(część 6)
Staszek usiadł wygodniej za tym kwadratowym stołem i ukrył twarz w dłoniach, czekając zapewne na to, co powie niski. Niski jednak milczał; kaszel zupełnie już mu przeszedł, tylko z rzadka wstrząsały nim łagodne w przebiegu paroksyzmy stereofonicznej czkawki.
- Tego właśnie nie wiemy… Wprawdzie można by wytłumaczyć to w ten sposób, że był zazdrosny o swój drugi mózg, swą wyjątkowość…
- W takim razie, dlaczego sporządził nóż także dla siebie? - wtrącił niski.
- Właśnie o to chodzi. Po co jest nóż?... To zresztą nieważne - Staszek trochę się zniecierpliwił - my zaraz wyjeżdżamy…
- Poczekajcie! Jeszcze mam wiele pytań! - krzyczałem, próbując ich zatrzymać, bo rzeczywiście już podnieśli się z siedzeń w wyraźnym zamiarze opuszczenia tak mnie jak i tej typowej dla całych Bieszczad wiejskiej zagrody o dużej ilości drobiu i o nieustannie dochodzącym z obór tęsknym mukaniu mlekodajnych krów - rekordzistek.
- Jedziemy samochodem do Warszawy, ale oczywiście możemy i ciebie zabrać - powiedział Lingard Babaon, puszczając szelmowsko oko do Uśkowskiego vel Mahariada i mylnie sądząc, że tego puszczenia nie dostrzegłem. Węszyłem jakiś podstęp z ich strony, tym bardziej, że i Uśkowski zaczął mnie teraz z nadspodziewaną gorliwością namawiać do jazdy z nimi, ale nazbyt byłem zadowolony z tego, że po drodze, chociażby z nudów, nie omieszkają udzielić mi dalszych informacji, by zważać na jakieś mgławe czy mgliste, po prostu: błahe podejrzenia:
- Jadę! - wykrzyknąłem z radością.
Oni uśmiechnęli się na to, jak to ludzie, którym sprawienie komuś przyjemności sprawia nie mniejszą przyjemność własną, i poszliśmy. Szliśmy, szliśmy, aż wreszcie doszliśmy do jakiejś takiej asfaltowej szosy, na której brzeżku oczekiwał nas opływowy sześciomiejscowy kabriolet, sportowa maszyna, z dziwnie tylko dużymi, jakby niezgrabnymi kołami.
- F. S. O? - odczytałem ze zdumieniem znak firmowy umieszczony na kołpakach.
- Prosimy - powiedział zapraszająco Babaon, wskazując mi honorowe niewątpliwie miejsce obok kierowcy.
- Dziękuję - skinąłem mu głową, wsiadając.
Zatrzasnąłem z fasonem drzwiczki, oni po wsiąściu zrobili to samo i mogliśmy ruszać, przy czym Lingard Babaon zasiadł przy mnie, za kierownicą. Wrrrrrr!... Jaki ta maszyna ma piekielny zryw!
- A co z Ziutą i tym drabem w czerwonym ubranku? - zdążyłem jeszcze zapytać, po czym jakaś niesamowita siła wymiotła mnie z fotela do góry, co dokładnie zdołałem sobie uświadomić dopiero będąc dziesięć metrów nad ziemią! Spadając na łeb na szyję po tej zgotowanej mi w ramach akcji „BW” (bądźmy weselsi) katapultacji. Słyszę jeszcze oddalający się śmiech konających z niego gangsterów i opływowy kadłub zielonego kabrioleta znika za wydmami.
Do diabła! Dowcipnisie! Uniosłem się wolno z ziemi, sprawdziłem, że na szczęście kręgosłup mam złamany tylko w niewielkim stopniu, po czym, kuśtykając, zwlokłem się do opuszczonej co tylko zagrody, by lec tam na dość wygodnym, dwuosobowym, a więc prawdopodobnie, by tak rzec: matrymonialnym łożu.
Zostałem więc sam. Nie zdołałem właściwie niczego wyjaśnić; dowiedziałem się jedynie, kim jest Mahariad, poznałem trochę jego przeszłość, lecz sprawa najbardziej chyba frapująca - sprawa złotych noży - pozostała nadal zagadką: zagadką nierozwiązaną i, co gorsza, nie rokująca nadziei na szybkie rozwiązanie. W ogóle niektóre nawet wyjaśnienia udzielone mi przez Mahariada zaciemniały tylko sprawę, bo na przykład Mahariad mógł wiedzieć, że Lartus nam jeszcze wszystkiego nie powiedział; że warto uruchamiać wszczepioną grubasowi bombę, że jest to rzeczywiście najlepszy moment na dokonanie zabójstwa? Zapewniam was: wyjaśnię te wszystkie niejasności, bowiem nie ma chyba nic gorszego niż intrygująca akcja, w której nie do końca wiadomo, o co chodzi, a i ta trochę wiadoma taka jest niepewna.
Ale co to?! Ooho! Ktoś puka! Nie puka! Wali piąchami ze straszliwym jazgotem!
W chwilę potem witałem się z Mag, Gośką i Waldusiem, którzy szczęśliwie prysnęli z królestwa biologa Stolata, gdzie po prostu musiało im się sprzykrzyć, a nawet więcej: gdzie po prostu było strasznie smutno, wprost nieznośnie nudno, bo może nie każdy wie, ale z wątpliwym kretynem, to musi coś w tym być i również Stolat na pewno jest kretynem, ponieważ wieloryby (a co mówić: wielorybice, które jak każde samice zawsze są zdrowsze od samców), jako ssaki mające znikomy kontakt z cywilizacją, nie chorują nigdy psychicznie, przynajmniej nic o tym nie wiem, i wieloryb Remodas mógł odziedziczyć kretynizm jedynie i wyłącznie po ojcu.
- Stolat jest kretynem, - przyznała Mag - ale bądźmy sprawiedliwi: genialnym.
- Za to, że Magdzia pocałowała jego synka - dodała Gosia kąśliwie - popatrz tylko, jak ją obdarował!
Patrzę i oczom nie wierzę: na erotycznej szyi Mag, a właściwie na jej popiersiu czy przedpiersiu, po prostu: na dekolcie, zawieszono przecudnej piękności szczerozłoty diadem, wysadzany na domiar wszystkiego karykaturalnie wielkimi, przez co przypominającymi nieco śliwki, rubinami!
- I co jeszcze wam się przydarzyło w tej jaskini? - pytam, rzucając na żabkę karcące uszczypliwe spojrzenia, bowiem brać drogocenności za pocałunek, to przecież nic innego niż prostytucja.
- No więc… - zaczyna Walduś, lecz Gośka wchodzi mu w słowo:
- Wyobraź sobie, że nasz Czerwony Brat też był stręczony!
- Do czego? - zdumiewam się.
- Do nierządu oczywiście! Z delfinką! - przy tym słowie Gonia aż klasnęła z uciechy.
- Było tak - tłumaczy Ryczący - że Stolat zapytał, czy nie lubię delfinki. Już mniejsza z tym, z jaką osobą i z jakim rodem mi się to skojarzyło. Dość powiedzieć, że odpowiedziałem twierdząco.
- No i co? - pytam, tym razem to już naprawdę pękając ze śmiechu, bo oczywiście z mężczyznami to co innego niż z kobietami: tu dozwolone są (i nawet pożądane) żarty dużo grubsze.
- Wtedy Stolat zatarł ręce i powiedział, że w takim razie i mnie namawia do pozostania w jego królestwie dla odbycia eksperymentu. Ja mu na to, że takie eksperymenty mógłbym odbywać codziennie, a nawet do ośmiu razy dziennie, jeśli by mu to nie przeszkadzało. Wtedy on był już zupełnie zachwycony i zanurkował, a po chwili wypłynął już z ową delfinką, która (jak się okazało) była dorodną samicą delfina morskiego z rodziny waleni czarnopłetwych, o ile się znam.
- No i co dalej? - pytałem z gasnącym powoli śmiechem.
- Pocałowałem ją… - wymamrotał nieszczęśnie Waldek. - I nawet chciałem, widząc co dostała panna Mag za… ale nie mogłem! Nie mogłem! - i tu Walduś prawie załkał.
- Płaczący Indianin! Niebywałe! - wyszeptała zachwycona Gonia.
- I wtedy - podjęła z kolei Mag - Stolat niedwuznacznie zauważył, że Małgosia też jest dorodną panną, i skoro Remodas okazał się mężczyzną w tak małym stopniu podczas, gdy ja go całowałam, to chyba i ona spróbuje zrobić to samo, kiedy już wiadomo, że to tak małe niebezpieczeństwo. Ale Małgosia powiedziała tylko „fe!” i zaraz poszliśmy za tobą, choć Stolat proponował nam nocleg na dmuchanych materacach, które pływały w jednym z zakamarków jego jaskini.
- No, ciekawe, jakby Męczi się zachował w mojej sytuacji! - powiedziała Kosteczka krzywiąc mordkę.
- Muszę powiedzieć - pospieszyłem z odpowiedzią - że do pewnego stopnia pociągają mnie szprotki. Ale po błyskawicznym pocałunku natychmiast je zjadam! Ale - ale! Dlaczego tak długo za mną szliście?! Przecież do tej zagrody ze Stolatowego jeziorka dojść można w piętnaście minut!
- Co ty gadasz?! - oburzył się Cielczyk. - Szliśmy jedyną drogą!
- No przypomnij sobie dobrze, czy jedyną! - w moich słowach kipiało aż od ironii.
Waldek zmarszczywszy czoło zmrużył oczy:
- No, był niby i ten strumień…
- A właśnie! Trzeba było iść strumieniem! Wtedy byłoby nas tu wystarczająco dużo do pokonania bandy Mahariada.
- Bandy Mahariada?! - krzyknęli jednocześnie, pełni tak zdumienia jak i niewątpliwego żalu.
- Ciszej! - warknąłem. - W tej chwili przypomniałem sobie, że dwoje z nich możemy jeszcze złapać!
Nachylili głowy.
- Mahariad ze swym najbliższym współpracownikiem pojechali do Warszawy -wykładałem, przechodząc zwrotnie z szeptu na półgłos. - Ale to grube ryby (Lingard Babaon grubszy od samego Haliasa) i możemy sobie je z powodzeniem zostawić na później. W zagrodzie zostali natomiast niejaka Ziuta - tu moment odczekałem, pomny zasad budowania dramatyzmu- i drybel Bombas de la Krepp, z którym Waldek sobie łatwo poradzi, znając jego krzepę.
- Waldek? - uniosła brwi zdumiona Kosteczka.
- Ryczący Bawół tak spolszczył swoje indiańskie imię - wyjaśniłem niecierpliwie.
- I w ogóle chce się przenieść do Polski - dodał Waldek, po czym dorzucił jeszcze kilka słów wyjaśnienia: - To taki piękny kraj.
- Ale zaraz! - poruszyłem się niespokojnie. - Jak to się stało, że Bombas i Ziuta nas nie dostrzegli?!
Zapanowała długa nieznośna cisza.
Nagle Mag zaśmiała się tak jakoś dziwnie erotycznie, a przede wszystkim za głośno i pociągnęła mnie na łóżko, jakby w tym, absurdalnym przecież na to, momencie chciała sobie ze mną pobaraszkować. Chwilę opierałem się zakusom jej wspaniałych skądinąd ust i w ogóle wszelkich innych części ciała, gdy nagle pojąłem!
- Mahomecie! Jesteś wielki i potężny! Odkąd w ciebie uwierzyłem…
- Co on gada? - zaniepokoiła się Gośka zerkając na Waldka.
- …stanęła przede mną otworem - ciągnąłem - w całej prostocie i okazałości nieprzeliczona złożoność wzajemnego oddziaływania kobiety na mężczyznę oraz na odwrót, za co składam ci pełne uwielbienia dziękczynienie, gdyż tylko idea wielożeństwa, którą świat poznał dzięki tobie, doprowadziła do tego, że jestem do dziś dnia kawalerem…
- Co on plecie? - zaniepokoił się z kolei Waldek zerkając na Gośkę.
- …a tylko dzięki temu, iż jestem do dziś dnia kawalerem, obecna tu Mag Żabkowska uświadomiła mi, że tak Bombas de la Krepp jak i Ziuta nie dostrzegli nas właśnie przez to, że się teraz najprawdopodobniej całują i, że, co mogę dodać od siebie, całują się prawdopodobnie w miejscu do tego najbardziej odpowiednim, czyli w stodolnym sianie!!!
Po moich słowach zapanowało milczenie już zupełnie inne niż to, które wcześniej się zdarzało: było dźwięczące i niemal melodyjne.
- Nie mogłeś tego powiedzieć prostszymi słowami? - odezwał się w końcu Waldek. - Już myśleliśmy, że ci się pogorszyło.
- No, dlaczego milczysz?! - zawtórowała Ryczącemu Gośka, ale pytając oczywiście mnie.
- Bo… Mag mnie… całuje! - jąkałem, wyrywając się dziewczynie.
- No to powiedz jej, że nie czas i nie pora na takie zabawy! - wykrzyknęła zdenerwowana Gośka, oddana sprawie jak nie wiem co.
- Ale ona… na to… sobie… zasłużyła! - wyjąkałem między kolejnymi pocałunkami.
- Zboczenie! - zaopiniowała Kosteczka. - Zupełnie nie są świadomi tego, że jak teraz zaczną, to tamci właśnie będą kończyli! A jak sobie dasz radę, mój ty kochliwy detektywie, z zupełnie trzeźwym dryblem i z rozjuszoną samicą, która walcząc o siebie walczy o swe, zarazem, niewyklute niemowlaki?!
Zdrętwiałem.
- Tak, Mag, to jest powód. Musimy wkroczyć, zanim Bombas ją zapłodni. Inaczej nasze szanse niepomiernie skarleją.
- To nie moja wina - mówi Mag. - Chciałam ci tylko uświadomić… Nie mogłam przypuszczać, że tak mnie weźmie.
Wstaliśmy.
- Dobra - mówi Waldi. - Szkoda gadki na niedźwiadki. Zarysuj plan akcji, Męczys.
- Plan jest prosty. Waldek załatwi Bombasa, a my - Ziutę. Zwracam tylko uwagę na konieczność możliwie bezgłośnego przedostania się do stodoły w celu wyzyskania elementy zaskoczenia.
- Podział ról zaiste genialny - zauważył z przekąsem Waldemar.
- Jak będziemy się teraz kłócili, to potem i plan samego diabła nie pomoże.
- A więc naprzód!
- I pamiętajcie - dodałem. - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Służymy jednej sprawie i pozostańmy jej wierni.
Drobnym bezgłośnym truchtem wybiegliśmy na podwórko. Okazała stodoła o pokaźnej strzesze trzcinowego dachu stała na wprost nas, o nie więcej jak dwadzieścia kroków. Podbiegliśmy. Kury i w ogóle drób, co było nam oczywiście na rękę, spały już w kurniku. Żadne z nas nie miało potrzeby drżeć z obawy, że w najgorętszym momencie potknie się o odpoczywającą zadumaną gęś czy kaczkę i że, co gorsza, przestraszony ten ptak narobi tak niepożądanego w naszej sytuacji hałasu. Kury spały, ale zupełnie ciemno jeszcze nie było. Szarawy zmierzch bieszczadzkiego sierpnia przypominał niejedno warszawskie popołudnie. Gęsiego wdrapywaliśmy się po drabinie, której szczeble wprawdzie dosyć niebezpiecznie skrzypiały pod naszymi stopami, ale byliśmy zbyt zadowoleni, że ta drabina w ogóle jest, by na to zważać.
- Pakuj się! - warknął Ryczący, gdy rzuciwszy nieopatrzne spojrzenie w niebo przystanąłem, zauroczony pięknem olbrzymio jasnego księżyca. Mieliśmy szczęście. Bombas i Ziuta już spali, i to nawet w dużym stopniu oddzielnie.
Zgodnie z planem doskoczyłem do Ziuty, a po chwili Mag i Gośka zrobiły to samo.
- Gośka za nogi, Mag za ręce! - wydawałem błyskawiczne dyspozycje.
- Ja będę ją trzymał za brzuch.
- Szkoda, że nie za biust! - znów ten przekąs. Ach, Waldek, Waldek, cóżem ci ja takiego uczynił, że mną tak obrzydliwie, co prawda tylko psychologicznie, pomiatasz?
Ale nieszczęście! Te naprawdę zbyteczne słowa Waldka powodują, że budzi się Bombas, który patrzy wzrokiem zrazu nieprzytomnym na napastującego go już na szczęście Cielczyka i prawie od razu wszystko rozumie! A my na domiar złego nie możemy pomóc Waldkowi, gdyż przytrzymujemy silną Ziutę, która szczęśliwie nie zdążyła się jeszcze obudzić! Cała nadzieja w tym, że Waldek trenował judo…
Przyskoczyli, lecz zaraz odskoczyli. Nawzajem obrzucają się nie wróżącymi przeciwnikowi nic dobrego spojrzeniami, wykonują raptowne przechyły tułowiem, balansują biodrami i żuchwami.
- Waldek! Waldek! - odzywa się nasz gorący doping.
A Waldek teraz odważnie wchodzi nogą, chcąc ściąć Bombasa na matę, czemu tamten przeciwdziała raptownym uskokiem. Tylko tak dalej. Na razie nie jest źle, choć zbudzona naszym dopingiem Ziuta zaczyna już mrugać oczyma, po chwili wrzeszczy tak rozhisteryzowanym sopranem, że nasz doping jest prawie nie słyszalny.
- Bombino! W mordę typa! W mordę!
- Waldek! Waldek! - przekrzykujemy szaloną.
Rozjuszony Bombas naciera z nisko pochyloną głową, chcąc nią zapewne Waldka staranować.
- Bombino! - krzyczy Ziuta. - W nabiał typa! W nabiał!
Ale Waldek nadstawia kolano i Bombas z rozbitą makówką pada na deski. To już początek końca. Waldi spada na powalonego drybla jak jastrząb na bezbronne jagnię…
- Bombino!!!...- wrzeszczy zrozpaczona Ziuta, kładąc w ten wrzask ostatek głosowych rezerw, bo dalej krzyczeć nie będzie sensu.
Ale nawet początki końców bywają trudne. Powalony drybel chwyta bowiem opadającego jak jastrząb Waldka za gardło! Waldek odgina się jak przysłowiowy pałąk i jednym gestem, by tak powiedzieć, strzepuje ręce drapieżnego Bombasa, ale uchroniwszy w ten sposób swoje gardło, pada zaraz na plecy i z kolei Bandzior jest na nim.
- Bombaśku! - krzyczy Ziuta z nawrotem radości.
- Waldek! Waldek! - i my nie poddajemy się zwątpieniu.
Teraz kotłują się już zupełnie strasznie. Walka nabiera tempa, ledwie cokolwiek z tego widać, jako że ruchy zapaśników są za szybkie, jak na to słabe światło zmierzchu, który przecież jeszcze się pogłębia. Migają nam jakieś nogi, ręce, pośladki i tułowy, ale dokładnie nawet nie wiemy, czyje. Wiadomo: albo, albo: albo Bombasa, albo, by tak powiedzieć, Waldasa, ale które są czyje, tego nie powie nam nawet dużo ode mnie spostrzegawszy obserwator, tym bardziej, że takiego tu teraz nie ma. Wreszcie nieruchomieją. Zsiniała głowa Bombasa de la Kreppa znalazła się w skutecznej klamrze z Waldkowego łokcia! Hurra!! Waldek - tryumfatorem!!
- Hurra!!! - nasz tryumfalny okrzyk całkowicie zagłusza jęk zawodu, który wyrwał się Ziucie.
Obaj, z wyjątkiem nieprzytomnego Bombasa, strasznie, wręcz straszliwie są zziajani i zasapani. Waldek patrzy na nas dysząc, jakby w stronę dziewczyn.
- A tak! Sznury! Już lecę! - szybko się pokapowałem.
- Wysilcie się do czasu, aż wrócę ze sznurami - rzuciłem od drzwi w stronę dziewczyn.
Zbiegam parę stopni szczeblami, gdy nagle uświadamiam sobie, że gdy skoczę, będzie o wiele szybciej. Zawracam więc i skaczę od razu z progu… Oh! No w porządku. Teraz trzeba będzie się rozglądnąć za jakimś praniem.
Zbrodniarze na ogół często piorą, jako że często brukają sobie ręce krwią, a od ręki do koszuli czy innych pralnych elementów ubioru jest za blisko, by mogło być inaczej, to znaczy, by przynajmniej rękaw koszuli mógł nie wymagać prania. No a jeśli piorą, to trzeba iść na strych, bo to chyba miejsce najodpowiedniejsze do wieszania. Biegnę więc do chałupy, po drewnianych schodkach wbiegam na ten strych, a tu sznury puste, żadnego prania nie ma! A niech to!
Po chwili jednak przypominam sobie, że mam przynieść nie pranie, a sznury, które są! Do diabła! Widzicie, jaki człowiek roztrzepany, gdy trochę emocji się trafi.
Z braku noża przegryzam sznury zębami i błyskawicznie zrobiwszy z nich kłębek, natychmiast puszczam się pędem w drogę powrotną.
Biegnę, biegnę i już jestem. Na górze wszystko w najlepszym porządku: dziewczyny dzielnie przytrzymują Ziutę, która bezskutecznie usiłuje się im wyrwać, rzucając przy okazji typowo kobiece przekleństwa, wymyślając mym przyjaciółkom od desek do prasowania oraz od muzealnych eksponatów, a Waldek, siedząc okrakiem na piersi Bombasa, nawet już nie sapie.
- Mam sznury! - oświadczam z radością.
- Dobra, wiąż.
Robię to z wprawą rasowego harcerza, toteż dobrana dwójka rzezimieszków zupełnie traci rezon, jęcząc pod moimi siarczyście mocnymi węzłami już po chwili, a Ryczący, Kosteczka oraz Mag mają wreszcie okazję do rzetelnie zapracowanego wypoczynku.
- No i co teraz zrobimy? - pyta Waldek.
- Trzeba będzie zawlec ich na komisariat, to przecież gangsterzy.
- A jak to udowodnisz? Co wiesz o ich zbrodniach? - powątpiewa Cielczyk.
- Powiem, że uwięzili mnie w Drewnianej Twierdzy…
- Która spłonęła - szydzi Waldek - i której zgliszcz nie będziesz potrafił nawet odnaleźć.
- Powiem, że sprawą Mag zajęto się w Warszawie, co mogą w każdej chwili sprawdzić.
- A potem dodasz - ironizuje Cielczyk - że wszystkim winny był Aliged Lartus, którego nie raczyłeś nawet pochować, gdy umarł.
- I że nie kto inny, bo właśnie on jest sprawcą utraty przez nas drugich mózgów - dodała w tym samym tonie Gośka. - Jak nas przez te „drugie mózgi” nie pomylą z wariatami, to będą wariatami sami, a to przecież się nie zdarza wśród milicjantów.
- Macie rację - westchnąłem. - Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te nieszczęsne drugie mózgi.
- Gdyby nie było drugich mózgów, nie mogłoby być dobrze - z kwaśną miną zauważyła Mag - bo bez nich w ogóle nic by nie było.
- Cóż więc mamy robić?
- Nic. Czekać, aż Bombas oprzytomnieje. Zmusimy go torturami do arcyciekawej opowieści… Z tej jędzy nie wyciągniemy niczego. Ona oszalała.
- Ty… pawianie! Ty szympansie! Orangutanie! - lżyła Ziuta. - Sam oszalałeś!
- Ciekawe, kim ta Ziuta była w bandzie Mahariada - powiedział zamyślony Cielczyk, nie zważając na lżenia, które były niewątpliwie normalną reakcją organizmu. - Kucharką, dywersantką? Tajną bronią, szpiegiem w spódnicy?
- Jakbym powiedziała. To by ci oko zbielało, glino! - rzygnęła niewybrednymi słowami Ziuta, może nawet nie mając nas za gliniarzy, ale chcąc nas maksymalnie (w swoim mniemaniu) obrazić.
- To powiedz - odparł Waldek obojętnie.
- Jeszcze czego!
- Jakby ją trochę połaskotać sianem pod pachami…
- Wykluczone. Nie będziemy torturować kobiet - wkroczyłem zdecydowanie. - Do tego lepiej nadają się mężczyźni. Kobiety za szybko pękają, nie mówiąc już o tym, że jak taka baba się rozbeczy, to z tego jej pęknięcia tyle jest pożytku, co nic.
- A jakby jej zrobić… skrobankę? - podsunęła z dziwnym podnieceniem Gośka. - Jeśli oni - wskazała Ziutę i Kreppa- się kochają, to nie widzę lepszej metody na zmuszenie jej do…
- Przestań! - prychnąłem z niesmakiem, a po chwili Cielczyk zrobił to samo.
- Kiedy wreszcie ten bandzior oprzytomnieje! - krzyknąłem po pewnym czasie.- Słuchaj, Waldek - przyszła mi do głowy pewna myśl. - Ty pracowałeś jeden sezon jako ratownik na basenie?
- No i co z tego?
- Więc zrób mu sztuczne oddychanie. To go postawi na nogi dużo wcześniej, niż gdy będziemy tylko bezczynnie czekali.
- Sztuczne oddychanie robi się metodą usta-usta, a chyba nie myślisz, że tego obrzydliwca mógłbym pocałować. Jak chcesz, to ty go całuj, a ja będę pompował.
Do diabła. Same przeciwności. Nie ustaję:
- Pani Ziuto, mam dla pani pewną propozycję.
- Co? - odpowiada niegrzecznie.
- Zaraz panią zabijemy, a potem zrobimy to samo z panem Bombasem. Nie chcielibyśmy jednak - mówiąc, daję mym zaniepokojonym przyjaciołom uspokajające znaki rękami - zachować się nieludzko i w związku z tym pozwalamy pani pocałować na pożegnanie jej pięknego amanta.
- Nie zrobicie tego - szepcze zbielałymi wargami przerażona Ziuta, ale, że ma chętkę na całowanie, to nie ulega wątpliwości.
- No więc jak? Całuje pani?
- Ca, całuję - odpowiada ledwie słyszalnie.
Bierzemy za sznury i przenosimy ją jak baleron. Wpija się ustami w gębę kochanka, a Waldek niepostrzeżenie pompuje. Zwolna twarz Kreppa nabiera zdrowej czerwonej barwy, a gdy otwiera oczy bierzemy za sznury i odstawiamy na dawne miejsce.
- Bombino! - wrzeszczy Ziuta histerycznie. - Oni nas zabiją!
- Nikt nikogo nie za…- zaczyna Cielczyk, któremu na szczęście daje mi się przerwać:
- Niestety, jesteśmy zmuszeni do tego- mówię, a to przez waszych szefów, którzy nie dali nam wyboru.
Odwracam się i przez parę chwil chodząc w kółko przesyłam po kolei po jednym znaczącym mrugnięciu wszystkim obecnym poza oczywiście wrogim nam dwojgiem złoczyńców.
- Otóż szefowie wasi powiedzieli nam „wóz albo przewóz”, czyli my, albo wy… Otóż bardzo spodobało się nam u Mahariada, już choćby ze względu na panujące tu stosunki w relacji podwładny - przełożony, i poprosiliśmy waszego szefa o przyjęcie. Wtedy on powiedział, że owszem, chętnie, ale że nie ma serca pozbawiać pracy was, a innej drogi na przyjęcie nas nie ma za względu na limit etatów. Dodał, że wprawdzie wolałby nas niż was, ale jeśli sami was nie poślemy do aniołków, to on nie kiwnie nawet palcem w naszej sprawie, chyba żeby „ten cholerny Bombas” (tak właśnie się wyraził) znowu palnie jakieś nieobliczalne głupstwo, na które tylko on, Mahariad, musi potem płacić. Obecny przy tym Lingard Babaon zaczął zaraz psioczyć na panią, pani Ziuto- przy tych słowach grzecznie się skłoniłem wystraszonej zbrodniarce- jakoby pani ociągała się w pracy „co zresztą on rozumie, bo jak wymagać pełnej wydajności od takiej grubaśnej anemii”, że zacytuję jego słowa do- słownie.
Z satysfakcją obserwowałem, jak zbrodniczemu dwojgu wydłużają się miny, co tylko w wypadku pucułowatej Ziuty poprawiało ich urodę.
- Wtedy znowu odezwał się Mahariad, sugerując że zgoda: zabije was, drodzy państwo, by pozbywając się tym prostym sposobem nierobów zapewnić pracę nam, ludziom wyglądającym o wiele milej, ale że lepiej jednak będzie, gdy zabijemy was sami. Ot, cała prawda.
- Nikczemne wierutne łgarstwo! - wybuchnął Krepp. - Was jest przecież czworo, a po zabiciu nas powstałyby tylko dwa wolne etaty!
Dałem błyskawiczny znak Gośce i Ryczącemu.
- Niech pan raczy się dokładniej przyjrzeć, przynajmniej sprawdzić, czy nie dwoi się mu w oczach! - powiedziałem sugestywnie.
Krepp niespokojnie rozejrzał się po stodole, gdzie mógł teraz dostrzec mnie, Mag i Ziutę, jako że Waldek z Gośką byli na to zbyt dobrze schowani.
- Nie rozumiem… Pamiętam przecież dobrze przynajmniej to, że był jeszcze między wami ten tępy osiłek o końskiej twarzy, który zdaje się, że nawet mnie…rozłożył?
- To ja - mówię skromnie, starając się wydłużyć szczękę.
- Niemożliwe! - Bombas niemal się roześmiewa. - Ja miałbym się dać rozłożyć takiemu chuchru?! Ziunia, czy to prawda?
- Pani Ziuta też zasnęła - wkraczam natychmiast, więc jej zdanie niczego nie zmieni.
- Nie zasnęłam! - oświadcza Ziuta z pełnym gorliwym przekonaniem, ale już widać, że i ona się łamie.
- Jeśli pani nie zasnęła, to niech pani powie, co się jej przyśniło.
- Więc te dwie dziwki mnie napadły, a ten - pokazuje na mnie - usiadł mi na brzuchu… Ale, przyśniło! Mnie to się wcale nie przyśniło!
- Więc nie miała pani snów?
- Nie! Bo też nie spałam!
- Spała pani! - mówię sugestywnie - a naczytawszy się głupich kryminałów, powtarza pani teraz to, co było tam napisane! Nie chcę pani nic sugerować, ale słuchając teraz pani, mam wrażenie, że mówi pani słowami kryminalnego romansidła niejakiego Gęga „Po co jest nóż”. Niech pani się przyzna: czytała to pani?
- Czytałam - wyznaje wstydliwie. - Ale to romansidło nie musiało być takie złe, skoro i pan je czytał.
- Nigdy w życiu nie czytał bym podobnej szmiry! Jestem jej autorem!
Ziuta zbladła.
- Z kolei pan - zwracam się do Bombasa - zachowuje się zupełnie tak samo jak Bombas de la Krepp z tejże powieści.
- A pan- mówi z kolei Ziuta - zupełnie przypomina mi Męcziego Gęga również z tej książki.
- Jako że nim jestem - prostuję się z godnością - to jedno nie jest dziwne.
- Ależ ja też jestem Ziutą! - oburza się onaż.
- Podobnie jak i ja jestem Bombasem de la Kreppem! - wtóruje jej onże.
- Ale to jest niemożliwe z tego powodu - niespodziewanie odzywa się Mag - że ja również czytałam tę powieść i pamiętam sytuację, w której spotkali się Mag, Gęg, Ziuta i Bombas. Otóż przebiega ona w książce zupełnie tak, jak teraz - w życiu. A to jest niemożliwe!
Zapanowała długa, pełna zamyślenia cisza.
- Pozwólcie, że i ja, jako autor, wypowiem się na ten temat…
- Ależ prosimy cię bardzo!
Odchrząknąłem.
- Zwykle powieści powstają w ten sposób, że najpierw dzieje się coś, a dopiero później pisarz robi opis tego, co właśnie wcześniej się działo. Ale taki model kreacji nie dotyczy powieści fantastycznych, które najpierw są napisane, a dopiero potem się realizują.
- Czyli wystarczy odszukać tę książkę i po prostu wyczytać w niej, co teraz zrobimy -gorączkowo wyrzucił Krepp - zamiast wysilać się niepotrzebnie na myślenie…
- Które zawczasu wziął na siebie pisarz – dokończyłem. - No jasne: najprościej!
- W książce wyczytamy też, czy nas nie oszukaliście z tym snem…
- Nie, nie! - wkraczam przestraszony. - To nie jest dobra metoda, bowiem powieść Gęga, jaką odszukamy, może być falsyfikatem!
- Jak to: falsyfikatem?! - nie rozumie Bombas.
- Tak to falsyfikatem, że każdy autor podpisuje w sprawie jednej swojej książki umowę z jednym tylko wydawnictwem, a jeśli książka taka cieszy się wielkim popytem, wkraczają aferzyści i w nielegalnych zakamuflowanych drukarenkach produkują w wielu egzemplarzach falsyfikat, który rozprowadzają następnie dzięki czarnemu rynkowi. Taki aferzysta dokonuje w tekście karygodnych zmian, i… sami rozumiecie.
- No więc co mamy robić?
- Powiedzieć nam, jak trafimy do Babaona i Mahariada, po czym czekać na…przyjemną niespodziankę.
- Ale wy nas nie zabijecie? - upewnia się Krepp.
- Oj, bo nie będzie przyjemnej niespodzianki! - mówię z uśmiechem. Nasi sympatyczni więźniowie eksplodują tubalnym oraz, by tak powiedzieć: trąbalnym śmiechem i atmosfera wydatnie się polepsza, przy czym tubalnie śmieje się oczywiście Krepp, zaś trąbalnie - pozostała, a obecna część gangu, czyli Ziu - przepraszam! Czkawka - Ziuta.
- A więc melina jest w Warszawie - zaczyna Krepp - przy ulicy Dawnej 3.
- Dawna? To chyba gdzieś na Starówce?
- Tak jest! - salutuje Krepp. Trzeba jednak wejść do podwórka, bo melina jak to melina, sam pan wisz. Zawsze kogoś zastaniecie, chyba żeby akurat wszyscy byli na akcji.
- A teraz coś o Mahariadzie i Babaonie - poprosiłem.
- No więc po tym, co dziś usłyszałem, widzę, do jakiego stopnia byłem dotąd ślepy. Wydawało mi się, że… tamto i owamto, a to są naprawdę krwiożercze bestie. Mahariad często zalewa się w świnię, to wtedy jest nawet ludzki, bo i zaklnie jak człowiek, i rzygać się nie wstydzi. Ale tak na ogół to jest, panie kolego, potwór. Myśli i czuje, a co za tym idzie: działa, jak jaka maszyna, co i serca nie ma i sumienia. Jak mu się nawet jakie uczciwe słowo wymknie, to tak je na koniec przekręca, że zamiast usłyszeć, co trzeba, wysłuchujemy neologistycznych okropieństw, że niby „kurwtyna”, „pierdoliszek kapustnik”…
- Stary - mówię.- Wynikało by więc z tego, że słabością Mahariada jest alkohol. A co z Babaonem?
- Jak bym powiedział, co z Babaonem, to by pan się obraził.
- Co jest jego słabością?! - pytam z niesmakiem, bo przez tego Bombasa muszę zamieszczać masę nieprzytomnych słów.
- Nie dokończyłem jeszcze o Mahariadzie! - mówi Krepp. - A więc jak rzygnie po trzeźwemu, co mu się zresztą jeszcze nie zdarzyło, to tak okropnie, z całą uprzejmością zaraz przeprasza, że człowiekowi jest głupio i już by się leciał wieszać z tej konfundacji.
- No dobrze, a teraz o Babaonie! - mówię z większym jeszcze niesmakiem, jako że absurd jest czasem gorszy od nieprzyzwoitości.
- No więc Babaon nie pije, ale ma straszne powodzenie u kobiet.
- Nie przesadzaj, jest bardzo przystojny - wtrąca Ziuta.
- Właśnie mówię - wścieka się Krepp, że jest bardzo przystojny i że dlatego się jeszcze nie ożenił, bo i tak każda z nim pójdzie bez ślubu.
- Ja nie! - zastrzega Ziuta godnie.
- Tak więc z powodu tych kobiet potrzebuje pieniędzy więcej niż inni, bo inaczej z czego by brał na reprezentację.
- Mógłby po prostu kraść to, co potrzebuje - wtrąca Mag.
- Kraść, kraść - denerwuje się Krepp. - Co mu by przyszło z tego, gdyby zwinął sto lipnych samochodów? Takich trabantów? Czy to bogactwo, niech sama pani powie, mieć tyle szmelcu? A równowartość tej ilości gratów w pieniądzach coś jednak znaczy. Nie, nie! Dzisiaj liczą się tylko pieniądze!
- Ale jakby miał już te pieniądze, to kupił by na przykład drogie auto, a przecież to tak samo, jakby od razu to auto ukradł bez żadnych pieniędzy! - nie zgadza się Mag.
- A myśli pani, że to tak łatwo? Dziś w Polsce naprawdę drogie auto ma ten czy ten, w sumie parę osób. I każdy o tym wie. Jakby takiemu taki wozik, mówiąc gwarą weneryków, drapnąć, to też każdy będzie o tym wiedział, bo jak nie prasa to ploty zawsze swoje zrobią. A w takiej sytuacji tylko kretyńsko głupi złodziej odważy się wyjechać na miasto swoim nowym samochodem.
- Przepraszam, że przerwę, ale zbaczamy z tematu. Chciałbym jeszcze wiedzieć o pozostałych członkach szajki.
- A więc: sługus Lokajniak i stara Pasjaszowska, sekretarka. Zupełnie niegroźni. Tylko uważajcie, bo Lokajniakowi czasem odbija i, jak wtedy zaszurać, to można stracić zęby. Macie dowód - Krepp bez żenady podciągnął hakiem palca górną wargę.
- Szóstka to próchnicza, ale siódemka i ósemka to jego sprawka.
Westchnąłem. A więc czeka mnie niezła przeprawa.
- A dlaczego szefowie zostawili was w zagrodzie? Czemu nie zabrali z sobą, korzystając z wolnych miejsc w zielonym kabriolecie?
- Babaon polecił nam przenieść ukrytą w szopie skrzynię i zakopać ją pod gruszą. To znaczy ja mam zakopać, a Ziuta została ze mną w celu gotowania mi obiadów…
- Ale… nie zakopaliście jeszcze tej skrzyni? - pytam, bo coś mi świta.
- Nie zakopałem.
- W takim razie będziemy się już żegnali… Tylko jeszcze jedno: czy wracacie do Warszawy?
- No jak to? Wracamy… - zaczęła Ziuta zdumiona, że nie wiemy.
Bombas spojrzał na nią wściekle.
- Autobusem - dokończył za nią. - Najpierw trzeba złapać jakąś okazję do Leska, a z Leska jest już bezpośredni autobus, którym wrócimy.
- Wobec tego my już idziemy. Wyłaźcie! - krzyknąłem w kierunku siana, z którego zwolna poczęli się wygramalać pośpiesznie dopinający guziki Gośka i Walduś. A więc i oni nie próżnowali!
- A wam - zwracam się do przestępców - komunikuję niniejszym, że nikt was dzisiaj nie zabije, a jeśli nawet, to nie my.
- Ale kto nas rozwiąże?! - krzyczy przerażony Krepp. - My przecież umrzemy z głodu, jeśli wcześniej nie spożyją nas gryzonie!
- Oszuści! - lży nas Ziuta. Doprowadzacze do szaleństwa!
Dalszych jej przekleństw jednak już nie słyszymy, bo zdążyliśmy w międzyczasie zejść drabiną, a nawet i szopę udało nam się zidentyfikować, choć tyle ty podobnych jej zabudowań gospodarskich. Drzwi szopy - próchno, więc wyważam to przegniłe drewno z łatwością. Wychodzimy. Bałagan tutaj wprost nie do opisania! Zdemolowany fortepian (nie tylko w de-molu, bynajmniej!), jakieś wielgachne rozkwaszone wory z cukrem, rozgruchotane wypchane gołębie, rozpruty z wystającymi sterczącymi sprężynami fotel i cała masa wszelakiego innego śmiecia, którego bogactwo zbulwersowałoby nawet i długoletniego pracownika Służb Oczyszczania! Zdenerwowany, usiadłem na jakimś beznadziejnie zdewastowanym kufrze, a moi przyjaciele z desperacją poczęli myszkować.
Po godzinie wracają z tych wszystkich dokładnie przeszperanych już kątów, a ja, jako chwilowo niedysponowany, siedzę dalej na tym przeklętym kufrze.
- No jak? - pytam powracających, choć właściwie to pytać nie ma potrzeby, gdyż wszystko mówią ich miny: posępne i pełne rezygnacji.
- Nie ma - odpowiadają żałobnie.
- Posuń się - dodaje Mag, chcąc usiąść. Oczywiście posuwam się wedle jej życzenia i Mag się przysiada, a następnie siadają na kufrze Gośka i Waldek.
Siedzimy więc i jest tak, jakbyśmy naprawdę siedzieli - w więzieniu. Po piętnastu minutach coś mnie tknęło: a, to Mag tknęła mnie swym kuprem… Ale zaraz: kuprem? Dlaczego coś ciągle mi mówi, że kuper to tak zwane słowo- klucz do rozwiązania istotnej dla nas teraz zagadki?
- Kuper, kuper, kuper… - powtarzam w zadumie.
- Fe! O czym ty myślisz! - insynuuje Gośka.
Ef! Tej litery mi brakowało! Kufer! - drę się na całe gardło, a moi towarzysze jak wyrwani ze snu zrywają się na równe nogi.
Oczywiście i ja na równe nogi się zrywam i korzystając z tego, że moi przyjaciele nie zdążyli na powrót usiąść podnoszę wieko kufra!
- Wielkie nieba! - blednie Mag, ale bardziej boję się o Gośkę, która dostała pewnie wylewu krwi do mózgu, bo jest zupełnie czerwona.
- Tyle złota, tyle złota! - cmoka Walduś, kiwając głową poprzecznie do pionu.
- A myśmy na tym siedzieli jak na sedesie! - mówię.
- To niemożliwe! - wyjąkiwuje wreszcie Gosia, odzyskawszy poczytalność.
W kufrze aż skrzy się od połyskliwych zielonkawo złotych ostrzy, a rękojeści z rogu jelenia swym delikatnym matowym brązem dają doskonały kontrast złotu.
- Mamy więc i Lartusową skrzynię z nożami - mówię, gdy euforia nieco przygasa - w związku z czym wolno nam mniemać, że i ta zagroda - pukam obcasem, by okazać, że chodzi mi o niniejszą - była niegdyś własnością nieszczęsnego Aligeda.
- Niegdyś? - unosi swe blond brwi Ryczący Bawół.
- Niegdyś, ponieważ Lartus, jak każdy zresztą nieboszczek…
- Szczyk, szczyk! - prostuje Waldek moje przejęzyczenie.
- …stracił wszelkie swe prawo posiadacza jednocześnie z postradaniem życia.
- Ciekawe. Tak naprawdę jest? - powiedziała Mag.
- A jakby mogło być inaczej? Posiadanie polega na swobodnym dysponowaniu obiektem posiadanym, a jak…
- Dobrze, dobrze. Rozumiemy. Szkoda gadki na niedźwiedzi. Pomyślmy teraz lepiej nad tym, co zrobić.
- To chyba było jasne od samego początku. Bierzemy skrzynię z nożami i jedziemy autobusem do Warszawy, gdzie rozstrzygamy do końca naszą przeprawę z Mahariadem, po czym jego i jego chłopców…
- Tudzież dziewczynki - uzupełnia mnie Mag.
- … pakujemy za kratki, na co sobie bezwzględnie zasłużyli.
- A nie boisz się, że Krepp i Ziuta rzeczywiście mogą skonać z głodu - pyta Gośka.
- Nie. I biorę na siebie całą odpowiedzialność w tym względzie.
- Całą? Nie za dużo? - ironicznie zauważa Cielczyk.
- Jak chcesz, to się mogę z tobą podzielić.
- Nie kłóćmy się teraz! - błagalnie postuluje Mag. - Jesteśmy już przecież o krok od zwycięstwa!
- Przypomniała mi się jedna fraszka - powiedziała z trudem powstrzymując się od niespodziewanej czkawki Gośka.
Spojrzeliśmy na nią niechętnie.
- Do zakochania jeden krok, oświadczę się Danucie! Gdzieżeś się podział? Gdzieżeś? Gdzieś, siedmiomilowy bucie?! Ha, ha, ha.
- No może aż tak źle to nie będzie – odpowiadam - ale możliwe, że czeka nas niejedno.
Stoimy jeszcze chwilę w milczeniu.
- No, Męczys! Bierz za drugie ucho! - Waldek już się nachylił.
Biorę i smętny nasz orszak rusza ścieżką w kierunku szosy.
Stoimy już przy tej szosie, ciemno choć oko wydłub, mija najpierw piętnaście minut, potem kolejne dwadzieścia, a oczekiwanej ciężarówki z uczynnym kierowcą jak nie było, tak nie ma.
Ręka po niesieniu tej horrendalnie ciężkiej skrzynki dawno przestała już rwać w przegubie, a to z oczekiwanej okazji - nici, mówiąc językiem i nie tylko.
Przykro tak stać w beznadziei i pogłębiającym się mroku, choć Waldek na tę pierwszą okoliczność mógłby sypnąć, jak go znam, całą masą wysokokalorycznych rozweselających dowcipów, natomiast mrok w pewnym momencie przestaje się pogłębiać, gdyż ogromny jasny księżyc wywikłał się wreszcie z opatulających go dotąd szczelnie chmurnych kłębów i rzuca mleczne światło na podległy jego zasięgowi dziki ostęp, łącznie z nami, ludźmi pełnymi - jak się wydaje - kultury. Żeby dopełnić całości obrazu, trzeba dodać, że robi się chłodnawo. Co ciekawe, wszyscy teraz jesteśmy ubrani, i to ubrani w te same łachy, które z siebie zdjęliśmy przed wstąpieniem do wiadomego strumienia. Jak to się mogło stać, o to zawsze należy pytać autora powieści, który wymyślił daną fabułę. Więc może to nie ja ją wymyśliłem, skoro zdaje się, że owym faktem jestem zaskoczony? Cudów nie ma, mawia się. A jak one są?
Z nudów zaglądam do skrzyni, by przypatrzeć się nożom, na co teraz jest okazja jak rzadko przednia, ponieważ nic innego nie ma akurat do roboty, natomiast tak kunsztownie wykonane noże są obiektami naprawdę zasługującymi na zainteresowanie. Grzebię w tych nożach i grzebię, aż dziw, że się nimi nie skaleczyłem, i pod grubą ich warstwą spostrzegam coś zgoła dziwnego, a mianowicie…- do diabła, co to jest! - ależ tak! Wrotki! Łyżwy na lato!
- Co o tym myślicie? - pytam przyjaciół.
- Lartus był dziwnym, pełnym nieobliczalnych pomysłów człowiekiem, więc wszystko niby by się zgadzało… - komentuje Waldek.
- Jak są wrotki, to możemy sobie trochę na nich pojeździć gwoli zdrowiu - mówi Mag.
- Policz, ile jest par - dysponuje Gośka.
Liczę, liczę i okazuje się, że par jest 6, a więc aż za dużo.
- No to chodźmy się pościgać - mówi Waldek
- Wy idźcie, a ja popilnuję skrzyni - mówię ja.
- Jak chcesz- mówi Waldek, zapinając klamry. Dziewczyny swoje wrotki mają już zapięte na butach.
- Kto pierwszy do tamtego drzewa! - wrzeszczy Gośka i od razu pędzi jak szalona lokomotywa. Pierwszy w pogoń rzuca się Cielczyk. Mag jeszcze coś chce mi powiedzieć… ale w końcu macha ręką i rusza w pogoń za tamtymi. Zerkam za wrotkarzami i uśmiecham się. Waldek i Gośka gnają jak dzieciaki; Mag trochę wolniej, ale też jeszcze się nie przewróciła. Nasze szczęście, że jesteśmy jeszcze tacy młodzi. Ale dlaczego ja nie biorę udziału w wyścigu? Że trzeba pilnować skrzyni? A kto skrzynię ukradnie na takim pustkowiu! Biorę swoją parę wrotek i bez ociągania przymierzam. Leżą jak ulał. Trzask - jedna klamra, trzask - druga klamra i… Do diabła, jakiś podejrzany szmer! Czyżby… samochód?! I to od strony zagrody Lartusa?! Świta mi pewien plan.
- Wracajcie! Natychmiast!- krzyczę w miarę głośno, bo jeśli ten samochód zdąża ku nam od strony Lartusa, to nie może być inaczej, niż tak, że Bombas wraz z Ziutą wreszcie się rozpałętali i wydobytym z ukrycia samochodem, którym wtedy Krepp nie dał Ziucie powiedzieć, jadą do Warszawy, by powiadomić Mahariada o zagrożeniu z naszej strony. Pozostałe dwie pary mocuję u spodu skrzynki, która w ten sposób staje się czymś w rodzaju wózka.
- Co się stało? - moi przyjaciele pytają zasapani, wróciwszy.
Wywlekam pasek ze spodniowych patek i nie odpowiadam.
- A, chcesz nam sprawić lanie? - uśmiecha się domyślnie Waldek. Można wiedzieć, za co?
- Żadne lanie, głupcze - wstrząsam głową, przywiązując pasek do skrzyni.
Wreszcie światła i warkot zbliżającego się samochodu są za blisko, by sami tego nie dostrzegli.
- Ścieżką, którąśmy szli do szosy, zbliża się jakiś samochód.
- Rozumiecie teraz, co pozostaje nam zrobić - mówię poufnym szeptem.
Waldek blednie:
- To już wiemy, po co są wrotki…
- Wierzcie mi, że tak samo się dowiemy, po co jest nóż - pociągam Mag do przydrożnego rowu, a Waldek robi tak samo z Gośką.
Warkot, jadącej ostrożnie z uwagi na fatalne bezdroże warszawy 203 typu kombi, zwolna przybliża się, a my już nie mamy żadnych wątpliwości, że jej pasażerką jest nie kto inny, tylko Ziuta, a kierowcą oczywiście Krepp: po prostu już ich widzimy. Krepp przed samym skrajem szosy zatrzymuje, by sprawdzić, czy coś nie jedzie. Błyskawicznie przywiązuję skrzynię do tylnego zderzaka. Krepp ostrożnie wjeżdża na szosę, a my w wygodnym przykucu już jesteśmy schowani za klapą tylnych drzwi i również dłońmi pochwyciliśmy za ten zderzak. Ruszamy, do diabła! Żeby się tylko nie przewrócić!
Krepp jedzie szalenie szybko, droga pełna najfatalniejszych w świecie wybojów, a tu jeszcze na domiar wszystkiego dmuchają mi w nos z rury na wprost spaliny. Odwracam głowę na wszystkie możliwe strony, ale czy wytrzymam do samej Warszawy, tego nie jestem pewien.
- No jak? - pyta Waldek.
- Bajecznie! - zachłystuje się Mag.
- Dobrze - mówi z rezerwą Gosia, która uczepiła się zderzaka tuż przy mnie i która pewnie też trochę cierpi z powodu tych spalin.
- A z tobą, Męczys?
- Ze mną średnio. Za chwilę uduszę się spalinami.
- Wytrzymaj. Jak stanie na czerwonym świetle, to się zamienimy.
Tak! Gdzie to czerwone światło będzie! W Lublinie! Za dwie godziny.
- Wytrzymam - mówię zaciskając zęby.
Było nie było, trzymamy się nieźle. Już w Rzeszowie natrafiliśmy na pierwsze czerwone światło i Waldek spełnia swą obietnicę, za co ma u mnie piwo przy najbliższej okazji.
Toczymy się na tych wrotkach już cztery godziny. Dziewczyny skarżą się trochę, że cierpią im ręce i nogi, nie mówiąc o karku.
Wreszcie przedmieścia Radomia. Waldek mówi, że już nie wytrzyma. Proponuję zmianę miejsc, na co się skusza.
- Masz u mnie piwo - mówi, gdy na czerwonym świetle dokonujemy tej zamiany.
Znowu przeklęte spaliny, ale od dłuższego czasu droga już znacznie lepsza niż w Bieszczadach.
Wszystko boli, szczególnie doskwiera drżenie nóg, ale do Warszawy już tylko dwa kwadranse, jak dobrze pójdzie. Z nudów przekrzykuję hałas motoru i ten straszny wizg jęczących przy lada przechyle opon. Nie zważam nawet na potworne powietrzne wiry:
- Lubisz piwo, Waldek?
- Niespecjalnie - odpowiada ze szczerością, do której zmuszają go ciężkie warunki jazdy.
- Ty masz u mnie piwo i ja mam u ciebie piwo – mówię. - To tak samo, jakby każdy miał kupić piwo sobie.
- No! - odkrzyknął.
- A sobie piwo byś kupił?
- Raczej nie.
- No to proponuję, żebyśmy z tego piwa w ogóle zrezygnowali.
- Jasne!
- Ani jasne, ani ciemne: żadne!
Śmiejemy się w kułak, choć dowcip był zupełnie mierny. Intuicyjnie wyczuwam, że naszą radość powoduje raczej widok jasnej stacji benzynowej w Jankach, tym bardziej reprezentacyjnym przedmieściu Warszawy.
- Będziemy się odczepiać - mówi Waldek, jakby stwierdzał. - Stąd chodzą już autobusy miejskie.
- Nie! Proszę was: jedźmy dopóki się da! Pora jest nietypowa… - zerkam na przegub, gdzie zegarka niestety nie ma, jak mi się w ostatniej chwili przypomniało. Bleffuję: - Właśnie! Godzina czwarta w nocy. Komu, jakiemu milicjantowi o tej porze by się chciało sprawdzać, czy za każdym przejeżdżającym wozem coś nie dynda?
- Dobra. Jedziemy, dokąd się da - zgadza się Waldek. Dziewczyny nie zabierają głosu: zawierzyły naszemu męskiemu rozsądkowi.
Dopiero po długotrwałym siedzeniu w więziennej ciasnocie zaczynam doceniać warszawski urbanistyczny rozmach. Ależ tu pięknie! Pełna dającej oddech oczom przestrzeni Aleja Świerczewskiego, węższa ale równie urocza ulica Żytnia, wspaniałe Aleje Jerozolimskie, bajkowo cudny Nowy Świat i wreszcie najpiękniejsza ulica Europy (a może i świata) – przenajcudowniejsze Krakowskie Przedmieście? To by znaczyło, że jesteśmy już prawie w domu! Tak, w domu, bo domem stały się dla nas, jak wszakże niepostrzeżenie, wszelkie już jaskinie lwów.
Proponuję przyjaciołom nie przeginać, jak to się mówi, pały i przed samym Placem Zamkowym puszczamy zderzak. O, jaka ulga! Jakie to wspaniałe, że możemy wreszcie rozprostować zmęczone do granic nie możliwości kości i mięśnie! Tylko… - a niech to Szarmach kopnie! - zapomnieliśmy odczepić skrzynię!
- Nie martwmy się - pociesza niezawodny w trudnych momentach Waldek.
- To tylko zaoszczędzi nam zbytecznego targania. Przecież widzicie, że Krepp jedzie na parking przy Barbakanie.
- W takim razie korzystajmy z tego- dysponuje pospiesznie. - Waldek na parking po skrzynię, a ja za dziewczynami od razu na Dawną!
Zrywamy się biegiem.
- Dawną ile? - krzyczy znikający w dali Cielczyk. Dobrze, że sobie przypomniał.
- Trzy! - krzyczę w odpowiedzi i gnam za dziewczynami, które zdążyły już skryć się za rogiem Świętojańskiej. Dawna to poprzeczna do niej, mała uliczka, tuż przed Katedrą, dosłownie dwa kroki jak dla dobrego trójskoczka. Jest i Dawna, która odchodzi tylko w jedną stronę od tej Świętojańskiej, po drugiej: niewzruszony, zwarty rząd kamieniczek; puszczono ją dość oryginalnie, bo tunelem, wyrąbanym w twardej cegle zabytkowego domu. Dawna 1, 2…, jest i , tylko jak tu wejść na podwórko? Włażę do drzwi oznaczonych tą trójką i jestem na wionącej chłodem niemal klasztornym schodowej klatce. Dobra! Tędy! Na maleńkim stylowym podwóreczku widzę głowiące się nad czymś Gośkę i Mag: pierwsza ciągnie ku piwnicznemu okienku z lewej, druga ku podobnemu, ale z prawej.
- Cicho! Nie kłócić się! - wkraczam ostro, rozglądając się bacznie.
Podwórko to w planie jest z grubsza kwadratem, ze wszech stron zamkniętym ścianami zrośniętych niejako domów, nie ma żadnych (poza tymi, którymi wszedłem) drzwi, tylko dwa małe piwniczne okienka oraz wyżej oczywiście normalne okna lokatorskich mieszkań. Pośrodku placyku okrągły klombik, a właściwie to nawet mikroskopijne alpinarium, z malutką wodną sadzawką.
Nie daję po sobie tego poznać, ale coś już chyba mi świta.
Coś mi już świta wśród nocnej ciszy Starego Miasta, gdzie o tej porze roku co prawda nader trudno o stajenkę, ale niestety trzeba zaraz odnotować element negatywny całej sytuacji, bowiem z gdzieś całkiem już niedaleka dobiega mnie odgłos zbliżających się kroków, więc należy na razie schować się nie tylko z genialnymi pomysłami, lecz też musimy schować się sami, jako że te kroki to kto inny być może jak nie Ziuta i Bombas. Na podwórku się nie schowamy, nie ma gdzie, toteż z konieczności wgłębiamy się w jedyną tu schodową klatkę, na której półpiętro wbiegamy, co niestety mało daje, bo ta klatka jest niestety ślepa i nie będzie można wyglądać oknem, a na podstawie samych szmerów wiele się nie dowiemy. Dobiegają nas jeszcze słowa Kreppa:
- Będę musiał pogrzebać w gaźniku. Coś słabo ciągło…
I złoczyńcy są już na podwórku, co dzięki dobiegającym stamtąd odgłosom możemy jeszcze stwierdzić, lecz po czym wszelki hałas milknie jak ryczący lew, którego Staś Tarkowski celnym strzałem ze sztucera trafił prosto w serce.
Zbiegamy jak szaleni. Podwórko jest puste!
- Znikli - stwierdza Mag.
Gośka z typowo damską niezdolnością do wymyślania odkrywczych uwag przytacza jeszcze przysłowie o kamforze, gdy wbiega zdyszany Waldek, ciągnąc na moim pasku skrzynię z nożami. Że bez niego nie spadają mi spodnie, to zasługa ich dopasowania… Dopiero teraz przypomina mi się, że w dalszym ciągu powinniśmy pod stopami mieć wrotki. Te - jakoś nie znikły. Zdejmujemy je teraz, nie myśląc zupełnie, co dalej z nimi się stanie.
- No i co?
- Klops! - odpowiadam krótko. - Nasi przeciwnicy okazali się przebieglejsi niż się spodziewałem.
- Znikli? - domyśla się Waldek, a gdy potakująco kiwamy głowami, wypowiada najrozsądniejszą rzecz może, jaka wyszła z jego ust w obrębie całej opowieści:
- To, nie oglądając się na inne potrzeby czy zadania, chodźmy wreszcie spać!
Przystajemy na to na poły z rezygnacją i ochotą, a Mag dodaje, że najlepiej będzie, gdy dośpimy tę noc u osoby, która mieszka stąd najbliżej, albo u jakiegoś dobrego znajomego, który jeszcze bliżej mieszka, „bo przecież ona nie będzie, czy nawet Męczys, wlec się o tej porze przez pół miasta pieszo, do czego w tej sytuacji byłaby zmuszona, jako że w środku nocy autobusy przecież nie chodzą, a na taksówkę nikogo uczciwego w końcu nie stać”.
Waldek zaśmiał się, pukając w skrzynię, gdzie było tyle, można powiedzieć, n a s z e g o złota, ale jaki taksówkarz miałby wydać resztę, gdybyśmy nawet za 4 długie kursy chcieli zapłacić jednym nożem z naszej, by tak rzec, kolekcji? Przyznał więc dziewczynie rację i powiedział, że mieszka na Karolkowej, czyli Wola, i że jeśli to jest najbliżej, to on oczywiście nas zaprasza. Zasłyszałem coś gdzieś niegdyś na temat genezy nazwy tej ulicy, więc objaśniłem Cielczyka, że carski generał Karolkow podczas, gdy Warszawa znajdowała się w rosyjskim zaborze, jakoś tam jednak przysłużył się miastu i że to gwoli upamiętnienia jego nazwisko nadano taką nazwę jednej z ulic na Woli. Prawidłowo będzie więc rzec, że Cielczyk mieszka na ulicy Karolkowa, nie na Karolkowej. Mą uwagę Waldi puścił jednak mimo uszu, bo kto lubi, gdy go pouczać. Nikt nie lubi; chyba jakiś zdeklarowany masochista. Było nie było, moje objaśnienie do Ryczącego Bawoła dotarło i to się liczy, jeśli już mamy mówić, że naprawa świata poprzez czynienie go bardziej poprawnym merytorycznie to cel każdego ambitnego pisarza. Moi przyjaciele ze zniecierpliwieniem syknęli na mnie.
- Mokotów - pojąłem w lot, o co im chodzi. - Ulica Marzanny, a więc dalej.
- Czyli do mnie będzie najbliżej- westchnęła Gośka. - Rynek Nowego Miasta.
- No to ulżyło mi jak po zrzuceniu z pleców garbu! - ucieszył się Waldek. Ja i Mag też.
- Ale… - zaczęła Gosia, jakby chciała ujawnić jakąś przeszkodę nie do ominięcia. Zaczęła, ale utknęła. - Dobrze, chodźmy. Poszliśmy, na rynku tego Nowego Miasta byliśmy dokładnie po sześciu minutach z sekundami, wwlekliśmy się na to trzecie piętro i Gośka zadzwoniła.
- Ktio tiam? - usłyszeliśmy ze zdumieniem miły, lecz niewątpliwie jednak dziecięcy głosik.
- O, Boże! To ty jeszcze nie śpisz, synku?! - jęknęła Kosteczka.
Drzwi natychmiast uległy rozryglowaniu.
- Mamusia! - dziodzio, chłopczyk może czteroletni, rzuciło się na szyję Gośce, a my zrozumiawszy w mgnieniu chwili, co niewątpliwie jest grane, wymieniliśmy znaczące porozumiewawcze spojrzenia. Gośka była… mężatką! Wybuchnęlibyśmy teraz śmiechem, gdyby nie to, że byliśmy tak strasznie zatkani.
- Dlaczego jeszcze nie śpisz?... Syneczku, maleństwo! - tuli Gośka chłopca, rozczulając się do granic możliwości.
- Bo ciekam na tatusia.
- A gdzie tatuś poszedł? - pyta natychmiast Gosia.
- Do cioci - odpowiada malec. - Jak tylko się wykąpciał.
Kosteczka zrobiła taką trudną do opisania minę: ściągnęła górną wargę i, kiwając głową, patrzyła w zamyśleniu na stojące tuż za drzwiami łóżko.
- A- cha - powiedziała przy tym. - No to zapraszam.
- Weszliśmy.
- A może byśmy jednak… - krępował się Waldek.
- Nie, nie! Nie ma mowy. Chodźcie.
Mieszkanie było maleńkie: pokój z kuchnią plus takie niezbędne wygody jak mikroprzedpokój i klozecik, a, co gorsza, jedno tylko dość szerokie łóżko, nie licząc łóżeczka chłopca, w którym tylko on sam z naszej piątki mógł się zmieścić. Gośka wyciągnęła jednak z antresoli składane łóżko polowe...
- Madziu, dla ciebie. Pościel znajdziesz w szafie.
Nie wiedziałem wobec tego, gdzie my, to jest ja i Cielczyk, będziemy spali, toteż chrząknąłem.
- No co tak stoicie? - powiedziała do nas Kosteczka i zgasiła światło. Uważając trochę, żeby maluch jej nie podglądał, zrzuciła szybko bluzkę i tak dalej do majtek włącznie, po czym nago odścieliła to łóżko i położyła się pośrodku, nie naścielając na siebie kołdry.
- Męczys tu - wgłębiła palce po swojej lewej stronie - a Waldemar tu - to samo po przeciwnej.
Oniemieliśmy.
- Gosiu… przecież dziecko… - wystękał Waldek, a ja dodałem, że jeden z nas może się położyć z Mag, jeśli już ma być sprawiedliwie.
Ale Kosteczka spojrzała na nas tak prosząco, że nie śmieliśmy odmówić. Po częściowym rozebraniu weszliśmy za nią do łóżka, jak sobie tego życzyła: jeden z lewej, drugi z prawej. Kołdra była jednak nie taka duża, więc z konieczności musieliśmy się do Gośki przytulić.
- Zdejmij te majtki! - oburzyła się po pewnym czasie ta piękna szatynka. - Co i ty też?!
Broniliśmy się, ale, by pozostać w zgodzie z faktami, trzeba powiedzieć, że udało jej się ściągnąć majtki nam obu.
- Doblanoć! - usłyszeliśmy głos malca.
- Dobranoc, synku - pierwsza odpowiedziała Gośka.- A jak tato się spyta, z kim dzisiaj spałam, to powiedz, że z dwoma wujciami: jednym wujciem z Ameryki i z drugim zwykłym.
Ten wujcio z Ameryki to Waldek - myślę sobie - jako oczywiście domniemany Indianin, ale z jednym nie bardzo mogę się pogodzić:
- No, nie takim zwykłym - mówię, po czym natychmiast chrapię, by ta nadmiernie rozbudowana scena uległa wreszcie skończeniu, jako że przy śpiącym Gośka nie ośmieli się gadać.
Jak chciałem, jest już cisza, wszyscy udają, że śpią, tylko nasza gościnna gospodyni wyprawia jakieś dziwne harce. Wygląda na to, jakby szukała sposobności do zdrady łoża, lecz ja i Waldek za bardzo na szczęście cenimy świętość instytucji jej małżeństwa. Zresztą na szczęście czy nie na szczęście: nie zamierzam wstawiać kitu, że obejmując dziewczynę czy gwoli prawdzie: kobietę, dłońmi, które mamy na jej plecach czy pośladkach, lekko nimi poruszamy, co sprowadza się przecież do głaskania.
Tak więc nie śpimy, jest nam potwornie głupio, bo wszystko dzieje się przecież przy dziecku, a absurdalnie bliska obecność erotycznej Kosteczki też przecież nie pozostaje bez wpływu. Mag bohatersko usiłuje wywrzeć na nas wrażenie, że już dawno usnęła i żebyśmy się w związku z tym nie krępowali, ale jak mamy się nie krępować, skoro po pierwsze: jest nas dwóch, a po drugie Gośka się zupełnie nie broni. Tylko wręcz przeciwnie? Pomijając wcześniej wymienione powody, to jedno już wystarcza, by sytuację naszą zdecydowanie uznać za nie do zniesienia z punktu widzenia psychologii, tym bardziej, że jest nam ciasno i trudno powiedzieć, że za to leżymy na własnym łóżku, bo to łóżko nie wiadomo, czy należy nawet do Gośki, skoro akt własności co do niego może przecież mieć jej mąż.
Przemęczamy się tak całą noc, mąż Gośki na szczęście jakoś nie przychodzi, ale i tak wstaliśmy dużo wcześniej niż zwykle. Leżeć w tych warunkach w łóżku byłoby po prostu nazbyt wielką męczarnią.
Odszukaliśmy (ja i Waldek) w pierwszym rzędzie oczywiście nasze majtki, z których przed paru godzinami ogołociła nas Kosteczka, a odnalazłszy rześko wyskoczyliśmy z przeklętego łoża tortur, by z prawdziwą wreszcie przyjemnością przystąpić do porannej gimnastyki.
- Pięta, palce pięta, palce… - rytmicznie skandowaliśmy, ćwicząc.
Przy jednym z raptowniejszych wymachów rzuciłem spojrzeniem nieco, by tak powiedzieć, głębiej za siebie. Spojrzałem i oniemiałem: na nakastliku z nocną lampką stało w ozdobionej ramce zdjęcie fotograficzne… Lingarda Babaona! Rzuciłem się ku niemu. Ależ tak! Nie miałem żadnej wątpliwości! To Babaon!
- Skąd masz fotografię tego typa? - rzuciłem podejrzliwie w stronę Kosteczki, która właśnie rozkosznie się przeciągała, odsłaniając cokolwiek urocze piersi.
- Dał mi - odrzekła obojętnie.
- Tylko tyle?! - nie posiadałem się z oburzenia. - To ma mi wystarczyć?!
- Przecież on, nie ty, jest moim mężem.
- Przecież, dziewczyno, to Babaon! - wrzeszczę, że aż budzi się dzieciak.
- Babaon?! - Gośka prycha. - To mój mąż, najzwyklejszy Jan Kosteczka, nie żaden Babaon.
- Masz ci los! - łapię się za głowę.
- Śniadanie gotowe! - dobiega nas z kuchni sympatyczny głos Mag, pewnej, że wybuchniemy zaraz entuzjazmem.
- Ani mi w głowie teraz śniadanie! - wrzeszczę zrozpaczony. - Wiedz to, Mag! Ani mi w głowie!
Waldek jednak od razu poklepuje mnie po plecach, mówi, że jak Polak głodny, to zły, więc chodźmy do tej kuchni, bo szkoda żeby wystygło. Ja jednak zatrzymuję się przy łóżeczku małego i przez dłuższy czas przyglądam się mu z natężeniem uwagi.
- Nie ma wątpliwości! Potomek Babaona! - mówię wreszcie i daję się pociągnąć Waldkowi, który asystował moim oględzinom z podziwu godną cierpliwością.
Na stole w kuchni: jajecznica, frytki, mleko. Mag podsuwa, my jemy.
- Naprawdę jesteś przekonany co do tego, że mąż Gosi i złoczyńczy Lingard to jedna i ta sama osoba? - pyta Waldek, przełykając.
- Najzupełniej! - mówię z przekonaniem i również przełykam.
- To w takim razie bardzo dobrze się stało, że stało się tak jak się stało - mówi Cielczyk. - Lingard vel Kosteczka wróci do domu (musi w końcu nakarmić małego), a my go wtedy, sam rozumiesz, po czym tortury dokonają reszty.
- Ale jak to możliwe, żeby Babaon własną żonę trzymał… w więzieniu?! W więzieniu, za które trzeba przecież uznać Drewnianą Twierdzę?! - dopiero teraz pojąłem, że z tym Babaonem i Gośką to coś się jednak nie zgadza.
Waldek po moich słowach milczy, a Mag wreszcie zaczęła jeść.
- Tym lepiej - mówi w końcu Waldek. - Będzie miał więcej do wyjaśniania.
Zdaje się, że niewierność w małżeństwie Babaona i Kosteczki to była rzecz obopólna, ponieważ sam wzmiankowałem, jak to ostatnia baraszkowała troszeńkę z Cielczykiem. Jednak wtedy jeszcze nie wiedziałem, że los sprawi, iż musi się ona okazać mężatką. W takim wszelako razie szok Małgosi spowodowany zdradą jej męża nie powinien może być aż tak drastyczny; w końcu, jak sobie pozwalamy, to i innym pozwólmy. Niemniej umówmy się drogi czytelniku, że powyżej nie było w fabule aż tak powalającego złamania strategii. Przyjaciołom wiele się wybacza, a przyjaciółmi czyż nie jesteśmy?
Gdy do kuchni wchodzi Gośka z synkiem, rozlega się dzwonek.
Nieruchomiejemy.
- Otwórz - poleca jej Waldek. - I zwab go do pokoju. Tak, żeby niczego nie podejrzewał.
Gośka milcząco na to się zgadza, a my zaczajamy się u drzwi kuchni, przy czym Mag zajmuje się chłopcem, ażeby przypadkiem tatusia nie ostrzegł.
- Kto tam? - dobiega nas śpiewny głos Gośki wśród odgłosów śpiesznie stawianych kroków. Słyszymy ponure „ja!” i drzwi są już otwarte, a Gośka zda się, że nie umie opanować szczęścia, które ją ogarnia „na sam widok, dawno tak nie widzianego, mężczyzny jej życia”
Babaon mrukliwie zbywa słowa żony, ale jest już w pokoju i do kuchni nie zaglądnął.
- Teraz! - szepce Waldek. Poniewczasie zauważam, że rolę dyrygenta w naszym zespole przejął ten rzekomy Indianin… O, nadejdzie chwila, gdy przywrócimy normalność!
Rzucamy się na niskiego zbira i w try miga go unieruchamiamy. Waldek wykręcił mu prawą, groźniejszą rękę, ja - nie pozwalam, by ruszył lewą.
- Co to ma znaczyć?! - stęka, rozglądając się kolejno na wszystkie strony. Ale pyta chyba Gośkę.
- To, że zaprowadzisz nas teraz do meliny na Dawnej 3! - mówię ostro. Zadrżał na dźwięk mojego głosu, i spojrzawszy dokładniej, natychmiast oczywiście mnie poznał.
- A, Męczysław Gęg! Kogo my widzimy!
Rzucił dokładne spojrzenie na Waldka.
- A to jest chyba… Ryczący Bawół! Niech ja skonam!
- Skonasz, skonasz - przemawia uspokajająco Waldek. - Niemniej przedtem zrobisz coś dla nas. Jak usłyszałeś, adres waszego gniazdka znamy. Teraz ty udostępnisz doń klucze.
- O, nie za duże wymagania? - jeszcze chwila, a pęknie ze śmiechu. Waldek jednak zwiększa stopień wykręcenia ręki tego mało chwilowo niebezpiecznego przestępcy, co sprawę załatwia od razu. Babaon rzuca tylko pogardliwe spojrzenie na Gośkę i daje się nam prowadzić jak niewiniątko.
Oczywiście na ulicy trochę ludzi to jednak już jest, więc dla niepoznaki udajemy pijaków, okropną interpretacją utworu Hemingłeja „Komu bije dzwon” zagłuszając jęki Babaona, który błaga przechodniów, żeby go uwolnili.
- Panie Janie, panie Janie, rano wstań! - śpiewamy.
- Pomocy! - wrzeszczy Babaon, lecz wrzask jego tonie w naszym chóralnym śpiewie:
- Wszystkie dzwony biją, wszystkie dzwony biją: bim, bam, bom!
Mag została u Gośki, bo jeszcze nie zdążyła zjeść śniadania. Poza tym musi przecież zająć się samą Gośką i jej szokiem, który że nadejdzie to więcej niż pewne, bo każdy by oszalał doczekawszy się podobnie smutnych rewelacji na łonie własnej rodziny.
Idziemy, śpiewamy, Babaon wyrywa się i wrzeszczy, ale jakoś żaden milicjant nas jeszcze nie zatrzymał, a przechodnie mają za dużo własnych spraw. Wchodzimy wreszcie na to podwórko, gdzie jeszcze szczęśliwie żadne babcie z wnukami nie zdążyły się rozlokować na kilku tutejszych ławeczkach, klombik-alpinarium stoi jak stał, walcowate pojemniki śmietnikowe podobnie. Zdaje się, że o tych ławkach i pojemnikach wtedy w nocy nie wspomniałem, ale one naprawdę są. Przepraszam za ten niegdysiejszy niedostatek informacji, ale wtedy było naprawdę ciemno, co niech mnie wytłumaczy.
- Prowadź! - nakazuje Babaonowi Cielczyk.
- Powieś się! - odpowiada Babaon i znowu zaczyna wrzeszczeć o pomoc.
Sytuacja staje się niewyraźna, jako że kilka już osób wyjrzało oknami.
Cielczyk daje znak i prowadzimy bandytę z powrotem do klatki, gdzie niestety wrzaski Babaona stają się jeszcze głośniejsze z powodu naturalnej akustyki tego miejsca. Wobec tego Waldek przyciska zbira do muru i zamyka mu buzię swoją szeroką grabą.
- Torturuj! - poleca mi, jako że obie ręce mam już wolne i cały w ogóle jestem wolny, gdyż Waldek jest silny i tego Babaona sam z łatwością przytrzyma.
- Wariant „R”, czy „K” - pytam lekko. Waldek chwyta w lot:
- Spróbuj najpierw z „R”. Nie będziemy na razie go kastrowali.
Babaon wybałusza ślipia, które stają się z tego przerażenia więcej niż okrągłe, i wydziela naraz tyle potu, że niedługo chyba zaistnieje potrzeba jeszcze silniejszego przytrzymania go, jako że śliskiemu łatwiej by się było wyśliznąć.
Widać, że niskas gorączkowo myśli nad tym, co może oznaczać owo tajemnicze „R”, który to problem niestety i mnie trapi.
- A więc rachujemy! - stwierdzam.
- Tak, tak, trzeba mu porachować tą jego ko… - skwapliwie zaczyna Waldek.
- Rachujemy mu zęby - wypowiadam z naciskiem - by sprawdzić, czy przypadkiem ma ich nie za dużo.
Babaon blednie, ale Waldek nie jest specjalnie zadowolony:
- To trzeba będzie mu otworzyć gębę. A wtedy on znowu zacznie wrzeszczeć.
- Spokojna głowa, chwycę go za język! - odpowiadam. - Jak będzie wrzeszczał z unieruchomionym językiem, to każdemu się wyda, że to wyje jakiś zepsuty kondensator, bo nie będzie mógł artykułować.
- Lepiej nie - mówi jednak Waldi. - Stłucz mu zwyczajnie mordę, a będę w odpowiedniej chwili usuwał rękę.
- Nie, Waldi - kręcę głową bez entuzjazmu. - To zbyt prostackie. Pójdę lepiej i przyniosę z klombiku jakiś kaktus.
Ale trzeba uważać, bo oto już schodzi pierwszy lokator. Waldek błyskawicznie przyciska się do bandyty i udaje, że go całuje, przy czym, że go ściska, nie musi wcale udawać. Momentalnie i ja przyłączam się do symulacji, eunuszo wyrzekając:
- Ach, podły, podły! Przyprowadziłem mu nowego atrakcyjnego kolegę, a czym mi się za to odpłaca? Niewdzięcznością! Zupełnie zapomniał, czym od wieków chlubi się Stowarzyszenie Pasjonatów Miłości Nieprodukcyjnej! Że chlubi się niespotykaną gdzie indziej solidarnością!
Kątem oka dostrzegam, że schodzący lokator jest staruszkiem o lasce, który widząc nas przystanął, a przystanąwszy zaraz poszedł, coś pod nosem niezrozumiale mrucząc. Nadstawiłem uszu:
- Pederaskie nasienie!… - usłyszałem z zadowoleniem. Tak więc jak na razie biorą nas, za kogo chcemy.
- Już lecę po kaktus! - z radości szczypię Waldka w ramię i lecę po ten kaktus aż się kurzy, choć wszystko wokół jak na złość zamieciono z pedanterią.
Żeby w alpinarium nie było kaktusa, to by była maleńka przesada, więc wracam po chwili ze wspaniałym okazem, na którym w dodatku siedzą dwie wspaniałe pszczoły. Z żądłami, możecie być spokojni.
Wracam, a tu niespodzianka: są już dziewczyny.
- Uwziął się - odpowiada Waldek na jakieś pytanie, którego z wiadomej przyczyny nie dane było mi słyszeć. - Ale odpowie, odpowie.
- Odpowie z pewnością - dodaję od siebie- gdy wepchniemy mu w odbyt ten oto kaktus i gdy zrobimy to przy was.
Babaon zielenieje i zaraz mruga oczami, że teraz to się zgadza.
Polecam Waldkowi, żeby natychmiast odetkał mu gębę, co też czyni.
- A więc - dyszy bandyta - zejdziecie do piwnic i odszukacie tam loszek numer 15a.
Wykonaliśmy taki ruch, jak byśmy już się zrywali. Babaon daje nam jednak znak, że to nie koniec.
- Ten loszek jest zamknięty - ciągnie Babaon - tylko na haczyk, który łatwo odegniecie przez szparę w drzwiach. W loszku znajdziecie masę rupieci, lecz nie zwracajcie na nie uwagi. Musieliśmy wypełnić go czymś, bo właśnie jako pusty byłby podejrzany, a raczej wywołałby zainteresowanie wielu lokatorów, skłonnych, jak wiadomo, lokować właśnie w lokalach piwnicznych zbywające im przedmioty. Istotny dla was będzie tylko mały biały plastikowy kwadracik, w środku którego widnieje czerwone kółeczko. Ten kwadracik jest wmontowany w ścianę loszku, po prawej jego stronie patrząc od drzwi. Wciśnięcie czerwonego kółeczka powoduje włączenie się czujnika, dzięki któremu zejście do naszego biura staje się zupełnie bezpieczne.
- Waszego… biura? - prawie że oniemiałem. - Coś kręcisz, Babaon. Stałem z dziewczynami niedaleko zejścia do piwnic, gdy weszli na podwórko Ziuta i Bombas. Oni zniknęli, n a p e w n o nie zaglądnąwszy do tego idiotycznego loszku ani razu!
- W sytuacji, gdy jest pewność, że nikt nie patrzy, zejście do biura praktykujemy z pominięciem elementów zabezpieczających. Jednak kiedy tej pewności nie ma, czujnik uruchamiamy, i on wtedy, dyskretnym sygnałem akustycznym, daje znak, że można podejść do włazu, lub milczy i jest to znak, że nie można.
- Nie widziałem na podwórku żadnego włazu, a zobaczyłbym, bo podwórko jest małe, choćby dzisiaj, kiedy jest już zupełnie widno - mówi Cielczyk, a Mag wspiera go, mówiąc, że „można chyba ufać sokolemu oku Indianina”.
- O to chodzi - tłumaczy Lingard - że podwórko jest małe, toteż pojemniki na śmiecie można postawić w zasadzie tylko w jednym miejscu. I zawsze tak jest, że właz jest pokryty przez denko jednego z tych pojemników.
- Jak ten pojemnik odsunięcie, to kto go potem przesunie na dawne miejsce! - wynajduję kolejną wątpliwość. - I w ogóle, jakbyście ze swego „biura” mieli potem wychodzić, to pojemnik ze śmieciami z hukiem musiałby się przewrócić.
- Jest tak - tłumaczy dalej Lingard Babaon - że właz nasz nie jest typowym włazem, który po prostu się odwala, a potem nasuwa. Unosi się on na słupkach, które wraz z nim unoszą i ten pojemnik w kształcie stojącego pionowo, długiego walca. Korzystając z tego wejścia nikt się nawet nie ubrudzi, bo pod włazem jest platforemka, która zjeżdża (lub wjeżdża) do naszego lokalu jak winda.
- Ale ten właz się unosi siłą mięśni? - rzuca pytanie krzepki Waldek.
- Wystarczy lekko pociągnąć za krawędź i samo idzie.
- No dziękujemy ci, Babaon - mówię, próbując być znowu szefem naszej grupy. - Swą opowieścią zasłużyłeś sobie na nagrodę: nie będziesz torturowany. Albo wiesz co? W ogóle cię zwolnimy. Tylko obiecaj, że na razie nie będziesz nam przeszkadzał, a potem mścił się na żonie, której dałeś potężny powód, by ci pograła trochę na nosie.
Lingard patrząc na kaktus, który nadal trzymam w dłoni, kiwa głową smutnie.
- Lingardzie, mniejsza już o zdradę łoża, ale jak mogłeś przez tyle dni trzymać mnie w uwięzieniu bez wygód!- wyrywa się Kosteczce.
- Gęg obiecał mi zwolnienie od tortur - mówi Babaon. - Trzymam go za słowo. Wiadomo, że Gosia jest psychologiem, więc siłą rzeczy specjalistką od tortur psychicznych…
- Dobrze, dobrze. Idź już! - mówi połowica okrutnego mężczyzny, gotowa wybaczyć mu wszystko, byle tylko dał jej wreszcie święty spokój. Ów zbój daje też zaraz spokój nie tylko jej, ale i nam, pozostałym. Odchodzi w nieokreślonym kierunku, natomiast my, stosując się do jego instrukcji, zjeżdżamy do biura „firmy” oczywiście kolejno.
Gdy znaleźliśmy się w ciemnej, oświetlonej tylko kopcącymi karbidówkami, sieni głównej kwatery Mahariada, Cielczyk wpierw kichnął i zaraz zaklął, że „ci kretyni nie mogli wymyśleć nic gorszego”. Ja próbuję łagodzić, bo czuję się nagle dziwnie odpowiedzialny za wszystkich występujących w mojej książce przestępców. Powód oczywiście jest prosty i wcale nie dziwny, bo mianowicie ten, że sama pisarska przyzwoitość wymaga, by (oczywiście pokonany w końcu) przestępca był raczej geniuszem.
Waldek od razu na to wyjeżdża ze swoimi „niedźwiadkami”, na które szkoda gadki, toteż, by nie wszczynać teraz absurdalnych awantur, proponuję, żebyśmy od razu przystąpili do akcji, na co wszyscy przystają z ochotą.
Podchodzimy do pierwszych drzwi. Dziewczyny jak to dziewczyny pchają się do jedynej dziurki od klucza, która niestety okazuje się być zatkana watą. Uciekamy się więc do metod radykalnych i otwieramy.
W średnio małym pokoju (o kubaturze znormalizowanych kontenerów) za zwykłym biurowym biurkiem siedzi jakaś starsza osoba płci przeciwnej tj. damskiej, i to jeszcze w okularach, nie mówiąc o koku.
- Przepraszamy - mówię bezczelnie - ale pani chyba nie jest babcią klo…
- Słucham? - nadstawia ucha z takim gestem ręki w dawnym stylu.
- Nie, nic. Szukamy toalety - mówię szybko i równie szybko wszyscy się wycofujemy.
Idziemy do kolejnych drzwi, których dziura też niestety jest nie do użytku. Waldek otwiera, ale ja pierwszy się wpycham. Pokój (identyczny jak poprzedni) jest jednak pusty. Przeszukujemy szybko szuflady biura, ale tylko ja ostatecznie biorę jakieś papiery, które wybrałem na chybił trafił.
Lecz oto i pokój następny. No, na razie drzwi. Otwieram ja, ale pierwszy wpycha się niestety Waldek.
- Przepraszamy, ale pan chyba nie jest dziad… - mówi on, ale urwał.
Pospiesznie wygrywam rywalizację z próbującymi zrobić to samo Gośką i Mag, i włażę. Pokój identyczny. Za biurkiem siedzi dwumetrowy atleta z miną goryla i żuje gumę. Siedzi za biurkiem, ale nogi ma na nim. Waldek już wprawdzie zdążył wyskoczyć z tym dziadkiem, ale udaje mi się szczęśliwie fakt ten sprowadzić do miary incydentalnej:
- Mojemu koledze chodziło o to, że nie jest pan jeszcze prawdopodobnie dziadkiem. Oczywiście, nie jest pan. Byliśmy właśnie zaproszeni tutaj przez pańskiego szefa, Haliasa Mahariada, który tą drogą - robię gest prezentujący mu naszą gromadkę - i pana zaprasza na spotkanie, panie Lajkoniku.
- Lokajniaku - poprawia marszcząc czoło. - Ale to dziwne, że szef mnie nie uprzedził.
- Może zapomniał.
Lokajniak krzywi gębę, jakby rozważał, czy to możliwe, lecz w końcu niewyraźnie konstatuje gwarą wiejską, że „któj go wie” i zabiera się z nami. Bez wahania prowadzimy do jedynych „nieodwiedzonych” jeszcze drzwi, co go trochę do nas przekonuje, bo już nie łypie tak strasznie białkami, jak łypał z samego początku.
Wchodzimy, a na biurowej sofie, istniejącej tu awaryjnie na wypadek konieczności nocnego dyżuru, leży z kieliszkiem w opuszczonej dłonie zalany w pestkę… Bombas de la Krepp! Odruchowo zwracamy się ku niewidocznemu od drzwi drugiemu kątowi. Na drugiej podobnej sofie śpi chrapiąc Mahariad, a siedząca na skrawku tego łóżka Ziuta usiłuje postawić mu na nosie opróżnioną butelkę po wiśniaku! Nie ulega wątpliwości, że też jest pijana, jako że widząc nas nie tylko nie wybucha złością, ale nawet zdaje się być zadowolona z naszej wizyty.
- Halku! - potrząsa Mahariadem. - Halku! Zobacz, kto przyszedł.
Po dłuższej chwili Mahariad podnosi powiekę, ale widząc nas na powrót się kładzie i mówi, żebyśmy mu na razie dali spać.
- Mahariadzie! - przemawiam z drżeniem. Aż mnie zatyka od tego pomysłu.
- Jeśli zrobisz ten wysiłek i już teraz wyjaśnisz nam, co masz do wyjaśnienia, wycofamy się całkowicie ze sprawy, a tym samym unikniecie…
Mahariad unosi się na łokciu, mrugając oczami.
- Słowo? - mówi.
- Słowo! - zapewniam gorliwie. - Nikomu o was nie powiemy.
Na takie dictum Mahariad zupełnie rześko zrywa się z łóżka i biegnie w jakiś kąt, co mnie niepotrzebnie dziwi, bo w tym kącie jest telefon.
- Pasjaszewska? Sporządzisz dokument, dyktuję: „My, niżej podpisani, oświadczamy, że z własnej woli i ochoty, nie będąc pod przymusem, ani tym bardziej sugestią, zobowiązujemy się dochować tajemnicy o istnieniu i działalności pana Haliasa Mahariada, kierownika spółdzielni „Polam”. Oczywiście data, miejsce i tak dalej… No w porządku.
Odłożywszy słuchawkę spojrzał na nas ten Mahariad prawie że z sympatią. Ale „Polam”? Powinno być wszystko jasne, a jest tak ciemne.
- Przepraszam, że zawrócę ci może głowę drobiazgiem, ale jeśli się nie przesłyszałem powiedziałeś, że jesteś szefem „Polamu”?
- „Połamu”- prostuje natychmiast Staszek. - W domyśle od „kości połam”. A teraz już podpisujcie.
Prawda: przyszła Pasjaszewska. Podejrzane, że tak szybko.
Podpisujemy, chociaż Waldek się trochę krzywi, że zadecydowałem za niego, nie spytawszy. Ale co tam. Innego wyjścia nie było.
Pasjaszewska w końcu odbiera nam ten długopis i wychodzi, a Staszek chrząknąwszy, a następnie wychrząkniętą flegmę przełknąwszy przestał stać i usiadł na fotelu, wygodnie się w nim rozpierając. Wskazał nam tylko pozostałe fotele i nie czekając, aż siądziemy, zaczął:
- Podstawowym obowiązkiem człowieka jest życie… Nie, nie pomyliłem się: właśnie to chciałem powiedzieć!... Bo przecież tylko po to, żeby żyć, podejmujemy wszystkie czynności, czynności szlachetne i mniej szlachetne: czynności, które zapewniają nam możność jedzenia, spania, wydalania i rozmnażania. W naszym wypadku, to jest Grupy Mahariada i Babaona, chodziło o coś nieco innego. Mieliśmy na myśli i na sercu sprawy bardziej wzniosłe, bardziej ogólne, nawet może bardziej zasadnicze…
- Czyli przeciwstawne życiu mordowanie - mruknąłem, ale na tyle cicho, że Uśkowski tego nie dosłyszał.
- Chcieliśmy bowiem zawiązać organizację! Organizację tajną i złowieszczą, choć przecież w dobrym sensie tych słów, organizację walki praktycznej i teoretycznej, organizację mającą na celu kontrolowanie poczynań ludzkości: pomoc jednostkom pozytywnym i likwidację jednostek spaczonych; zresztą: nie tylko jednostek. Postanowiliśmy podsuwać wszystkim rządzącym (przez anonimowe podsuwanie im specjalnych listów, przez skomplikowane działania psychologiczne, przez wymuszania i tak dalej, i tak dalej) optymalne posunięcia polityczne, gospodarcze i społeczne, gdyż znając gruntownie potrzeby naszego świata (a to z dzieł mojego ojca, także Haliasa) mieliśmy rzeczywiście rzetelne podstawy do tego, by jednocześnie sądzić, że te nasze działania przyniosą ludzkości i światu kolosalne (tak wymierne jak i niewymierne) korzyści - i się przy tym nie mylić…
- Dobrze, dobrze - przerwałem. - Ale przecież musiało to wszystko wymagać masy pieniędzy! Skąd mieliście brać taką masę pieniędzy?! Kto was finansował? Czy może ten sławny skok na bank…
- To wasza robota? To miałeś na myśli? - Mahariad szybko mi przerwał.
- Otóż nie. Zdecydowanie nie. Wprawdzie byłoby do przyjęcia pozbawiać majątku zdziwaczałych dziadków- milionerów, którzy przeważnie nie robią nic dobrego ze swoich pieniędzy, lecz przypadkiem zyskaliśmy lepszą… no może nie tyle nawet lepszą, co pewniejszą możliwość. Spotkaliśmy mianowicie zdolnego biologa, nazwiskiem Stolat, który wyhodował owe bakterie… Bakterie, które żywiąc się miedzią, wydalają złoto…
- Co?! Znacie biologa Stolata?! - wykrzyknęliśmy bardzo zdziwieni.
Przeczuwając już prawdę, począłem lustrować wzrokiem podłogę, gdyż przedmiot, o który wchodząc potknął się Cielczyk, przypomniał mi nagle… właśnie: wrzeciono! Wrzeciono z podziemnego wodnego szlaku! Zrobiłem dwa kroki…
- Oczywiście. Wrzeciono, które, Remodasie, trzymasz w ręku, umieściłem na wszelki wypadek w podziemnym strumieniu. Było ono tak zaprogramowane, że pływało wzdłuż całego strumienia, oczekując gości. W chwili, gdy dzięki fotokomórce was dostrzegło…
- To ty wiedziałeś! - wtrąciła z podziwem Gośka.
- Tak, wiedziałem - skromnie przyznał Mahariad- ale pozwólcie mi dokończyć. Więc w chwili, gdy wrzeciono was dostrzegło, został automatycznie włączony aparat nasłuchowy, stąd nie musicie bynajmniej opowiadać swoich przygód. Ale-ale! Nie zdziwiło was, że będąc w miejscu pozbawionym oświetlenia, dokładnie wszystko widzieliście?
- Jakoś nie zwróciliśmy na to uwagi - wymamrotałem zaskoczony.
Staszek uśmiechnął się do Gośki, przeszedł dwa kroki i wyrąbał:
- Najbardziej pogmatwane sprawy mają zawsze rozwiązanie najprostsze. Biolog Stolat oświetlił swój wodny korytarz od dołu, a że zrobił to dyskretnie… Umieścił na dnie strumienia całą masę słabo świecących lamp, które na tyle dobrze imitowały kamienie, że pułapka miała charakter dosyć, a może nawet nader, zachęcający.
- Pułapka? - jęknąłem.
Ale Staszek spojrzał na mnie tylko przelotnie, jeszcze raz chrząknął, po czym podjął, zupełnie nie zawracając sobie głowy moim pytaniem:
- Sprawa miała swój początek w zamierzchłej dawności, lecz o tym nieco już wiecie; dziś dowiecie się przede wszystkim tego, co bezpośrednio dotyczy was samych… A więc po pierwsze: Mag! Jak nazywa naszą piękną dziecinę kochany Remodas… Wiemy, że znaleziono ją, nieruchomo leżącą w mroku nieprzytulnej piwnicy, kilka pięter pod mieszkaniem Remodasa. Właśnie! Dlaczego Remodasa? - wyprzedził moje pytanie sam Mahariad. - Odpowiedź na to pytanie jest dziecinnie prosta. Obecna tu panna Magdalena nie zaprzeczy, że pewnego dnia, do jej mieszkania na pierwszym piętrze, wleciał mały papierowy samolocik, który w pierwszej chwili chciała podrzeć.
- Nie zaprzeczę - potwierdziła zdziwiona Mag.
- Ten samolocik następnie rozwinęła - ciągnął Staszek - wyprasowała żelazkiem i zorientowała się, że ma przed sobą list miłosny. Jednak myliła się sądząc, że Remodas ją kocha…
- Ach: tak?! - wykrztusiła poruszona Mag.
- …bowiem list napisaliśmy my, a to w tym celu, żeby wywabić ją z domu i na miejscu umówionego spotkania skrępować sznurami, gdyż dziewczyna jako pierwsza przeczytała moją powieść „Po co jest nóż”…
- Nie twoją, tylko moją! - wybuchnąłem.
- …naszą powieść „Po co jest nóż” i nią pierwszą należało się zająć, gdyż drugi jej mózg właśnie w tych dniach już miał się ujawnić.
- Oczywiście czytałam powieść Męczysa, lecz z pewnością nie jako pierwsza; pierwszy musiał czytać autor - Mag dobitnie zaakcentowała moją osobę, skromnie usuwając się na drugi plan.
- Czytałaś jako pierwsza, dziecino - Mahariad nie dał się wybić z uderzenia. - Nie powiedziałem przecież, że przeczytałaś jako pierwsza osoba, bo i nie to miałem na myśli. Przeczytałaś jednak naszą książkę jako pierwsza… kobieta! U dziewcząt wszystko dojrzewa prędzej, dlatego z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłem oczekiwać pierwszego w świecie drugiego mózgu nie w mojej głowie, nie w głowie naszego Remodasa, lecz właśnie w głowie panny Magdaleny Żabkowskiej!
- Oczekiwałeś drugiego mózgu siedząc w mojej głowie czy stojąc? - zauważyła podchwytliwie Mag.
- Może źle się wyraziłem… Oczekiwałem, że pierwszy drugi mózg świata pojawi się w głowie… a dalej to już dobrze.
- Mów dalej, bo zaśniemy.
- A więc mówię dalej, bo zaśniecie- powiedział machinalnie Mahariad.
- Mag jednak nie przyszła na umawiane spotkanie, co porządnie pokrzyżowało nam plany, które były zresztą zbyt optymistyczne. Nieco później dowiedzieliśmy się, że panna Magdalena wolała wybrać się gdzie indziej, a właściwie nie „gdzie indziej”, tylko wprost do samego mieszkania Remodasa, w liście bowiem było napisane, że Remodas cięgiem siedzi w domu, a życzy sobie spotkania pod tym dębem tylko ze względu na nią…
Staszek wytarł spocone czoło maleńką chusteczką i niewzruszenie ciągnął dalej:
- Jednak nasza panna Magdalena nie zdołała dojść do drzwi, za którymi mieszkał Remodas, ponieważ jeszcze na pierwszym piętrze, podczas gdy Remodas mieszka na drugim, zrobiło się jej niedobrze. Myślała, że zwymiotuje, a że najlepszym miejscem na wykonanie tej niezbyt efektownej czynności jest miejsce mroczne i odosobnione, zeszła do piwnicy, gdzie wkrótce gruntownie osłabła, by lec na wilgotnym klepisku i wyzionąć, jak to się mówi, ducha, czyli po prostu: drugi mózg. Wkrótce zjawił się przy niej śledzący ją Lartus, który powodowany uczuciami zawiści, zazdrości itp. próbował wbić nóż w serce nieprzytomnej, co udało się mu nie najlepiej, gdyż był przez cały czas atakowany przez drugi mózg panny Magdaleny. Nie mogąc wytrzymać owych napastliwych ataków, prysnął w podskokach, by następnie wrócić, lecz już dużo później. W międzyczasie ciało znalazł jeden taki, zupełnie przypadkowy gość…
- Nazwiskiem Grębski, mój kolega z dawnych lat - uzupełniłem.
- … by powiadomić o swym odkryciu naszego Remodasa, który tym sposobem został wciągnięty w tok akcji, i jeszcze jednego pana…
- Nazwiskiem Plotkarek. Jest to człowiek zupełnie postronny.
Staszek popatrzył na mnie z wyraźną przyjemnością, jakby chciał powiedzieć, że jestem świetnie zapowiadającym się kryminologiem, gdyż doskonale zapamiętuję wszystkie szczegóły i umiem w dwóch słowach określić daną osobę, co jest naprawdę ważne.
- Pan Plotkarek zawiadomił milicję, ta zaś odpowiedni szpital, przez co powiadomieni zostaliśmy i my, jako że w tego właśnie typu szpitalach mamy swych niezawodnych informatorów… swe, jak to się mówi: wtyczki.
- Wśród personelu lekarskiego? - spytałem lekko.
- Wśród pacjentów oczywiście - powiedział Uśkowski, odchylając z godnością głowę do tyłu. - Mając potrzebną informację, bez trudu zawędrowaliśmy na miejsce, na miejsce…
- Domniemanej zbrodni - dokończył za niego Krepp.
- Właśnie: na miejsce domniemanej zbrodni. Panna Magdalena została przez nas porwana, a następnie odstawiona do Jeziorka, gdzie czyhał już Lartus. Myślę, że dalsze perypetie Mag już znacie?
- Znamy! - odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.
- Więc tyle o Mag - zawyrokował Mahariad. - Teraz przejdziemy do osoby naszego kochanego Remodasa…
- On nam już wszystko opowiedział! Nie mógł wytrzymać! On strasznie lubi się chwalić! Miń, Mahariadzie, jego osobę! - towarzysze moich przygód, co przyjąłem ze zdumieniem, zdawali się nie rozumieć z taką konsekwencją wcielanej przeze mnie w życie idei sympatycznego blagiera.
Mahariad uniósł rękę, a gdy uciszyło się na tyle, że mówiąc, słyszał siebie, krótko wyjaśnił:
- Przynajmniej dwie sprawy musimy wyświetlić.
Wszyscy uciszyli się zupełnie.
- Pierwsza z tych dwu spraw dotyczy tajemniczego świstka, który znalazł nasz kochany Remodas w swej obszernej kieszeni spodniowej. Otóż świstek ten miał uświadomić mu, że…
- Wszystkie rybki śpią w jeziorze! - dokończyłem z entuzjazmem.
Staszek zdjął na chwilę okulary, co mu się zdarzało tylko wtedy, gdy bardzo intensywnie myślał, lecz - właśnie! - o czym mógł myśleć?
- O to chodzi, że nie, a właściwie tak, lecz niezupełnie… - usiłował znaleźć najwłaściwsze określenie dla swoich myśli Mahariad. - Tak, lecz niezupełnie. Wsadziliśmy ci w kieszeń ten świstek…
- Nie tylko jemu - mruknęła Mag.
- Owszem. Podobno świstki z tego samego względu otrzymali również panna Żabkowska i pan Ryczący Bawół. A wzgląd ten podyktowała nam psychologia…
- Chcieliście nas uspokoić metaforą? - stęknąłem, gdyż metafory, jak wiadomo, służą czemuś wręcz przeciwnemu.
- Nie. Chcieliśmy, byście zająwszy się odczytywaniem tego szyfru, nie za szybko zaczęli myśleć o ucieczce czy w skrajnym wypadku o buncie.
- Szyfru? - podchwyciłem. - Czy w takim banalnym zdaniu może się kryć jakikolwiek szyfr?!
- Tak, tylko trzeba trochę pomyśleć - odrzekł Staszek z odcieniem zawahania.
- No to wyjaśnij! - wrzasnąłem niemal, bo muszę wam się przyznać, że znalazłszy świstek wziąłem pod uwagę i to, ale żadnego szyfru nie wykryłem.
- Najpierw trzeba było ustawić kolejność wyrazów- zaczął Uśkowski - a to przez ustawienie ich według ilości liter w każdym danym wyrazie. Czyli: w, śpią, rybki, jeziorze, wszystkie. Teraz pozostało tylko przepisać z każdego kolejnego wyrazu litery skrajne i otrzymać słowo „wśąrijewe”, co w języku jednego z afrykańskich plemion znaczy: „spokojnie”. Ot i wszystko.
- Szalenie łatwe to było do odgadnięcia - powiedział z przekąsem Ryczący.
- Bardzo proste - odparł z emfazą Staszek - jeśli dodam, że tym afrykańskim plemieniem, w języku którego „wśąrijewe” znaczy spokojnie, jest plemię Złotych Noży.
- Dobra, dalej! - nawoływaliśmy pełni zniecierpliwienia.
- Jak więc widzicie, przewidujemy wszystkie możliwości, liczymy się z najbardziej nieprawdopodobnymi przypadkami i zaryzykuję nawet twierdzenie, że to właśnie stanowi o naszej wielkości, a nie tam jakieś sprawy skali naszych działań czy zasięgu. Tak, właśnie to stanowi o naszej wielkości!
Uśkowski wypuścił z nozdrzy chmurę dymu i chwilę siedząc w zupełnym znieruchomieniu, patrzył przed siebie jak łowca sensacji, co postrzegł naraz sens na jej przedprożu.
- Przewidzieliśmy nawet to, że więźniowie Drewnianej Twierdzy mogą uciec i, że skoro mogą uciec, to powinni uciec… z jednego więzienia do drugiego! W tym celu umieściliśmy na szczycie góry znajdującej się nieopodal Twierdzy bardzo mocny głośnik uruchamiany uderzeniem piorunu… Głośnik ten po uderzeniu piorunem, nadawał zbliżony brzmieniem do gromu tekst, który to tekst miał powodować u uciekinierów wzmożoną aktywność poszukiwawczą.
Milczałem zdruzgotany. Słowa mojej bogini okazały się być zwykłą sztuczką techniczną przebiegłych gangsterów…
- W ten sposób Remodas, który z pewnością zna wspaniały wiersz- uśmiechnął się Staszek - swego ulubionego poety, Cypriana Kamila Norwida, gdzie mówi się: „Bóg przemówił, a oni ci rzeką: Zagrzmiało!”, znalazł tajemne wejście do pieczary, później zamaskowany kominek i kolejne wejście: wejście do podziemnego wodnego szlaku, który był, jest, i będzie zwykłą pułapką, gdyż prąd strumienia zmuszał, zmusza i będzie zmuszał do płynięcia w lewo, to jest do jaskini Stolata, skąd jedyne wyjście prowadzi do zagrody Lartusa, będącej pod naszą kontrolą. Jak już kiedyś powiedziałem, umieściliśmy w strumieniu wrzeciono, które świetnie wywiązało się ze swego zadania, bezbłędnie doprowadzając Remodasa do samej studni Lartusowej zagrody. To by było tyle o Remodasie.
- Nie! - powiedziałem. - Jeszcze wyjaśnij, dlaczego darowaliście mi życie wtedy w zagrodzie! Przypomnij sobie: przyszedł Babaon i coś ci wszepnął w ucho, po czym powiedziałeś, że jestem wolny.
- O naszej wspaniałomyślności zadecydowało to, że uzyskaliśmy korzystny dla ciebie wynik z komputera…
- No, widzicie! - zwróciłem się do Waldka, Gośki i Mag. - Nie jestem jednak zupełnie niczego niewart!
- Wynikało z niego, że należysz do ludzi wyjątkowo niegroźnych…
- Km, km - zakasłałem; mój śmiech urwał się raptownie jak nigdy.
Zapanowała chwila kłopotliwej ciszy, bowiem Mahariad zgubił najprawdopodobniej wątek, a my wszyscy w dodatku zaczęliśmy odczuwać już lekkie znużenie.
- A teraz pomówimy - podjął po tej kłopotliwej chwili Uśkowski - o naszym kochanym Waldemarze Cielczyku…
- Zaraz, zaraz - przerwałem mówcy. - Jednej rzeczy jeszcze nie rozumiem: skąd mogliście wiedzieć, że uruchamiający głośnik piorun uderzy właśnie w chwili, gdy my będziemy uciekać?
- Burza też była sztuczna - zdawkowo wytłumaczył Uśkowski. - A więc Waldemar nasz podał się nam za członka szczepu Milczące Bizony, Ryczącego Bawoła, czemu w szalonej atmosferze maskowego balu, miejsca naszego pierwszego spotkania, niestety zawierzyliśmy bez zastrzeżenia. Waldek oszukał nas dogłębnie. Wykorzystawszy swą umiejętność brzucho-mówienia oraz swoich niebagatelnych umiejętności aktorskich, spowodował, że wzięliśmy go za prawdziwego posiadacza drugiego mózgu i niemniej prawdziwego Indianina, co znowu porządnie nami zamieszało, co znowu pokrzyżowało nam szyki i sprawiło, że działalność nasza poczęła się chylić ku upadkowi. Jednak nasz kochany Aliged Lartus, który nie wiadomo skąd dowiedział się, kto czytał, czyta czy przeczyta moją… naszą książkę „Po co jest nóż”, wykonał nóż także dla Ryczącego, co jest rzeczą dla mnie niezrozumiałą, bo chyba przyznasz, Waldku, że żadnego drugiego mózgu nigdy nie miałeś?
Staszek zwrócił swe oczy ku oczom Ryczącego i spokojnie czekał na odpowiedź.
- Niestety - westchnął Waldek - nawet żadnego, nie mówiąc już o drugim. To znaczy…
- Tak więc sprawę naszego kochanego Waldemara mamy już z głowy, jeśli oczywiście przyjmiemy, że do tej pory mieliśmy ją na głowie - Mahariad mówił mętnie, jednak nikt nigdy nie mógł mu zarzucić, że przeczy sobie czy błądzi. - Wobec tego jakże oczywistego faktu, możemy przejść do ostatniej osoby, która nam została… Do osoby jakże bliskiej naszemu sercu i naszemu oku - tu Mahariad rzucił pożądliwe spojrzenie w kierunku Gośki, której policzki natychmiast zabarwiły się na czerwono - do osoby naszej kochanej, choć nieco upartej… do osoby naszej kochanej Małgosi! - to ostatnie słowo Mahariad niemal wykrzyknął.
- Tylko zbyt długo się nade mną nie rozczulaj - ostrzegła Gośka. - To mogłoby być dla ciebie niebezpieczne.
Wszyscy się swobodnie zaśmiali (oprócz śpiącego na sofie Kreppa), Mahariad kilka razy westchnął mamrocząc coś pod nosem, po czy znowu zaczął mówić, tym razem jakby do siebie:
- Moja kochana Małgosia swego drugiego mózgu nigdy nie miała i mieć nie będzie. Gdy spotkałem ją po raz pierwszy, gdy spotkałem ją po raz drugi i trzeci… za każdym razem odczuwałem większą… większą ilość… miło… miło odczuwalnego uczucia zwanego…
- Miłością - podsunęła Gosia z pogardą.
- Właśnie nią - pokiwał głową Staszek. - Postanowiłem więc Gosię porwać i zrobiłem to, by odwiedzając ją w więzieniu przynosić jej prezenty coraz to cenniejsze, by w końcu przynieść jej w prezencie siebie samego, z całym moim intelektem, z całym mim pełnym namiętności ciałem…
Staszek urwał i byłby załkał, gdyby jakaś myśl nagle go nie ożywiła:
- Doszliśmy wreszcie do jednej z dziwniejszych spraw całej historii. Pomyślcie tylko: w Drewnianej Twierdzy przebywaliście bez mała dwa tygodnie, w czym około tygodnia Mag i Remodas leżeli bez przytomności, gdy nasz kochany Waldemar i nasza z pewnością - pokręcił głową z przekonaniem - nie mniej kochana Małgorzata dwa tygodnie, całe dwa tygodnie, żyli nie jedząc!
- Rzeczywiście. To dziwne.
- Nie masz racji, Remodasie: to nie jest dziwne! A raczej jest dziwne tylko dla nieświadomych, co do tego, że pobieraliście pokarm, który unosił się w powietrzu Drewnianej Twierdzy i był przeznaczony nie dla was, w każdym razie: nie tylko dla was…
- Nie dla nas, a więc dla kogo? - spytała Mag.
- Dla naszych kochanych drugich mózgów - odpowiedziałem za Mahariada, naśladując jego sposób mówienia.
- Tak jest - powiedział prostodusznie Mahariad.
- Domyślałem się tego - powiedział Waldek, który wielu rzeczy się domyślał, gdy wszystko było już jasne.
- Pokarm ten - podjął Staszek - unosił się w powietrzu, a przyjmowaliście go zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, gdyż nie posiadał dostrzegalnego smaku…
- Żywiliśmy się powietrzem - mruknął Ryczący. - To rzeczywiście niebywałe.
- Nie powietrzem - zaprzeczył z uśmiechem Uśkowski - lecz odkrytym przez naszego kochanego biologa Stolata niewidzialnym organicznym związkiem Ozonu i, o ile pamiętam, Neonu.
Staszek z wyraźną niechęcią umilkł, by za chwilę cicho przyznać, że to już niestety wszystko, co ma do powiedzenia.
- Jest jeszcze przynajmniej jedno bardzo, ale to bardzo zasadnicze pytanie…
- Jakie, Męczi? - Mahariad usiłował zgadnąć: - Może skąd znamy biologa Stolata?
- Nie. To pytanie nie jest tak bardzo zasadnicze. Moje pytanie ma znaczenie szersze i obejmuje całą masę osób, w tym ciebie.
Jednak nie musiałem zadawać swego pytania. Staszek w lot zrozumiał, że chcę pytać o wszystkie pozostałe drugie mózgi, w tym jego własny, więc bez chwili wahania odparł:
- Mój drugi mózg straciłem w bardzo niejasny sposób i właściwie nie mogę powiedzieć nic ponad to, że straciłem go w nocy. Wieczorem zasnąłem mówiąc „dobranoc, mózgu!” i rano obudziłem się bez mózgu. Jakie to proste! - rozrzewnił się Mahariad. - Wieczorem mówisz „dobranoc”, a rano mózgu już nie masz!
- A inne? - spytałem.
- Pozostałe drugie mózgi już z pewnością po części zaistniały, lecz zostawimy je w spokoju. I tak po jakimś czasie zginą, gdyż żaden posiadacz nie wpadnie na pomysł, że trzeba je nakarmić. A pokarm dla drugich mózgów mamy tylko my. To by było już naprawdę chyba wszystko- Mahariad trochę się ubezpieczał na wszelki wypadek. I słusznie.
- Jak jednak Babaon, twój poważny współpracownik, zgodził się na to, że uwięziłeś i podrywałeś jego własną żonę? - rzuciłem pozornie lekko.
- Żonę?! - stęknął czerniawy człowieczek zwany Mahariadem. - Przecież Gośka nazywa się Kosteczka, a Babaon…
- Babaon nazywa się Kosteczkiem - mówiłem dokładnie, kiwając głową.
- Niemożliwe! Co za papiery tam trzymasz?! - rzucił się na mnie zdenerwowany szef gangu i wyrwał mi z rąk papiery, które wybrałem losowo z porozrzucanego ich mnóstwa na biurku w pustym gabinecie, którą to scenę szczegółowo opisałem na jednej stronie, o ile pamiętam.
Mahariad dorwawszy się wyrwanych mi papierów, wertował je czas jakiś, aż poukładawszy zamarł i w wielkim podnieceniu począł czytać:
- „Szanowny panie Babaon. Swoją robotę wykonałem uczciwie. Noże zupełnie się nie różnią od noża, który dał mi pan na wzór. Starannie wyryłem to dziwne nazwisko Aliged Lartus oraz to drugie: Ryczący Bawół. Niech pan się zgłasza po odbiór z moimi pieniążkami, co nikomu nie wyjdzie na złe. Podpisano: licencjonowany złotnik i grawer, Merkurjusz Zaremba.”
Nic nie mówiąc, w miarę możności nie zdradzając się nawet ze swymi uczuciami wziął Mahariad następny papier…
- Czytam. „Drogi pani Maliński! Nie wiem, skąd pan czerpie tak cenne dla mnie informacje, lecz dziękuję panu. Pańska lista osób, które przeczytały powieść szarlatana Mahariada „Po co jest nóż”, zaczyna pozytywnie się sprawdzać. Myślę, że i moja informacja o biologu Stolacie na coś się panu przydała. Łączę wyrazy szacunku. Podpisano: Aliged Lartus.”
Zapadła cisza.
- A więc Babaon nie podał Lartusowi swego prawdziwego nazwiska - odezwała się w końcu Mag.
- To zrozumiałe - odparł dziwnie oschle Uśkowski. - Chciał uniknąć szantażu.
- A z tego listu wynika - strzepnął Uśkowski po jeszcze jakimś innym papierze - że niejaki Goldhand dokonał przeróbki karabinu Lartusa, zabójczego dla drugich mózgów… No tak- pokiwał głową Staszek - żeby działał bezgłośnie. Od tej chwili wszystko jest jasne, kochani. Babaon mi zazdrościł. Podrywałem jego żonę, to jest Gośkę…
- No! - powiedziała Gośka, jakby chciała przez to powiedzieć, że Babaon akurat tego to na pewno Mahariadowi nie zazdrościł, a nawet sam mu ją podsunął, chcąc uzyskać więcej swobody w wiadomej dziedzinie.
- … miałem zawsze lepsze pomysły: nasi podwładni chętniej słuchali mnie niż jego… Dlatego Babaon wybrał podstępną taktykę i usiłował zamieszać mi w głowie. Podrzucił do skrzyni Lartusa dwa mylne noże, psuł szyki naszej organizacji, wreszcie: pozbawił mnie mego drugiego mózgu, który niestety nie potrafił się oprzeć zabójczym niewidzialnym kulom Lartusowego karabinu, prawdopodobnie wykradzionemu przez Babaona Lartusowi, nim na pewno niejaki Goldhand go usprawnił. To wszystko, drodzy wy moi ciekawscy.
- To jest wszystko jednak nie całkiem, drogi Haliasie- olśniło mnie w ostatniej, rzec można by chwili, gdy już zupełnie poważnie zamiarowałem przystąpić do wypowiedzenia zamykającego całość mojej (jeśli Mahariad był jej współautorem, to obok niego musiałbym tych, będących w jej obrębie wymyślatorami zaledwie pojedynczych poszczególnych zdań, namnożyć do pokaźnej liczby kilkunastu) powieści - zaklęcia, paru okrągłych zdań, wieńczących dzieło.
Tu i ówdzie podejrzewano mnie o „maskowaną pewnie tylko przez wstręt do wszelkiej krzykliwości, a zwłaszcza krzykliwej jednoznaczności”, skłonność do eleganckich niedopowiedzeń. Przecież jednak nie chciałem pozostawiać niedopowiedzenia tam, gdzie o dopowiedzenie aż się prosiło.
- Mahariadzie! - prawie wykrzyknąłem. - To jest zrozumiałe, że chcąc pozytywnie wpłynąć na przebieg dziejów, nierzadko zagubionej, a często cierpiącej na brak spełnianych pomysłów ludzkości, wolałeś uniknąć pójścia banalną drogą osiągnięcia legalnej władzy nad światem, by z tej pozycji dyktować mu, co ma robić. Jako sekretarz generalny O.N.Z, miałbyś na głowie tyle spraw, że nie mogłoby być mowy o myśleniu. Stworzyłeś więc tajną organizację, mającą po twojej myśli korygować decyzje polityków, natchnienia artystów, priorytety naukowców. Ale jak do tego miałyby się mieć porwania i osadzania w Drewnianej Twierdzy osobników posiadających drugie mózgi?
- To chyba oczywiste, że dla mojej organizacji musiałem pozyskać kadry. Że mieli się na nie składać posiadacze i posiadaczki drugich mózgów, których dobór podyktowała mi moja niezawodna intuicja, dowodzi iż, jako konsekwentny autor mogłem się tylko w całości mylić, albo w całości trafić. I wiele wskazuje na to, że w całości trafiłem - skwitował Uśkowski. - Niewątpliwie to należy jeszcze dodać, że posiadanie drugiego mózgu miało być rodzajem organizacyjnej legitymacji, a także uzbrojenia. Ten osobliwy byt miałby się stać przynajmniej na jakiś czas ziszczeniem marzenia (doprawdy nie tylko teologów!) o realnym danej osoby aniele stróżu. Co dalej. Otóż to, że nie mogłem wiedzieć, iż niekorzystny zbieg okoliczności sprawi, że już same zaczątki kadr, czyli wy, a także sam wierzchołek władzy, którą dzieliłem pół na pół z niezdolnym, jak się okazało, do rozsądnego życiowego masochizmu Babaonem-Kosteczką, ogarnie zarzewie generalnego buntu. I tak to z firmy, mającej misternie kierunkować chaotycznie pączkujący żywioł intelektualny mieszkańców tej opłakanej planety, otrzymaliśmy nic nie znaczącą firemkę.
- Ale zemsta będzie tym słodsza, im kwaśniejsze miny mamy przed nią! - poderwał się Uśkowski po chwili zadumy.
Już zasypiałem. Ze swej strony bynajmniej nie myślałem o zemście. Rozbiłem w proch i pył szajkę nieobliczalnych wywrotowców, więc zapewne to teraz na mnie i na moich przyjaciołach jej były szef będzie się próbował odgrywać. Podpisałem dokument, że nie roszczę sobie pretensji do zadośćuczynienia za poczynione zło z rąk ludzi Mahariada i Babaona, a z ich samych - zamysłu. Zło to, co prawda, w postaci wciągnięcia mnie i moich przyjaciół w krąg niebezpiecznych dla nas machinacyj, w dodatku bez namiastkowego choćby pytania nas o zgodę, w rozrachunku generalnym miało przynieść ludzkiemu światu uwolnienie go od bezsensu nieskoordynowanych ambicyjek polityków, nieukierunkowania prac artystów (nie umiejących często podać nawet prostej definicji podstawowej kategorii artyzmu, jaką jest piękno) czy braku orientacji naukowców- specjalistów (innych dziś nie ma!) o miejscu ich specjalności w całościowym gmachu nauki tudzież czemu ich praca ma służyć (bo chyba nie przeszkadzać i szkodzić?). Ale wiadomo, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Za cenę poznania prawdy o bandzie Mahariada i Babaona- zgodziłem się zdjąć z niej odium inicjatywy przestępczej, więc odtąd pozostanie bezkarna. Jeśli pisnę o niej słowem, Uśkowski, pokazując wiadomy dokument, wpakuje mnie do więzienia. (Wprawdzie chcę mą powieść opublikować, lecz przecież czyjej jak czyjej, ale Waszej dyskrecji to mogę być pewien!). Tak wiele ryzykując, powinienem więc do końca wykorzystać swoje aktywa w zawartej umowie! O czym jeszcze chcę wiedzieć, by mieć pewność, że moja powieść „Po co jest nóż” to skończone dziełko? A właśnie: po co jest nóż! To nawet szczęśliwy zbieg okoliczności, że to intrygujące pytanie wspomina się w samym finale zatytułowanej nim powieści - zaklęcia! Przecież odpowiedzi na nie tutaj ciągle nie udzielono! Spomiędzy opadających sennie ku podcieniom oczu powiek, popatruję na zgrzytającego zębami współszefa firmy Połam. Przemyśliwuje o zemście. O ileż ona słodsza niż winiak, skoro samo jej przeczuwanie zdołało niepocieszonego Uśkowskiego vel Mahariada wybić z pijackiego amoku! Cóż. Też i mnie z nadbiegłej nie wiedzieć skąd senności oczyściły - w porę zaalarmowane skrupuły. Mam przecież obowiązki wobec siebie. A jak wobec siebie, to i wobec swoich prac. Jeśli silnym akcentem, który usunie ze świadomości zainteresowanych to jakże często gdzie indziej spotykane poczucie uczestniczenia w czymś mętnym i niedookreślonym, nie zwieńczę, mającego wszak skończyć się już niebawem, tekstu, to pozostanie on jak gotowy do użycia pistolet, któremu zapomniano domontować… cyngiel. Towar, w którym nagromadzono całą masę przeróżnych skarbów, ale zapomniano dołączyć doń decydujący o jego użyteczności drobiazg, będzie wart – powiedzmy - 50 groszy. Tymczasem, jeśli istniejący brak uzupełnimy, wartość naszej produkcji wzrośnie do kwoty - kto wie, czy nie nawet pięćdziesięciu tysięcy złotych! Znamionująca mieszkańców kraju lekkomyślność polega między innymi na czynieniu gestów, które są nieopłacalne. Tej tradycji i ja ulegałem wielokroć. Tym niemniej, tradycje pozostają żywe tylko wówczas, gdy je się kontynuuje. W toku kontynuacji zaś może dochodzić do zmian nie tylko takich, co to tylko pogłębiają bezsens. Tłumaczę się z tego, że nie chcę spartaczyć roboty; do czegóż to dochodzi… Kieruję spojrzenie na moich przyjaciół i mam wrażenie, że z ich twarzy przebija, z trudem zwalczania, chęć zadania Mahariadowi właśnie tego jednego - jedynego pytania.
Uprzedzę ich.
- Mahariadzie, a co do tego wszystkiego miały by mieć owe sławetne noże o złotych ostrzach i rękojeściach z rogu jelenia?? Takich aż 300?
Osobnik, który wplątał nas w tę sensacyjną, a więc chyba siłą rzeczy kryminalną rozgrywkę, po usłyszeniu mego pytania jakby odtajał:
- Obawiałem się tego pytania.
Wydaliśmy chóralny, to jest jednoczesny i złożony z dźwięków o różnych wartościach tonicznych, jęk zawodu.
- Jednak nie dlatego, że nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Boję się tylko, jak moją odpowiedź przyjmiecie. Bo dotąd wszystko, co zdecydowałem się wam wyznać, miało jednoznaczny wydźwięk moralny: firma Połam, jakkolwiek ze zrozumiałych względów (takich jak tajność czy sprawa podatków, które gdybyśmy mieli płacić, z miejsca stalibyśmy się bankrutami) musiała sięgać do środków i metod ściśle przestępczych, to przecież za cel strategiczny stawiała sobie szczęśliwość, źle symulowanej do działań przez nieudolne, pozostające poza naszym kręgiem elity, ludzkości.
- A czy nie było tak, że dzięki złotu Stolata, podatki nie powinny być dla was problemem? - zauważyłem.
- O to chodzi, że już samo otrzymywanie w swojej hodowli owego cennego kruszcu Stolat przeprowadzał bez prawnej legalizacji - tłumaczy Uśkowski. - Mogliśmy płacić tym złotem jedynie temu kontrahentowi, który nie wchodził w to, skąd ten środek płatniczy mamy. Gdyby zaś swoją metodę otrzymywania złota z miedzi nasz biolog opatentował, to rynki finansowe globu popadły by w ciężką i długotrwałą zapaść. Jako z pozoru złoczyńcy, lecz faktycznie dobroczyńcy ogółu mieszkańców Ziemi, oczywiście nie chcieliśmy tej katastrofy powodować.
- Woleliście swoje złoto przeznaczyć - przemówił domyślnie Ryczący - na wykucie zeń owych trzystu noży o rękojeściach z rogu jelenia?
- Właśnie, Staszku! - wkroczyłem natychmiast, by była jasność co do tego, kto w mojej powieści jest powołany zadawać pytania. - Nie chce mi się wierzyć, żeby na trzonki dla owych trzystu niebezpiecznych narzędzi wystarczyło jedno jelenie poroże, na jakie, wędrując w poszukiwaniu natchnienia leśnymi ustroniami, mogliście przypadkowo się natknąć!
Uśkowski objął mnie spojrzeniem tego rodzaju, jakby chciał powiedzieć, że tak oto sprawiłem mu przykrość. Wycedził przez zęby:
- Po kolei. Otóż celem zaprowadzenia twórczego ładu (co zaznaczam z naciskiem, ponieważ znamy też ład martwy; właściwy, że przytoczę tu przykład niestety banalny, dobrze utrzymanym cmentarzom) w rozwichrzonym chaotycznie światku sprzecznych tendencyj ludzkiej poznawczości, kreatywności, decyzyjności, musiałem wypracować takiego docelowego ładu model teoretyczny. Było to tym trudniejsze, że aspirujący dotychczas do nadania światu piętna własnej osobowości indywidualiści chcieli tylko ten świat, jakkolwiek po swojemu, n a p r a w i a ć, zupełne tak, jakby był on z natury dobry, a jedynie uległ zepsuciu, zapewne na skutek wadliwego rozumienia i później traktowania jego jakoby odwiecznych a bezbłędnych praw. Tymczasem ja twierdziłem i twierdzę, że nie było w dziejach okresu, chociażby parodniowego, ku któremu warto by nawracać, mając w nim bazę i wzór dla naszej wyśnionej przyszłości. Wobec tego nie chciałem niczego naprawiać, natomiast wszystko pragnąłem stworzyć na nowo.
- W czym nie miałeś poprzedników- wyrwało się Mag.
- Właśnie! - uśmiechnął się smutnie Staszek.
- O!- na to ironicznie skrzywiłem się ja. - Rewolucje i rewolty, przy pomocy doprawdy nie tylko rewolwerów, już nie jeden raz wywracały panujący tu i ówdzie porządek do góry nogami! A z pomocą złota, tyle że ulokowanego nie w ostrzach noży, do podobnego celu, jak zamiarowałeś ty, od lat używają masoni.
- Jestem przygotowany na ten zarzut - raptownie wyprostował kark Mahariad. Z takim ożywieniem, jakby dopiero teraz dotknięto tematu, który dotyczy go osobiście. - Wszelkie ruchy społeczne, prowadzone z konieczności przez zwykle niezdolnych do myślenia koncepcyjnego „ludzi czynu”, czy działania tajnych organizacyj, próbujących wywrzeć określony wpływ na przebieg światowych wydarzeń czy procesów, z a w s z e nawiązywały i nawiązują do sytuacyj znanych z historii dokonanej, podczas gdy ja od takiej historii p r o g r a m o w o abstrahowałem. Historia dokonana, będą ca dla wielu natchnieniem i nauczycielem, dla mnie nie miała znaczenia i była bez wartości. Obficie za to czerpałem z abstrakcji. Oto i różnica pomiędzy mną a całą resztą.
- Bez mocnego osadzenia w rzeczywistości chciałeś korygować jej bieg? - kręcę głową, pewien, że coś tu jest nie tak. Staszek natychmiast wymierzył we mnie wskazujący palec:
- Pominąwszy już to, że każda wiedza jest to balast, który w niewielu tylko swoich rodzajach stabilizuje naszą umysłowość, to czy sądzisz, że poznawanie wielu milionów błędnych zachowań dałoby mi choć krztynę większe szanse na stworzenie bezbłędnej koncepcji niż czysta niewiedza? Historia ludzkości to błąd popełniany za błędem, żadnego materiału pozytywnego…
Uśkowski machinalnie próbował sobie dolać do kielicha z pustej butelki. Gdy zauważył pomyłkę, wymamrotał pod nosem niesłyszalne przekleństwo.
Usadowieni w gabinecie Mahariada na tym, na czym się dało, dokładaliśmy wszelkich starań, by z, następujących po naszych pytaniach, jego krótkich tyrad nie uronić ni drobiny istotnej informacji. Po latach być może będziemy bowiem o swojej rozgrywce z tym wybitnym bandytą opowiadać swoim wnukom, o ile takich doczekamy.
- Okazuje się poniewczasie, - wkroczyła z ironicznym podziwem w intonacji Gośka Kosteczka - że dotąd nie znałam cię, Staszku, od twojej najpiękniejszej strony. Ale czy, chcąc na nowo stworzyć świat, nie wszedłbyś zbyt agresywnie, by to uznać za bezpieczne dla ciebie, w kompetencje… Boga? Podobnymi ambicjami nie legitymuje się przecież nawet Jego tradycyjny przeciwnik, Szatan.
Zabrzmiało to jadowicie i Uśkowski niewątpliwie musiał teraz odciąć się czymś równie deprymującym. Musiał, o ile mu się nie uśmiechało trwać ze spuszczoną głową. Lgniemy do uczestnictwa we wspólnocie, ponieważ samotność zbyt wyniszcza. Kiedy jesteśmy już razem, zachodzi zaraz niestety konieczność ataków i obronnych rewanżów, jako że jedynie dzięki nim zaistniewa kontakt, będący przecież wspólnoty istotą. Kto nie znajduje spełnienia w takiej grze, alienuje się na powrót. Mam poważne dane sądzić, że Mahariad alienować się ani myślał.
- Jestem dla was jak profesor - zaczął niewinnie- Wy dla mnie, w tym ty, droga Małgorzato, jak uczniowie. Nie jest uczeń od pouczeń! - uderzył tak siarczyście, że wszyscy pewnie byśmy się poprzewracali, gdyby zwyczaj brania na serio słów wypowiadanych przez autorytety był nam właściwy.
- Dobrze, profesorze - próbowałem rzecz zbagatelizować. - Że cechuje cię mądrość, wiemy. Tym niemniej w twoim wykładzie nadal brakuje wyświetlenia kwestii naczelnej, co przecież, i to dość już dawno, ci sygnalizowano.
Uśkowski sposępniał. Jak mędrzec, któremu wstyd się przyznać, że nie wie o co chodzi, mimo że dano mu do zrozumienia, iż jest to temat, który jak nikt inny w szerokim kręgu sfer znać powinien.
- Aha! Po co jest nóż!… - wypowiedział wreszcie z ulgą i przywołanym automatycznie uśmieszkiem rozbawienia, jak zaniedbaniem czegoś aż tak oczywistego mógł być skompromitowany. - Cóż, moi milusińscy. Chcąc zaangażować się w przedsięwzięcie tak złożone i tak ryzykowne, nie mogłem poprzestać na zarysowaniu samej ogólnej idei. Co łatwo odgadniecie, musiałem perfekcyjnie dopracować także każdy szczegół. A to po to, by w fazie realizacji nie być narażonym na przykre niespodzianki. Było tu powiedziane, że w moim dziele nie miałem poprzedników. Nie miałem jednak o tyle, o ile twoim poprzednikiem nie jest twój własny ojciec. Moje zadanie było ułatwione dzięki temu więc, że dysponowałem odnalezionymi pewnego wieczora pismami mego ojca, który tak jak i ja zwał się Haliasem Mahariadem i który tak jak ja uwierzył w zasadność i potrzebę stworzenia świata na nowo poprzez dokonanie w nim drobnych, aczkolwiek decydujących, korekt. Stąd, że moją ideę powziąłem, jeszcze zanim natknąłem się na pisma ojca, wysnułem wniosek, że nad tą pewną równoległością naszych dążeń musiała trzymać rękę po prostu Opatrzność. Tego świadomość skłoniła mnie oczywiście do tym usilniejszych działań.
- Opatrzność? A nie geny? - znowu kij w szprychy próbowała włożyć Małgorzata.
- A czy jedno tutaj przeszkadza drugiemu? - łatwo obronił się Staszek.
- Czy odnalezienie pism Mahariada – seniora - wkroczyłem, ponieważ wszystko chciałem mieć wyłożone dokumentnie - poszło ci gładko? Nie wiązało się z koniecznością wejścia w kłopotliwe koneksje? Śmiertelne niebezpieczeństwa?
- Uśkowscy jest to nazwisko moich rodziców przybranych. Zorientowałem się co do tego, gdy wędrując między grobowcami na jednym z cmentarzy, dostrzegłem fotografię w elipsie doczepioną do ścianki z nazwiskiem „Halias Mahariad”, która to fotografia wyobrażała mężczyznę tak uderzająco podobnego do mnie, że nie mogło być mowy o pomyłce. A pisma ojca odnalazłem, tknięty przeczuciem, że mogą być zakopane w glebie kwietnika, zajmującego centrum powierzchni prostokąta, który tworzył grobowiec.
- Nie przegniły tam? - spytała, wyjątkowo złośliwa wobec Mahariada, Kosteczka.
- Zwinięte w gruby rulon, pisma mego ojca zachowały się w hermetycznie zamkniętym termosie na kawę… Ale oczywiście bez kawy! - Halias zapobiegł w porę kolejnej złośliwostce Goski. List w termosie. To lepiej niż w butelce.
- Tak, tak. Proszę dalej! - mruknąłem, odnotowałem w pamięci ten kolejny, dość osobliwy szczegół. Staszek łypnął tylko okiem, zgorszony, że traktuję go jak śledczy. Nie było jednak czasu, by zważać na byle drobiazg, choć niby w powieściach kryminalnych o „poznaniu prawdy” decydują właśnie drobiazgi. W mojej powieści chodziło wszelako o prawdę innego typu niż to jest oczekiwane od autorów „kryminałów” pospolitych. Nie chcę się wywyższać, ale, mimo tej niechęci, muszę wszak wskazać mniej domyślnemu czytelnikowi, że przebiegając spojrzeniem po równych, jak i gdzie indziej, rządkach liter, ma tu do czynienia z próbą wyjścia poza schemat, w jakim światowa powieść sensacyjna ugrzęzła już dawno i to prawdopodobnie z tego powodu, że żaden z jej klasyków nie dostrzegł, jakie słowo układa się z pierwszych liter wyrazu „sensacja”. „Sens”. Prawda, że to nieoczekiwane?
- W pismach ojca - Kontynuował Uśkowski - znalazłem wskazanie, które pokrywało się i z moimi przemyśleniami, że samodzielnie trzeba wypracowywać teorię i sprawować wodzostwo, ale działać praktycznie należy w grupie. Najlepiej trzystuosobowej. A w grupie, jak to w grupie, wiemy, że dochodzi do rozłamów, do zdrad. Już próbowałem to powiedzieć, aleście mnie rozproszyli: nasze plany i w ich imię przedsiębrane wdrożenia były na wskroś etyczne. I niech mi nikt tutaj nie mówi, że moją koncepcję etyczności musiałem wziąć skądś, a to niby z prac, osadzonych w historycznej rzeczywistości, etyków! Potrzebę określenia zasad międzyludzkiego współżycia, a w tym z konieczności i współzwalczania się w sposób godny człowieka myślącego, wysnułem sam! W przeciwieństwie do, mających świadomość instynktowną, zwierząt, ludzie mają świadomość wolną; zdolni do postępowań wyobraźniowych, nie muszą bazować na tym, czego „rzeczywiście” doznali. „Dlatego też- rozumowałem - prawa ludzkie powinna wyznaczać wykładnia w tym inna niż wykładnia praw zwierzęcych, że, w przeciwieństwie do tej drugiej, ograniczona tylko koniecznością stosowania się do praw logiki, tyle że wyższego stopnia aniżeli ten, który swoim poziomem obejmuje jedynie część, ponad którym można widzieć wyłącznie „prawo cudu”. To, co piękne, wzbudza zachwyt, który jednych paraliżuje, natomiast drugich - porywa. Piękne są te rzeźby, które powstały w toku pięknych zachowań rzeźbiarza wobec tworzywa. Tworzywo, w którym mamy rzeźbić, jest nam dane. Niemniej pozostaje w gestii najściślej naszej, co z niego wyrzeźbimy.
- Że wam nie wyszło, o tym całkiem już zapomniałeś - przyciąłem z lekka. - A przecież, skoro tak pewien jesteś słuszności swej koncepcji, to ona powinna cię ponieść sama.
- Co możesz nam zarzucić - rzekł Staszek, tak jakby stwierdzał, że nic. Jakby to nie było pytanie. Nie widziałem potrzeby ukrywać.
- Przemoc! - rzuciłem krótko. Uśkowski spojrzał na mnie z ostentacyjną wyrozumiałością, należną zdolnym zrozumieć prawdy wyłożone tylko jak krowie na miedzy debilom:
- Każdy, kto ma do zrobienia jakikolwiek ruch mający mieć znaczenie, jest zmuszony do wtargnięcia na teren zajęty przez innego lub innych. Przeforsowywanie swojej woli wbrew woli innego czy innych stanowi więc zasadę historii, o ile powiemy, że jest ona aktem doprowadzonym do końca, a więc do fazy udokumentowanego faktu. Przemoc, jak zapewne ty chciałbyś ją widzieć, jest zapewnieniem sobie zwycięstwa bez aktywnego boju. Romantycznie jest, będąc chuchrem, toczyć boje z osiłkami. Ryzykanci, nie rachując sił własnych ani przeciwniczych, kiedy ruszają na wroga, zdają się na los. ”Nasze racje są równoważne; o tym, kto przetrwa, niech zadecyduje fizyczna łomotanina” - stwierdzają zgodnie. Co jednak ma zrobić człowiek pewny wyższości swych racji? Narażać się na porażkę w tak zwanym „równym” boju przeciwko takim, którzy, ewentualnie zwyciężywszy, nie zaoferują światu żadnej koncepcji? W takim przypadku użycie podstępu jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
- Czyli owe noże, jednym z których omal mnie zabito, były podstępem? - z potoku słów Uśkowskiego próbowała coś zrozumieć Mag Żabkowska. Staszek westchnął:
- Powieść-zaklęcie, o której autorstwo spiera się ze mną tak dzielnie obecny tutaj Męczysław Gęg, wywiązało w swych czytelnikach, potrzebne nam do wiadomo czego, drugie mózgi. Przyszłych czytelników tej powieści, jeszcze zresztą przed odbiciem jej na powielaczu w nakładzie trzystu egzemplarzy, wybraliśmy spośród grona znanych nam stąd czy zowąd młodych sensownych ludzi płci obojga, po czym dyskretnie tę powieść im podsunęliśmy. Wiedzieliśmy od samego początku, że sam „poród” drugiego mózgu będzie dla każdego swego posiadacza bolesny i bardzo go osłabi, bo i to też wiązało się z naszym planem. Kupiliśmy otóż zawczasu samochód typu kombi z odpowiednimi emblematami i w placówce medycznego pogotowia ratunkowego umieściliśmy swego informatora. Było bowiem pewne, że osoby, będące przy tym z pozoru umierającym, a w istocie rodzącym drugi mózg, kandydacie na naszego agenta, zawezwą pogotowie. Karetkę prawdziwego pogotowia uprzedzaliśmy i, odpowiednio przebrani, braliśmy na pokład swojego wozu ciebie, ciebie, ciebie - wskazywał Uśkowski - i w końcu ciebie, Męczysławie, by powieźć was do ukrytego w najdzikszym zakątku kraju ośrodka, gdzie zamierzaliśmy was szkolić.
Słuchając opowieści Mahariada, zachodziłem w głowę, jak to mogło się stać, że, zarzekając się dosyć przecież już dawno, iż wszystko, co nas ciekawi, zostało już przez niego powiedziane, dopiero teraz, zainspirowany naszymi sugestiami, mówi jeśli nie najciekawsze, to w każdym razie najważniejsze.
- Drewniana Twierdza już nie istnieje - szepnąłem prawie niesłyszalnie, w strachu, że wieść ta dla mojego starego dobrego druha będzie ciosem, po którym on już się nie podniesie. - Spłonęła wkrótce potem, jak Ryczący zaprószył niechcący ogień.
- Jeszcze to! - Mahariad prawie załkał.
- W swojej powieści m u s i a ł e ś - Waldemar Cielczyk z przyganą w tonie na tym właśnie, podanym w tekście rozstrzelonym drukiem słowie - w najlepszym świetle przedstawić siebie, wszystkimi niezręcznościami za to obarczając przyjaciół!
- Możliwe - zbyłem zarzuty brzuchomówcy. - Gdzie jak gdzie, ale tutaj wolno mi było nie być masochistą. Jednak, Staszku- większą część mojej uwagi zajmował nadal główny prelegent-, wciąż nie wiemy, jaka jest odpowiedź na pytanie postawione w tytule powieści. Skoro jej autorstwo przypisujesz sobie, tę odpowiedź powinieneś znać wszak jak nikt inny!
- Próbowałem to wyjaśnić już chyba 3 razy.
- Spróbuj po raz czwarty, może tym razem się uda - zakwiliłem.
Uśkowski zaczerpnął, z pozostających w gabinecie takiego resztek, spory łyk świeżego powietrza. Widać było, że, nagabywany o tę kwestię, nie przeżywa chwil szczególnie uszczęśliwiających. Z kwaśną miną zaczął:
- Wiadomo, że, rozpocząwszy naszą działalność, wkroczyliśmy na wojenną ścieżkę z całym zewnętrznym światem. Tym niemniej i wewnątrz naszej organizacji mogły przecież zaistnieć tendencje, które poczuwający się do tożsamości z grupą członek (a co dopiero jej szef!) winien zwalczać. I tak na przykład, znużonemu szarzyzną swojej pozycji w gangu agentowi podstawowego szczebla mogło strzelić do łba, że operacja przejęcia władzy w firmie to pomysł godny realizacji. A to równało by się najniechybniej upadkowi tego związku wolnych ludzi, gdzie każdy ma wyraźnie określone swe własne miejsce. Jakże często bowiem bywa tak, że autor przewrotu ma moc własną, potrzebnej w przywództwie kreatywności, patrzy bezkrytycznie.
- Każdy przywódca uważa, że pełniona przezeń funkcja jest zbyt trudna do sprawowania, by oddawać ją komukolwiek innemu. Nie powiesz, że w twoim przypadku było inaczej- wtrąciłem. Uśkowski minął moje słowa, jak wytrawny piechur mija podróżny głaz.
- Stawialiśmy na ideowość naszych pracowników - ciągnął. - Ale też i przekonany ideowiec, czy to dla innych idei, czy też zwyczajnie zwątpiwszy, od wpojonych mu przekonań może odstąpić. Ponadto nasza inicjatywa od swoich realizatorów wymagała ogromu pracy, co także skłania do buntu. Wszystkie nasze posunięcia, jakkolwiek sprzeczne z obowiązującym w kraju prawem, były dotychczas zgodne z moją miarą dopuszczalności. Porywaliśmy ludzi, skazywaliśmy ich na cierpienie „rodzenia” drugich, krnąbrnych mózgów, osadzaliśmy w miejscu bez wygód. Ale i to wszystko, i to, że po skompletowaniu składu mieliśmy was indoktrynować, nie stanowiło okropności typu tortury czy zabójstwa!
Mahariad otarł usta chusteczką, po czym podjął:
- Tym niemniej zepsucie w gangu, gdyby do takiego doszło, musieliśmy likwidować. I tu wynikła trudność: każde z was posiadł, chroniącego was niestety także w przypadku zdrady, neutralnego obrońcę.
- Był nim drugi mózg - wtrąciłem dla porządku.
- Tak jest. Biolog Stolat, który okazał się być także dobrym kowalem, sporządził dla was owe 300 noży, przestrzegając nas przy przekazywaniu nam tego sprzętu, że sprawa użycia go nie będzie aż tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Ewentualnego zdrajcę trzeba bowiem będzie przebić koniecznie tym nożem, spośród owych trzystu, na którego ostrzu widnieje wygrawerowane nazwisko lub pseudonim tego łotra. W razie pomylenia noży, narzędzie egzekucji nie będzie skutkowało.
- Ale dlaczego… - próbowałem rzucić wątpliwość.
- Wiem, o co chcecie pytać- nie dał mi dokończyć Mahariad. - I zaraz wytłumaczę. Wytłumaczę, raczej przedstawię wytłumaczenie, jakie w tej sprawie podał nam nasz genialny biolog. Otóż Stolat przy przyjmowaniu zamówienia wymógł na nas, czego zrazu nie rozumieliśmy, byśmy w małych, odpowiednio oznakowanych flakonikach dostarczyli mu malutkie szmateczki, z pomocą których dokonano tak zwanego wymazu genetycznego z policzków wszystkich owych trzystu naszych przyszłych agentów. Przeprowadzenie owych wymazów to była operacja stosunkowo prosta i niekłopotliwa, toteż nie zaprotestowaliśmy przeciwko tej nieszkodliwej, jak sądziliśmy, fanaberii wybitnego naukowca i dokonaliśmy jej, jak chciał. Później okazało się, że owe wymazy to była rzecz zasadnicza. Dzięki swoim drugim mózgom kandydaci na naszych agentów byliby nie do zlikwidowania, gdyby, ukryty w trzonku danego noża, wymaz nie dezorientował.
- Drugi mózg miał być zdezorientowany - wytłumaczyłem sobie głośno - ponieważ wtedy nie mógłby uznać noża za ciało obce.
- Otóż to! - skinął głową Uśkowski. Zbierałem te wszystkie realistyczne szczegóły oczywiście po to, by być wiarygodnym. Wprowadzenie czytelnika w przyjazną aurę, z jaką poszedłby później w życie, było celem i sensem mego, tak oto startującego, pisarstwa, lecz przecież chciałem uzyskać efekt nie drogą użycia środków irracjonalnych. Z początku, jak w każdej powieści kryminalnej, stawiałem obserwatora mojej kreacji wobec faktów niejasnych i zastanawiających, by w końcu dowieść mu, że to kłębowisko fałszywych ścieżek i mylnych tropów posiada jednak proste i trafiające do przekonania rozwiązanie. Amator lekkiej rozrywki podświadomie uzna wtedy, że podobnie stać się może i z jego zagmatwanym (zna ktoś inne?) życiem, co sprawi, że i inaczej nie spojrzy, ponieważ zawsze wyżej cenimy to, o czym już wiemy, że mamy tu do czynienia bynajmniej nie z wiodącą donikąd robotą głupiego.
- Pragnę też - ciągnął współszef firmy Połam -, żebyście wiedzieli, skąd Stolat miał poroża na rękojeści do wiadomych noży. Otóż, wędrując lasami w celu odbudowania i wzmocnienia mej nadwątlonej miejskim trybem życia psychofizyczności, ja sam natknąłem się przypadkowo na stertę sześciu okazałych poroży jelenich. Co by nie mówić o zniewalającej mocy przeznaczenia, w przypadku każdorazowo da się wyczytać, zdatny do wykorzystania, podszept losu. Poszedłem za jego wskazaniem. Bo i to trzonki, a nie ostrza, noży przeznaczonych…dla was - Uśkowski vel Mahariad skulił się najwyraźniej pod naszymi spojrzeniami - zrodziły we mnie ten jedyny w całej historii nieco zbyt śmiały pomysł. Bo uważam, że wszystko inne było pomyślane, jak trzeba. Zresztą, gdyby doszło do szkoleń, sami byście uznali, że gra jest warta świeczki, więc te taktyczne zabójstwa pozostały by dla was groźbą nie mającą potrzeby urzeczywistnienia.
- Tak czy inaczej, chciałeś nas zabić - stwierdził Cielczyk, jakby to, pewnie że istotne, odkrycie dopiero teraz należało poczynić.
- Tylko wówczas, gdybyście wykazali niesubordynację - z gestem trudnym do opisania dystansował się gospodarz gabinetu.
- Wobec takich niesfornych agentów - strzeliła mi myśl -, zamiast mordować, mogliście zastosować chociażby psychoterapię!
- Brałem to pod uwagę, ale brakowało nam psychologa.
Wobec tak poważnego argumentu wypadało nam tylko zamilknąć. W niemiłosiernie przedłużającą się bezgłośność niespodziewanie uderzyła żona Babaona-Kosteczki, Małgorzata:
- Magistrem psychologii jestem chociażby ja.
Osłupieliśmy wszyscy, zaś najbardziej, czemu trudno się dziwić, oczywiście sam Uśkowski, który tak oto wyszedł na durnia, zwłaszcza że, jak długotrwały adorator Gośki, powinien o niej wiedzieć najwięcej. Tym razem milczenie było przytłaczające już nie do wytrzymania. Moderował je tylko basowy odgłos chrapania de la Kreppa i sopranowy- jego przyjaciółki. Z jakże strasznymi opowieściami musieli ci prości pracownicy Mahariada mieć do czynienia na co dzień, skoro zasnęli przy tak przerażającej! Przerażające było nie tyle to, że w naszej - wydawałoby się - zgranej grupie ujawniła się raptem członkini posiadająca - o zgrozo! - wyższe wykształcenie. Bardziej przerażała nas uderzająca świadomość, że każde z nas tak niezauważalnie (tyle razy!) ocierało się o śmierć - bez zaaplikowanej uprzednio posługi psychologicznej, podczas gdy nieświadomy niczego psycholog był przecież wśród nas i - co więcej - sam mógł zginąć. Przełamując nieznośne milczenie, wypowiedziałem zdanie strasznie banalne, które w tym kontekście zabrzmiało jednak jak głos z innego świata. Było ono o tyle jeszcze szczególne, że miało stać się ostatnim zdaniem mojej powieści- zaklęcia wypowiedzianym głośno:
- Nie będziemy cię, Staszku, więcej niepokoić.
To powiedziawszy, dałem moim podkomendnym znak, że będziemy się już ewakuować. Uśkowski ten mój znak przyjął jak pozostali - też powstając. Potem podchodził kolejno do każdego z nas i, powstrzymując obrzydzenie podawał rękę do uściśnięcia.
Wychodziliśmy bez słowa, co z przekrojem powieści, której najsilniejszą stroną, jak miało się okazać, pozostawały dialogi, licowało średnio. Ale przecież, wyjąwszy może zagadkowość postaci Aligeda Lartusa, wszystko w mojej powieści-zaklęciu zostało dopowiedziane już wcześniej. Poza kadrem Mahariad zresztą wyznał mi, że to „przez tego wieśniaka, Aligeda Lartusa, upadek firmy Połam stał się faktem”. Wmieszał się w jej wewnętrzne układy drogą wolnego strzelca, który nie pyta, kogo zabić i po co, tylko: „ile mi za to zapłacisz?”. Tak, jeszcze pozostaje Babaon, który jak na razie jest nieuchwytny. Jednak Mahariad bez cienia żenady przyznał mi się, że Lartusowi ukręcono łeb na jego sugestię. „Choć przecież zwykle nie zabija się ot, tak!” - tu strzelenie palcami. To byśmy więc mieli już odfajkowane. A co do ostatniej kwestii, jaką trzeba podjąć, to nie przesadzę, gdy powiem, że do niedawna spędzała mi ona sen z oczu. Niewiedza autora o motywacjach bohatera jego powieści jest sytuacją zawstydzającą. Lecz przecież człowiek, a pisarz szczęściem jest nim, ma prawo nie rozumieć nawet i samego siebie. Ale czym tłumaczyć banalność ostatecznej konkluzji, mającej być czymś najważniejszym z samej natury rzeczy? Skoro w tytule zapytano „po co jest nóż”, to coś miało to chyba obiecywać? Jakąś - nieprawdaż? - niespodziankę? Tymczasem ostatecznie „dowiadujemy się”, że nóż służy do zabijania. Więc natomiast ludzie, szukający życiowych natchnień w książkach, są z zasady pacyfistami. Odbywa się wprawdzie walka pomiędzy jednymi a drugimi, lecz jest to zmaganie szczególne. „Co zrobić z mordercami? Wymordować ich!” - powie militarysta. Przekonanie mordującego mordercę, że sam mordercą nie jest, natomiast niby uosabia tylko tak zwaną „karzącą rękę sprawiedliwości”, wywodzi się z tradycyjnej definicji tej ostatniej, gdzie wyrok nieomylnego, sądu - za dobre nagradza, natomiast za złe karze. W myśl tak uformowanego prawa (co zgodne ze słusznym prawem albowiem, to sprawiedliwe), godny potępienia jest ten, kto jako pierwszy dopuścił się agresji, natomiast sprawiedliwa jest wojna obronna. Ale. Ale wojna obronna prowadzona tą samą bronią co broń napastników! Więc broniący się mieczem przez napastnikiem, używającym do swojej zwierzęcej pracy tego samego narzędzia, popełnia błąd logiczny, ponieważ czyniąc tak, przyznaje, iż najskuteczniejszym narzędziem walki o słuszność danej sprawy jest wynalazek jego przeciwnika. Przyznając słuszność przeciwnikowi, już więc przegrał. Czemu ludzie zabijają innych ludzi? Przecież wydaje się, że jedyny rozsądny motyw takich działań pozostaje udziałem kanibali? Otóż ludzie nie lubią się męczyć, jak kogoś pobiją lub zabiją, odczuwają ulgę. Gdy zmaga się na światopoglądy dwóch filozofów, ten z nich, który zaczyna przegrywać i coraz bardziej męczy się wynajdywaniem argumentów na rzecz swojej koncepcji, sięga często po środek pozaintelektualny. By posłużyć terminologią sportową, pozwala sobie na zagranie faul. Ale czy taka zagrywka służy sztuce? I czy nie zaświadcza o słabości intelektualnej gracza? No tak, tak jest w przypadku napastników, a jak z obrońcami? Zabijają, ażeby ich nie zabito. A jak z tą męką. Stwarzanie jest robotą meczącą, niemniej przynosi wyniki wiekopomne. Zabijając filozofa, który ściga się z tobą, ażeby jako pierwszy dotrzeć do jądra frapującej was obu zagadki, nie spowodujesz rozwikłania tego problemu. Ponieważ on nie zniknie ze zniknięciem tego konkurenta. Przez chwilę będziesz czuł ulgę, że na swojej ścieżce jesteś bezpieczny, bo nikt nie wyrwie ci tutaj wytęsknionego łupu. Ale sukces łatwiej osiągniesz, gdy masz konkurenta, niż wtedy, gdy nikt nie zmusza cię do maksymalnego wysiłku. Tutaj rzecz będę już finalizował. Koncept mojej powieści jest mianowicie w tym, że przed nożem doskonale chroni mózg - zwłaszcza ten, zawisający gdzieś o krok przed czy nad tobą, który warto wydzielić z siebie po zachłyśnięciu się niepowtórzonym i niepowtarzalnym komunikatem jedynej w swoim rodzaju powieści-zaklęcia. Z kolei zaś mózg, nie ponaglany nożem, byłby jak pańszczyźniany chłop, którego nie dozoruje surowe spojrzenie dziedzica. Ten drugi mózg będzie rozbawiał, zajmował, przynudzał- z powodów łatwych do odgadnięcia- intensywniej i uparciej niż wspomnienie zasłyszanej piosenki, innej przestudiowanej powieści, przeglądanego albumu z reprodukcjami rozpalających zastygłe zmysły aktorów. Kiedy zaś czytelnik uzmysłowi sobie, że sceny z życia Mag Żabkowskiej, Aligeda Lartusa czy Haliasa Mahariada zbyt już obsesyjnie, żeby to uznać za rozsądne, nawracają w jego snach i nazbyt ostentacyjnie, żeby to uznać za normalne, przywołują skojarzenia z jego sprawami osobistymi, niech będzie spokojny. Tak miało i ma być. To zaplanował bowiem osobnik o nazwisku Męczysław Gęg. Który - do podziału ze swymi najlepszymi przyjaciółmi - posiadł teraz wprawdzie niebezpieczne, bo będące bogactwem zbyt jednoznacznym, złoto, lecz który bardziej jeszcze niż posiadaniem sporej porcji tego metalu cieszy się pozyskaniem kąta w mocniej, dzięki swemu trudowi, ale też i spokojniej bijącym sercu Dobrego Czytelnika. Po co jest nóż! Pa!
--- KONIEC POWIEŚCI---