PRA-WEDA

(część 1)

Napisana przez autora o nazwisku Marek SŁYK quasi-powieść pod tytułem „PRA-WEDA”. 

Motto: „Prawda was wyzwoli”. (Jezus Nazarejczyk).  

Dedykacja: Wszystkim - -	


	Póki jest jeszcze czas na formułowanie, intuicyjnie przecież istniejących, odpowiedzi na stawiane od tysiącroczy przez myślącą mniejszość Ludzkości pytania, przystępuję oto w cichości mego gabinetu do zuchwałej próby przekształcenia intuicji w pewność. Niby pewna jest tylko śmierć, natomiast zwycięstwo zawsze musi być chybotliwe. Niemniej, ufny zasadzie wyjątku, tym usilniej próbuję wypracować własny, zapomniany dawno tryumf, a to tryumf nad bezwładem wszechświatowej masy, której pozostaję nieodrodnym, aczkolwiek silniej, niż to bywa zazwyczaj, zbuntowanym atomem. Nikła albowiem w klęsce przebywa mądrość, jeśli już mamy mówić, że nie sposób się ostać, nie bazując na tej właśnie, chętnie korespondującej tylko ze zwycięzcami, wartości. Nie zmienia to faktu, że do rozpoczynającego się – kilku powyżej napisanymi zdaniami – wyścigu startuję niestety z pozycji słabeusza. O, poznałem fałszywe uroki słabości, która, wypłynąwszy z mej – teraz widzę, jak lekkomyślnej! – rezygnacji z uczestniczenia w bojach przeciwko naturalnym wrogom, spowodowała ten, ciągnący się dziesiątkami roków i mający dla mnie skutki jakże opłakane, stan wyższej konieczności – zmagania się z jakimś, quasi-fikcyjnym wrogiem nieokreślonym! W tym ostatnim rozpoznałem samego siebie dopiero wtedy, gdy go prawie już zdołałem zabić; będąc tym słabszym, im bardziej zwycięskim, nie mogłem wyciągnąć innego wniosku niż ten, że to jestem ja sam. Wiem, mój potencjalny czytelniku, że to, czy staniesz się mym czytelnikiem de facto, zależy w równej mierze od twego kaprysu – jak od twego (a nie mego) interesu. Otóż w kaprysie jest los, w interesie – ślamazarniejsza odeń kalkulacja. Wikłać się w myślowe ścieżki osoby słabej, nadrabiającej za to nadmiarem wysilonej – powie ktoś – pseudofilozofii, nie zechce przez rozum raczej nikt. Ale o to chodzi, że, uświadomiwszy sobie dosłownie  przed momentem, iż idąca tu, a mająca mieć swój finał może po latach mej męczarni, quasi-literacka praca uzyska sens dopiero wówczas, kiedy na te domniemane manowce czytelnika zwabię, sięgnę do argumentu ściśle racjonalnego. W dalszych partiach kiełkującego tu tekstu zostanie wyjaśnione, dlaczego istnieć jako cokolwiek musimy, a tego, by ostać się jako byt będący w drodze na właściwym naszym aspiracjom stopniu zaawansowania, nie mamy zagwarantowane. Otóż moim zamysłem jest obmyślić tu uniwersalną metodę (na własnym niestety przykładzie), jak nie ulec zbylejaczeniu. Że waży się na to człowiek słaby, jakim jestem, wiarygodność przekazu winno tylko wzmocnić. 
	Pakuję manatki i jadę do Monte Karlo. Samochód mam niezły; jest to przerobiona od strony samej koncepcji osobiście przeze mnie, a wykonana rękoma zdolnych wynajętych blacharzy, sportowa wersja poloneza karo, co wzmiankuję po trosze, żeby się pochwalić, lecz głównie chodzi mi tu o gruntowność opisu, ponieważ co by to było, gdybyś, drogi badaczu  osobowości Flakonona Pluxa – wesołego pechowca, musiał bazować na nieaktualnych danych sprzed lat i wiosen, kiedy to po bezdrożach zamieszkiwanej wówczas przeze mnie Festylii telepałem się starym lombardari super. Do diabła, ktoś dzwoni!
	- Tak? – tchnę do komórki. Ze słuchawki dobiega coś, jakby szemranie strumyka.
	- Cześć, Flaku, to ja – dobiega mnie cieniutki jak dźwięk skrzypiec głos mej żony, Kuby Plux, z domu Faynol, o której tyle wam opowiadałem w poprzednich tomach.
	- Witaj, Kubo. Ale słyszę szmery. Czyżbyś zbłądziła nad jakiś szemrzący ruczaj? Wybacz mą ciekawość, ale to przez jej brak Indianie nie dokonali wynalazku koła nawet.
	- Kąpię się w łazience – Kuba ceni konkret, dzięki czemu tak pięknie z sobą kontrastujemy. – Dzwonię, bo miałam telefon od Matrycji Remodas, której syn popadł w konflikt z prawem i która w związku z tym pyta, czy posiadasz wiedzę na temat, kto może 
być profesjonalnym… (poczekaj!, mydło wpadło mi do ucha, muszę je trochę odetkać!)…   obrońcą w sprawie o gwałt. Wiem, że chodzisz z głową w chmurach i mało dbasz o kwestie, jakbyś powiedział, przyziemne. Coby nie mówić, jak zapatruję się na ten twój zwyczaj, zawdzięczasz mu znajomość innych pasjonatów operujących w ramach problematyki wolnomyślicielstwa, którym czasami nie przeszkadza to być specjalistami dziedzin dających chleb. Matrycja liczy na to, że wśród takich jest i zdolny prawnik.
	- Kubo, to prawda, że kolegów mam wielu, bo za takich uważam także tych, którzy choćby raz na mnie spojrzeli lub stali się wyznawcami poglądu, który równolegle formułowaliśmy, choć poza tym nie łączy nas nic. Słynny adwokat, jakiego poszukuje nasza przyjaciółka, to może być Dragstrom Rurer – sięgam do mojej kapitalnej w chwilach olśnień pamięci. – Przy jednym stoliku pałaszowaliśmy niegdyś w barze swoje jajecznice. Zagadnąłem go wtedy, czy przyszłości jadłodajnictwa nie widziałby może w przestawieniu oferty zakładów taniego żywienia na specjalnie skomponowane izotopy węgla, co odsunęłoby od ludzi konieczność wątpliwego moralnie zabijania zwierzaków, w tym ich form nienarodzonych. Odpowiedział, że taki węgiel też miałby cechy życia, więc szkoda trudu. Na to ja, że idę o zakład, iż do roku 2022 jadalny węgiel wyjdzie ze stadium prób i przejdzie do fazy przemysłowej produkcji. Rurer zakład przyjął, wręczając mi swą wizytówkę ze słowami, że o ile tej jednak dość odległej daty dożyjemy i o ile stanie się tak, jak przewiduję, to gotów będzie uścisnąć mi wtedy mą dłoń.
	- Masz tę wizytówkę? – pyta Kuba, która żyje problemami chwili obecnej.
	- Poczekaj, muszę zatrzymać wóz – mówię. – Byłoby jednak zbyt niebezpiecznie szperać w dokumentach, jednocześnie prowadząc.
	- Jedziesz gdzieś? – Kuba wykazuje partnerskie zainteresowanie.
	- Tak, napadło mnie, by pograć w kasynie – tłumaczę, zjeżdżając na pobocze. Może to co poniektórego zdziwi, że znany przed laty z tułaczej bezdomności Flakonon Plux ma wreszcie prywatne mieszkanie. Lecz poza nim i niezłą bryką, w której teraz zresztą siedzi, cały swój majątek trzyma, jak i dawniej, w przepastnych kieszeniach swego surduta. Grzebie w tych kieszeniach doprawdy nie tylko od wielkiego dzwonu, choć materialnych swych potrzeb nie rozognia, ponieważ o cennych rzeczach woli jedynie wiedzieć, niźli takowe posiadać, co upodabnia go zapewne do starożytnych czy choćby średniowiecznych ascetów. Ale książki, dzięki którym wiedza staje się czymś, po co można sięgnąć, uzyskały ostatnio w Pyrii, kraju, gdzie z rodzinnej Festylii Plux się przeniósł, ceny nieledwie niebotyczne. Ascetyzm Pluxa lub, by wrócić do narracji pierwszoosobowej, mój cechuje jednak, znana z prac Alberta Einsteina, względność. Tak więc obojgiem rąk szperając w kieszeniach, potrzebny kartonik szczęśliwie prędko znajduję.
	- Kubo, jesteś?... Fajnie. Czytam ci: „Dragstrom Rurer, adwokat. Telefon biura: 7777777”. Siedem siódemek, łatwo zapamiętać. „Adres biura: Aleja Niewolniczego Trudu 1”. Jedna jedynka, też pamięć łatwo przyswoi.
	- Dziękuję, Flaku – mówi żonka. – Ale z tą łatwością zapamiętania to chyba nie będzie zupełnie tak, jak przewidujesz. Coś mi się pokićka i podyktuję Patrycji, że telefon Rurera to cztery czwórki lub osiem ósemek.
	- Kubo! – parskam, zgorszony. – A ilocyfrowe są telefony w Schizogrodzie? Siedmio.
	- A jak mam skojarzyć Aleję Niewolniczego Trudu z jedynką?
	- Tak, że niewolniczy trud to nasza ludzka pierwszoplanowa powinność.
	- No dobrze. Tylko nie zgraj się do cna w tym Pacanowie, czy gdzie tam jedziesz. Pamiętaj, że jesteśmy ludźmi ubogimi. Pa!
	Rozłączam komórkę, po czym uruchamiam starter mojej maszyny. Odkąd mieszkam w Europie, moje życie jęło przypominać bajkę. Pyria nie jest może najpyszniejszym krajem – już choćby tylko ze względu na jej przeszłość, zaludnioną milionami istnień, które los przedwcześnie uczynił trupami, a czego pamięć beznadziejnie obciąża mentalność Pyryjczyków, ale dobre położenie geo-potrzebnościowe, czyli to, że wszędzie stąd blisko, umożliwia, bo, że zapewnia, toby był niepożądany przecież nadmiar szczęścia, wypracowanie uspokajającego przekonania, że da się tu żyć. Pyria, kraj pyr, a więc ziemniaków, dla ludzi już tylko nieznacznie odbiegających od normy ku tak zwanemu przesadyzmowi – mieni się w swej codzienności, a co dopiero mówić o dniach świątecznych!, wszystkimi barwami tęczy. Środek kontynentu – czyż nie brzmi to podobnie jak tylekroć może wyszydzany, lecz w gruncie rzeczy mający wymiar tryumfalny, pępek świata? Być może rozwodzę się tak nad, kto wie, czy nie rzekomą, wspaniałością dotykanego obszaru dlatego, że sam tu zamieszkałem. Cóż, jestem fanatykiem własnej osoby nie bez powodu. Okaże się dalej, czemu tak sądzę.
	No więc tak. Jadę moim polonezem karo, przez boczne okienko poklepuję go po blaszanym boku i byłbym już prawie, zamiast przerzucić bieg na piątkę i mocniej pocisnąć pedał gazu, chcąc podwyższyć tempo, ponaglił go okrzykiem: „wio, Kary!”, ale nie chcę z Ziemi robić planety wariatów. Wariaci są to wspaniali ludzie, przynajmniej niektórzy, a jednak nie będę powiększał ich grona tylko z tej racji, że mimowolny zbieg okoliczności sprawił, iż mam okazję łatwego dowcipu. Łyżka od widelca różni się nieznacznie, tym niemniej zrobienie racjonalizacji w postaci jedzenia zupy widelcem, a kotleta – tą drugą dlatego, by odejść od nieznośnie uprzykrzonego stereotypu, byłoby lekarstwem gorszym od choroby. Coś trzeba robić, jakichś zmian dokonywać – nie wszystko to wszakże musi być zaraz wariactwem. Są, poza dawno wyeksploatowanymi, i dziewicze rejony, gdzie można i, co uzasadnię dalej, trzeba zaprowadzać swoje porządki. Odszedłem od tekstu do sypialni, kędy w radiu spiker pomylił się i bez widocznego powodu wypowiedział: „miłe złego początki”. Porządki, początki! Czyżbym miał wpływ na to, co w jakimś studiu, o wiele kilometrów stąd, mówią inni ludzie?! Chcę rozszyfrowywać tajemnice, że takie bowiem od czasu odkrycia kwantów się ostały, w to nie wątpię. To więc dla mnie pozytywny znak. Ale na razie trzeba uważać na co innego. Powiedziałem coś o jakiejś „sypialni”, to po prostu inne piętro mojej rzeczywistości. Na tym mamy niebezpieczny zakręt i… gęsi! Przemierzają szosę, po której moim wozem szusuję, jak wielkie jakieś panie, którym ani w małych główkach, że mógłbym po nich przejechać jak po zwykłych białych muldach, pozostawiając bez życia te dumne nadmiernie ptaki! Człowiek pieszy, widząc nadjeżdżające auto, ma czekać, a gęś – nie? Hamuję ostro i pozwalam ptactwu przejść. Na szczęście za, do diabła, czy tak można powiedzieć?, parunastoosobowym stadkiem kroczy pastuch i drobi gęsiarek, bo chyba nie owczarek, prawda?, który to duet pogania swoje podopieczne, dzięki czemu nie aż tak długo będę musiał czekać. Wokół pejzaż typowo pyryjski: wierzby, stojące co kilka metrów ciągnącym się niemal w nieskończoność szeregiem przy podniszczonej asfaltowej jezdni; wykoszone łąki, na których schnie w z rzadka rozstawionych stogach aromatyczne siano; pola, pracowicie zorane przez wieśniaków pod jesienny siew. Zresztą nie wiem, może jesienią się nie sieje, choć nie jestem pewien i tego ostatniego, zważywszy że przecież istnieje taka rzecz jak zboże ozime. Gęsi wraz z obstawą przeszły. Dopiero teraz zauważam zagrodę, w której czeluściach znika zaraz kondukt, co tak mnie zdenerwował. Wrzucam jedynkę.
	Człapania z kretyńskim upodobaniem bezzębnymi dziąsłami, bezskuteczne przyczesywania sterczących, po bokach wyłysiałego centrum, włosów. Dawno zapomniany przez nielicznych, przez innych niedostrzeżony, a ogromnej reszcie zwyczajnie nieznany – wynalazek warracji dobija się o godne siebie miejsce w dziko porośniętych kolokwializmami ostępach współczesnej (chwilowo!) literatury.
	Jasne, efekt cieplarniany. To jest temat ostatnich dni, który należy poruszać do skutku, bo i co rusz nam nieruchomieje. Póki co, społeczeństwo nie wykazuje zainteresowania. Nieliczni tylko nawołują rozpaczliwie do bezzwłocznych działań, bo sprawa jest do uratowania jedynie w razie pójścia za głosem świadomych jej klimatologów już zaraz, po namyśle niechby nawet i rocznym, a jeżeli dłuższym, to nie o wiele! Permanentne huragany, a 
komu to nie przemawia do wyobraźni, nieustające trąby powietrzne; zatapiające połowę takich krajów jak Pyria powodzie; susze, w wyniku których obumiera wszelka roślinność dająca dotąd pokarm ludziom i zwierzętom; podwyższanie się poziomu mórz, w związku z czym zalewane są przez wodę morskie porty; śmierć ludzi, zwierząt i wszelkiego życia na skutek przegrzania! Czy ta perspektywa, jaką z coraz większym nasileniem serwuje nam i pozostałym strukturom biologicznym efekt cieplarniany, nie winna nas skłonić do przeciwdziałania? Wiadomo, co robić. Zlikwidować elektrownie i kotłownie węglowe; zakazać użytkowania samochodów z silnikami spalinowymi; wprowadzić na ich miejsce elektrociepłownie jądrowe, samochody napędzane elektrycznością lub wodorem. Nie raz w historii świadome zgubności przyzwyczajeń ogółu przedsiębiorcze jednostki wymuszały na masach tych przyzwyczajeń zmianę. Teraz to im się uda, jak przypuszczam, dopiero wtedy, gdy straszliwy efekt cieplarniany poczyni szkody oczywiste nawet dla matołów.
	Jadę. Nie da się powiedzieć, że i sam nie powiększam zgubnego cieplarnianego efektu, spalając benzynę w moim wehikule. Uświadomiwszy to sobie, zatrzymuję pojazd przy najbliższym skraju przepaści. Wysiadam, biorę z bagażnika walizkę z rzeczami, samochód w przepaść spycham. Możecie mówić, co chcecie, w kraju od dawna mamy zagwarantowaną prawem wolność przekonań. Możliwe, że sprawny samochód jest to rzecz zbyt cenna, by niszczyć ją, powiedziałby ktoś, dla kaprysu. Mógłbym przecież znaleźć odpowiedni warsztat, zmienić silnik spalinowy na elektryczny i pojechać dalej, tam, gdzie sobie jechać zamarzyłem. To jednak nie takie proste. Co prawda, znajduję się w świecie mającym dane spełniać zamiary zależne tylko od mej fantazji, ale istnienie tej ostatniej we wszystkim warunkuje realizm podstawy, na jakiej jest ona wsparta. Cuda cudami. Straciłyby całą swą osobowość, gdyby nie realistyczne tło, które musi przeważać nad cudownością, bo i gdzie wtedy miałaby być decydująca o jej wyszukaniu unikatowość.
	 Biorę walizkę w garść, przechodzę na drugą stronę szosy, ażeby mieć na wprost jadące z naprzeciwka wozy, i kontynuuję wędrówkę, tym razem już modłą piechura.
	Przyroda jest to wspaniała rzecz, w książkach tę prawdę powtarza się jak mantrę, a przecież może też znużyć. Dotąd miałem po bokach wierzby tudzież puste przestrzenie pól i łąk. Teraz mam las. Po wysiłkach ekstra, czynionych siłą zniewolenia atrakcyjnym myślowym postulatem, rzeczywistość zwykła wracać do stanu równowagi. Las niby jest piękny, nigdy go dosyć, a już zwłaszcza nigdy nie powinno być go za dużo. Przyzwyczajony do krajobrazów miejskich, prędko widok takiego skomasowania drzew, krzewów i mchów zmuszony jestem uznać za przesadę. Równowaga to przecież równomierne rozłożenie akcentów. Lubię dyskutować. Niemniej teraz bezdyskusyjnie brak mi jakiegoś choćby domu. Przekleństwo, zając! Rzucam za nim szyszką.
	Tępota – zawiniona przez wcześnie debiutującą starość. Żałośnie nieskuteczne próby niedawno zaprzysiężonego staruszka powrotu do zwyczajów zwariowanej młodości. Ludzie nadal szaleją. Z braku oczytania, egzystencjalne oczywistości ogłaszają za swoje odkrycia; upajają się budującym faktem, iż ich, czynione wszak mimochodem, spostrzeżenia pokrywają się, jakże dokładnie!, z tym, co o ostatnim meczu Ligi Mistrzów powiedział telewizyjny komentator. O co mi chodzi. Czy chcę moimi słowami kogoś obrazić?
	Ciężko nieść tę walizkę; ludzie w przejeżdżających od czasu do czasu toyotach, nissanach i volkswagenach tego przygarbionego drobnego mężczyznę pod sześćdziesiątkę, jakim jestem, oceniają na pewno z trudem. Bo kim ja mogę być? Nie wyglądam na grzybiarza, myśliwy dźwigałby flintę, turysta, zamiast walizką, obarczyłby się plecakiem. Stawiam walizkę na boku, przysiadam na niej. Mimo to, że moje oczy nie pałają zwykłym u ludzi szalonych fosforycznym blaskiem, że jestem przeciętnie ubrany, wzrostu nieco tylko więcej niż średniego – większość powie: to jakiś wariat. Co to mnie obchodzi.
	Z piskiem opon hamuje tuż przy mnie poobijany fiat 126p. 
	- Podwieźć pana? – rzuca samotnie siedzący w blaszanym pudełku kierowca. Jest to mężczyzna w moim wieku, ma też z pewnością wiele innych cech, które można by wzmiankować. Ale nagle owładnywa mną słabość, ledwie znajduję siły, by wyartykułować odpowiedź na propozycję tego kudłacza w poplamionym swetrze.
	- Nie chciałbym nadwerężać pańskiej uprzejmości.
	- Jakaż uprzejmość, interes obopólny! – kryguje się kudłacz, a mnie diabli biorą, bo nie wiem, czy, skoro chce na mnie zarobić, będzie mnie stać na sprostanie jego warunkom finansowym. Wybierałem się do Mąte Karlo, gdzie nie jeździ się bez forsy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że jak mi startować w kasynie, kiedy z trudem tylko wiążę koniec z końcem, siedząc w moim Schizogrodzie na błyskawicznych zupkach i makaronie polewanym keczupem. Polonez, którym tak się chwaliłem i który bez żalu zepchnąłem w urwisko, też naprawdę był ledwo telepiącym się rupieciem – kupionym okazyjnie na złomowisku za 200 złotych. 
	- A ile by pan chciał za podwiezienie do najbliższego miasteczka?
	- Nic! Chcę mieć rozmówcę! Myśli pan, że to przyjemnie wpatrywać się w milczeniu w te znajome do obrzydliwości szczegóły krajobrazu? A tak, to pogadamy sobie, pan pozna moje życiowe utrapienia i przyjemnostki, ja – pańskie.
	- To jedziemy! – decyduję, pakując się na przednie siedzenie z walizką, którą teraz trzymam na kolanach. – Jednak rozmówcę znajdzie pan we mnie nieszczególnego. Od czasu, kiedy utraciłem ostatecznie wiarę w powodzenie sprawy, której poświęciłem ostatnie 20 lat  życia, właściwie stałem się milczkiem.
	Kudłacz z trudem wprawia w ruch swój zdezelowany bolid.
	- Ja też właściwie jestem milczkiem. Co nie oznacza, że nie rozmyślam. A jak coś sobie wykoncypuję, to czasem bierze mnie ochota, by to upowszechnić. Ślę listy do mediów, zwanych dawniej publikatorami,  i bywa, że wydrukują. Ale – pan? Sam na szosie? Z dala od najbliższego miasta? Z walizką w dłoni? Głowa pęka mi od domysłów.
	- Rozbiłem samochód – odpowiadam, trochę nawet zgodnie z prawdą.
	- Jak to?! I nie czeka pan przy nim na pomoc drogową?! – ponosi kudłacza.
	- Poszedł w drobny mak. Naprawa kosztowałaby więcej niż wart ten kawałek złomu.
	- Może zawrócimy? Wziąłbym go na hol.
	- Nie ma sensu. I nawet – możliwości. Grat poszedł w urwisko.
	- Taka masakra, a pan ocalał? – mój przewoźnik łypie okiem podejrzliwie.
	- Jak pan widzi, wyszedłem z tego bez draśnięcia. Sam się dziwię, że tak się stało.
	Kudłacz w poplamionym swetrze popada w kontemplację. Jedziemy w milczeniu przez dobre parę minut. Bez przyjemności oglądam mijane, typowe dla środkowej Pyrii, widoki. Żyję – jakby z rozpędu. Jakbym miał szansę jeszcze raz się urodzić, to nie wiem, co bym wybrał: wyjść na świat, czy siedzieć w mateczniku. Niby to wszystko jest tak bajecznie dziwne, aż proszące się o dociekania dociekliwego umysłu. Myśl ponadto ożywia, a tej ponoć, wedle mych własnych zapewnień, mam aż nadto. Rzeczywistość złośliwie nie chce się jednak dostosować do moich ontologicznych koncepcyj i w rezultacie gniję w problematyce wręcz jamniczej przyziemności, co oczywiście jest tylko zwykłą metaforą, ponieważ dla mnie naprawdę taki jamnik jest przyziemny na równi z orłem, choć ten ostatni uchodzi niby za władcę przestrzeni. Wielka przyszłość człowieka – oto jest to, co chciałbym budować! Ale nie bardzo wiem, co przy tej zbożnej tęsknocie może mnie utrzymać. Powrót zdrowia, które kiedyż to mi nie szwankowało? Przywrócenie młodości, w której to tylko ochotniej niż dziś kwękałem?
	- A pan – zagajam – w jakiej to sprawie zabrał głos publicznie?
	- Co? – kudłacz jest zdezorientowany. – Ach, tak. Publicznie. No więc publicznie zabrałem głos w sprawie dziejów wszechświata. Wyjaśniłem, że ich bieg jest całkiem naturalny. Bo tak. Przyjmijmy wstępnie, że nie ma nic i tylko potencjalny byt chce zaistnieć. Jeśli zaś chce zaistnieć, to może zaistnieć jedynie w przyszłości – mierząc od chwili powzięcia tego zamiaru. A więc co najmniej od przejawienia się woli istnienia musi istnieć czas, nie ma na razie mowy o przestrzeni. Zresztą wola istnienia nie musi być czymś z gruntu pozytywnym; jest raczej tożsama ze zniechęceniem się nieistnieniem. Żeby jednak zniechęcić się do nieistnienia, też potrzebny jest czas. I ten potencjalny byt, który percypuje przeskakiwanie z chwili na chwilę, aż w końcu staje się to dlań nie do zniesienia. Z kolei, żeby istniał czas, czyli owo przeskakiwanie z chwili na chwilę, potrzebne jest coś, coby te chwile „utwardzało”, ponieważ, chcąc skoczyć, trzeba mieć punkt oparcia. Innymi słowy istnienie czasu wymaga istnienia choćby okruszyny materii – przyjmijmy, że jest to, mający wymiar przyzerowy, punkt. Ten punkt, co rusz unicestwiany przez czas i przywracany przezeń do tego nibyistnienia, w końcu ma dość i eksploduje. Jest to równoznaczne z Wielkim Wybuchem, o którym mówią astrofizycy. Powstaje Wszechświat, który się rozszerza, przechodząc po drodze różne stadia i lokalnie odnosząc nawet taki sukces jak powstanie i rozwój inteligentnego życia. Gdy jednak rozszerzanie się Wszechświata osiąga punkt krytyczny, dochodzi do implozji. Ten „wybuch do wewnątrz” sprowadza Wszechświat na powrót do punktu i historia zaczyna się od nowa. Takie są dzieje Wszechświata.
	- Sam pan to wymyślił? – pytam z udanym uznaniem w tonie, bo wykład Kudłacza wydaje mi się po prostu amatorski.
	- Samemu to nie można nawet zjeść jajka, bo musi być naprzód kura, co to jajko zniesie.
	- Jednak, że tak kontrowersyjny tekst zdecydowano się zamieścić w prasie, to poniekąd kuriozalne. Były jakieś echa tej pańskiej wypowiedzi?
	Jedziemy przez cały czas, krajobraz za okienkami malucha trochę się zmienia. Więcej teraz domków i domów, zabudowań gospodarczych.
	- Czekałem na takie – wzdycha kudłacz grobowo. – Ludzie są jednak nieczuli na głosy odbiegające od ich codzienności. Chyba, że będzie to codzienność słynnych postaci ze świata estrady czy filmu. „Świat stworzył Bóg i jest to Jego sprawa, jak to zrobił”. Tak możnaby ująć światopogląd ludu.
	- Gazety czytują nie tylko prości ludzie.
	Właściciel autka wzrusza ramionami. Rzuca na mnie ironiczne spojrzenie:
	- A pan co za sprawę prowadził przez ostatnie 20 lat?
	- Ta sprawa nie wypaliła – mówię wykrętnie.
	- A jakby wypaliła? Coby wtedy się stało?
	- Miałem nadzieję, że wtedy przestalibyśmy umierać. Ale-ale! Widziałem tablicę, że do Pigułkowa zostało tylko 3 kilometry?
	- Tak – stwierdza kudłacz niechętnie. – Jak pan chce, to zapraszam do siebie. Na herbatę.
	- Chciałbym przed zmrokiem wrócić do domu.
	- A gdzie pan mieszka? – rzuca pytanie, jakby oceniając, na jakiego to miasta mieszkańca wyglądam. Na wieśniaka to jestem zbyt anemiczny.
	- Całe życie mieszkałem w dalekiej Festylii, ale od pięciu lat moje gniazdo to Schizogród – odpowiadam. – Przeprowadzkę zrobiłem, bo teraz Pyria to raj podatkowy.
	- Był pan bogatym człowiekiem? Takim, co ma co tracić na rzecz fiskusa?
	- A skąd pan wie, że nie jestem? Prawda, wahałem się, czy będzie mnie stać na jazdę z panem. Byłem. Dostałem monstrualny spadek. Przepadł.
	Mamy Pigułkowo, informuje o tym stosowna tablica. Domki mizerne, ale to dopiero przedmieścia, o ile można o czymś takim mówić w przypadku mieściny pewno niewiele pokaźniejszej niż przeciętna wiocha. Inaczej wszak musiałbym coś słyszeć o tym miasteczku. A nie słyszałem.
	- Do Schizogrodu dojedzie pan autobusem PKS. Raptem godzina drogi. Zdąży pan u mnie wypić herbatę i opowiedzieć o swoich straconych złudzeniach.
	Patrzę na mego gościnnego rozmówcę. Sweter ma poplamiony, ale wygląda na uczciwego człowieka; przy tym nie jest to przygłup.
	- Mieszka pan sam? – rzucam tylko.
	- Miałem żonę, która urodziła mi dwóch synów, obecnie dorosłych. Możemy odwiedzić ją na cmentarzu. Wie pan, dokucza mi samotność.
	- W takim razie jestem gotowy spędzić z panem trzy kwadranse.
	Mężczyzna demonstruje skinienie i w tejże chwili zajeżdżamy pod mały parterowy domek. Jego ściany są mniej poplamione niż sweter gospodarza, a spadzisty dach kryje najprawdziwsza dachówka z porcelitu. Spodziewałbym się raczej papy. Wodzę oczami po sąsiednich domostwach, ku swej radości znajdując prędko małą knajpeczkę „Pod Jeleniem”.
	- Zjem jakąś kiełbasę na gorąco z chlebem – wskazuję kudłaczowi – i zaraz stawię się u pana. I niech pan się nie boi, że do kiełbasy zamówię piwo. Należę, zapewne jak i pan, do rygorystycznych abstynentów.
	- Tośmy się dobrali – Pigułkowianin pokazuje w uśmiechu zniszczone zęby.
	- Na razie! – rzucam. W knajpce jestem po parunastu sekundach, do pośpiechu nagli mnie bowiem głód. Bufet i 5 stolików, w tym jeden wolny. Trudno się spodziewać, by w takiej dziupli gości obsługiwał kelner. Podchodzę do bufetu i zamawiam to, co mówiłem. Szczęściem na ten prosty posiłek muszę czekać niedługo. Jedząc, czynię spostrzeżenia. Oprócz mnie wszyscy tutaj piją alkohol. Dwaj młodzi siedzą przy kuflach, pozostali dzierżą w dłoniach kieliszki. Jacyś kierują w moją stronę słowne zaczepki, na które nie odpowiadam. Inni nie zwracają na mnie uwagi, zachwyceni pijacką elokwencją swoich opowieści. Kończę. Walizka w garść i – do mego kudłacza! Kiełbasa była tłusta, herbata będzie teraz – jak znalazł. Idę i w myślach stwierdzam, że powinienem być zadowolony, bo i zjadłem ten przyprawiony głodem posiłek, a zadowolony nie jestem. Może, zamiast trawić kiełbasę, miętolę w sobie wątpliwą lirykę chamskich odezwań, jakimi „Pod Jeleniem” trochę mnie raczono. Może to sumienie domaga się jeszcze wbrew wszelkiej racjonalności, bym wrócił do knajpy i uregulował z dowcipnisiami honorowe rachunki. Wiem jednak, że oni by mnie tam zabili. Wzruszam ramionami i pukam do wiadomych drzwi. Po sekundzie staje w nich kudłacz, zapraszając do środka. Mieszkanie jak mieszkanie, mój gospodarz nie zaprosił mnie tutaj, by mnie nim olśnić. Chodzi mu o rozmowę, pewnie że z kimś odpowiednim, z pokrewną duszą.
	- Tędy – pokazuje mi drogę. Po chwili siedzimy na starych, skrzypiących krzesłach.	- W tej knajpie wszystko mi się przypomniało – mówię. – W pewnym okresie mojego życia zdarzyło się coś, co kazało mi wierzyć, że jestem człowiekiem sukcesu. Tym złudzeniem żyłem przez wiele lat. Choć nie notowałem kolejnych osiągnięć, pozostawałem w nieświadomości prawdy, że tak naprawdę to zawsze byłem patałachem, który najlepiej by zrobił, gdyby się zabił i już nie zaśmiecał swoim niewydarzeniem świata innym, godnym.
	- Co się panu stało, kolego! – zaniepokaja się kudłacz. – Każdy ma momenty lepsze i gorsze! Nigdy nie jest tak, że za wszystko siebie kochamy, że za wszystko kochają  nas inni! Gdy raz coś się nie uda, mamy pretensje do całego świata, do wszystkich jego prezydentów, głów koronowanych, będących z nami zwykle na dobrej stopie telewizyjnych dziennikarzy, sprzedawców w sklepach, które odwiedzamy! Tymczasem to nasze niepowodzenie jest pretekstowe! Naprawdę bowiem musimy się martwić nędzą istnienia! A poza tym jesteśmy zobowiązani opłacić cierpieniem i złym samopoczuciem niesamowity towar, jaki nam się dostał: życie! A to życie w człowieczym kształcie i funkcjach, najlepsze z możliwych!
	Wspieram się na łokciach i chowam w dłoniach twarz.
	- Niech pan pije herbatę, kolego! – namawia mnie kudłacz. – Nawet nie znam pana imienia – Pigułkowianin o skudlonych włosach naprawdę chce mi pomóc.
	- Flakonon, to imię w Pyrii nie ma tradycji. A panu jak na imię?
	- Panie Flakononie, moje imię Łebstaw. Sam pan mówił o sprawie, której poświęcił pan 20 lat swego życia. Znalazł więc pan coś, co było warte, aby się tym przejąć. Sami nie jesteśmy w niczym lepsi od byle goryla, gdy nie ma w nas treści do urzeczywistnienia. Gdy takich treści w sobie nie ulepimy, posługując się gliną, której pełno naokół, lecz która tylko ugniataniem w naszych palcach może zasłużyć sobie na miano tworzywa. Pan próbował, a że nie wyszło? Przez 20 lat miał pan zajęcie, i już to to był sukces.
	Odrobinę herbaty biorę na łyżeczkę i badam, czy można już pić. Można.
	- Panie Łebstawie, obsesją mojego życia już od lat dziecinnych było pragnienie nieśmiertelności. Warunkiem życia nieśmiertelnego uznałem szczelne wypełnienie go czynnością. Pracą wspartą na rozwijającej się wraz z nią koncepcji. Życie, ażeby być spójne, a jako takie ubezpieczone przed pójściem w rozsypkę, musi być zagęszczone.
	Pociągam łyk herbaty. Jest gorzka. Z kryształowej cukiernicy dobywam łyżeczką dwie porcyjki białego proszku i sypię je do szklanki. Mówię dalej:
	- Co prawda, taki pogląd może się komuś wydać mocno nieprawomocny. Bo i niby z garnka zupy chcąc zrobić wielki gar zupy, musimy tę zupę rozrzedzić, dolewając dużo wody.
Ja jednak wierzyłem, że życie jest substancją paradoksalną. Im więcej bowiem wiemy, tym więcej rodzi się problemów, o jakich wiedzę dopiero będziemy mogli posiąść. Budując kreacje matematyczne, możemy w dodatku dochodzić teoretycznych rzeczywistości – nader różnych od tej, nam danej. Jednej z takich teoretycznych rzeczywistości, oczywiście najlepszej, czyż nie można by wprowadzić na miejsce tej, danej nam przez dziejowy przypadek? Okazało by się wtedy, że dotąd bytowaliśmy bynajmniej nie „w najlepszym ze światów”, tylko być może w jednym z pośledniejszych. Taka operacja jakąż by dla ludzi była rewelacją! Wręcz Niebem, zapowiadanym przez Jezusa!
	- Obserwuję, Flakononie, że już się panu polepszyło – zaciera ręce Łebstaw. – Jednak byt bez śmierci i bez zła, bo o takim mówimy, prawda?, byłby prędko nam się przejadł, o ile byłby w ogóle możliwy logicznie. Nie może być dwóch prawych rąk, parą dla prawej zawsze będzie lewa. Tak samo nie może być „samego dobra”. Ponieważ musi mieć ono swą przeciwstawność, a więc zło.
        - Czy to znaczy, Łebstawie, – prostuję kark – że mamy się dystansować od wszystkiego, co nie jest naszym uprzykrzonym przyzwyczajeniem?
	Piję herbatę, ale ona nadal gorzka. Prawda, zapomniałem wymieszać cukier.
	- Nie. Jak nikt może inny, wierzę w oczyszczające działanie myślenia. Ale pomyśl. Jak mamy zabiegać o nieśmiertelność fizyczną człowieka jako gatunku, gdy normalnie widać z gwiazd, że to   w s z y s t k o   się rozleci już za sto miliardów lat?
	- Wiedza nie jest celem ostatecznym – mówię. – Trzeba ją dopiero spożytkować, a więc w razie, gdyby miały okazać się złe, odwrócić jej wyroki.
	- Istnienie jest jednak możliwe tylko pod jednym warunkiem: że jest jednocześnie nieistnieniem. Bo na przykład jest punkt. Który nie ma ani strony lewej, ani prawej.
	- Jego przeciwstawnością nazwiemy więc nieskończoną, absolutną przestrzeń.
	- Tak – powiada Łebstaw. – Ale tak przestrzeń jak punkt, ażeby była sposobność ich ugruntowania się w byt, potrzebują czasu. Zdaje się, mówiłem ci już o tym w samochodzie. Więc może antytezą punktu nie będzie ani zupełna nicość, ani nieskończona przestrzeń, tylko chwila. Ale ja nie o tym chciałem mówić. Jak coś nie odznacza się rozciągłością własną, ani nie posiada układu odniesienia poza sobą, właściwie nie istnieje. Ale jak punkt rozszczepimy, będzie już miał rozciągłość! Będzie więc już istniał. Ale nie przestanie też nie istnieć, ponieważ fizyczne napięcia jego ramion będą się wzajemnie znosić! Taki rozszczepiony punkt, czyli odcinek, będzie miał bowiem dwa przeciwstawne sobie bieguny, plus i minus, które w sumie dadzą zero.
	Herbata już przestygła, wypijam ją do dna jednym duszkiem.
- Może jeszcze jakiś wniosek końcowy, bo już będę musiał iść – odgarniam mankiet koszuli, co uwidocznia tarczę mego nowego zegarka, na której stoi jednoznacznie, że mamy właśnie godzinę piątą minut pięć. Z mieszkania Łebstawa wcale nie chce mi się wybywać, choć bynajmniej nie czuję się tu dobrze. Dobrze nie czułbym się teraz pewnie w żadnym miejscu na ziemi. A gdzie indziej niż na ziemi nie ma w ogóle warunków do życia, więc tym bardziej tam mnie nie ciągnie. Ale muszę jechać do siebie. Bo i tam być nawykłem.
	- Wniosek końcowy jest taki, że diablo to wszystko ubogie, co sobie wystawiamy. W związku z czym trzeba się wzbogacać, a to prawdopodobnie lekturami, jakich, także w zakresie interesujących nas tematów, na szczęście nie brakuje.
	Powstaję. Pokoik, w którym gości mnie Łebstaw, jest maleńki. W całej pełni to dopiero teraz do mnie dociera. Lecz jakie to miałoby mieć znaczenie.
	- Weź numer mojego telefonu, Flakononie – mówi kudłacz, wciskając mi do ręki wizytowy bilet. „Łebstaw Trawiński – organista – Pigułkowo, ul. Gruszowa 5” – odczytuję. Numer telefonu też jest, ale nie podam, ponieważ w tej mierze mam złe doświadczenia. Mógłby ktoś wytknąć mi niekonsekwencję, bo i podałem numer adwokata, Dragstroma Rurera, a tutaj takie ceregiele. Jak są same siódemki, to jednak wiadomo, że taka informacja jest zbujana, bo podobne numery wykupują dla siebie tylko jacyś potentaci. A tutaj musiałbym też zbujać, albo podać prawdziwy numer prywatnego obywatela, który za to mógłby nie chcieć ze mną rozmawiać. A zbujać po raz drugi to już by była recydywa.
	Żegnam Trawińskiego, biorę walizkę w garść.
	- Przystanek PKS będziesz miał w rynku, 30 kroków w lewo – słyszę jeszcze.
	Miotania przekleństw pod adresem takich, co, niepomni przestróg życzliwych, nie dopełnili małożeńskiego (małożeństwo – wielożeństwo, a nie małżeństwo – wielżeństwo) aktu stosownym sakramentem. Obrażania się zapominalskich grubasów za przyjacielskie przypominania im o ich wykraczającej ponad obowiązującą normę tuszy. Sypania się starych kołder i poduch, starych aktorów i suflerów.
	Idę. Już nie tak zamaszyście, jak to dawniej bywało. Na szczęście rynek jest blisko. Autobus Pyryjskich Kolei Samochodowych właśnie nadjeżdża. To przewaga konwencji fantastycznej nad realistyczną; nie ma co, to szczęśliwe, że taką obrałem. Teraz wykupuję tylko bilet u kierowcy, zajmuję miejsce na jedynym wolnym tu fotelu i jedziemy.
	Nie wiem, czy jestem zdolny do spostrzeżeń, które o życiu powiedziałyby coś nowego wytrawnemu pochłaniaczowi ciekawostkowych książek. Być i to może, że dotknąłem już dawno granic mych możliwości, w związku z czym winienem dotykalnie czuć prawdę o własnym ograniczeniu. Granice można jednak rozpychać, a jeśli i na to nie pozwoli komu coraz to mocniej nacierająca słabość, to weź i zwyczajnie swoją granicę przekrocz. Za oknami szarzeje, co odnotowuję znowu bez satysfakcji, bo takich „środków kompozycyjnych” ima się od stuleci każdy byle powieściopisarzyna, a ja przecież chciałbym przodować, serwując prawdy niesłychane, pomysły, które wychuchałem osobiście. Na przykład taka „teoria ontologicznego plagiatu” – czy o takiej ktoś wcześniej i gdzie indziej słyszał? Istniejemy jako byty niewzruszenie pogłębiające tylko własną „takosamość”. Jesteśmy coraz bardziej tacy sami; jeśli słowo w słowo nie powtarzamy zasłyszanych wcześniej komunikatów, to chyba tylko dlatego, że coś szwankuje z naszym zdrowiem. O, są i wynalazki – czynione przez szczęśliwców, którym nie wszystko kojarzy się ze śmiercią i beznadzieją! Lecz czy i oni nie podążają w ślad za swoimi poprzednikami, powtarzając powtarzane powtórzenia? Historia nauki przekonuje o zachodzeniu postępu. Zresztą i sami, choćbyśmy tylko biernie i małomyślnie (bo nie powiem, że całkiem bezmyślnie) plagiatowali wcześniejszych od nas plagiatorów, przecież w porównaniu z praktykującą swój prymitywny rytuał przemieniania wodoru w hel gwiazdą jesteśmy na daleko wyższym szczeblu zaawansowania. Ale to oznacza tylko, że plagiatujemy struktury skomplikowańsze, czasem może robiąc kolejny krok na dawno wytyczonej drodze, którego poczynienie wynika zresztą samoistnie z chwilowego opanowania zrozumieniem istniejącego bez naszej zasługi materiału. To, co mamy, jest więc raczej wyżebranym przez nas darem, a nie naszą zdobyczą; kupujemy sobie za grosz dany nam z łaski niewiele co od nas możniejszych wyśniony towar, który – wręcz tylko chemicznie – przetrawiwszy, uznajemy - w swoich, żądnych żebraczego sukcesu oczach - za heroicznie przeistoczony, co sprawia, że popadamy w pychę i liczymy się już do bohaterów, choć zaraz nie wytrzymujemy starcia z byle intelektualnym łobuzem. I taka sytuacja nie jest zawiniona przez nasze, godne potępienia, zaniedbania. Jakiś „grzech”, za który (komu!) trzeba się spowiadać, bo inaczej czeka nas piekło. To, że „jest normalnie”, zawdzięczamy temu, że mamy w pamięci, iż niegdyś było gorzej. Gdyby więc nie było zła, nie było by i dobra. Zło nie jest więc brakiem dobra, lecz – dobra nieodzownym warunkiem. Sinusoida naszych wzlotów i upadków ma taką samą wartość bezwzględną jak linia prosta permanentnego pełzania. Jeśli są tacy, których uznajemy za lepszych niż inni, to miejmy pewność, że w swoich dolnych notowaniach byli oni od innych gorsi. I nie jest ten mój sposób wartościowania jakimś, mającym odwodzić od praktykowania postawy chwalebnej, nihilizmem. Jezus miał miłą sobie satysfakcję z dokonywania cudów; z świadomości, że słuchają go tłumy, a bogacze czują się zaszczyceni, iż przyszedł do nich jeść, pić i spać. Lecz potem zapłacił za to śmiercią na krzyżu, daleko boleśniejszą niż, będąca udziałem większości ludzi, śmierć w łóżku. Lecz czy to oznacza, że życie Jezusa w liczbach bezwzględnych było przedsiębraniem równym życiu poczciwiny, co za jedyne godne wzmiankowania wydarzenie swej obecności wśród żywych podaje fakt, że niegdyś tam się urodził i że kiedyś tam umrze? Cóż, tak tu jak i tam tą bezwzględną liczbą jest zero. Lecz przecież liczy się i to, z jakich rozpiętości w górę i w dół te życia do zera były redukowane!
	Jedziemy. Mogę sobie tak dumać, bo nie przeszkadza temu żadne inne snucie opowieści czy, dajmy na to, kłótnia, o której dopiero kiedyś-kiedyś będzie można opowiadać.
Silnik tego dużego blaszanego pudła, w którym jesteśmy usadowieni, pracuje może głośno, ale równomiernie; ludzie podrzemują lub siedzą nieruchomo i nic nie mówią. Mijamy od czasu do czasu jakieś wsie i miasteczka, przy których, bywa, nasze pudło się zatrzymuje i gdzie następuje pewna rotacja pasażerów, albo ktoś tylko wsiądzie lub wysiądzie. Do Schizogrodu coraz bliżej, chyba że pomyliłem kierunki.
	Myślę sobie o różnych sprawach, nie wszystkie udaje mi się przytoczyć, lecz jedna teraz drąży mą świadomość ze szczególnym natężeniem: sprawa sporu pomiędzy zwolennikami poglądu, że wszechświat jest mechanizmem, a tymi, co twierdzą, iż do mechanizmu nie da się go sprowadzić, ponieważ jest żywy, a jako taki – nieobliczalny i nie do ujęcia w żadne formuły ani wzory. Uczeni od wieków usiłują zdiagnozować świat, wychodząc z optymistycznego, ale też mającego swe potwierdzenie w faktach, założenia, że jest poznawalny. Czy jednak to tylko niesłychana złożoność zjednoczonego wszechbytu, a to złożoność z wielu jednoznacznych składowych, umożliwia nam swobodę, znajdującego słuchaczy już mniejsza z tym w jakich kręgach, fantazjowania? Czyż tenże historyczny, a więc notujący w sobie zmiany także takie, jakich nikt, zdaje się, nie jest w stanie przewidzieć, wszechświat nie należy do sfery wpływów Osobistości przychylnej prostaczkom, która rachuby zarozumiałych astrofizyków i ateistycznych ewolucjonistów z upodobaniem sprowadza do – jakże egalitarystycznego! – absurdu? Według mnie, formacją biologiczną wyjściową i finalną jest człowiek, a zwierzęta i rośliny to skutek zbłąkania, lub przegranej w walce o pozostanie przy człowieczeństwie, poszczególnych rodzin ludzkich. Jak można przemyśliwać sprawy zamierzchłej przeszłości wcielonego życia, gdy  d z i s i a j   wiele milionów ludzi umiera przedwcześnie z głodu, a drugie tyle ginie w wojnach, od których nie znajdujemy ucieczki nadal, mimo to, że niby prawo do pokoju usiłujemy od dawna uczynić niezbywalną własnością każdego człowieka? Od okropieństw się nie ucieknie. Bez nich nie będzie bowiem przestrzeni wypracowanej dla obrotów spraw szczęśliwych, brak których przesądza o bezwartościowości bytowania. Rzeczy najcenniejsze opłaca się wydatkami nieraz rujnującymi, co zakrawa może na szaleństwo, ale pełzać w rynsztoku, by szaleństwa uniknąć, to wymóg do przyjęcia przecież tylko przez jednostki i narody pozbawione ambicji. A jednak wojen może nie być. Choć z drugiej strony pokój może być bardziej jeszcze deprawujący niż wojna. Żeby takim nie był, dokłada starań niejeden pracownik kultury, nauki, sportu i religii.
	Mamy Schizogród. To największe miasto Pyrii jest zarazem chyba i najpiękniejszym miastem kraju, pełnym nie tylko ciekawie zaprojektowanych i solidnie zrealizowanych w szkle i betonie osiedli mieszkaniowych, ale i awangardowych architektonicznie lub stylizowanych na antyk budynków, w których mieszczą się krajowe urzędy, biura, sklepy i kościoły. Dużo tu także teatrów, kin, szpitali i cmentarzy, a wszystko w najlepszym guście. Pozostałe z dawnych czasów pałace i zamki, w których rezydowali niegdyś ze swymi dworami monarchowie i magnaci, dzisiaj uczyniono muzeami lub siedzibami demokratycznych władz. Ulice i aleje o nienajgorszych jezdniach i trotuarach jak w każdej metropolii wypełniają tu tłumy przechodniów i nieprzerwane szeregi samochodów, tyleż zresztą pozostające w ruchu, co znieruchomiałe – kłopot uprzykrzonych korków dotyka bowiem Schizogród w niemniejszym stopniu niż inne urbanizacyjne kolosy. Zajeżdżamy przed budynek dworca PKS. Nie chce mi się wysiadać, ale co mam robić? Nikt mi nie pozwoli siedzieć w tym blaszanym pudle w nieskończoność. Zresztą o jakiej nieskończoności tu mówimy. Pięciogodzinnej? Taka nieskończoność to zda się przysłowiowemu psu na budę.
	Przepycham się z moją walizką ku wyjściu, uważając, by nie rozbić jej zapięć. Bo i rzeczy spoczywające w tej poręcznej skrzynce są dla mnie zbyt cenne, by narażać je na zabłocenie. Cóż. Chociaż zmiany klimatyczne w skali globu zanegowały sensowność dzielenia roku na regularne trzymiesięczne okresy, to teraz w Pyrii coś podobnego do dawnej jesieni jednak da się zaobserwować. Częste deszcze, chłód. Wczesne nadciąganie zmierzchu. Zmierzam za innymi w stronę pobliskiej stacji metra.
	Łebstaw Trawiński mieszka w Pigułkowie – pewnie od urodzenia. Ja w Schizogrodzie pomieszkuję od pięciu lat. Przeprowadziłem się tu z żoną i ledwie pełnoletnim wówczas synem, żeby za dużo nie stracić z naszego niespodzianie przypadłego nam bogactwa, ponieważ w Festylii dwie trzecie majątku musielibyśmy oddać tak zwanemu fiskusowi, a tutaj kapitału potrzebowano. Bylebym trzymał te moje miliardy w państwowym banku, mógłbym je zachować niemal w całości. I zachowałbym. Gdyby nie Torton Flejtuchrop, znany kieszonkowiec. Powie ktoś, że miliardów nie trzyma się w kieszeni. Słusznie. Kieszenie mojego surduta są jednak wyjątkowe. Wyciągam z nich w razie potrzeby rzeczy, jakich nigdy do nich nie pakowałem. Więc chyba tym bardziej mogłem liczyć na to, że będą dobrym schowkiem dla tych niewyobrażalnych pieniędzy, jakie zapisała mi w testamencie ta  sama Matrycja Remodas, której syn ostatnio dopuścił się gwałtu. Matrycja zresztą żyje, więc jej testament właściwie powinien być unieważniony. Wówczas te wielkie pieniądze niby tak samo bym stracił. Nie tak samo. Ja i Kuba mielibyśmy bowiem wtedy bogatą znajomą. Co te pieniądze robią z ludźmi! – ktoś mógłby żachnąć się, zgorszony. Otóż pieniądze nic złego ze mną nie zrobiły. I tak samo z Kubą. Żyjemy jakoś bez nich i specjalnie nie tęsknimy do luksusów, jakie dzięki nim są do kupienia. Ale nikt mi nie powie, że nie jest ciekawa taka rzecz jak kradzież grubej sumy. No więc szedłem z moim majątkiem w kieszeni do najbliższego państwowego banku, żeby tam go zdeponować, a tu nagle zaczął padać deszcz! Szczęściem, jak mi się wtedy zdawało, znalazł się w pobliżu uczynny przechodzień z parasolem. Zagadnął, że parasol jest duży i świetnie pod nim się razem pomieścimy, więc niech nie robię ceregieli. Odprowadził mnie do samego banku, przed drzwiami którego uprzejmie się ze mną pożegnał. Pchnąłem drzwi, na nowo przekonany, że rasa ludzi bezinteresownych całkiem jeszcze, dzięki Bogu, nie wymarła, po czym prędko odnalazłem okienko z wywieszką „Wpłaty kwot o najwyższej wartości” i sięgnąłem. Ale jakaż była moja konsternacja, gdy w kieszeni, zamiast moich ogromnych pieniędzy, wymacałem skromną karteczkę! Było na niej napisane: „Mój dobrodzieju! Już nie będziesz musiał zachodzić w głowę, na co przeznaczysz swe bogactwo. Dokonałem bowiem zabiegu likwidującego ten twój kłopot. Ewentualne podziękowania kieruj pod adresem: Torton Flejtuchrop – kieszonkowiec praktyk, ekskluzywny dom przy jednej z cichych uliczek miasta”. W ten to sposób z multimiliardera stałem się biedakiem. Na szczęście zawczasu zdążyłem kupić mieszkanie, gdzie te parę dni ja, żona i syn już mieszkaliśmy, a teraz mogliśmy je sprzedać, by zrobić przeprowadzkę do lokali mniej wystawnych. Mówię o lokalach, a nie o lokalu, ponieważ Kuba powzięła decyzję, że nie będzie mieszkać pod jednym dachem z „ofermą, która przy lada okazji daje się okradać” (bo okradano mnie i wcześniej), i zamieszkała z naszym synem w jednym M – 2, a ja w drugim. Takie to były nasze dzieje w Pyrii. Z tym, że rozwodu nie braliśmy, a nasze odosobnienie naszemu związkowi wyszło właściwie na dobre, bo, jak to raz wyznałem Kubie, „nie mamy teraz siebie za dużo”, dzięki czemu nie kłócimy się już praktycznie wcale. No, ale uważajmy, bo oto nadjeżdża metro. 
	Przytupywania do rytmu na koncertach muzyki pop, wręczania popom niewygórowanych łapówek za darowanie win myślenia, mówienia, czynienia i zaniedbywania. Starzejący się młodzian o włosach sztywnych jak druty wyjeżdża na dychawicznej deskorolce ze swojej ukrytej wśród leśnych wertepów nory na równy grunt miejskiego Placu Defilad. Rozczarowanie światem, najwięcej ciepłych uczuć budzące w mało znanej miejscowości Zaświat; zwątpienie o sobie – z powodu nazbyt wielu przegranych starć z przeciwnikiem, z nami zrośniętym jak szyja węża z ogonem onegoż.
	Co by nie mówić, póki co, metro w Schizogrodzie się sprawdza. Nie ma rozkoszy bez okropieństwa, więc i tutaj dochodzi niekiedy do wydarzeń o wątpliwej atrakcyjności, jak robienie miazgi z dotąd figuralnych i jakoś tam funkcjatywnych ciał samobójców. Widać, nie tylko rewolucja i łaska bogów potrzebuje ofiar. Jakbyśmy się przecież czuli my, szarzy ludzie wśród pstrokatych tablic reklamowych, gdyby nie fakt, że to, czego się boimy w odniesieniu do siebie, przytrafia się innym? Rzeczywistość można zamrozić, przeobrazić ją w nie dającą znaku życia księgę, w której też niby będzie wszystko, co w życiu napotykamy. Ale czy naprawdę istnieje taki punkt odniesienia, z którego widok na nasze heroiczne zmagania będzie przedstawiał tylko nieruchomą czasoprzestrzeń, a ukryte w niej życie odczyta jedynie jakiś arcyspecjalista? Nie namawiam do dyskredytacji osiągnięć współczesnej nauki, sam staram się nawet studiować popularnonaukowe pisma i książki. Namawiam do zasypywania przepaści, jaka wionie pomiędzy szczytami a dołami problemowych rozpoznawców, deklarując, że do integrowania w ten sposób znawców z dyletantami i osobiście się przyłożę.
	Powierzchowność moich towarzyszy podróży koleją podziemną wskazuje, według mego niemiarodajnego osądu, na ich umysłową lekką ospałość. Ale czy sam wyglądam lepiej? Przyzwyczajony do oglądania wyselekcjonowanych twarzy na telewizyjnym ekranie, prawdziwych ludzi chciałbym widzieć na podobieństwo tych wirtualnych. A to jest odwrócenie perspektywy, coś, co może wpływać zgubnie na moje poczucie realizmu. 
	Moja stacja, trzeba wysiadać.
	A swoją drogą, to co za idiota nadał naszemu miastu tak pejoratywną nazwę! Trzeba będzie skrzyknąć przyjaciół i w parę tysięcy dusz zamanifestować przed siedzibą burmistrza, że na co jak na co, ale na to my, trzeźwi i normalni obywatele stolicy Pyrii, to się nie zgadzamy! Ogłosić konkurs na nową i właściwą nazwę obecnego Schizogrodu, ufundować zachęcające nagrody dla jego zwycięzców! Oto, co jest potrzebne! Ze swej strony proponuję nazwę Poezjogród. Niech przemawia za nią choćby to, że jeszcze niedawno było w tym mieście więcej poetów niż zdeklarowanych pijaków, a co mówić o schizofrenikach, od których imienia wzięła się przecież nazwa naszej stolicy. Ta stolica niby jest „nasza”, a więc i moja, ale prawomocność tego zawłaszczenia wisi wszak na przysłowiowym włosku, bowiem to w dalekiej Festylii mieszkałem od urodzenia 50 lat, tu zaś jedynie 5. Tak więc dopiero w wieku lat stu będę mógł właściwie powiedzieć, że jestem pół Festylczykiem, a pół Pyryjczykiem, o ile byłoby się uznało, że młodość i starość mają równą wartość, co pewnie w jednym z możliwych sensów jest słuszne, lecz w innym możliwym sensie pachnie zbyt silnym pragnieniem przypodobania się absurdowi, by wobec zarysowanego problemu nie machnąć ręką i nie posłużyć się urzędowym dowodem tożsamości jako czymś, co wszystko tej mierze wyjaśnia. Oglądam i telewizję, a jakże, więc – chcąc nie chcąc – skazuję się na wpływy mentalne tudzież intelektualne, jakie wywiera na słuchaczowidzu ten czy ów telewizyjny dziennikarz. A ten często teraz powiada, że o polityku więcej mówi to, jak kończy, niż to, jak zaczyna. Skoro politykuję, toteż za polityka mogę siebie mieć i słowa dziennikarza prawomocnie biorę do siebie. Zacząłem (życie) w Festylii, więc jak skończę (je) w Pyrii, to ważniejszy będzie, bo więcej o mnie powie, ten ostatni incydent. A skoro tak, to mam prawo uważać się (i być uważany) za Pyryjczyka pełną gębą. Zależy mi na tym, bo gdzieś w końcu chcę być swojakiem, a nie jakimś przybłędą, co to tylko błąka się po jakichś, abstrakcyjnych dla Pyryjczyka, krainach i nie ma prawa do zadomowienia. Tu wynika siłą rzeczy i inny problem: moja faktyczna skłonność do ufikcyjniania siebie i swego świata, by ledwie tylko wspomnieć o udziwnianiu sposobu wypowiedzi, czyli języka. Powiem wam: czy nie dosyć w naszej wszechświatowej lub tylko w pyryjskiej rzeczywistości takich, co mówią wprost? Nazywają rzeczy po imieniu? Jakoś jak Jezus mówił, że królestwo Jego jest nie z tego świata, nikt nie miał mu tego za złe! Chcę, by świat rzeczywistości ogólnej, a więc siłą rzeczy anonimowej, upodabniał się do świata rzeczywistości mojej, tej, jakiej daję sugestywny, a więc zdatny do naśladowania, zapis. Myślę, że kpić z powyższej deklaracji można, bo i jak dawać siebie za przykład, będąc typem owładniętym – widać – przez Szatana, skoro nie wykonuję żadnego użytecznego zawodu; nie obiecuję, że za ojczyznę oddam życie, a jeśli modlę się do Boga, to słowami, jakich nie znajdziesz w żadnym z modlitewników. Otóż moja profesja to poszukiwanie przygód intelektualnych i artystycznych tudzież proponowanie ich streszczeń wydawnictwom, które, że nie przekazują ich dalej, a to do ludzi chętnych wprowadzać się w błogostan chłonięcia przetrawionych już problemów – mają swoje powody. Moja robota nie zasługuje może na miano użytecznego zajęcia, ale zasłuży. Z wiarą w to będę umierał, bo nie jest tak, że, ślęcząc godzinami przy laptopie czy nad zeszytem, maniakalnie tylko spisuję rekordowe brednie. Chcę pomóc ludzkości odnaleźć właściwy trop myślowej zwierzyny, ponieważ sądzę, że ten stosunkowo nowy rodzaj   m y ś l i  s t w a    jest atrakcyjny i rozwojowy. I jak nic innego może i powinien zastąpić łowcom pościgi i strzelanie do saren, zajęcy, kuropatew. Czytanie psuje wzrok. Otóż jest na to rada w postaci książki głosowej, czytanej przez sprawnego lektora. Ten rodzaj pomocy w utrzymywaniu dobrego nastroju w dużej mierze wyprze z codziennej praktyki milionów słuchanie tej nowoczesnej pseudomuzyki rozrywkowej, jaką jest rap bądź techno – już niezadługo. 
	Idę w stronę bloku, w którym wśród setek innych mam swoje mieszkanie. Nie chcę z tym się pogodzić, że ten świat jest już nie dla mnie, bo niby jestem już za stary. Słynni blokersi, czyli młodociani mieszkańcy bloków, wytworzyli nową miejską subkulturę. Mówiłem coś o mojej tęsknocie zadomowienia się gdzieś. Jak blokersi przecież nie jestem aż tak przywiązany jednak do określonego typu zabudowy. Dla mnie atrakcyjnie dziwny jest cały świat. I także te jego przysiółki – dobudowywane doń przez twórców takich jak ja.
	Mamy schodki zewnętrzne, wiodące do drzwi wejściowych na hall. Wystukuję na automacie cyfrowy szyfr. Zaraz też brzęczy elektromagnes, znak, że można już otwierać. Otwieram więc. Ach, te napisy na ścianach i rysunki  dzieciaków, zawsze chętnych do kpin z
bulwersującej je tajemnicy rodzicielstwa! Krytyka nieprawidłowości zawsze jest zdrowa, choć czynią ją przecież ludzie też błądzący, tyle że w innych dziedzinach. W skrzynce na listy jest coś dla mnie; boję się, że to po prostu reklama. Jednak nie. „Departament Stanu, doktor Lin Piao, Demokratyczna Republika Tutabonu”. Ciekawe, czego też spodziewa się po mnie ten człowiek, bo, jeżeli wolno mi o czymś takim w ogóle mówić, nie uchodzę w świecie za specjalistę od spraw poważnych. Niby byłem w gangu, gdzie planowałem napady na dużą skalę, co przyniosło mojej firmie poważny grosz. Ale, jak uczy historia, wielkie pieniądze idą częstokroć w ręce ludzi zupełnie nieodpowiedzialnych. Podejrzewać mnie o zdolności do rozwiązywania problemów państwa nawet tak małego jak Tutabon to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie. Z walizką w jednej, a listem w drugiej dłoni – wsiadam do windy. Kopertę rozerwę w mieszkaniu. Ale nie wiadomo, zapędzam się tutaj w domysły pewnie zbyt dalekosiężne. List mógł wysłać do mnie, w charakterze „kapitalnego” dowcipu, któryś z moich kolegów-żartownisiów. Winda, korytarz, mijane w marszu drzwi Talerzyńskich, Dziobaków, Milewiczów. I moje mieszkanie. Pewnie znowu odurzy mnie widok jego niepowtarzalnego bałaganu.
	Powroty z wypraw w nieznane do miejsc znanych aż przesadnie. Czujący się w obowiązku wykazania logiczności pewnego zwrotu telewizyjnych komentatorów piłkarz „stwarza niebezpieczeństwo dla bramki przeciwnika” przy pomocy siekiery, którą ją zaraz porąbie. Czy to już koniec mojej fantazji, mego nieokiełznania? Zawiadująca moim losem ironia sięga do pomysłów coraz pospolitszych, wciąż mniej zdolnych zadziwiać, natomiast coraz bardziej obfitujących w czarny, kogóż to mający rozweselać?, humor.
	Zdejmuję moje słynne, traperskie buty z wysokimi cholewami, wzuwam kapcie. Walizkę postawiłem na podłodze, zaraz ją rozpakujemy. Co dziwne, zaspokojony przecież jeszcze w Pigułkowie, a to solidną w końcu porcją kiełbasy z chlebem, głód - daje znać o sobie zupełnie tak, jakbym nie miał teraz na głowie żadnej ważniejszej sprawy! Idę do kuchni, leję do czajnika wodę prosto z kranu, napełnione naczynie stawiam na gaz. Samą herbatą się nie najem, więc sięgam do lodówki po ser i margarynę, z pojemnika wyjmuję miękki chleb dla bezzębnych, pokrojony fabrycznie na równe kromeczki. Zapalam światło, bo na dworze mocno już poszarzało. List z Tutabonu nie przestaje mnie intrygować, jednak jak pierwej nie wzmocnię się tą wczesną kolacją, to nic z niego nie zrozumiem. Myśl będzie bowiem ustawicznie skręcać ku jedzeniu! W parę chwil wyjęte z celofanu kromki smaruję margaryną, powlekam serem. Płomyczki pod czajnikiem podkręcam tak silnie, jak to tylko jest możliwe. No i nareszcie! Herbatę, żeby szybciej przestygła, przelewam z kubka do kubka kilka razy. I od razu mogę pić! Tej ostatniej sztuczki, jeszcze w dzieciństwie, nauczyła mnie moja matka. Nie mówię dużo o mych rodzicach. Cóż. Moje przygody są rodzajem ucieczki. Także od nich.
	No więc trzeba powiedzieć, że kolację już zjadłem. Teraz tylko wypalę i już zaraz bierzemy się do listu. Od lat próbuję odzwyczaić się od palenia, a jako że jedną zasad odwyku – w sytuacji, gdy jakimś ośrodkom w organizmie nikotyny brakuje już katastrofalnie – jest palić i nie robić przy tym już nic innego, palę i listu od Lin Piao nie czytam. Papieros nie smakuje mi. Nie gaszę go w połowie, bo szanuję wszak pracę robotników firmy SPIKE. Koniec. Myję ręce w łazience i rozrywam kopertę. Są w niej dwie złożone na czworo kartki. Biorę jedną, lecz z zapisanego na niej tekstu nic nie rozumiem. Aha, to po tutabońsku! Biorę kartkę drugą i na szczęście nie jest tak, jak się obawiałem, że będzie to tłumaczenie z tutabońskiego na, zrozumiały niby dla wszystkich ludzi wykształconych, angielski. Tutabon to kraj afrykański, gdzie wiele firm pyryjskich prowadzi interesy. Zrozumiałe, że znalazł się tam i tłumacz przysięgły operujący naszym językiem. Czytam:
„Drogi panie Plux. Piszę do pana w sprawie ważnej dla każdego świadomego mieszkańca Ziemi, planety, na której już za 50 lat może nie być nie tylko nas, ludzi, lecz w ogóle – istot żywych. W temperaturze stu stopni Celsjusza giną bowiem najbardziej odporne na wysokie  stany temperaturowe wirusy, wszystkie inne znane formy życia giną w temperaturach jeszcze niższych, a 100 stopni Celsjusza to temperatura, jaka, według naszych obliczeń, zapanuje w biosferze za 50 lat, jeśli człowiek nie poczyni stosownych kroków, by zahamować i uwstecznić zachodzące w naszym życiowym środowisku tendencje. W ciągu ostatnich stu lat, spalając węgiel i inne zawierające węgiel substancje, człowiek wprowadził do atmosfery nienotowane wcześniej w dziejach ilości dwutlenku węgla. Wywołało to tak zwany efekt cieplarniany, który z dnia na dzień pogłębia się, grożąc zaistnieniem sytuacji, o jakiej napisałem wyżej. Uzupełnię. Otóż nadmierna ilość dwutlenku węgla w atmosferze stanowi barierę dla nadmiaru ciepła, wprowadzanego w płaszcz Ziemi z dynamicznymi  promieniami słonecznymi, który nie idzie z powrotem w niebo, ponieważ samo ciepło, pozbawione już dynamiki, pozostaje w obrębie Ziemi, natrafiając na wspomnianą barierę.  Ratunkiem przed tragedią, jaka nam już za tak niedługo grozi, byłoby wstrzymanie spalania węgla i destylatów ropy naftowej w skali globu. Byłoby to jednak niewyobrażalnie trudne, ponieważ na spalaniu węgla i jego pochodnych oparta jest, jak wiadomo, cała niemal cywilizacja inteligentnych mieszkańców planety. Przeciw przestawieniu gospodarek świata z technologii węglowych na czyste ekologicznie paliwo jądrowe protestują, przyzwyczajeni do „poczciwego” dymu i ciągle nieufni wobec, notujących i wpadki, producentów energii jądrowej, konserwatywni członkowie społeczności ludzkiej. Konserwatystów jest więcej niż postępowców, a że siłą decyzyjną we współczesnym świecie są demokracje, czyli wola większości, trudno przeforsować rozsądny program. Z prawdziwą więc ulgą powitałem doniesienie o jednym ze skutków, tragicznego skądinąd, ataku terrorystycznego na tutabońskie miasto Muri. W Muri zginęło ileś tam tysięcy ludzi, wypadałoby ten wypadek może tylko opłakać, ale szczęściem okazało się, że tknięci jakąś opatrznościową wręcz intuicją pracownicy ocalałego z pożogi tamtejszego Instytutu Klimatologii dokonali odkrycia, które tragedię tysięcy uczyni, że tak powiem, komedią miliardów!!! Lecz tu, mój drogi, potrzebny będzie już pan. Nic więcej nie powiem! Proszę wsiadać w samolot i niezwłocznie stawić się w stolicy Tutabonu, Adreys! 
Dr Lin Piao, Adreys, Al. Kotoptu 175 – 34 A
P.S. Pieniądze na bilet uzyska pan w ambasadzie Tutabonu (Schizogród, ul. Mieszana 2) za okazaniem niniejszego listu. Nie muszę dodawać, że sprawa wymaga dyskrecji.”
	Kładę list na biurko, pełen sprzecznych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że wielka sprawa, o jakiej zawsze marzyłem, wreszcie się trafia. Z drugiej – jak mogę wiedzieć, czy jej podołam. A z trzeciej strony to jestem już przecież nazbyt zniechęcony do wdawania się w jakieś awantury, by nawet możnością przysłużenia się ukochanej ludzkości cieszyć się bez zastrzeżeń. Sięgam do telefonu i wykręcam numer żony.
	- Halo, kto chce ze mną rozmawiać? – słyszę jej cieniutki sopranik. 
	- Twój mąż, Flakonon. Kubo, nie będzie mnie jutro u ciebie. Może cię to zmartwi, bo wiem, że o moich zdolnościach detektywistycznych nie masz najlepszego zdania, ale po latach nieróbstwa mam wreszcie pracę.
	- Znowu się skompromitujesz.
	- Nie jest to takie pewne, Kubeczku. Nie będzie mnie jutro u ciebie, ale przyjadę dzisiaj. Po mój paszport, który jest w naszych dokumentach.
	- Wyjeżdżasz gdzieś poza Unię Europejską? – zdumiewa się moja rozmówczyni. – Przy twoim domatorstwie i zasiedziałości?
	- Są sprawy na tym najdziwniejszym ze światów, które nawet trupa postawią na nogi.
	- No dobrze, przyjedź. Ale zanim zrobisz to głupstwo, pomyśl, czy szukać szczęścia gdzieś na końcu świata, gdy mógłbyś w kraju spróbować swych sił choćby w reklamie, nie będzie zbytkiem ekstrawagancji.
	- Jadę   t a m   właśnie po to, żeby do końca naszego świata nie dopuścić – mówię oględnie. – Niestety nic więcej nie mogę ci powiedzieć, zostałem do tego zobowiązany przez mego klienta.
	- No to czekam – deklaruje Kuba, nie przedłużając rozmowy, choć aż się prosiło, by spytać, jak ja, człowiek, śmiem mieszać się do spraw będących chyba tylko w gestii Boga. Co do istnienia Boga lub jakiegoś Jego quasi-istnienia (jak bowiem On, nadrzędny, miałby do czegokolwiek, a więc na przykład do bytu, należeć; wchodzić w porządek, którego z konieczności logicznej musiałby być najzwyczajniej podporządkowanym elementem?), mam wątpliwości zgoła poważne, ale operujemy w ramach kategoryj przyjętych; odwoływać to, co niesłuszne, próbujmy stopniowo.
	Nie chce mi się nigdzie wychodzić, tym niemniej przełamuję swoje lenistwo. Robi się zimno, na swój znoszony surdut narzucam stosowną do panującej jesieni jesionkę; buty już wzułem, jeszcze tylko pogasić wszystkie światła i – w drogę!
	Dziobania ziaren pszenicznych w filantroperskich karmnikach, wyjadania okruszyn bułek i chlebów przez, chcące żyć tak jak i my, robaki. Otępiały mózg nicponia - pasożytującego na szlachetnych wyznawcach ostrej, księżej reprymendy – dla swoich cięć wynajduje cele zadowalające mało. Jak jednak działać mu inaczej, skoro stajał już niby zlodowaciała meduza i swą twardość, posiadaną wyłącznie dzięki swemu obumarciu, musi liczyć do spraw przedawnionych?
	Nie wiem, która jest godzina, i, prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to. Widzę mknące samochody i będących w ruchu przechodniów. Jakby było zbyt późno na jazdę do Kuby, ulice i trotuary świeciłyby pustkami. Zresztą sama Kuba pięć minut temu zapraszała mnie. Zgoda, mam zegarek, wystarczy spojrzeć. Siódma pięć. Coś kręci mnie w nosie, zmuszony jestem kichnąć. Przeziębienie? Po co się martwić, w Afryce będzie cieplej. Wsiadam w autobus, metrem w Schizogrodzie na razie nie wszędzie się zajedzie.
	Moja skłonność (i zdolność) do rozmyślań – w sytuacjach przywołujących zwyczajnie nudę - jest fikcyjna. Nudzę się jak każdy patałach. Myśl nie zaistniewa tam, gdzie jej sprawca widzi, że w tym przypadku całe postępowanie wyobraźniowe poszłoby w nicość, nie zostałoby zrealizowane. Jednak przecież tutaj wszystko odbywa się na dwóch planach, a jako że jeden jest realizacją drugiego, mechanizm ten nie ma tu zastosowania. Mózg winien zaznawać także fazy odpoczynku, możliwe. Wszelako ten dyspozytor naszych uświadamiań i naszych przedsiębrań, jak reaktor w elektrowni atomowej, raz wprawiony w ruch – musi chyba niestety zachowywać ciągłość pracy, pozostawać w ruchu niechby tylko jałowym. I to ostatnie będzie jego odpoczynkiem, choć kto wie, czy taki odpoczynek go nie zabija. Pracy mózgu wymaga i prosta percypacja zmieniających się w podróży widoków. Nie odnotowuję ich szczegółowo ze względu na przyświecającą mi ideę skupiania się na istocie sprawy – kosztem jej okoliczności, które mogłyby ją zdominować.
	Wielkie bloki mieszkalne, mniejsze od nich hale targowe, całkiem małe sklepy i kioski. Ludzie żyją nie samym, będącym zresztą metaforą wszelkiego jedzenia, chlebem. Umilają sobie egzystencję rozbudzaniem i zaspokajaniem i  innych głodów. Gdy zniszczymy zdrowie, poruszamy niebo i ziemię, by zdobyć specyfik, który zdrowie przywraca. Jedni są głodni sukcesu własnego, drudzy zgadzają się na to, by w ich imieniu sukcesy osiągał ktoś inny, z nimi tylko spokrewniony, spowinowacony, mówiący tym samym, co oni, językiem. Lecz oto i przystanek, na którym mam wysiadać. Powstaję ze swego siedziska, między równymi rzędami foteli przechodzę ku wyjściu. Teraz sus z wysokiego stopnia i spacerek wśród osiedlowych parkingów w stronę bloku, gdzie w jednym z jednopokojowych, skromnych mieszkań Kuba, wraz z naszym synem Socjuszem, ma swój mieszkaniowy meldunek. Nawiedza mnie przykra myśl, że, wybrawszy konwencję daleką od pornograficznej, skrajnej szczerości, nie stwarzam materiału, który mógłby być mocną podstawą dla badań o prawdziwych, przedstawiających rzecz bez pominięć, realiach życia jednostki jakoś tam szczególnej. Żeby bowiem człowiekowi dogodzić, trzeba znać jego potrzeby. Ludzie mało
spostrzegawczy, potrafiący rozmawiać jedynie dzięki spostrzeżeniom poczynionym przez innych, poruszają się po terytorium żałośnie nierozległym i nie są w stanie wyartykułować swoistości choćby tylko własnych wędrówek i zasiedzeń; o swoich potrzebach mogą dowiedzieć się jedynie z opowieści osoby spoza swego środowiska – jak zwierzę, którego samoświadomość musi zastąpić wiedza hodowcy. Niech więc mi nikt nie mówi, że poznawanie samego siebie jest zajęciem pozornym, o efektach, które bez żalu można pominąć! Eksperymentując, na ile standardy człowieczeństwa, odziedziczone przez nas po przodkach stawiających sobie być może to samo pytanie, wolno nam zaniedbać, z ludzi – przemieniamy się w psy, świnie, dżdżownice. Czy nauka piewcy miłości, wedle której mamy żyć w cichości i w rozmodleniu – porzuciwszy zgiełk i ambicje, nie prowadzi do takiej właśnie przemiany? Zawierzyć którejkolwiek z potęg, stając się w jej rękach ślepo posłusznym narzędziem, czyż to jest rozsądne? Owce muszą iść za swym pasterzem; inaczej nie zabije ich człowiek, tylko zginą w paszczy, niegodnego ich ofiary, wilka. A jeśli Jezus jest wszechświatem, na którego mistyczne Ciało wszyscy się składamy – czy i wtedy powiem, że Jego dziwną naukę należy rozpatrywać w kategoriach zwykłej, przydatnej w porządkowaniach spraw przyziemnych, logiki? Biorąc najostrożniej, wypada powiedzieć, że logika jest chyba… jedna. Jezus mógł być mentalnym mocarzem, dającym dowody swojej władzy nad żywiołami, czyniącym cuda. Ale czy cudotwórca i mędrzec to musi być jedna osoba? Proroctwa mówiły, że musi.
	Tak rozmyślając, kończę mój spacer przed blokiem Kuby. Na automacie odmykowym wystukuję dwie cyferki. Kuba wie, że to ja, więc w domofonie nie słyszę jej głosu, tylko sygnał uruchomionego elektromagnesu, znak że można otwierać. Wchodzę.
	A tak w ogóle, to czy wierzyć w proroctwa i patrzeć na nie z nabożeństwem jest rzeczą godną człowieka rozumnego? Przecież gdyby te gwarantowane autorytetem natchnionej biblii przepowiednie miały się potwierdzać, oznaczałoby to, że w dziejach nie ma wolności, że życie ludzi przebiega podług, z góry wiadomego dla wtajemniczonych, fatum. Ktoś nazwie je „planem Bożym”; Przeznaczeniem, od którego próżno szukać ucieczki.
	Dzwonię, bo na to ósme piętro już wjechałem i stoję przed drzwiami. Kuba otwiera, uśmiechając się sympatycznie. Trzeba powiedzieć, że moja żona, mimo upływu lat, posiada w swoim wyglądzie, ruchach i głosie dużo kobiecego uroku.
	- Cieszę się, Kubo, że znajduję cię w dobrym nastroju – odwzajemniam uśmiech.
	- Żebyś tylko nie narobił sobie ciężkich kłopotów swoim znajdowaniem wszędzie i we wszystkim dobrych stron! – Kuba próbuje mnie przestrzec. – Wchodź, co tak stoisz.
	Przestępuję próg i od razu widzę Socjusza, który pracuje przy swym komputerze. Mam w „domu” Kuby swoje bambosze, więc przenoszę się w nie, żeby tu nie błocić. Zdejmuję też jesionkę.
- Cześć, tato! – wita mnie syn. Jest trochę podobny do mnie, ale nie tak drobny i nieco wyższy niż ja. – Z góry przepraszam, że nie będę mógł poświęcić ci więcej czasu i uwagi. Niestety, choć pracuję bez przerw, roboty ubywa mi strasznie powoli.
	Przechodzę z Kubą do kuchni, żeby nie przeszkadzać w pracy młodemu architektowi wnętrz. Cieszę się, że chłopak sobie radzi, chociaż jego zajęcie jest zbyt absorbujące czasowo, by móc tutaj nie mieć zastrzeżeń.
	- Pogrzeb trochę w dokumentach – z uprzejmą prośbą zwracam się do żony – i znajdź mój paszport. Potem mógłbym zapomnieć cię o to poprosić.
	- Nie wiem, jak z taką pamięcią możesz liczyć na sukces rozwiązania zagadki kryminalnej! I to gdzie! Daleko poza granicami kraju!
	- W mojej pracy pomagała mi zwykle nie pamięć, lecz zmysł improwizacji i… szczęśliwy przypadek, który umiałem spożytkować, Kubo. Gdybym, zgodnie z regułami i prawidłami tradycyjnego podchodzenia do spraw, siedział w Festylii i uprawiał tam „normalny” zawód, nigdy nie trafiłbym do Bermongu, nie znalazł ciebie i nie sprawił, że stałaś się moją żoną. To ostatnie nie wpłynęło pewnie na losy ludzkości, ale kto wie, czy jeszcze nie wpłynie, zważywszy że przy tobie znormalniałem i moje, nacechowane zawsze ogromem skali,  działania zyskały dodatkowo przymiot realizmu, a więc wykonalności w warunkach twardego konkretu. Miękki konkret, jaki dotąd preferowałem, to było rzeźbienie w lipie, przynoszące efekt w postaci figur dobrych do ustawiania pod dachem. Moje dzisiejsze rzeźby z powodzeniem oprą się i wiatrom, i deszczom. To oczywiście przenośnia. Ale powiedz może, Kubo, co z synem Matrycji Remodas, Ertypem, który dopuścił się gwałtu na nieletniej. Rurer go wybroni, bo i uleganie popędom to wszak posłuszeństwo głosowi natury, nie żaden karalny egoizm. Raczej egoizmem jest tłumienie zdrowego popędu; popęd stwarza, nie unicestwia.
	- Naukowy światopogląd dzisiaj w odwrocie – kręci nosem Kuba. – „Cyrkla, wagi i miary do martwych użyj brył”, że zacytuję klasyka romantycznej wiary w nieujmowalność formalną ściśle ludzkich własności. A zresztą ty wiesz, co dla dziewczyny znaczy być gwałconą?
	- Wyobrażam sobie, Kubo. Ale wiem też, co za męką i doprowadzaczem do jakich to znieprawień natury bywa tłumienie popędu lub rozładowywanie go sposobem nienaturalnym.
	- Temu problemowi nie zaradzisz – stwierdza Kuba, wzruszywszy ramionami.
	- Zaradzę! – zaprzeczam niepowściągliwie. – A jak nie ja, to zaradzi mu kto inny!
	- A jak tam kasyno? – rzuca Kubiątko. – Pewnikiem zgrałeś się do cna?
	- W ogóle do kasyna nie dojechałem – teraz to ja wzruszam ramionami. – W pewnym momencie pomyślałem, że, spalając benzynę, potęguję efekt cieplarniany, więc zatrzymałem wóz przy najbliższej przepaści i zepchnąłem go w nią.
	- Niedługo strzelisz sobie w łeb, żeby tylko wydychanym dwutlenkiem węgla tego zakichanego efektu nie powiększyć! – unosi się Kuba, zła że teraz zmaleje nasz globalny dochód, bo do tych dwóch czy trzech miejsc, gdzie chcę czy muszę bywać, będę odtąd jeździć drogimi autobusami. Wstaję, uznawszy, że dość się nagadaliśmy.
	- Twój paszport położyłam na lodówce.
	Biorę tę broszurkę w niebieskiej okładce, wpychając ją następnie do napierśnej kieszeni surduta. W oczach Kuby widzę ni to niepokój, ni to pytanie.
	- Jeśli o to ci chodzi, to będę tam z tydzień.
	- Pamiętaj, że masz do kogo wracać – mówi Kuba, z którą przecież jestem związany ciepłym uczuciem już od ćwierćwiecza z hakiem. – I w razie czego uruchom swój instynkt samozachowawczy!
	- Awariom tego instynktu zawdzięczam to, że niekiedy wychodzę w ogóle z domu.
	Żegnam się jeszcze z Socjuszem, wdziewam jesionkę, buty i wyruszam na poszukiwania ulicy Mieszanej. Dopiero w połowie drogi uzmysławiam sobie, że adres ambasady Tutabonu mógłby mi wyszukać w Internecie mój syn, dziecko swoich czasów.
	Uporczywe ślęczenia nad rękopisami – nakreślonymi ręką człowieka, którym kiedyś się było. Wyszukiwania w nich ustępów co udańszych. Gorszenia się dawnymi zapisami swych zepsuć, przecież tak nieznacznie odbiegającymi od dzisiejszych. Liczę na własne odrodzenie, doczekanie i w swoim osobistym przypadku bezkresnego okresu, zapowiadanej wszak właśnie przeze mnie,  wielkiej przyszłości człowieka.
	Niemal w dzień mego pierwszego przyjazdu do miasta Schizogród odbyłem po nim spektakularny objazd. Moim przewodnikiem był wówczas stary Schizogrodczyk, Radogarst Trafka, którego poznałem przypadkiem, gdym włóczył się po tutejszej Starówce, nie mogąc już znieść krzyczącej ciszy hotelowego numeru. Trafka domyślił się, że jestem obcokrajowcem, więc z miejsca zaoferował, że bezpłatnie oprowadzi mnie po najpiękniejszych zakątkach najstarszej dzielnicy obecnej stolicy Pyrii. Spytałem, czy nie mógłby poszerzyć swej oferty, ponieważ jestem ciekaw sekretów całego miasta. Poszerzył. W trakcie kilkugodzinnej  wędrówki taksówką (wtedy było mnie jeszcze na taką stać) poznałem topografię, inaczej mówiąc: rozkład przestrzenny, metropolii, w tym ten jej szczegół, gdzie szukać obszaru, na którym zorganizowano największe skupisko ambasad. Tam właśnie teraz pojechałem, choć wiem już, że niestety reguła zna wyjątki i moją wyprawę w okolice Placu Trzech Gwiazd może zwieńczyć fiasko. Wydostaję się z przepełnionego, a to głównie młodocianymi amatorami pobliskich dyskotek, przegubowca i wśród dość licznych tu jeszcze o tej porze przechodniów wyszukuję takiego, co to wygląda mi na osobę zorientowaną.
	- Ulica Mieszana to będzie tam – pokazuje ręką starszy mężczyzna w kurtce. – Pierwsza poprzeczna za tą secesyjną kamienicą z bazaltowymi kulturystami podpierającymi balkon. Interesuje pana jaki zakres numerów?
	- Ściśle biorąc, dwójka.
	- A, to już po drugiej stronie Alej Przejezdniczych. Ale ten sam trakt.
	Dziękuję informatorowi i gnam, wydłużywszy krok. Nie jest to pora załatwiania interesantów w ambasadach. Co gorsza, nie wszyscy ambasadorowie mieszkają w ambasadach. Ja jednak liczę na dopisujące mi w ważnych sprawach szczęście. Jest! „Demokratyczna Republika Tutabonu” – odczytuję pyryjską wersję dwujęzycznego napisu, wyrytego na miedzianej blasze tabliczki, którą przyśrubowano do betonowego parkanu. Za tym parkanem – spora willa, prawie pałacyk. Obok tabliczki – brama. Zanim wezmę się do jej forsowania, sprawdzę, czy nie ma tu guziczka uruchamiającego dzwonek. Nie ma. Podskakuję, chwytając dłońmi za górną krawędź osadzonego na solidnych zawiasach żelastwa. Potem podciągam się na rękach i prawą nogą próbuję zaczepić o tęże krawędź. Teraz tylko wyprost rąk, przełożenie drugiej nogi i jesteśmy w domu! Zeskakuję.
	
c.d.n.