W KRUPNIKU ROZSTRZYGNIĘĆ

Motto:
Kasiarz grymasi.
Tęskno mu do Kasi.
(Jarosław Smok - fraszka „Skrzywienie zawodowe”)

Dedykacja:
Pewnej kucharce posyłam i poświęcam

	Siedziałem w tym przeklętym pudle, uroczym pokoiku gangstera Xaque’a, już prawie z kwadrans, jeśli nie dwa, a może i trzy. Tego akurat nie wiedziałem dokładnie z powodu, iż mój dotąd niezawodny visart zwyczajnie, mówiąc językiem psychiatrów, zwariował, a mówiąc językiem zegarmistrzów, po prostu chyba się zepsuł. Pokoik uroczy; jak wiecie, oryginalność zawsze była moja tęsknotą, toteż cierpiałem w tej chwili raczej mniej, niż w podobnej sytuacji cierpiałbym w innym, słabiej tonującym nudę pomieszczeniu. Pomieszczenie to, jakkolwiek przyjemne wizualnie, estetyczno - optycznie, takkolwiek było przecież moim więzieniem (a już co najmniej aresztem), więc nie dziwota, iż przez czas od odstąpienia od rosołu do dostąpienia krupniku nie myślałem wiele nad czym innym niż to, by z przysłowiowej niehumanistycznej doli więźnia czy jeńca jakoś, sposobem na pewno niebanalnym, się wykaraskać, czyby to miało coś wspólnego z dezercją, czy nie miało.
	Patrzę spomiędzy spuszczonych nieomal do samej ziemi powiek w twarz swemu złu, w twarz swej losowej konkretnej złowistności, czyli na zablokowaną nienawistną klamkę, i postanawiam na razie jej nie wyłamywać. Trzeba po prostu myśleć generalnie, a nie, by tak powiedzieć: sierżantalnie; jak już wyłamywać, to całe drzwi, nie zadowalać się zabraniem przeciwnikowi pionka, gdy w grze chodzi przecież o pewien poziom, poniżej którego zejść zwyczajnie nie wypada. W moim konkretnym wypadku chodzi takoż o wolność, której nie zyszczę, gdy będę ważył się na dzieła wprawdzie wymowne, ale małe, to jest symboliczne.
	Już chciałem się rozlać w szerokiej frazeologii, lecz w porę się opamiętałem. Czasu jest bardzo mało. Jak wróci Kastetas, uciec będzie o niebo trudniej, gdyż prawdopodobnie ten gangster, widząc ślady moich usiłowań uciecznych, mnie zwiąże.
	Idę za wszelkimi detektywistycznymi regułami, zaglądam pod dywan, pod obraz, za szafę. Nie zapominam też sprawdzić, czy ewentualnie nie udałoby się przecisnąć przez dziurkę od klucza, która nie zawsze musi być taka mała, choć na ogół na taką wygląda. Patrzę w jeden z kątów: jest piec. Spróbujemy w nim pogrzebać.
	Piec kaflowy, z wymalowywankami w stylu plebejsko - jarmarcznym, ale to obchodzi mnie teraz mniej. Otwieram nerwowo żelaza drzwiczek dopaleniskowych, ale otwór jest zbyt mały, bym zmieścił tam nawet głowę, nie mówiąc już, to znaczy ledwie wspominając o biodrach czy barkach, które od niej są pod względem poprzecznego przekroju jednak większe. Świta mi myśl, żeby pokroić się laserem w tej skrzynce, gdzie kroił mnie już Xaque, ale jak potem, będąc pokrojony, przeniósłbym prostopadłościany swego pokrojonego ciała do pieca, który oni zresztą z pewnością i tak przeszukają?! Ale właśnie: dlaczego na piecu są te banalne wymalowywanki?! Przecież one nie licują z klimatem estetycznym reszty pomieszczenia, a nie one, tylko ta, niestety, reszta nadaje pokoikowi charakter! Coś więc tu się nie zgadza. Piec nie może być pozostałością po poprzednich właścicielach, czy raczej może, ale jest wiadome, że owi poprzedni właściciele też byli bandytami, gdyż cały lokal, by tak powiedzieć, jest firmowy, a więc wymalowywanki, jako sprzeczne z duchem bandytyzmu w ogóle, w tym pokoiku nie powinny się znajdować, gdyby jakiś ukryty cel nie przyświecał ich autorowi. 
	Ale co wymalowywanki mogą mieć wspólnego z tajemniczym owym celem? Pozwólcie, że pomyślę. Po pierwsze: mogłyby maskować szczerby w piecu stanowiące obrys ukrytych drzwiczek… Po pierwsze, po pierwsze! Od razu wpadłem? Bez żadnych wewnętrznych zmagań odgadłem tajemnicę, jedną z tajemnic Kastetasa Xaque’a? Cóż szkodzi sprawdzić…
	Sprawdzam i niestety: idea byłaby słuszna, ale nikt jej w tym piecu nie zastosował, żadnych dużych drzwiczek na kaflach po prostu nie ma, jeśli już mamy mówić, że być albo nie być to najprostsza sprawa.
	Nie ma dużych, poszukajmy małych… Szukam, szukam, ale małych też na nieszczęście nie ma. No więc co? Doprawdy w takich tarapatach, na takich manowcach problematyzmu to nie znalazłem się chyba od czasu, gdym leżał w parafinie u pani Ilo Quatrad, jeszcze w pierwszym tomie. Naprawdę opresja jest straszliwa, a moją wściekłość podnosi jeszcze infantylność malowanki; coś tak, jakby cię dziecko szachowało rewolwerem, o którym to dziecku nigdy przedtem byś nie pomyślał, że może (jednak może!) mieć nad tobą przysłowiową przewagę. Odchodzę od pieca dwa kroki do tyłu… I możecie mi wierzyć albo nie, ale trzaska mnie po prostu piorun: ta infantylna wymalowywanka jest stylizowanym planem, jakimś schematem, a może mapą! Jeden wykrzyknik, więc osłupienie nie jest znowu aż tak wielkie; jednak jakbyście mnie w tej chwili zobaczyli, to byście bez wątpienia zbledli, chcąc mi współczuć. Nie jest źle, tylko ostatnio coś szwankuje moje bycze zazwyczaj zdrowie. Przyglądam się planowi pod różnymi kątami i staram się nie wyciągać przedwcześnie żadnych wniosków, pochopne wnioski najczęściej bowiem są świadectwem - to jest, ich wyciąganie- emocjonalnej, intelektualnej niedojrzałości, a pod tym względem dojrzałem grubo przed pierwszą męską miesiączką, jeśli już mamy bawić się w licytacje, kochani moi porównywacze.
	Tak, tak, tak… Aha, już wiem. To rentgenologiczny plan tego właśnie pokoju, w którym jestem obecnie więziony. Linie przerywane wyobrażają zapewne trakcje kanalizacyjne, zielone - kanały podsłuchowe, niebieskie (tak, tak: niebieski - kolor nadziei!)- kanały ucieczkowe! Wejście jest tu: pod łóżkiem! Oho! Nie będę wcale łóżka odsuwał: podniosę tylko poduchę tego tapczanu… Teraz wyzbędę skrzynię ze zbędnych w mojej sytuacji, wręcz wadzących nawet, pierzyn, kołder i prześcieradeł - o, jaka śmierdząca pidżama! - po czym wyjmę denko… Ha, ha, ha! Dużo lepiej niż trzeba! Schodzące w dół, wyłożone przyjemnym pluszem schodki, na pierwszym z brzegu, najbardziej górnym - spora skórzana skrzyneczka czy raczej kufer. Zaglądam… Ubrania! Świetnie! Ubrania, ale nie tylko: są i jakieś puszki, trawki, cała masa przeróżnych okularów, peruk… Ach! Środki charakteryzacji! Ciekawe, kto o tym pomyślał: czyżby Askastet?! Nieomal wybucham śmiechem na takie podejrzenie. On tyle akurat ma w sobie ze złożonego, wyrafinowanego gracza, uciekającego się do przebrań, co odwagi ma zając, a lew kompleksów. Szkoda mi mego nieodłącznego od zarania surduta, szkoda fałdziastych spodni, więc charakteryzatorskie łaszki wkładam odpowiednio: płaszcz - na surdut, rurkowate obcisłe spodniaki - pod swoje fałdziasto-obszerne. Natychmiast jednak łapię się za głowę: z tym pięknym zielono-żółtym płaszczem zrobiłem dobrze, ale te rurkowce włożyłem źle; należało włożyć je na wierzch, bo tak to mimo że je na sobie będę miał, nie spełnią swej podstawowej, a też i jedynej - jako że dziś dzień mamy ciepły, zero mrozu, zero w skali Celsjusza - funkcji, maskującej moją, niestety, w pewnych kręgach aż nadto rozpoznawalną powierzchowność. Ale jak mam włożyć wąskie na fałdziaste? Będzie to wyglądało co najmniej żałośnie. Macham w końcu przysłowiową ręką na ten przecież charakteryzatorski drobiazg, na to nieznaczne uchybienie gruntownej przebudowie swego wyglądu, i wkładam, wzuwam na swe wysokie z cholewkami traperskie buty obszerne kalosze, w których pływałbym jak w kajakach, gdybym boso (czy nawet w skarpetach) do nich wlazł, a nie w tym, co już wiecie.
	Kompletnie przebrany zamykam skrzynię z ubraniami i kątem oka postrzegam dziwną okrągłą tarczę tuż przy skrzyni, w pionowej ścianie schodka. W środku tarczy jakieś małe kółeczko…