem dokument,
że szlachetny  ż y ł   n i e g d y ś  ten zwierzak
do niechcianej spółki z kołtunem,
który dziś ci do głowy uderza.
A Pyszałek sam się doprasza,
żebyś z gniewem słusznym go zmiażdżył
tym chociażby [pokazuje] czubkiem kamasza.
Krew ażeby poszła mu aż z żył. [Na scenie pojawia się Pyszałek].
Ale oto i on!

PYSZAŁEK: Mowa o mnie?
To i lepiej, że nie o głupotach.
Jest potrzebny, by myśleć przytomnie,
ów posilny duchowy pokarm.
A król – znowu gryziony przez niemoc?
Strach wstrzymuje go od byle kroczku?
Na obronę liczy przez pieniądz,
z którym gdzieś się sprzymierzył na boczku,
chociaż w mowach tronowych głosi
jakieś dobro nieokreślone
tej rzekomo korzystnej ufności,
jaką wpoić chce tym, co pod tronem?

OMLET: Coś musiało zadecydować,
że pod tronem tyś, jam – na tronie.

PYSZAŁEK: Na tym meblu siadł dzisiaj owad;
Brzęczy w kiepskim doprawdy tonie.
Fakt, że żyjesz jeszcze – mnie męczy.
Chcę cię rozgnieść; nie to, że muszę.
Mógłbym paść się widokiem tęczy,
wiersze pisać – jak młody staruszek.
Ale bój się, bo w każdej chwili
mogę podejść do twego krzesła
i powiedzieć ci – mało: ot, tyle,
że twa chwila ostatnia nadeszła.

HARPIA: Gdzieś, Omlecie! Szukam cię wszędzie,
a ty tu się bawisz w rozmowy.

PYSZAŁEK: Mąż twój, Harpio, jest w ciężkim obłędzie;
Powód zwłóczeń znajduje wciąż nowy.
No a przecież wystarczyłoby,
żeby stanął do boju jak rycerz.
„Lecz od tego są przecież mikroby;
jest stan niższy, by szukać zwycięstw!”…

HARPIA: Omlet mówił mi już nie raz, nie dwa,
że królować – nie film kryminalny.
Gdy ważniejszą rzecz człowiek zaniedba,
to dopiero odbicie jest palmy!

PYSZAŁEK: Pewnie. Omlet jest królem-mędrcem
i buduje gmachy, miast je burzyć.
W których je się, śpi i naprędce
stolec stawia w kiblu – jakże duży…
Czy to twórczość?
			PAUZA
W zbrodni tkwi urok!
Niezwalczony urok wolności!
Gdzie ze swą się nie musisz naturą
Gryźć, lecz kłamcom gdzie łamiesz kości!
Czy mi nie chcesz rozgruchotać czaszki?
A chcesz! Tylko kłamstwem jest moc twa!
Z rzeczy świętych ty robisz igraszki;
za rzecz świętą mieć każesz idioctwa!

BŁAZEN: Ty, Pyszałku, sam nie wiesz, jakich
sięgasz wyżyn, w Omleta bijąc!
Trza je kochać – tak samo, jak ich
bać się, aby nie paść, z bólu wyjąc.
Tej nauczki  poskąpi nie Omlet!

PYSZAŁEK: Jak na błazna, ostre ostrzeżenie.
Nie ma ciosu? Już bezeń ja skomlę…

OMLET: Pochód czasu przeniknie przestrzenie.   

PYSZAŁEK: Jest bez celu cały ten pochód.
I brak w nim nadziei na zmianę.
Na co okno, skąd nie ma widoków!
Twe królestwo jest jak przystanek,
Gdzie brak szans, by przystanął autobus
Jakiejkolwiek sensownej linii.
Potem lśni twej łysiny globus,
suchy w końcu przynosząc wynik.

HARPIA: Potrafiłbyś lepiej piastować
- tak niewdzięczny! -  królewski urząd?

PYSZAŁEK: Twardość tronu tyłkiem próbować?
Prezentować tłumom – twarz kurzą?
Ja dopiero pokażę wszystkim,
jak być królem, co jada nie darmo!

OMLET: Jesteś zwykłym, bezczelnym chłystkiem!
Plan działania wyznaczysz armiom?
Bezrobotnych przemienisz w wojskowych?
Tak jak Hitler, gość od „nur fir dojcze”,
co, nim wydał ostatni skowyt,
nie śmiał stać się zwyczajnym ojcem?  

PYSZAŁEK: Skoro wrogów masz tyle naokół,
tak pobożnych, jak bałwochwalczych,
gdy ode mnie mieć chcesz święty spokój,
to dlaczego z nimi nie walczysz?
Wybierz sobie jednego z takich!

BŁAZEN: Dbasz o króla jak o nos własny,
A byś z niego wyszarpał flaki.
Jednej nocy śnić jakże dwa sny?

PYSZAŁEK: Jak na błazna, strasznieś poważny.
Chcę na króla wykazać przykładzie,
że treść życia kiedy nie drażni,
to jej nie masz i umrzesz lada-dzień.
   
HARPIA: Wróg więc królaś, czy też przyjaciel?
   
PYSZAŁEK: Mogę albo być tym, albo tamtym.
   
BŁAZEN: Ja wszechstronność podobnie mam za cel.
Mogę królem być, lub – komediantem.
   
PYSZAŁEK: Żaden dowcip z ciebie nie bije,
a być królem – to twardy mieć osąd.
Może wskażesz, gdzie taki kryjesz?
   
HARPIA: Wróg nasz jesteś?
   
PYSZAŁEK: Dzięki niebiosom
za stawianie sprawy tak jasno!
Źle się dzieje jednak gdzie indziej.
Kataklizmy, które nie gasną,
bezrobotna młodzież w ojczyźnie…
Ten, kto rządzi, temu jest winien!
Urodzony na to, by rządzić!
Nie figurant – z głową w bursztynie!
I nie masy, które tak są dziś
ciemne, jako były i wczoraj!
   
OMLET: Nie rozumiem! Chcesz w raj przemienić
piekło świata? Więc się uporaj
z tym problemem, żeńco wśród pszenic!
Jak to zrobisz jednak, gdyś mi wcześniej
wypowiadał  śmiertelną wojnę?
Raj i wojna? Ty rań boleśnie,
ale raz niech myśl twoją pojmę!
   
PYSZAŁEK: Będzie raj! Masz to u mnie jak w banku.
Czyj najgorszym animusz nabytkiem?
Żeby ludzkość nie wyszła jak bankrut
na tym, co być może pożytkiem,
będziesz musiał niestety zginąć,
a ja – przejąć kluczową funkcję,
jaką pełnisz, choć – z kwaśną miną.
Czemu z kwaśną?
   
OMLET: Mów, mów, Pyszałku.
Nie oszczędzaj mi gróźb, ani wstrętów.
Choć kopyta sobie  k o ń  dał skuć,
nie dostarczę ci   j a   argumentów.
   
PYSZAŁEK: współpracować nie chcesz z swym katem.
Bardzo ładnie. Odpowiem za ciebie.
Znasz ratunek, lecz wieść w zatratę
nie przestajesz. I to cię grzebie.
Uczestniczyć w wojnie jest rajem!
Skoro chorym nie dajem cierpieć,
gdy śmiertelną im ranę zadajem,
zanim chirurg da na nią cer pięć!
Ty zaś wojnę wstrzymujesz świętą
w imię swoich dziecinnych strachów.
Gmach choroby wciąż wyższe ma piętro –
wschód, południe, północ czy zachód. 

HARPIA: Mąż mój…

OMLET: Czekaj, Harpio. Ja powiem.
Stanowiska się rodzą w ogniu.
Co się w końcu staje przysłowiem,
Trzeba, żeby człek jeden wpierw podniósł.
Wiesz, Pyszałku, że prawda – pośrodku.
Więc dlaczego przechodzi w skrajność
raz za razem? Chłopaka od krów
bierze dzieciak za nadzwyczajność,
by po latach podziwiać pieśniarza,
co tak pięknie śpiewa jak ptaszek.
Wreszcie starzec to zauważa,
że by dalej w swym życiu zaszedł,
gdyby lepszy wiódł go polityk.
Tylko dzikus  s t a l e  bój wielbi.

PYSZAŁEK: Wyszedł z bagien tyś mgłami spowitych
za użyciem fałszywej strzelby.
Bohaterstwo sprawia dopiero,
za użyciem dzidy czy rakiet,
że się wszechświat ma na czym wspierać;
że ma dobrze skrojony żakiet.
A piosenkarz też konkuruje.
I to samo robi polityk.
Ten jest ważny, kto tryumfuje,
ran nie licząc, ni – swoich zabitych.   
A to, jaką zabija techniką, 
oddam tymi prostymi słowy:
pytać o to to droga donikąd;
ważne to jest, żeby był zdrowy.

HARPIA: Źleś zrozumiał mojego męża.
Sugerował, że człek jest to rozwój
w fascynacjach, których nie zwęża
temat „wojna”. [Omlet gestem nakazuje żonie milczenie].
Powiedzieć pozwól
jeszcze tylko zdanie to jedno…

OMLET: Harpio, pozwól   m i   odpowiedzieć!
Bo odpowiedź mam tutaj jędrną
jak na narów wierzchowca – jeździec…

HARPIA: Ty po prostu innej chcesz drogi:
mniej człowieczej, a bardziej bożej.

OMLET: Farsz słów w uszu wepchnij pierogi,
bo to samo widzę bezdroże,
którym poszli wszelcy pionierzy,
jako sobie właściwą ziemię.

PYSZAŁEK: Jest – rozumiem - , gdy braknie ścieżyn,
na dreptanie w miejscu dozwolenie!

BŁAZEN: O kochanej swej rewolucji
co powiedział Lenin, ssąc jej soki?
„Jeden kroczek do przodu” – zanucił,
po czym zagrzmiał: - „W tył dwa aż kroki!”.

PYSZAŁEK: Wojna nie jest zabawką dla błaznów.
Ni dla ludzi niskiego stanu.
Ona teraz przedsionek swój ma znów,
sprawiedliwość bowiem złamano,
co historii jest kręgosłupem.
Potrzebują nowego więc pionu
dzieje ludzi!

OMLET: Masz, chłopie, tupet,
upatrując w sobie prężny pion ów!
Co ty znaczysz! Widzisz charyzmę
w tym, że głośniej dwa słowa wykrzyczysz?
„Ja zwyciężę!”? Patrz z optymizmem
na kogutów bój wojowniczych,
a czyż zawód nie będzie stokrotny,
kiedy jeden wydziobie w końcu    
ócz drugiemu diament? Ty dotknij
- na tej ziemi, dalekiej słońcu –
problem choćby podróży ku gwiazdom,
też mającym swoje planety…
Nie potrafisz cieszyć się jazdą –
- bez pewności, że zmierzasz do mety?

PYSZAŁEK: To jest właśnie jak raz filozofia
połowicznych natur, tych głów z nor,
co nie patrzą, że moc poszła ofiar,
i się cieszą, że mają swe gówno!

BŁAZEN: Ty wiesz jedno, król Omlet wie drugie.

PYSZAŁEK: Póki żyje, co potrwa do czasu.
Niemożliwe tak snuć dymu smugę,
by dawała jasności w dwójnasób.
a, co mówię ja, jest klarowne.
Albo żyjesz i w walce łamiesz
każdy sprzeciw, by wzniosło cię to wnet,
albo wróg dźgnie cię szpadą, że kłamiesz!

OMLET: Nie pomyślał tyś, że w mej mocy
wezwać straże, co pchną cię do lochu
za twą krnąbrność?

PYSZAŁEK: Słów nazbyt ton drwiący
ci potrzebny, by wagę miał foch ów.
Zresztą nazbyt typowym tyś tchórzem,
by się wrogiem pisać jednoznacznie
czyimkolwiek.

OMLET: Nie mogę już dłużej!
[Klaszcze]. Straże, brać go! 
[Natychmiast pojawiają się dwaj strażnicy, którzy dzięki swym halabardom prędko zmuszają Pyszałka do poddania się].

PYSZAŁEK [wyprowadzany poza scenę]: Nim drugi akt zaczniesz,
lud cię zgładzi na wieść o tyraństwie!
				PAUZA
HARPIA: Że też mogłeś aż tyle czekać
z tym tak zwykłym rozwiązaniem w państwie,
jak jest zwykłe dać kotu ciut mleka.

OMLET: Póki mogłem, chciałem rozmawiać.
Szkoda tylko, że Błazen nie w formie.
Nie wypada  m i   rzucać słów na wiatr.
On by pograć mógł bardziej zadziornie.

BŁAZEN: A wypada czyż, by w obronie,
kiedy  k r ó l a  wróg bierze we szczypce
(tu mi wybacz cienką ironię),
zwykły  b ł a z e n   grał pierwsze skrzypce?

OMLET: Ja nie ganię tu stanu błazna.
Jest błazeństwo sztuką, co oczyszcza.
Lecz ciężkiego dowcipu gdy zaznasz,
to obracasz się zaraz w zgliszcza.

HARPIA: Zjedzmy obiad; to nas uspokoi.
Każę kuchni wnieść sarnę w potrawce.

OMLET: Nie wiem. Zawód gdy sprawi heroizm,
to żołądek zwraca treść zawsze.

BŁAZEN: Masz wrażenie, Omlecie, żeś przegrał
pierwsze starcie z durnym Pyszałkiem?
Boś w tej rundzie wiele nie zełgał;
w drugiej – zełgasz i wygrasz walkę!

OMLET: Błazen wreszcie rzekł coś z dowcipem…

BŁAZEN: Żaden dowcip!

OMLET: …lecz ja chcę, mój drogi,
zajść daleko. Wstawiając zaś lipę,
jak to zrobię? Fałsz ma krótkie nogi.

BŁAZEN: Fałsz na wyższym niż zwykły poziomie
jest to magia, która rozgrzesza
samą siebie! Kto kłamie świadomie,
od poczciwca lepszy, co nie miesza!

OMLET: Oj, bo zacznę podejrzewać ciebie
o podwójną grę też odnośnie
mej osoby!

BŁAZEN: Broń, Boże! Pochlebię
Sobie tutaj, że kocham rozgłośnie
i też szczerze mego chlebodawcę!

HARPIA: On zaś ciebie – za twą uroczą
nieporadność w rozmowach przy kawce.
Kiedy patrzę, niedowierzam oczom,
Na czym wsparty byt tego królestwa.
Bo tu błazen – o słonia dowcipie,
tam zaś król – jak jarzyna czerstwa,
ówdzie ja, co tani groch łez sypię
przed ekranem, gdzie pełzną seriale…

OMLET: By nie rzygnąć, herbatki z rumianku
łyk wypijmy. A, co robić dalej,
pomyślimy – wstając o poranku.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------              	K O N I E C    A K T U    P I E R W S Z E G O

                    
                 A K T    D R U G I

OSOBY: 												
1. OMLET – ten sam, taki sam i tak samo ubrany jak w akcie pierwszym.
	
2. HARPIA – ta sama, ubrana – jak to kobieta – już nieco inaczej niż w pierwszym                 akcie, aczkolwiek z podobną strojnością.
	
3. BŁAZEN – ten sam, ubrany bez żadnej zmiany.
	
4. DAMA DWORU nr 1 – lat 25, piękna, zgrabna, ubrana z wyraźnie mniejszym przepychem niż królowa, aczkolwiek gustownie.
	
5. DAMA DWORU nr 2 – lat 25, wyższa i tęższa od poprzedniej, nieco klocowata, lecz apetyczna; ubrana bliźniaczo podobnie jak Dama nr 1.
	
6. PYSZAŁEK – wszystko tak samo jak w akcie pierwszym, lecz widocznie umazana twarz sadzą, a włosy – rozkudłane; w chwili pojawienia się na scenie trzyma za włosy w dłoniach (po jednej) dwie kule wielkości głów ludzkich w maskach strażników i w ich długowłosych perukach.

 
Scena wyobraża tę samą, co w akcie pierwszym, salę. Jest jednak dzień. Światło bije z okiennych witraży. W tych dekoracjach obecni są na razie tylko Omlet i Harpia.

----------------------------------------------------------------------------------------------------- 

OMLET: Nie jest tak, że żyję dniem jednym,
który, co rusz, tylko się powtarza.
Lecz choć jeden choć raz traktem szedł mym,
Ten zapragnie raz drugi go zdrażać.
Czemu? Proste to jak fiut drwala,
co drwa rąbie, miast bawić się fiutem.
Moja droga stóp spody rozpala,
bowiem wiorst sto przemierzam w minutę.
Tylko popatrz, miła ma żono,
wewnętrznymi swymi oczami,
jak ten maj majaczy czerwono,
byłbym tylko mym wierszem nie zamilkł!

HARPIA: Na co patrzeć! Żyjemy wymianą
naszych wspomnień. A tych nie przybędzie.
Zapomnienia wciąż zjada je anioł –
- wciąż bezczelniej i coraz to prędzej.
Gdy tymczasem komórki ciał naszych
replikują się wciąż mniej dokładnie.
Szychty dla nas, czy też my dla szycht?
Jak się wzbijać, gdy to, że się spadnie
w końcu ciężko i ostatecznie,
wszystkim z góry od dziecka wiadomo?

BŁAZEN [wszedłszy]: Pospolita rozszerza się rzecz niech!
Wszystko inne – troską znikomą.

OMLET: Śmierć jest blisko nieśmiertelności.
Tak jak odbyt – blisko przyrodzenia.

BŁAZEN: Kusić licho, królu, nie dość ci?
Po coś pchnął więc zucha do więzienia?

OMLET [zaklaskawszy w dłonie]: Damy dworu, stawić się zaraz! 

HARPIA: Chcesz uprawiać boks damsko-męski?
Nie do figli są damy, jak znalazł?

BŁAZEN: O, też pięścią uderzą – od ręki!

HARPIA: Sytuacja to nie jest normalna,
Że, co zechcesz, to zaraz otrzymasz.
Masz go, gdy za-smakuje ci kalmar…
Tylko gorzej poczynić ci wymarsz!
[Wchodzą dwie wystrojone Damy dworu].

DAMY DWORU [chórkiem]: Mości królu, już wszystkie jesteśmy!

OMLET: A gdzie Scypia? Znów cierpi migreny?
Powiedziała, że jestem obleśny?

DAMY DWORU [chórkiem]: Mowa – jedno; myśl – drugie, jak wiemy.

OMLET [do Damy nr 1]: Chodź-no tutaj. [Wstaje, przyciąga Damę do siebie, siada na tronie i, podwinąwszy suknię Damy oraz położywszy ją sobie na kolanach, wykonuje plaśnięcia po jej pupie].

DAMA DWORU nr 1:  O rety, o rety!
Król tyranem! Jak amen w pacierzu!

OMLET [Odstawia damę pierwszą i bierze się do drugiej]:
Klapsy te to państwowe sekrety;
kto je wyda, utytłam go w pierzu!   

BŁAZEN: Odetchnąłem! Dość taniej perswazji!
Wreszcie środek skuteczny i dziarski.
Zła nie będzie, gdy braknie okazji.
Ryjek przymknie piosenkarz Darski.
[Omlet odstawia drugą Damę dworu; na jego kolanach, odsłaniając sobie pupę, kładzie się jednak… Harpia].

OMLET: Za co miałbym ciebie katować.

HARPIA [wzruszając ramionami]: Nie, to nie, Phi! Oprawca za dychę.

OMLET: Jeszcze ze mną trochę się powadź.
Walki chcę, gdy – miałem już zagrychę.

HARPIA: Bo dla ciebie walka to dyskurs!
Zew nie wzbiera, gdy śmierć w oczy zajrzy?

PYSZAŁEK [wchodząc z uciętymi głowami dwóch długowłosych strażników]:
Radziłbym ci, już, królu, nie pyskuj.
I nie powiem: „ludowi ty daj żyć”,
bo godziny już twe policzone
i lud sam pod mym kierownictwem 
zdejmie z twego baniaka koronę – 
[Rzuca głowy Damom Dworu; te zręcznie łapią].
- razem z nim! Grób przed tobą. Już wnijdź weń!

OMLET: Dobądź szpady, nieszczęsny, coś powziął
zamiar walki w wysokiej zbyt kaście!
[Dobywa szpady; to samo robi Pyszałek. Szermują].

PYSZAŁEK: Byłbym skrócił twą bródkę kozią,
ale szpada da inne przepaście.

OMLET: O, zbyt szybko robisz mnie trupem!
Prędzej padniesz, niż ja się potknę!
Nerwy swoje na babski zwiąż supeł!

PYSZAŁEK: Za twą troskę – dzięki stokrotne!
Ale ja tu króluję naprawdę!
Ciebie chroni jedynie kłamstwo!

OMLET: Robi wydech ten, kto wcześniej brał wdech.
Przed ostatnią oszczerstwa-ś jest szansą.
Ale zaraz ją zaprzepaścisz!

PYSZAŁEK: Owe głowy obcięte sługusom
są dowodem, że serio waści
rękawicę rzuciłem!

OMLET: Bo tu są
argumenty twe, kędy – zwłocza!
Chcesz je jeszcze mym trupem przymnożyć.
To logika zaiste urocza!

PYSZAŁEK: Mniej żałośnie swą siłą się srożyć,
niż udawać świętoszka lub być nim.
Nie mam drogi odwrotu, Omlecie…

OMLET: A więc razem z opresji wyjdźmy,
w koszty własne wliczając przeciek
krwi mych ludzi. [Walczący przestają się bić]. 

BŁAZEN: O, królu! Nieładnie!
Że poważnie traktujesz życie,
chcąc u szczytu być albo na dnie,
ale nigdy tam, gdzie najpłycej –
- ja wierzyłem! Tymczasem tyś zboczył.

HARPIA: Zdanie Błazna weź pod uwagę.
Bo tym razem wygłup odroczył,
zbawczą za to śląc tobie powagę.

OMLET: Nikt mnie tutaj nie będzie pouczał!

HARPIA: Do swej woli chcesz prawo naginać?
Czy kot zmieni tym, że będzie mruczał,
fakt, iż zawsze zielony jest szpinak?

OMLET: Wyjaśnijmy wreszcie to sobie,
czy potrzebne ofiary są krwawe
dziejom świata, które tka człowiek
z nici ścieżek, gdzie czcisz też postawę
inną zgoła, choć równie ambitną:
by historii ciekawe dać treści.
Żyć musimy – jak kwiaty, co kwitną,
w samych pąkach nie mogąc się zmieścić.
Powoduje sam przymus czyż nami?
Jak maszyną, której bieg nadał
Użytkownik, konstruktor i jamnik,
co by w jamie zmysły postradał,
gdyby dostrzegł, że pan jego, człowiek,
na żywiołów wyłącznie jest łasce.
Rządzi żywioł   z w i e r z ę c i e m  albowiem;
człekiem być, to – grać za wynalazcę!

HARPIA: Lecz czy tylko? Gdzie miejsce dla kobiet!

OMLET: Człek, miast jednak rządzonym być przezeń,
za swej władzy może mieć obiekt
wszelki żywioł i wszelką ascezę!

HARPIA: Nie! Natury nie wolno zniewalać!

DAMY DWORU [chórkiem]: Masz tu, pani, nasze poparcie!

HARPIA: Obróconą w żart prawdą chcesz kalać
ciszę? Cóż  n a m  po takim żarcie!

OMLET: Mi naprawdę nie chce się wierzyć,
że w tym trzeba zamknąć światopogląd:
„do księżniczek dodaj rycerzy,
a już dzieje same się rozmodlą!”.

DAMA nr 1: Gdzieś Wysoko to nie wystarczy.
Ale tu, na ziemi szachownicy
ten przegrywa, kto mądry, lecz starczy;
kto swój przerósł czas bladolicy.
Bo człek zwykły musi się trzymać
swej wygranej, choćby i stęchła
była tak, że trudno wytrzymać,
aby bańka bytu nie pękła!

OMLET: Tam Wysoko choć inne są miary,
to rachunki spraw – takie same.

PYSZAŁEK: Skąd to możesz ty wiedzieć, kpie stary!

OMLET: Stąd, żem nie raz przekraczał ramę,
poza którą rozlewa się wielkość.
Jest szaleństwo myśli czy szare-ż?
Lub czy białe-ż, jak ma swą biel kość?
Plac gry zwykłej to smutny areszt,
lecz poza nim wszystko przemawia
za tym, żeby wracać na boisko
ze spokojem czujnego żurawia,
gdzie znajomych spraw syci bliskość.

PYSZAŁEK: Nadzwyczajnej nie widzę mądrości
W tym, coś rzekł tu. I gdzie tu dowód,
że przebywasz w dziedzinach wielkości,
by tam (po co!) powracać znowu,
gdzie my, mali, wciąż przebywamy?
Kłamiesz, królu! Tego „gdzie indziej”
nie ma nigdzie! To twe są omamy!
Z nowym królem królestwo przyjdzie
to dopiero, o jakim świat marzy!
Tym – niesytym stwarzanych przez władzę
możliwości kreacji wydarzeń!
Zanim zginiesz, spowiadaj się, radzę.  
   					
OMLET: Znowuś nabrał ochoty na walkę?

PYSZAŁEK: Cóż innego mógłby mężczyzna
robić tutaj, gdzie król jest krasnalkiem
i właściwie to tylko trzy płci zna?...

HARPIA: Ponoć dotyk to zmysł podstawowy
i się w walce dotykiem siekiery
odrąbuje ramiona i głowy,
by swej władzy dowód dać szczery.
Lecz do władzy są drogi też inne –
- z prawdziwego tak samo zdarzenia.

PYSZAŁEK: Przedstaw.

OMLET: To już żądanie.

PYSZAŁEK: Niewinne.
Rządź? Rżnąć! Tak brzmi przykazanie cienia,
który światło określa tak, żeby
ład zaistniał budzący nadzieje
nie w jedzących wyżebrane chleby!
W tych, co władni nieść żar przez dzieje!

BŁAZEN: W pewnej chwili trzeba zatrzymać
Rękę, którą świerzbi do mordu.
O co walczysz? Czyż nie o prymat?
Ostatniego czyż trza ci akordu,
żebyś święty miał spokój nareszcie
od męczącej jakiejś osoby?
Na jej grobie odtańczyć tang dwieście?
Nie, ażeby posłuch jej zdobyć?

PYSZAŁEK: Posłuch po to próbujesz pozyskać,
aby pomógł ci tobie posłuszny
walczyć z wrogiem, gdyż nie ma igrzyska,
gdzie by jeden, jeden! – powtórzmy,
nie uderzał jakoś w drugiego!

OMLET: Nie ma, ale czyż być nie może?

PYSZAŁEK: Jeśliś alfą jest i omegą,
To rozumiesz sam, równie dobrze
jak i ja, że jest nieskończoność
nie czym innym niż tylko? Zgadnij!

OMLET: Skończonością, której zaprzeczono!

PYSZAŁEK: Nawet ja bym nie rzekł dokładniej.

HARPIA: I co z tego!

PYSZAŁEK: Daj trochę pomyśleć.

DAMA DWORU nr 1: Już ci król nasz w głowie namieszał.
Jeden z wielu w ławicy już ty śledź.
Myślisz – zamiast tam rwać, kędy rwie szał,
i o tyle jedynie myśleć,
ile myśli ławicy szlakowy.

OMLET: Dosyć mi już tu tej demokracji.
Bałaganu, innymi słowy.
Ludzie prości? Nie ganię prac ich.
Lecz człek prosty niech wprzód się podszkoli,
nim zamarzy o dłuższym występie
na wybiegach stołecznych przedszkoli,
by się u mnie sprawdzić następnie.

DAMA DWORU nr 1: Czy to znaczy, że tracę posadę?

HARPIA: Ty, Omlecie, masz serce z kamienia
wobec Damy jak kreda bladej.
A łobuza, co się rozczerwienia
w jakże częstych atakach wściekłości,
tolerujesz!

OMLET: Ktoś musi być przegran.

PYSZAŁEK: Więc raz jeszcze postąpię na złość ci!
Broń się! [Wyciąga szpadę z pochwy; Omlet machinalnie robi to samo. Szermują w milczeniu, aż Omlet zostaje lekko draśnięty].

OMLET: Pierwsza krew. Dalej już nie gram!

HARPIA: Do ostatniej krwi bijcie się, zuchy!

PYSZAŁEK: Nie chcesz walczyć, to zginiesz bez walki.

HARPIA: Masz, Omlecie, tak zwinne wszak ruchy!
Żeby wzbudzić lwa w sobie, ciut zaklnij!

OMLET: Zgiń, przepadnij ty, siło nieczysta!
[Rzuca się ze szpadą na Pyszałka; ten paruje pchnięcie. Omlet przewraca się na brzuch; Pyszałek z szyderstwem na obliczu kłuje króla w pośladek].

PYSZAŁEK: Ot, i wszystko. Znieść nie mogąc wstydu,
Omlet odtąd, w czarownic asystach,
snuć się będzie po świecie jak zły duch,
miejsce hańby swej wszak omijając,
które miejscem już jest mej władzy.

OMLET: Szpadą świata nie dadzą ci zająć,
choćby byli bosi i nadzy,
mi wciąż wierni – jego obrońcy.

PYSZAŁEK: Tobie wierni? Dla jakiej racji?

OMLET: Ton słów twoich, śniadaniem drwiący,
będzie jękiem już u kolacji.

PYSZAŁEK: Proszę! Teraz Omlet jest pyszny!
A Pyszałek prawym jest królem!

BŁAZEN: Co oprotes-towalibyśmy,
gdyby ogół nie tkwił w szczególe.
Nie, Omlecie! Tyś nadal wielki!
Jeszcze powstań! Jeszcze się przebudź!

HARPIA: Krew-ś już przelał? Co do kropelki?
Już swą duszę oddał ty niebu-ś?      

PYSZAŁEK: Chyba – piekłu… Głupie gadanie!
Marks prawdziwszy niż ewangelie.
Twej, na tyłku zrobionej, ranie
hołdy składać – to żaden cel jest.

DAMY DWORU: Będziem póty śpiewać żałośnie,
póki wreszcie król się nie zmieni!

PYSZAŁEK: Na twą trumnę jesion już rośnie…
Dobrze, Omlet. Będziesz mój lennik.
Dam ci (twój dotychczas) pałacyk,
który stoi obecnie pusty
pod Schabowem – z tej właśnie racji,
że zalęgły się w nim – ha! – pluskwy…

DAMY DWORU [chorkiem]: Zmień się, królu! I zareaguj,
gdy ktoś dumę twoją śmie deptać!

PYSZAŁEK [wyjmując zza pazuchy pistolet]:
Mam pistolet. W nim – jeden nabój.
Mam też cię – za zdolnego adepta
sztuki, która stawia na efekt.
Strzelisz sobie w łeb (to są nie gry ciur!),
i tak zrobisz, wchodząc w chwały strefę,
rzecz najmędrszą w całym swoim życiu.

OMLET: Daj tę spluwę.

PYSZAŁEK [wręczając pistolet Omletowi]: To mi się podoba!

OMLET [bierze pistolet i strzela do Pyszałka, który pada]:
Postąpiłem, jak może sam chciałem,
bo zbyt długo trwała zgryzot doba.
To, co było człowiekiem, jest ciałem…

HARPIA: Bądź mężczyzną, Omlecie! Grą w kości
ludzkie wszyscy się grzali wodzowie.

OMLET: Tak, lecz typ ten w obronie wolności,
którą ja mu zabrałem, po głowie
damom dworu dał dwóch mych strażników.
Więc czym słusznie go teraz ukarał?

BŁAZEN: A bijących w ciebie przytyków
z jego strony nie odczuł aparat
twej psychiki?

OMLET: Powiedzmy, że odczuł.

HARPIA: Wiedz, że miłość i zbrodnię tłumaczy.
Gdybym była kobietą ciut młodszą,
osobiście bym cię, co to znaczy,
przekonała. Dziś jestem zbyt mądra,
by wyjaśnić sprawę tak prostą.

BŁAZEN: Pochowajmy zmarłego – też on brat
w człowieczeństwie.

HARPIA: Jak czujesz, tak postąp!

OMLET: Dzięki wam za godne przyjęcie
wątpliwego mego wystrzału.

DAMY DWORU [chórkiem]: 
Tyś jest król nasz! Ty masz zacięcie
do robienia wszystkiego pomału!
Co dlatego w sumie jest dobre,
że, kto czeka ostatniej chwili, 
ten najwięcej wtłacza w czucia obręb
i się nader rzadko pomyli.

OMLET: Zginął człowiek. Smutek nasz nie zbawi
jego duszy, więc nie wołam do łez.
[Do Błazna]: Bierz za nogi (ciut nogawki zawiń);
ja za ręce wezmę (te są gołe).
Wyniesiony na pradawny cmentarz,
w okazałych – trumnie i grobowcu,
przy królewskich spocznie delikwentach.
Był zuchwały – swoją wiarą on w cud.

BŁAZEN: Za zuchwałość chcesz nagradzać, panie?

HARPIA: Czy przypadkiem mnie też słuch nie myli?

DAMY DWORU [chórkiem]: Pokochałeś za co tego drania!?

OMLET: Dał mi bowiem broń – w krytycznej chwili.
[Wynoszą Pyszałka za scenę].


K O N I E C    P R Z E D S T A W I E N I A