POŻEGNANIE MARKA SŁYKA

(14 LISTOPADA1953 – 3 KWIETNIA 2019)

fragment mini eseju Marii Jentys-Borelowskiej                                                                 

O śmierci Marka Słyka, jednego z ważniejszych (i niezwyklejszych) debiutantów lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, dowiedziałam się zbyt późno, aby być przy Nim, kiedy wyruszał w swoją ostatnią i bezpowrotną podróż, na spotkanie z Największą − być może, bo któż to wie − Przygodą. Dopiero miesiąc po pogrzebie zadzwoniła do mnie siostra Marka, pani Małgorzata Grabowska z domu Słyk, aby powiedzieć mi o tym smutnym fakcie i…podziękować za wszystkie dobre słowa, które Pisarzowi, a ściśle Jego książkom poświęciłam.

W jednej chwili Marek stanął mi przed oczami jak żywy, choć nie widziałam go od lat co najmniej trzydziestu. Wysoki, szczupły, nerwowy, szalony dwudziestosiedmiolatek o sympatycznej, myślącej twarzy, z ciemną czupryną niesfornych włosów, błyskotliwy, dowcipny, ujmująco bezpośredni i przyjazny, słowem Ktoś, Kogo nie sposób nie polubić. Polubiłam więc Marka z miejsca, zwłaszcza że książka, którą zaoferował „mojej” Redakcji Debiutów Literackich, urzekła mnie i setnie ubawiła. Była to powieść W barszczu przygód, pierwsza część „trylogii zupnej”, jak ją nazwał któryś z recenzentów. Przyniósł ją autor do „Iskier” w roku 1979, a już rok później pojawiła się na rynku księgarskim w szacie dość skromnej wprawdzie, za to z rysunkami Franciszka Maśluszczaka. Od razu rzucili się na nią krytycy, niewątpliwie sprowokowani entuzjastycznymi wypowiedziami Henryka Berezy o dwu utworach młodego prozaika „czytanych w maszynopisie”: o młodzieńczej powieści fantastyczno-kryminalnej Po co jest nóż oraz o W Barszczu przygód. Jedni rzucili się powodowani naturalną ludzką ciekawością, inni – równie, niestety, naturalną ludzką zazdrością, złością, bezsilną wściekłością. Wokół debiutanta i jego protektora zawrzało. Ale czy można się temu dziwić skoro Henryk Bereza pisał:

„Nazwisko autora Po co jest nóż (1974) tkwiło mi w pamięci przez lata, do lektury powieści W barszczu przygód zabrałem się ze szczególną skwapliwością i ciekawością, nie spodziewałem się jednak, że czeka mnie przygoda lekturowa aż tak niezrównana. Przeczytać w maszynopisie zupełnie nieznanego polskiego autora utwór o cechach narracyjnej doskonałości, przeżyć w lekturze maszynopisowej jedną z najświetniejszych przygód literacko-intelektualnych, to w mojej sytuacji czytającego męczennika niemal łaska losu[…]

[…] Narrator W barszczu przygód nazywa siebie najczęściej poszukiwaczem przygód, jest wszakże czymś więcej, jest przygód kreatorem, ponieważ świat, o którym opowiada, jest bogatszy w przygody niż świat rzeczywisty, świat rzeczywisty wyżęło się tu z bezprzygodowości, jak wypraną koszulę wyżyma się z wody, bezprzygodową czasoprzestrzeń oddzielono tu od czasoprzestrzeni przygód, zostawiono tylko tę ostatnią, spreparowano tylko jej koncentrat, wypreparowano jej tworzywo – wewnętrzny język wyobraźni i myśli i zewnętrzny język mowy i pisma – w taki sposób, że stało się ono mistrzowskim narzędziem przygód wyobraźni i myśli w języku polskim, którym się tak włada, jak nim nie władano od bardzo dawna.”

Młody pisarz stał się celem ataków, które burzyły jego i tak chwiejną równowagę psychiczną. Na pozór dobrze „uzbrojony”, po mistrzowsku władający ironią i autoironią, kpiną i fantazją, był w istocie nadwrażliwy , a więc bezbronny. […]

Tak się złożyło, że przygotowywałam do druku trzy jego powieści − trzy najosobliwsze ze znanych mi literackich „zup” − prócz W barszczu przygód także W rosole powikłań (1982) i W krupniku rozstrzygnięć (1986). W dwutygodniku społeczno-kulturalnym „Sycyna” opublikowałam esej O nowe wartości w literaturze, w którym po raz pierwszy wypowiedziałam się na temat pisarstwa mojego ulubionego „kuchmistrza”. Nazwałam go tam między innymi szalonym wojownikiem prawdy wyobraźni, jej przewrotnym i przebiegłym tropicielem, niezmordowanym poszukiwaczem i kreatorem, nieobliczalnym żonglerem, prześmiewcą, kpiarzem i szydercą, gotowym wleźć gdzie diabeł nie może, byle zbadać niezmierzone możliwości tej najogromniejszej z prawd. A zakończyłam mój króciutki esej następująco:

„Prawda wyobraźni! Z jaką mocą owładnęła umysłem niespełna dwudziestoletniego pisarza, skoro zaczął przenosić na papier wszystko, co od niej pochodziło, wierząc święcie, że tworzy świat bez granic, wszechświat zgoła, w którym chciane jest możliwe, ludzkie nie jest, nie może być obce, absurdalne jest naturalne, a dramatyczne i tragiczne zwyczajne, śmierć jest i nie jest śmiercią, bo wyobraźnia może ją odwołać, a zbrodnia jest wielokrotnością zbrodni, bo wyobraźnia może ją powtarzać. Poszukiwacz przygód, grzęznąc po uszy w bagnie, może najspokojniej zatroszczyć się o kanapkę, którą ma w kieszeni, gdyż wie, że co ma go spotkać, i tak go nie ominie, a co ma go ominąć, pójdzie sobie precz, nawet gdy on w tym bagnie dosięgnie dna i tam utknie, nie ma więc powodu, by cierpiał z głodu”.

Marek Słyk często bagatelizowany jako pisarz zabawowy jest w istocie odkrywcą ziemi nieznanej w polskiej literaturze, albo prawie nieznanej, w każdym razie mało uczęszczanej i traktowanej nieco wzgardliwie. A przecież pejzaż tej ziemi jest oszałamiający. W fantastyczności można tam dostrzec realizm, w realizmie surrealizm, w surrealizmie komizm, w komizmie makabryczność, w makabryczności groteskę. I tak dalej, i tak dalej. Poszukiwacz przygód, jakim jest narrator trylogii, alter ego Marka Słyka, nie pozwala czytelnikowi utknąć ani na chwilę w grzęzawisku nudy, na mieliźnie jednoznaczności. Jego prawda o świecie to prawda wielowymiarowa, złożona, z tajemnicą odmieniającą się jak w kalejdoskopie. Frapujące jest szukanie tej prawdy trop w trop za Flakononem Pluxem: w przygodach, które kreuje sobie ku potrzebie i uciesze, w języku, który urabia na oczach czytelnika z nieporównaną zręcznością, swobodą i elegancją. Niezapomniany Flaczek!”

Nie ma już Marka Słyka, odszedł od nas bezpowrotnie, ale na pocieszenie zostawił nam nowe wcielenie „niezapomnianego Flaczka”, czyli Flakonona Pluxa, narratora i bohatera „zup”. Spróbujmy ruszyć za nim w podróż do Pra-Wedy, aby przekonać się, czy ten starszy o całe lata Plux przypomina jeszcze młodego i szalonego poszukiwacza i kreatora przygód , czy też jest już kimś innym. Żegnaj Marku! Witaj Flakononie Pluxie starszy!

Maria Jentys – Borelowska

SPOTKANIA WSPOMNIENIOWE

Marek od wielu lat uczestniczył w spotkaniach poetyckich Warszawskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury prowadzonych przez poetę i politologa Pawła Sorokę. 7 XI 2019 w klubie na ul. Emilii Plater odbyło się spotkanie zaduszkowe poświęcone twórcom zmarłym w 2019 roku. Grono przyjaciół ciepło wspominało Marka podkreślając jego umiłowanie dyskusji oraz bezkompromisowość wygłaszanych sądów.

12 XI 2019 w Bibliotece na Ursynowie odbyło się spotkanie zorganizowane przez Stanisława Grabowskiego (niestety nieżyjącego już od kilku miesięcy) – pisarza i mecenasa kultury ursynowskiej. Wzięli w nim udział przyjaciele, rodzina, osoby znające twórczość Marka, którzy go wspominali. Znany artysta malarz i ilustrator książek Marka Słyka Franciszek Maśluszczak odczytał ulubione wiersze, uczestnicy mogli zobaczyć zdjęcia z życia autora oraz posłuchać kilku piosenek przez niego napisanych .