(część 2)
Śni mi się, nie zgadniecie kto, porucznik o basowym głosie. Ten porucznik z piwnicy. Wprawdzie ja go nie widziałem, ale poznaję go, można powiedzieć, fonicznie, to jest po głosie. Twarz ma całkiem przyjemną, jest wysoki, przystojny. Może mieć najwyżej czterdzieści parę lat. Zaczęło się od tego, że strasznie polepiły mi się ręce, bo jadłem lody. Wiecie, jak to jest, gdy polepią się ręce. Człowiek dałby nie wiem co, żeby mu przynieśli miednicę z wodą i mydło, choć tak na ogół to przecież nikt nie lubi tych rzeczy. Więc on podszedł(z tą miednicą) i spytał, czy zechcę umyć. Oczywiście chciałem. Gdy skończyłem, powiedział, że należy się pięćdziesiąt groszy, ale że nie weźmie, bo jest człowiekiem dobrej woli i pracuje honorowo. Gdy ktoś plecie trzy po trzy, jest wesoło, ale nie zawsze. Czasem, to człowiek sto razy by wolał usłyszeć coś mądrego niż takie głupoty. Odpowiedziałem jednak uprzejmie, że w pełni to doceniam i, że jestem bardzo wdzięczny, na co on z kolei mi się ukłonił i chciał odejść. - Niech pan poczeka! - powiedziałem przestraszony, bo wydawało mi się, że tracę niepowtarzalną szansę dowiedzenia się czegoś o Mahariadzie, który z pewnych względów wydał mi się postacią intrygującą, a wiadomo, że jak coś intryguje, to jesteś tym bardziej niż zainteresowany. - No? - powiedział porucznik. Dobyłem infantylnego szeptu, dziecięcego głosiku: - Niech pan mi opowie jakomś bajećkę. Porucznik popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie, westchnął, po czym spojrzał raźniej i uśmiechnął się do mnie. - Zapalisz? - wyciągnął z kieszeni swych powiewnych szat przedziwnie długą a wąską paczkę. Sięgam. Jak te papierosy są długie! Mają chyba z pół metra. Godzina palenia, no może nie, w każdym razie na pewno ćwierć. - Co chcesz wiedzieć? „- Niech pan mi opowie wszystko o Mahariadzie!” - chcę już wykrzyknąć, ale w porę się połapuję, że jak zadam to pytanie, to on od razu zapyta, skąd w ogóle znam to nazwisko, a wtedy wszystko się wyda i będę musiał opowiedzieć o łysielcu z brzuszkiem, a to, że o nim wiem, to przecież jedyna moja przewaga i nadzieja. - Niech pan opowie coś ciekawego i mrożącego krew w żyłach! - mówię szybko, jako że muszę coś powiedzieć na tym wydechu, który przygotowałem sobie pod zdanie, z którego w ułamku mikrosekundy zrezygnowałem. Wypuszczam też w tej samej chwili potężną chmurę dymu z tego długaśnego, by tak powiedzieć: tytanicznego tytoniowca, aby zamaskować nagłe zmieszanie i lekkie zaróżowienie policzków, o którego powód mógłby porucznik zapytać. Oczywiście dzięki temu zabiegowi zostałem uratowany, ale to i tak był sen, więc nic by się nie stało, gdybym się nawet wygadał. Ale wtedy nie pomyślałem o tym i wydawało mi się, że bardzo ładnie wykiwałem porucznika. - No cóż. Jestem milicjantem i z tym nie będzie trudno. Morderstwa to dla mnie rzecz porządku dziennego, ale ba! Gdyby tylko morderstwa! - A czy jest coś straszniejszego od morderstw? - Tak, chłopcze. Tak jest wtedy, gdy dzieją się konkretne sprawy i nic się z tego nie rozumie. Na przykład weźmy dzień dzisiejszy… Dwie osoby znaleziono leżące zupełnie tak, jakby nie żyły, ale gdyśmy spytali lekarzy o zdanie w tej kwestii, byli przedziwnie zgodni: powiedzieli, że te dwie leżące bez ruchu dziewczyny nie są ani żywe, ani martwe. - To może w ogóle ich nie ma? - Jak to ich nie ma? - Jeśli nie są ani żywe, ani martwe, to pozostaje niestety tylko ta możliwość, że ich nie ma. - Nie, chłopcze. Istnieje jeszcze taka możliwość, która zresztą wczoraj prawdopodobnie zaszła, że właśnie nie są ani żywe, ani martwe, a mimo to należą realnie do zbioru istot ludzkich. O pierwszej zawiadomił nas niejaki Radosław Plotkarek, z zawodu piosenkarz, chyba niezbyt wybitny, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Śpiewa w nocnych lokalach romanse cygańskie i takie różne, jak to się mówi, przeboje. Otóż żona pana Plotkarka to tak zwana herod baba, waży ze sto kilo i, korzystając ze swej przewagi nad mężem, nieco go terroryzuje. Nie pozwala mu na przykład na palenie tytoniu, a w szczególności: papierosów, które są, jak wiadomo, dużo szkodliwsze od fajki, bo mówi, że jeśli Raduś zniszczy sobie gardło, to z czego będą żyli. Jest to poniekąd zrozumiałe, jako że pan Plotkarek zarabia pieniądze głównie dzięki swemu gardłu właśnie. Jednak pan Plotkarek nie chce się pogodzić ze swoją uległością wobec żony, a że przy jego wadze sześćdziesięciu kilogramów niemożliwością byłoby wystąpić wbrew jej woli jawnie, czyni to po kryjomu, czego wyrazem jest między innymi palenie papierosów w piwnicy, gdzie właśnie wczoraj znalazł to leżące ani martwe, ani żywe ciało pięknej dziewczyny, Magdaleny Żabkowskiej, jak to ustaliliśmy na podstawie dowodu znalezionego przy niej. Muszę ci, chłopcze, powiedzieć, że nie obyło się wczoraj bez kontrowersji. Członek naszej ekipy, lekarz, po obejrzeniu tych, jak się wyraził quasi-zwłok, wysnuł wnioski tak fantastyczne, że tylko dzięki swej wrodzonej delikatności nie zaśmiałem mu się prosto w ucho. Mówił, że to sprawka jakiegoś Mahariada i, że to wcale nie jest morderstwo. Wyobraź sobie: nóż w sercu i nie morderstwo! Ale oczywiści sprawdziliśmy i okazało się, że żadnego Mahariada nie ma nie tylko w książce telefonicznej, ale nawet w encyklopedii, gdzie przecież poupychano znacznie więcej dziwacznych, obco brzmiących nazwisk. Znowu mój kapral sądzi, że ta dziewczyna… W tym momencie strasznie zadrapało mnie w gardle. Otworzyłem oczy i zobaczyłem ku swemu przerażeniu pokraczną, ale jakże straszną kozę, która gryzła mnie w piętę i tej pięty w żaden sposób nie chciała wypuścić ze swego komicznego ryjka. Skąd tu koza?! Co ja mówię?! Dopiero teraz obudziłem się naprawdę. Okazało się, że koza nie jest kozą, a pięta piętą, to znaczy pięta piętą jest, ale koza nie, bo przy tym pierwszym niecałkowitym przebudzeniu zobaczyłem tylko krzesło, które z niezrozumiałego powodu wziąłem za kozę. Ale dlaczego skoro nie ma kozy, była mowa o jakimś gryzieniu? Ach! To gardło mnie boli, a właściwie drapie w nim z niesłychaną jadowitością jakiś nienawistny opar, który swym zapachem i niebywale nieprzyjemnym działaniem przypomina mi starą historię, kiedy to w szkole na lekcji chemii zatrułem się sporą dawką chloru. Do diabła! Ja się duszę! Ja chyba nie wytrzymam! Co robić?! Widzę, że leżę na podłodze, pod drzwiami, momentalnie przypominam sobie ostatnie chwile wczorajszego dnia, lecz nie znajdując w nich wytłumaczenia dla tego przeklętego cholernego bólu, tej duszności, biegnę w zawrotnym tempie ku oknu i otwieram je na oścież. Oddycham łapczywie, z całym poświęceniem, z wielkim zaangażowaniem. Ale straszny, wprost nie do opisania głód powietrza, takie wrażenie, jakbyś zakrztusił się już nie tylko ością, ale po prostu całym szkieletem największej z ryb, to jest rekina - to wszystko nie pozwala na poprzestanie na tym, co już zrobiłem. Chce mi się, mówiąc mało wytwornie, po prostu rzygać, poza tym jakbym widział, że w pokoju unosi się jakiś żółtawy opar… Chyba wyskoczę oknem. Drugie piętro, trochę wysoko, ale warto zaryzykować choćby złamanie nogi, byle by tylko ulżyć płucom, dać krwi wreszcie dostateczna ilość tlenu. Przełażę przez parapet, chcę skoczyć, ale brakuje mi odwagi. Jednak przecież zwieszam się na skrzynce z kwiatami(te kwiaty to jakieś bławatki czy coś w tym rodzaju), a skrzynka odpada z tych metalowych trzymadeł pod moim ciężarem i oczywiście razem ze mną. Lot jest nawet dość długi, ale jego straszność po prostu musi być niczym wobec straszności bólu zatchniętych płuc i bólu gardła, w którym jakby mi ktoś szorował miotłą z kolczastych rózg. Ląduję na cztery łapy, jak kot, ale wcale nie bezboleśnie. Szczególnie dłonie: bolą jak diabli. Jednak co by się nie stało, żyję, kości mam całe, a co najważniejsze ten przeklęty ból w gardle i niedotlenienie zdają się wreszcie przechodzić. Ale skąd to wszystko się wzięło? Czyżby próbowano mnie… otruć?! I to chlorem?! Też! Truć chlorem, gdy o wiele prościej byłoby zakłuć choćby nożem? No nic, w każdym razie nie wrócę teraz do domu. Jeśli to był istotnie chlor, to na pewno jeszcze mimo otwartego okna nie zdołał z mego stylowego mieszkanka wywietrzeć, bo wiadomo, że to ciężki gaz i na pewno długo jeszcze będzie się trzymał przy podłodze. Nie będę tam wracał, bo to po prostu za bardzo niebezpieczne. Chyba pójdę do jakiegoś kolegi. Jestem rozdygotany. Parę minut rozmowy powinno mi dobrze zrobić, przynajmniej w sferze psychiki. Pójdę chyba do Zdzicha Diakona, mieszka najbliżej, a i dobre słowo powiedzieć umie ten przyszły psycholog. Idę, a tu utrapione drapanie w gardle znowu się pojawia, na domiar złego poczynam odczuwać jeszcze tę wczorajszą dziwną ociężałość, niewytłumaczalne, niezrozumiałe zmęczenie. W nogach znowu mam ołów, w sercu gorączka krwi, a mózg pracuje tak powoli, że ślimak chyba szybciej myśli, a już na pewno chodzi. Na szczęście do Zdzicha jeszcze tylko parę kroków. Ostatkiem sił pakuję się na ten wysoki parter, głową wciskam guzik dzwonka, po czym oparłszy się o klamkę, czekam ze wzmożonym dyszeniem i z wywieszonym parującym jęzorem, choć to takie niewygodne, bo co chwila muszę cofnąć ten język i w ogóle zamknąć buzię w celu przełknięcia napływającej nieprzerwanie śliny. - Kto tam? - słyszę charakterystyczny głos Zdzicha, którego brzmienie przypomina mi prawdę mówiąc odgłos, jaki wydaje maszynka przy mieleniu mięsa, ale już nie mam siły na odpowiedź. Pukam jeszcze w drzwi dwa razy zaciśniętymi piąchami i ogarnia mnie ciemność. Nie wiem nawet, że padam, bo może nie padam. Jeśli padam, to zupełnie tego nie czuję. Budzę się w jakimś dziwnym miejscu, którego nigdy dotąd nie widziałem, gdzie na pewno wcześniej nigdy nie byłem, więc oczywiste, że nie wiem, co to za dziura. Przypominam sobie, że za ostatnim razem przytomność straciłem u drzwi mieszkania Zdzicha Diakona, więc próbuję przyrównać niejako półmrok tej ciasnej jakby więziennej celi z jednym z małych pokoi jego mieszkania, lecz ni w ząb to nie wychodzi. Blade światło dochodzące z maleńkiego okienka u sufitu(a to tak maleńkiego, że jeśli mysz by się przez nie przecisnęła, to na pewno nie ciężarna) to właściwie więcej cienia niż światła, który pada na grube drewniane bale, z których zbudowane są wszystkie ściany, podłoga i sufit tej przeklętej ponurej komórki; nie widać żadnych drzwi, żadnych mebli, a tylko pode mną jest prawdopodobnie prycza podobnie toporna jak całe to wnętrze i jeszcze słomiany skrzypiący przy najmniejszym ruchu materac, a właściwie wór z gruzełkowatego szarego płótna, który tą słomą wypełniono. Gdzie ja jestem? Co się dzieje? Co jest grane? Muszę ze wstydem przyznać, że nic z tego nie rozumiem, zupełnie nie wiem, jakim cudem, a już z pewnością, jakim s p o s o b e m znalazłem się w tej szarej ciasnej komórce, o której wiem tyle(i to nie na pewno), że nie jest chyba komórką mózgową, choć jej szarość wyraźnie to sugeruje. Nagle, ni stąd, ni zowąd, dobiega mnie wraz z raptownym skurczem w sercu niespodziewane uderzenie: głos młodego mężczyzny, którego nie widzę. - Witaj, Męczysławie, i czuj się tu, jak u siebie w domu się czujesz, albowiem wszystko, co moje, i do ciebie należy. Nie wiem, co odpowiedzieć, bo głosu tego nie znam, nie znam jego dawcy, to jest właściciela, a on, skoro mnie zna (zwrócił się wszak do mnie po imieniu, którego odgaść by nie mógł, jako że jest w końcu niezmiernie rzadkie), to tylko przez tajną obserwację, a wiadomo, że jak się kogoś szpieguje, to ten ktoś szpiegowi dobrym słowem nie odpowie, gdy się dowie o intrydze lub jej się domyśli, a innym słowem niż dobre to ja raczej wolę nie odpowiadać, gdy gość ten mnie widzi i, być może, w każdej chwili może do mnie strzelić, gdy po prostu ma mnie na widelcu, a ja go nie. - Kim jesteś, głosie? - pytam w końcu. - Niech swą niepewność zmienię w stan choćby obojętnego niedowierzania. - Nie jestem głosem! - posłyszałem gorliwe zaprzeczenie. - Nie jestem głosem, lecz tym, co w pierwszej chwili wziąłeś zapewne za chlor: jestem organizmem niedostrzegalnych dla ludzkiego oka fruwających żyjątek, które są jakby mózgiem i potrafią wydawać dźwięki na podobieństwo ludzkiej mowy, zresztą również inne. - Które są jakby mózgiem?! - osłupiałem. - Jestem organiczną społecznością drobnych niewidzialnych żyjątek, których funkcja życiowa sprowadza się właściwie li tylko do myślenia, a więc do funkcji mózgu. Jestem, Męczysławie, właściwie częścią twego ciała, twoim d r u g i m m ó z g i e m, który żeby zaistnieć, musiał opuścić twą widzialną powłokę i sprawić ci tym trochę bólu. Nie znam wprawdzie dokładnie jeszcze swej roli i przeznaczenia, ale już rodząc się w twojej głowie uzyskałem pewien zasób autoświadomości i co nieco mogę ci wytłumaczyć, w czym nieczym mogę ci już służyć, jako mojemu niejako właścicielowi i ojcu zarazem. Nie trzeba mówić, że takim rodzajem przemowy byłem niepomiernie zdumiony, bo i tak każdy by się domyślił tego. Ale na wszelki wypadek jeszcze raz to podkreślę, bo niedomówienia rozumie się niestety tylko przez moment po tym niejako mówieniu, a potem wylatują z pamięci; byłem porządnie zdumiony przemową mojego drugiego mózgu, przez chwilę nawet myślałem, że znowu zasnąłem. - A więc mów, co masz do powiedzenia, mózgu! - rzekłem wreszcie. - Zalęgłem się w twoim mózgu, konkretnie w móżdżku, i byłem od razu prawie dorosły, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Z miejsca sporo wiedziałem, a to prawdopodobnie dlatego, że rodząc się w twoim mózgu miałem z nim bezpośrednią styczność i, by tak powiedzieć, podsłuchiwałem twoje myśli. Jednak moim naturalnym środowiskiem życiowym jest powietrze. Musiałem wydostać się z twojej głowy, a było to możliwe tylko przez jedną drogę. Mianowicie w twym mózgu przeniknąłem do krwi, z krwią przedostałem się do płuc, a płuca niejako wypompowały mnie tchawicą w kierunku gardła. Wtedy musiałeś bardzo źle się czuć, wiem o tym i przepraszam cię za to, ale niestety drogi innej nie było… - Teraz to już nie ma za co - powiedziałem machinalnie. - Wydostawszy się z twego gardła zmuszony byłem jeszcze przez jakiś czas cię niepokoić tym drapaniem. Musiałem się po prostu w maksymalnie krótkim czasie uorganizować w społeczeństwo, a wiesz sam, że takie sprawy nigdy nie obywają się bez bólu. Kiedy potrzebnie czy niepotrzebnie wyskoczyłeś oknem, pofrunąłem za tobą, by cię chronić. Wiedziałem, że po tym swoistym „porodzie”, to jest po tym wydaleniu mnie z ciebie, będziesz bardzo osłabiony i, że prawdopodobnie zaśniesz. Poszedłeś do Zdzicha Diakona i zasnąłeś pod jego drzwiami, zanim zdążył ci otworzyć. Muszę przyznać, że ten Zdzicho zachował się wtedy całkiem gracko. Wniósł cię za ręce, trzymając pod pachami, no, właściwie zawlókł do dużego swego pokoju, położył na kanapę, próbował cucić. A gdy to nie przyniosło żadnego efektu zadzwonił po pogotowie, oczywiście ratunkowe, które przyjechało dziwnie szybko. Ani dryblowaci pielęgniarze (pośród których jeden miał chyba 2 metry wzrostu), ani sam lekarz, ani nawet kierowca, zupełnie nie wyglądali na tych, z a których się podawali, ale Zdzicho choć wyraźnie się łamał, burknął tylko pod nosem, że pozory mylą, i oddał cię w łapy gangsterom. Gdy jechaliśmy już tą sanitarką, to jest tą karetką, samochodem z pozoru zwykłym(warszawa 203, typ kombi), mignął nam jadący wyraźnie w kierunku domu Zdzicha podobny wóz pogotowia… Ale oni oczywiście nie mogli cię już u niego znaleźć. Jeszcze, gdy jeden z pielęgniarzy na dyspozycję niskiego drobnego czerniawego doktorka chciał zrobić ci zastrzyk, schwyciłem go za gardło i stłukł strzykawkę. Byli wyraźnie wściekli, odniosłem wrażenie, że wiedzą o mojej obecności, i nie chcą za wiele przy mnie mówić, bo wiadomo, że później bym ci to powtórzył. Z ich słów i gestów wyczytałem jednak parę informacji, które pewno cię zainteresują. - No? - Parę razy klęli jakiegoś Lartusa, a czerniawy doktorek powiedział jeszcze, że tego rozrabiachę to trzeba będzie stuknąć. Wyzywali go najgorszymi imionami: ubliżali mu od łysielców, grubasów, elegantów… - To facet, który wrócił po nóż do piwnicy! Ja go widziałem! - Doktorek jest prawdopodobnie szefem, więc najwięcej trajkotał, choć i tak się hamował ze względu na mnie. Mówił, że prawdopodobnie g r u p a jest śledzona i sabotowana, bo już parę razy spotkał się ze zdarzeniami, o których nie chce mówić przy obcych. - Czyli przy tobie. - Z pewnością to miał na myśli. No więc, jak wyjechaliśmy za miasto, gdzie szosa była już w miarę luźna, kierujący drab o wyglądzie pospolitego rzezimieszka rozpędził wóz, że aż zaparło by mi dech w piersiach, gdybym je miał. Myślę, że ten samochód tylko z pozoru był tą ciężką i przecież dość wolną warszawą 203. Przypuszczam, że dali mu silnik jakiegoś ultraszybkiego włoskiego wyścigowca: ferrari, lamborghini, maserati… W końcu droga się bardzo popsuła, bowiem znaleźliśmy się w Bieszczadach. Trochę jechaliśmy słabym nierównym asfaltem, a potem to w ogóle wjechaliśmy na bezdroże. Oczywiście cały czas dawałem baczenie, żeby zapamiętać trasę, na wypadek, gdybyś chciał uciekać, bo było od początku jasne, że wiozą cię do jakiejś meliny. Ten kierowca wiele razy skręcał, ale jakbyś chciał wiać, to myślę, że możemy spróbować. - No, co dalej! - niecierpliwiłem się. - Wreszcie po pół godzinie jazdy najgorszą z możliwych leśną drożyną, a właściwie to nawet raczej ścieżyną niż drogą, stanęliśmy. Wszystko zasłaniały niesamowicie zielone i bujne drzewa, krzewy i trawa do pasa, ale oni się nie wahali, wzięli ciebie na nosze i dryblowaty pielęgniarz z tym drugim dwumetrowym cię ponieśli, choć nie było żadnej ścieżki. - A ilu ich było w sumie? - Czterech. Niski, ale taki w sobie masywny o odrażającej twarzy kierowca, drobny „doktorek” o czerniawych pokrętnych włoskach i tych dwóch „pielęgniarz”, co cię nieśli: jeden na oko 2,20; drugi z metr dziewięćdziesiąt, bo sięgał pierwszemu do grdyki. Poszliśmy wszyscy w ten gąszcz i po kwadransie wśród chaszczy coś zamajaczyło. Było to twoje obecne więzienie, Męczysławie. Drewniana Twierdza z grubych dębowych bali uszczelnionych skręconą w warkocze słomą. Architektonicznie budowla prosta, surowa, w planie kwadrat, na każdym rogu wieżyce, w każdej wieżycy widoczny z daleka strażnik, który po podejściu bliżej okazywał się być dość nawet misterną kukłą, a wszystko to otoczone pięciometrowej szerokości fosą. Gdyśmy podeszli, gdy stanęliśmy przed centralną piątą wieżycą, doktorek wyjął z kieszeni papierosa i włożył sobie do gęby, ale nie zapalił, wyglądało na to, że tylko w niego dmuchnął, po czym na powrót schował go do paczki. Gdy tylko to zrobił, z centralnej wieżycy począł ze zgrzytem opadać zwodzony most, po którym ci dwaj cię wnieśli, a kierowca z doktorkiem, po którym to moście także przeszli i gdzieś poszli, ale nie wiem dokładnie gdzie, bo musiałem ciebie pilnować. Jeśli chciałbyś to koniecznie wiedzieć, to mogę zaryzykować przypuszczenie, że poszli do jednej z tych wieżyc, albo każdy do innej. - No - powiedziałem ze stękiem. – To jeszcze zbadamy. - Więc ci dwaj wnieśli cię do takiego korytarza, wyjęli parę bali z podłogi i powstałym w ten sposób otworem spuścili cię na linach do tego loszku. Prycza i materac były już wcześniej. Przez te dwanaście dni nie odstępowałem cię ani na krok i można powiedzieć, że tylko temu zawdzięczasz to, że nadal żyjesz. - O! - przestraszyłem się. - Co takiego mogło się wydarzyć? - Chciano cię zamordować. - Widziałeś tego chciejca? - Widziałem, choć niewyraźnie, bo była noc. Siódmego dnia posłyszałem w nocy podejrzane tajemnicze szmery. Momentalnie podfrunąłem w ich kierunku i od razu widziałem, że ktoś robi podkop do twojej celi. Na razie nic nie mogłem zrobić, więc czekałem, aż wyłamie podłogę, aż się ukaże, aż będę mógł go przegonić podrapawszy mu w gardle celowo, jak tobie podrapałem z konieczności. Facet zrobił tę wyrwę, a wtedy ja go haps za gardło! I po wszystkim. - Zwiał? - Zwiał. Ale zostawił nóż. - Gdzie jest ten nóż?! - zapytałem gwałtownie, poruszony do żywego. - Za twoimi plecami, w rogu przy wyrwie, Męczysławie. Byłem zadowolony, że nóż jest „za moimi plecami”, a nie, dajmy na to w moich plecach, jednak nie umiałem powstrzymać się przed wyrzutem: - Dlaczego dopiero teraz mi o tym powiedziałeś? - A co by to zmieniło. Odwracam się i rzeczywiście! Widzę ten sam, a w każdym razie taki sam złoty nóż o rękojeści z rogu jelenia, jaki wbito między żebra mojej Żabce! Powstaję ciężko z pryczy i przechodzę niepewnym krokiem te parę metrów dzielących mnie od niego i od wyrwy. Nie, nie może być mowy o pomyłce! To jest ten sam nóż! Ten sam, albo jestem kiep. Dokładnie, nieomal misternie wykonany, z cennego, nierdzewnego materiału, sprawia wrażenie jak najlepsze. Z chęcią nożem takim chleb bym krajał i masło na kromce rozsmarowywał, jeszcze chętniej, może posługiwałbym się nim przy krojeniu kiełbasy czy choćby sera, który jest na ogół wysoko ceniony przez detektywów, jako że co detektywi robią, jak nie myszkują, a wiadomo, że myszom ser do życia jest wręcz nieodzowny. Tu jednak połączono piękno ze zbrodnią i nic nie poradzę, że na razie nóż ten trzeba będzie odłożyć ad acta, a smarować sobie chleb zwykłym scyzorykiem. Oglądam jednak nóż w dalszym ciągu, i to z wciąż wzrastającą intensywnością. Nie chodzi tu bynajmniej li tylko o refleksje, jakie mogę wysnuć, patrząc na to cacko. Chodzi mi o jakiś ślad, jakiś napis, choćby znak firmowy, który pozwoliłby mi posunąć rozeznanie w dziwnej tej sprawie, o której takie miałem dotąd pojęcie, jak przysłowiowa sroka o błyskotce: coś mi się w niej podobało, coś już nawet chwytałem, ale co, tego bym wam nie powiedział nawet wtedy, gdybyście mi za to obiecywali koronę Chin i berło cesarskie Japonii w sumie czy do wyboru. Nie miałbym po prostu czelności kłamać czy zmyślać, a konkretnej pewnej wiedzy na ten temat nie posiadałem niestety za grosz. Nóż jest bardzo piękny, połyskliwy, jego ostrze lśni, choć światła w mojej celi nie ma dużo. Ostrze z zielonego opalizującego złota i kontrastowy dużo w dotyku cieplejszy trzonek z równie kontrastowej i pod innymi względami naturalnej rogowej masy jeleniej(te względy to chropowatość, barwa itd.) sprawiały, jak zresztą już powiedziałem, wrażenie zdecydowanie pozytywne mimo nawet tego, że nożem tym miano mnie zasztyletować, ale żadnego znaku firmowego… Czekaj, czekaj… Widać jakieś słabo zarysowane literki! Ciągnący się wzdłuż ostrza długi szereg jakby srebrnych literek jest jednak w tym świetle prawie nie do odczytania. Pośpiesznie macam się po kieszeniach. Papierosów nie palę tak dużo, ale powinienem raczej je mieć przy sobie, a wiadomo, że jak papierosy, to i zapałki powinny być w kieszeni. Są. Ostrożnie pocieram łepek kruchego drewienka o draskę: drask! Płomyczek w pierwszej chwili mnie oślepia, jednak w następnej już widzę: tu jest napisane… „MAGDALENA”! Czyżby była taka firma? Czy może ma to coś wspólnego z moją przyjaciółką, o której niestety nie mam żadnych dalszych wiadomości, Mag Żabkowską? Jednak wiem, że myślenie na tak nikłych przesłankach do niczego dobrego nie doprowadzi. Wsadzam nóż za pasek spodni i postanawiam sprawdzić, jak to jest z tym podkopem zrobionym przez gościa, który podrzucił złoty nóż; jak jest z tą wyrwą w podłodze z grubych drewnianych bel. Nagle olśnienie! Przecież jeśli jest podkop, którym z zewnątrz do mego więzienia przeniknął facet z nożem, to droga do wolności stoi przede mną otworem! Przecież mogę skorzystać z tego podkopu i wydostać się przezeń z tego cholernego potrzasku! A jeśli ucieczka nie przedstawia problemu, to co w ogóle może go przedstawiać?! Chyba nie wysiłek codzienny, dodawany po trochu do rozrywek. - Mózgu, uciekniemy podkopem! - mówię rozjaśniony, nieomal pewny, że mózg z wielką uciechą przyklaśnie memu pomysłowi i, że będzie zachodził w głowę, jakim sposobem sam na to nie wpadł, choć to takie było proste. - Nie wiem, Męczysławie - odpowiada mózg, głosem jednak wątpiącym, jakby sceptycznym. - Uciec podkopem, to było pierwsze, co przyszło mi do głowy, ale sprawa nie jest taka prosta, bo facet będzie prawdopodobnie czyhał u wylotu. - Do diabła! Że też o tym nie pomyślałem! - od razu przeszła mi ochota na entuzjazm. - Ale, mózgu - zapytałem po chwili. - Jak sądzisz, dlaczego temu facetowi zależy na mojej śmierci? - Nie wiem. Może mu chodzi o mnie. - O ciebie? A co on może chcieć od ciebie?! - Nie wiem. W końcu ty, nie ja, jesteś detektywem. Po tych słowach mego drugiego mózgu zapanowała na długą chwilę smutna cisza, w miarę upływu wlokących się jak stulecia sekund coraz bardziej przytłaczająca. I w tej ciszy zwolna dawał się słyszeć chrobot daleki i niewyraźny, jednak coraz bardziej wyraźny i pochodzący prawdopodobnie… z podkopu! Zaraz, zaraz, czy ten chrobot to nie jest przypadkiem… chrapanie?! Ależ tak! To jest chrapanie! - Mózgu! - mówię ledwie słyszalnym szeptem. - Mamy szczęście! Facet prawdopodobnie usnął! Czołgam się na czworakach w stronę wyrwy, która jest na szczęście bardzo blisko i ostrożnie wyglądam. Wyglądam i o mało nie umieram ze strachu. Aż mnie odrzuca, gdy potworny jazgot szybkostrzelnego pistoletu maszynowego bije we mnie(prawdę mówiąc, obok mnie chyba, bo jakby we mnie, to już bym nie żył) długimi seriami śmiercionośnych kul. Spryciarz udawał, że śpi, żeby mnie zabić. Mogę was zapewnić, że już więcej nie dam się nabrać. Myślę, co zrobić, i nie wiem. Facet ma broń, prawdopodobnie najnowocześniejszy wielostrzałowy maszynowy pistolet, nie wejdzie tu, bo boi się mózgu, ale i ja mu nic nie zrobię z jednym, co prawda wybornym, sztyletem, bo zanim do niego dojdę, już będę miał dziesięć dziur w plecach albo i w głowie. Jednak nie zdradzając się na razie z myślami przed wami, wyciągam po chwili z kieszeni to, wzmiankowane już, pudełko zapałczane z taką nawet ambitną etykietką, że zapałki w ręku dziecka to największy wróg pożarnictwa, po czym wywlekam ze swetra, który mam na sobie, trochę tej wełny, to znaczy taką długą na kilka metrów nitkę, i koniec jej przywiązuję do niego. Z góry uśmiecham się zadowolony, choć jeszcze zupełnie nie wiem, co z tego wyjdzie, i rzucam to pudełko do szybu. Już słyszę, jak seria z automatu raptem urwała się, już słyszę, jak facet jęknął, więc pociągam za linkę i znowu spuszczam. Zabawa trwa dość długo, gość strzela z coraz większymi przerwami, z tłumionych przekleństw i jęków wnoszę, że jest coraz bardziej zdenerwowany, mam w sumie powody do zadowolenia, bo wprawdzie strzela z coraz mniejszymi przerwami, ale serie teraz są, powiedziałbym, mimo to nawet dłuższe, bardziej natarczywe, a więc amunicja prędzej mu się wyczerpie, niż gdybym nic nie zrobił, a tylko jak trusia przycupnął i, jak to się mówi, czekał, co przyniesie los. Wreszcie serie ustały zupełnie. Śmiało podchodzę, wyglądam i znowu omal trupem nie padam nie tak może od kuli jak ze strachu. Tak, serie ponowiły się. Zdaje się, że powiedziałem po tej pierwszej nauczce, że więcej już nie dałem się nabrać, ale teraz widzę, że raczej powinienem był powiedzieć to dopiero teraz. Nic. Pobawimy się jeszcze ze zbrodniarzem, niemożliwe, żeby tej amunicji miał nieograniczony zapas. Jakaś monotonia, powtarzalność. Stale tylko podnoszę i opuszczam to pudełko, które dziwnym trafem pozostaje całe, facet się wnerwia, jęczy i strzela to z przerwami krótszymi, to z dłuższymi, przy czym te dłuższe, to przypuszczam, że wykorzystuje na wypalenie papierosa, bo co by wtedy robił. Pudełko trafia go w jakieś szczególne miejsce, przypuszczam, że w oko, tak że moja operacja nie myślcie sobie, że jest taka zupełnie bez znaczenia, bo gościa to strasznie nie tylko wnerwia, ale prawdopodobnie i oczy mu załzawia, przez co strzały nie są takie celne. Właściwie to nie mogą być celne, bo siedzę(prawdę mówiąc: leżę na brzuchu, wsparty dodatkowo na łokciach) o dobre parę kroków od otworu, ale i tak odnoszę wrażenie, że mógłby strzelać bardziej w moim kierunku. Zapomniałem powiedzieć, że kazałem mózgowi fruwać nad krawędzią wyrwy i wydawać dźwięki, jakby go trafiło. Robi to doskonale: pojękuje, kwili, stęka. Jest prawie zupełnie ciemno, pistoleciarz może nie widzieć, słysząc te odgłosy, te udawane jęki rzekomego ranienia, podnieca się i strzela z dużo mniejszymi przerwami. A amunicji, jak już mówiłem, nie może mieć chyba w nieograniczonej ilości. W końcu staje stanie się bardziej bezbronny niż ja, bo ja mam przecież nóż, i to jaki. Trwa to wszystko strasznie długo, co rodzi we mnie niejasne, a potem to już jasne, bardzo jasne podejrzenie. Przecież tyle amunicji to on nie może mieć! Zresztą robi się już widno, a ja wcale nie widzę lecących kul, czy choćby śladów, jakie powinny robić na suficie. Czyżby karabin faceta był jedynie… akustyczny?! Czyżby był tylko straszakiem?! Dziecinną zabawką?! Wyciągam pudełko i widząc, że jest zupełnie nienaruszone, nie mam już żadnych wątpliwości co do tego. Gdyby nie powaga chwili, i gdyby nie to, że muszę to odkrycie przecież wykorzystać, że przynajmniej powinienem zaskoczyć teraz, gdy już wiem to wszystko, wybuchnąłbym teraz śmiechem. Ostrożnie, już nie z obawy przed niebezpieczeństwem, które mi nie grozi, ale w celu nie wywoływania hałasu, podchodzę do krawędzi i nie zważając na jazgot zaglądam do środka. Widzę przekrwione białka oczu, nienawistne niebieskie wpatrzone we mnie tęczówki i spory pistolet, który podrywa się przy każdym wystrzale i, który, chociaż mierzy we mnie, nie robi mi żadnej krzywdy. Trwa to wszystko jednak dużo dużo krócej, niż mogłoby się wam wydawać na podstawie opisu; ja właściwie tylko wyglądam i od razu skaczę. Szyb jest głęboki, ma tej głębokości metrów może z pięć, jednak wyląduję na czymś miękkim, więc upadek nie będzie bolesny. A nawet jak będzie bolesny, to tym lepiej. O wiele bardziej odczuje go ten łysy grubas, na którego runę jak jastrząb. Wstrząs. Trafiam łysego kolanem w czoło, co go z pewnością trochę otumania, jednak jeszcze walczy, jeszcze się nie poddaje. Jest cały spocony(nieodłączna cecha grubasów!), więc trochę trudno mi chwycić go za szyję i założyć przepisową klamrę, jako że wymyka się przez śliskość. Próbuje kopać, wierzga nogami jak tłusty kastrowany osiołek, to znowu próbuje wykręcić mi rękę swoimi dwoma. Ja jednak jestem cały czas na nim, bo spadłem w końcu z góry i siedzę mu okrakiem na szerokiej beczkowatej piersi, starając się pochwycić go za przeguby. Wreszcie udaje mi się to: mam go na łopatkach. W zapaśnictwie taka sytuacja określana jest fachowo jako „plecy” i uznawana za zwycięstwo(tego, co położył) przed czasem. Ale co mi ze zwycięstwa. Nie będę przecież na nim siedział do tak zwanej usranej śmierci, muszę go albo związać, albo wymóc na nim, żeby sam się poddał werbalnie, a potem złapać go za słowo, choć chyba należy raczej wątpić, że słowo bandyty da mi pewną gwarancję nie powtórzenia się wybryku. Mimo to postanawiam trochę go potorturować. W tym celu kładę kolana na jego bicepsach(cały czas mając go na łopatkach) i wałkuję te jego bicepsy, co wiem, że jest cholernie bolesne, bo niegdyś sam byłem podobnie torturowany przez jednego chłopaka na wakacjach, gdy się pobiliśmy dla sportu. - Poddajesz się? - pytam dysząc, jako że bądź co bądź muszę być zmęczony tą walką, skoro on waży ze sto kilo, ja niewiele więcej niż pięćdziesiąt i skoro ja jeszcze w dodatku wygrałem. - Nigdy się nie poddam! - sapie wściekle grubas, a z jego łysiny skapują ciężkie krople słonego potu, zupełnie tak, jakby płakały te oczy, których nie widać nad czołem. Próbuję jeszcze z torturami, facet się zwija, tłumi rodzący się mimowolnie jęk, ale milczy zawzięcie, wpatrując się w moje oczy z taką nienawiścią, o jakiej nigdy nie myślałem, że jest możliwa. Wiem teraz, że ten przeklęty łysol nie podda się nawet wtedy, gdyby miał zaraz zemdleć, więc postanawiam rzucić tortury i zrobić co innego, a mianowicie to zemdlenie po prostu spowodować. W tym celu puszczam niespodziewanie jego ręce, złażę mu z piersi i jedną nogę wsuwam pod jego plecy, by natychmiast po objęciu stopami jego tułowia na wysokości brzucha zazębić stopę o stopę i maksymalnie mocno ścisnąć. Ten chwyt, zwany p y t o n e m, jest bardzo niebezpieczny i prowadzi z reguły do zemdlenia, jeśli pochwycony ściskaniec w pewnym momencie nie powie, że ma dość i się nie podda. Łysol sinieje na twarzy, wygina się w pałąk, robi dziwne bezsilne ruchy rękami i nogami, by w końcu, jak tego oczekiwałem, zupełnie skapcanieć i znieruchomieć. Zemdlał. Teraz trzeba będzie go jak najprędzej związać. Nie mam zamiaru drugi raz stawać w szranki z tym bydlakiem, bo - przyznam to teraz szczerze - udało mi się go pokonać prawdopodobnie tylko dzięki temu, że spadając na niego po skoku uderzyłem go kolanem w czoło i otumaniłem. Gdyby nie to, prawdopodobnie ja bym teraz tak leżał, a on nie myślałby nawet o wiązaniu mnie, a jakby myślał, to i tak prawdopodobnie miałby zawczasu przygotowane kajdanki, więc co to za myślenie. Miałby przygotowane kajdanki?! Jakby miał, to one muszą być i teraz! Do diabła! Szczęście, że pomyślałem o tym we właściwej chwili. Jest szarawo, ale z każdą chwilą coraz jaśniej. W jednym z kątów podkopu(o, jest i poziomy korytarz!) widzę domniemywane kajdanki pierwszej jakości, poczwórne, od razu na ręce i na nogi, dające największą gwarancję bezpieczeństwa, że skrepowany nimi nie zrobi ci żadnej krzywdy. Podchodzę, biorę, zakładam. Metaliczny suchy trzask i po wszystkim. Nareszcie można odsapnąć. Siadam na tej surowej ziemi podkopu, na pewno brudzę sobie trochę spodnie i rzucam wreszcie spokojne spojrzenia to w prawo, to w lewo, to znów po skosie i do góry. Ale, do diabła! Dlaczego tu są dwa poziome korytarze?! Czyżby łysol do kogoś jeszcze się podkopywał, założywszy, że w Drewnianej Twierdzy jest więcej takich jak ja więźniów?! Jestem zmęczony, ale ciekawość jest większa. Wstaję i powolnym krokiem wgłębiam się w jeden z poziomych korytarzy, choć odstrasza ciemnią i chłodem. Idę po omacku, ale zabłądzić, nie zabłądzę, nie ma obawy. Wreszcie drętwieję: głos zrazu prawie niesłyszalny, w miarę jak podchodzę coraz wyraźniejszy i w dodatku artykułowany, dobiega mnie z głębi korytarza i dziwnie pociąga ku sobie. Głos ten jest w niejasny, we wprost niesamowity sposób przyjemnym głosem, domyślam się, że to ktoś śpiewa i, że śpiewa to nie mężczyzna, nie chłopak ani nie starzec, a więc… dziewczyna! Zamarłem nasłuchując. Ale pomimo to, że wiedziałem, iż jest to głos artykułowany, to znaczy, że jest głosem nie dla samego głosu, ale dla jakiegoś przekazu, tej przekazywanej informacji ni w ząb jeszcze nie potrafiłem uchwycić. Było tak, jakbym usłyszał głos, którym ktoś śpiewał w obcym języku, zupełnie mi nie znanym. Podszedłem jeszcze dalej… c.d.n.