Motto:
Gdy się rozebrała,
sala zaszemrała:
Ach, ten biust, ten biuścik
to prawdziwa chała.
Dedykacja:
Wszystkim kucharzom
Rychło przypomniałem sobie, że czasu pozostało jednak niewiele. Powziąłem wobec tego nasuwającą się, bezwiedną myśl, by gniadosza, na którym siedziałem pewnie i statycznie, wprowadzić w uregulowany co prawda galop, bowiem czasu istotnie pozostało niewiele i nie wypadało go tracić w spokojnym, umiarkowanym kłusie.
Krajobrazy przesuwały się bokami coraz to wspanialsze; byłem istotnie rasowym jeźdźcem, umiałem utrafiać w wąskie oazy na pustyniach przecież szerokich, jeśli nie wręcz bezkresnych.
Wymyślne dodawanie sobie animuszu pióropuszami z długopisów nie na wiele się wprawdzie zdawało, ale za to sprawa konkretu, najbardziej jątrząca i rodząca zdrowe nadzieje, przybierała wreszcie konkretne właśnie formy. Nie myliłem się stosując starą wypróbowana zasadę łowców, że jeśli już coś, to tylko galop.
Mętne, a jednak przy swej nieczystości niesamowite topiele rozgoryczeń wkładały mi do oczu wrażenie dosłowności, czułem, że dochodzę wreszcie przedproża imaginacji, tak że nie miałem wiele do zarzucenia własnej pomysłowości.
– Jak daleko do jezior? – spytałem nie zwalniając biegu pobocznego, mało związanego z tokiem mych myśli pastucha.
– Dziesięć wiorst! – odkrzyknął.
Byłem wreszcie pewny siebie. Kłoniły się mojemu pędowi okoliczne poboczne urojone drzewa, sypki miałki piach odskakiwał od kopyt mojego wierzchowca.
Miałem sprawę do mieszkańca Jezior niejakiego Quatrada Farseta, który był, jak wszyscy w tych stronach, pastuchem, jako że jeziora należały do bezrybnych, a i raków w nich nie było. Quatrad Farset był, jako się rzekło, pastuchem, ale nie cierpiał, gdy mu się to przypominało.
– Pamiętam, dobrze pamiętam – odpowiadał przeciągając dziwnie sylaby.
Quatrad Farset był także zapalonym palaczem. Wypalał stosy papierosowych skrętów, które humorystycznie nazywał sosami.
– Wypalam sosy papierosów dziennie – mawiał.
Miałem do tego pastucha, a zarazem palacza o niecierpliwym, zalęknionym spojrzeniu i odstających ogromnych uszach, a także o włosach, które najlepiej nazywać czarniawymi, sprawę nie cierpiącą zwłoki, co dotąd zmuszona do cierpienia jej, nabrzmiewała stopniowo i nieubłaganie. Chodziło mianowicie o pewien, by się wyrazić z kupiecka, interes – mały frywolny interesik, którego wzorem maślanego masła nie sposób było jednak zwać interesownym. Było to łagodne, mało w istocie kłopotliwe przedsięwzięcie handlowe, drobna sprzedaż połączona z drobnym kupnem, transakcja obustronnie korzystna.
Galopowałem, byłem w pełnym pędzie, pozwalałem memu gniadoszowi na wykazanie mistrzowskiego przebierania nogami,które jakże lubił ten młody zdrowy koń! Podskakiwałem aż w wygodnym siodle, gdy przesadzał potężnym susem rozpadliny skalne i przeszkody, które nie zmuszony, sam pokonywał dla przyjemności, jak na przykład stare beczki, poniewierające się na prerii ruiny fortepianów, tapczanów i innych tym podobnych. Raz nawet przeskoczył zdechłego słonia, który prawdopodobnie tułał się po prerii wraz z jakimś objazdowym cyrkiem, aż w końcu wyzionął swego małego przysłowiowego ducha w dużym ciele. Gniadosz mój nie przeskakiwał jednak małego owego ducha, lecz właśnie duże owo ciało, możecie być spokojni.
Ale do rzeczy, bo jak zauważył jeden z moich potwarczych sobowtórów, niekiedy daję się ponosić fantazji, gdy realia powinny być ważniejsze. Tak więc do rzeczy. Miałem w kieszeni nieodłączne papierosy firmy Carmin, pod sobą zawrotnego konia, nad sobą złowieszczo powiewające, skłonne rozrosnąć się w huragan, wiatry Zachodniej Perfemii. Serce, ukołysane galopem, niejako drzemało, biło nadzwyczaj spokojnie, nie było utrapionym, nieznośnym, a właśnie znośnym i nieutrapoinym. Trzy wiorsty pozostawały jeszcze do osiągnięcia zamierzonego celu, poczęło mnie ogarniać lekkie przyjemne podniecenie. Nie przypuszczałem jednak, by Quatrad Farset nagle zmienił zdanie co do tego, że istotnie sprawa jest błaha i nie ma o czym mówić.
Dostrzegłem już pierwsze bardziej znane kąty Wiwis, tej spokojnej jowialnej wioski. Minąłem też pierwsze jezioro, które należało do Pojezierza Wiwisekt. Wkrótce minęła mi chata Sonardów, następnie murowany dom Borsów, aż wreszcie mogłem zsiadać z konia, bo Quatrad Farset mieszkał na wyspie. Przywiązałem gniadosza do rosochatej wierzby, jaką, mówiąc nawiasem, była tu chyba jedynym liściastym drzewem, i wsiadłem do używanej przez wszystkich używanej wiosłowej pokaźnej łodzi, która jeśli nadawała się do wiosłowania w pojedynkę, to niech ja skonam. Zawsze wspominałem swego odległego przodka Madassara Pluxa, kiedy wsiadałem do tej wielkiej jak – co tu dużo gadać – galera łodzi. Jednak było to lepsze niż płynąć wpław ku wyspie, bo chociaż woda nie była taka znów zimna, to jednak jezioro roiło się wprost od krwiożerczych pijawek, które, jak przypuszczam, na całym Pojezierzu wymordowały wszystkie ryby, nim wzięły się do raków. Zdaje się, że zapomniałem powiedzieć, co do tego wszystkiego ma mój pradziadek Madassar; otóż był on właśnie galernikiem. Tak więc potężnie zasapany dobijałem do małej – wgłębionej w niezwykła wśród tworów ślepej chaotycznej natury okrągłość wysepki – zatoczki, gdzie chybotała się na łagodnej fali łódka Farseta, uwiązana rdzawym łańcuchem do omszałego pala. Zręcznie zeskoczyłem z wysokiego dziobu, który wpił się w przybrzeżny piasek z lekkim, miłym uchu zgrzytem, po czym wciągnąłem tę potwornie ciężką łódź już trochę głębiej, by nie zachciało jej się dryfować, to jest oddryfować. Ogarnęło mnie jeszcze większe zasapanie; oczywiście serce nie chciało pozostać w tyle i także nieprzyjemnie przyspieszyło. Nie zważałem jednak na to, z miejsca podążyłem ku ukrytym za obrzeżającymi ją chaszczami dwom odrębnym polanom, gdzie Farset miał swoją chatę i stodołę, gdzie po prostu mieszkał ten bogobojny pastuch. Było to właściwie nieco dziwne, że swe krowy wypasa na tak małym skrawku, na maleńkiej wysepce; krowy zostały tu przywiezione jako cielaki I praktycznie nie znały większych pastwisk, dlatego może czuły się zadowolone. Byka na wyspie nie było, jednak Farset stosował inseminację; zresztą nastawiony był głównie na produkcję mleka, które następnie magazynował w starych katakumbach. Katakumby te były zapewne pozostałością jakiejś dawnej, zapomnianej kultury, głucho o tym w podręcznikach i encyklopediach. Właściwie były tylko one, a ponieważ ich odkrywca, sam Farset Quatrad, nie znalazł w nich żadnego przedmiotu (nie był tu nawet szczurów ani, wyobraźcie sobie, mrówek), muzea nie rościły sobie pretensji do znaleziska, co Farset przyjął z ulgą, jako że wyspa była dla niego czymś bardzo ważnym, a nawet czymś jedynie ważnym, gdyż hodowlę traktował wybitnie zarbkowo. Z mlekiem, magazynowanym w katakumbach, a ściślej: w jednym wielkim, przypominającym niejako szambo zbiorniku, który zbudował po prostu z folii, uszczelniając w ten sposób i higienizując wyłożoną nią jedną z odnóg podziemia – z mlekiem wiązał nadzieje wyłącznie zarobkowe. Żył, póki mógł, z pracy własnych rąk, zadowalał się piciem właśnie mleka, serwatki i śmietany, jedzeniem sera i masła, z witamin jadł trawę, której smak przyrównywał humorystycznie do smaku szczypiorku, trawą również zastępował sobie tytoń w swoich “sosach papierosowych skrętów”. Tak więc żył, jak mógł, wyspy w ogóle, absolutnie nie opuszczał, magazynował kolosalne ilości mleka, które pozostawało białe, choć na czarną godzinę je chował. Chciał po prostu kiedyś je sprzedać, równocześnie zdobyć masę pieniędzy i żyć dalej, ale już bez uprzykrzeń – bez obowiązków. Kupiłby wtedy odpowiedni aparat, oglądał wybrane programy telewizyjne, a rolę kucharza przekazał nowoczesnemu kuchennemu robotowi. Nie cierpiał bowiem – jako odludek – ludzkiego towarzystwa, a nie chciał mieć służącego, służącej czy służących – jako zapalony demokrata.
Cała ta historia stanęła mi przed oczami, gdy podążałem mizerną wątłą, ledwie widoczną ścieżką ku chacie Farseta; ścieżki tej używali jedynie goście jego, jak ja mający jakiś interes, natomiast Farset chadzał nią tylko podczas odprowadzania swych gości ku łodzi, do której nigdy zresztą nie wsiadał. Ostatnim razem zdarzyło się to, gdy przypłynął tu i musiał wracać po krowy, od dwunastu jednak lat nie ruszał się poza obręb wysepki ani krokiem. Był co prawda na wyspie zepsuty telefon, mogę nawet podać jego numer, choć nie przypuszczam, aby ktoś się dodzwonił, dla tego prostego faktu, iż kabel leżący na dnie jeziora był przegryziony przez nienawistne pijawki. Tak więc lepiej nie będę podawał, bo po prostu szkoda zachodu. Ale do rzeczy.
Byłem już nieomal na przedprożu chaty, przygotowywałem się z całą świadomością, odpowiedzialnością i powagą do wywołania delikatnego chrobotu kunsztowną kołatką, gdy nagle, najzupełniej niespodziewanie, poczułem silny ból w prawej nodze, tak mniej więcej na wysokości kolana. Spojrzałem i oniemiałem: z nogawki mego wysokiego traperskiego buta zwisał, rozpaczliwie się zwijając, wąż lub żmija, po prostu złowieszczy podłużny gad, który widocznie nazbyt głęboko się zapuścił w szparę pomiędzy nogawką a skarpetką. Uwiązł i nie mógł się wydostać, bo trzymały go nienawistne siły spójności. W pierwszej chwili byłem przerażony, bo chociaż nie wszystkie jady wężów i żmij są śmiertelne, to jednak nie było pewności, czy ten właśnie, wpijający się w mięsień mej łydki bolesny jad jest niegroźny. Już w drugiej chwili jednak wydobyłem się z zatrwożenia i ze wstrętem wyciągnąłem węża, daleko następnie go odrzucając. Jad w każdym razie nie był piorunujący, to jest nie zabijał od razu. Ze strachu zrobiło mi się niedobrze, lekko odrzuciłem ku tyłowi opadające na czoło włosy, podrapałem się za uchem i zapukałem, a potem ze złością zakołatałem.
Za drzwiami nadal jednak było cicho, głosy, które słyszałem, dobiegały z zupełne innego miejsca, to jest z obory, gdzie krowy wyczuwając obecność kogoś obcego (to znaczy mnie) biadoliły, wyły i nieco tupały swoimi szerokimi racicami.
Wobec tego, że Farset nie reagował, a byłem pewny, że jest w chacie i że najprawdopodobniej chrapie, które to chrapanie nie zawsze musi być zbyt akustyczne, kołatałem z coraz większą złością, wywołując znaczny hałas. Gdy i to nie przyniosło skutku, po prostu postanowiłem wyważyć drzwi albo wejść oknem, które równie jak drzwi było w całości drewniane i jeśli Farset chciał w swej chacie widzieć, musiał je otworzyć, nie miało bowiem szyb, było przysłowiowymi drzwiami dla światła, to jest zaporą lub czymś przeciwstawnym, czyli otworem bezszybnym po otworzeniu.
Postanowiłem więc sprawdzić, czy jest otwarte, bowiem w tym wypadku wszedłbym do chaty nie drzwiami. Obszedłem chatę dookoła i rzeczywiście: okno było otwarte. Podskoczyłem nieco, zawisłem na brzuchu i przechyliłem się, po czym wylądowałem na klepisku.
Tymczasem ból prawej nogi powiększył się do tego stopnia, że bez przerwy jęczałem, lecz widok chrapiącego na sofie Farseta podziałał na mnie uspokajająco i zarazem rozweselająco. Nie wyobrażacie sobie, jak on pociesznie ruszał uszami przy każdym wdechu i wydechu, poza tym samo jego chrapanie należy do najprzysłowiowszych ciekawostek tych stron. Mianowicie przypomina zarazem rżenie starego i młodego konia, jest jednocześnie niejaką syntezą dwu pokoleń komimków i dwu pokoleń chomików, które przypomina lekkimi poruszeniami warg w miejscu, gdzie niektórzy noszą wąsy podobne tym futerkowcom.
Zaprzestawszy jęku, tym usilniej powróciłem do niego, jednak na nim nie poprzestałem. Podszedłszy do Farseta lekko wstrząsnąłem jego brzuchem, który był, wedle jego słów, “najbardziej unerwiny” i który w takich wypadkach właśnie należało lekko drażnić. Wynik takiego zabiegu zawsze był pewny, toteż bez zdziwienia przyjąłem fakt, że Farset, w ogóle się zresztą nie poruszywszy, otworzył oczy i z miejsca mnie zobaczył.
– Flak? Flakonon Plux? Wyjąkał rozespanym głosem. – Świetnie!…
Zerwał się na równe nogi i wylewnie się ze mną przywitał.
– Byłem przygotowany na to, że wpadniesz. W tym właśnie celu… a może i niejako wbrew temu celowi, postanowiłem się trochę odświeżyć lekką niezobowiązującą drzemką. Pozwolisz, że napijemy się – właśnie! – mleka czy serwatki?
– Niech będzie mleko.
– By następnie dać folgę naszym językom.
Farset był z zasady nieco irracjonalny. Mówił często niejako od rzeczy, stosował pułapki słowne; zabawiał się wyrazem zmieszania i kłopotliwego zażenowania swych gości, którzy czuli do niego prócz sympatii także lekki intelektualny wstręt, bo chociaż zawsze można się było z nim dogadać, to jednak często dochodziło do nieporozumień.