W ROSOLE POWIKŁAŃ

Motto:
Gdy nadzieję całą stracę,
Może wezmę się za pracę.
(Jarosław Smok, fraszka „Lekkoduch”)

Dedykacja:
Kucharzom posyłam i poświęcam


	- Psychiatra! - nakazuje nienawistny generał, na domiar głośno, że przysłowiowe uszy puchną.
	Staram się, jak zawsze, nie mieć uprzedzeń, ale znowu po prostu jestem zmuszony ze smutkiem stwierdzić, że ten psychiatra to postura o pomiernej nijakości, w tłumie wszelako, na jakimś nie za bardzo galowym balu, gdy parkiet posiada zaludnienie pięciu par na kwadratowym metrze, z łatwością ujdzie. Niczym się nie wyróżnia ten wątłusz (z pewnych względów mogę sobie pozwolić na obrażanie niektórych osób), więc w większej zbiorowości tonie, zupełnie się rozpływa, jest wręcz, w niedobrym jednak znaczeniu tego słowa, niewidzialny.
	Otwieram gębę zawczasu, by nie słuchać czyichś rozkazów, on podchodzi, zerka z ukosa, to znowu - by się wyrazić gwoli prekursorstwu - z prosta. Mówię. Gębę otwieram przecież ze słowem:
	- Dzień dobry panu.
	Jest to chwyt typowo grzecznościowy, usiłuję spełniać oczekiwania z całą stanowczością; jeśli psychiatra, to sprawię mu miłą niespodziankę, małą przyjemność, i udam wariata, choć są i tacy, co twierdzą, że nie muszę udawać. Muszę czy nie muszę, jedno jest pewne: wrażenie wywarłem, reszta zaś jest tylko konieczną asekuracją; nigdy nie zapominam, by iść taką drogą, która w pewnym momencie ma szansę się rozwidlić, to jest ma przysłowiową alternatywę w tym pewnym, najczęściej krytycznym momencie.
	- Bardzo mi - chcę powiedzieć „przyjemnie”, ale w tym miejscu tylko wymowny ukłon.
	- Mnie także jest bardzo - z kolei ta postura się kłania.
	Czas nagli, trzeba tę nazbyt już rozbudowaną scenę w miarę możliwości skrócić, ale niestety nie tylko ode mnie to zależy, bo zostałem, jak to wiadomo czytelnikom poprzedniego tomu moich przygód, niejako ubezwłasnowolniony; niejako pod przymusem poddałem się bowiem badaniu.
	- A więc przejdźmy do rzeczy - mówię w związku z tym.
	- Słusznie - mówi postura w związku z tym, co z kolei ja powiedziałem, zanim pomyślałem, to jest na odwrót. - Chciałbym panu zadać kilka pytań.
	- Chętnie. Chętnie odpowiem.
	Postura marszczy górną część ciała, to jest głowę, a mówiąc najściślej, twarz samą, robi zawodową, manierycznie rutyniarską minę i z miejsca pyta:
	- Proszę powiedzieć, czy miewa pan często przywidzenia, halucynacje, omamy tak słuchowe jak wzrokowe? Czy doznaje pan często przykrego uczucia niedosytu lub przesytu? Czy myśli pan często o samobójstwie, a jako człowiek nieśmiały, nie ważąc się na poczynienie tego kroku, wymawia pan sobie tchórzostwo, wpadłszy w kompleksy już wcześniej, ale teraz znacznie je wzmocniwszy? Czy nie wydaje się panu, że ktoś pana śledzi, gdy zbyt długo zatrzymuje pan wzrok na pornograficznym sklepowym manekinie, wyobrażającym opalającą się dziewczynę w stroju topless? Czy ma pan trudności w nawiązywaniu kontaktów, nawet niewinno-pogawędkowych, z dziewczętami o dużych biustach? Wreszcie czy czuje się pan nieszczęśliwy?
	- Tak- mówię krótko.
	- Niech pan się nie wygłupia, proszę o szczegóły- mówi obruszony ten facet.
	- Nie zgadnie pan: kłamię, czy - li prawdomówię, ale jeśli chce pan już koniecznie wiedzieć coś o mym zboczeniu, to proszę zadowolić się własnym pana materiałem tekstowym i moim jego zatwierdzeniem, które odnosi się konkretnie do wszystkiego, co tam podano.
	Nagle, bardzo niespodzianie, rozwarły się te nieszczęsne wywatowane drzwi, a z otworu wyszedł straszny, wręcz straszliwy półczłowiek, półorangutan.
	- Ja z poczty - mówi prostaczo ten goniec. Ogólna flegmowatość, karczemna zuchowatość po kielichu, i to głębszym. - Czy zastałem - sili się na dworność ten nieokrzesany sezonowy najemnik, co wakacje ma raz do roku, ale jak już ma, to dobrych sześć miesięcy sobie odpoczywa- czy zastałem- z trudem odczytuje z koperty- jaśnie wielmożnego pana Sensensa Absurdsona?
	Na te słowa ożywia się jedynie dentystka, inni jakby skamienieli wobec takiego prostactwa; powściągliwie milczą, wychowanie powściąga skłonne do czynu sztylety języków.
	- Ja temu panu doręczę- mówi podchodząc dentystka.
	- O, nie - cofa rękę z kopertą goniec. - Napisane: do rąk własnych, to i będzie doręczone onym własnym rękom - mówi, siląc się znowu, mówiąc oględnie, na tę przyprawianą pieprzem dworność. Ale bez przesad, bez choćby jednej: co to, to nie: gbur, ale bywały, trochę ogłady ma, było nie było.
	- Czyż te ręce nie są rękami własnymi? - mówi dentystka demonstrując, niepostrzeżenie, jak sądzi i nieznacznie mrugając przy tych słowach ku prostakowi.
	- Na forsę nie polecę- wycofuje się na korytarz goniec - za dużo mam rozumu.
	Nikt nie rozumie, co jest grane, bo oko puściła ta dentystka istotnie dość mistrzowsko, ale kiedy wybiega ona za przysłowiowym prostakiem, protestuje generał:
	- Proszę nie wychodzić! Jeszcze nie skończyliśmy!
	- Chwileczkę - mówi baba i robi to, na co żaden mężczyzna jako podwładny, by sobie nie pozwolił: zamyka drzwi, ale od strony nie wymaganej.
	- Ech, kobiety, kobiety - wszyscy wzdychamy po męsku - zawsze będziecie takie same.
	Ale nie ma tego złego. Jak wiadomo, szczęściem w nieszczęściu jest to, że przez to kobieta się nigdy do końca nie wyemancypuje, co jest bardziej korzystne generalnie dla całej ludzkości.
	Po chwili dentystka wraca zgodnie z dany nam słowem. Z wyrazu twarzy nic nie wyczytasz, ale wyczytasz, co chcesz, ze zmiany układu biustonosza, czy z braku tej zmiany, bowiem, jak wiadomo, tam rodzaj żeński ma swoje schowki tajemne: wszelkie listy, czasem kwiaty, które zsunęły się z przełęczy w to bagienko.
	Ale nie: biustonosz wraz z zawartością, o ile kto pamięta, marną, nic się nie zmienił w układzie. Ale kieszeń! Kieszeń w spódnicy! Ma, czego chciała, ma kopertę, list w niej zapewne! Ma kopertę, która delikatnie, nader delikatnie tworzy lekki acz przecież wyraźny kontur - rysunek na kieszeni! Na tej damskiej unikalnej kieszeni w okolicy biodra, gdyż kobieta wpycha wszystko zazwyczaj do torebki, jak nie za stanik! Jako lekarz dentysta zrozumiałe, że pięknotwarcza ta podstarzała już nieco dzierlatka zwyczajowej torebki akurat przy sobie nie ma. Właściwie to całe szczęście, że nie ma, bo torebki trudniej rozszyfrować, nie mówiąc już, to znaczy ledwie wspominając, że kieszonkostwo, właśnie ono, jest domeną także przecież detektywów. Ale jak? Jak to się stało? Gbur prosty, nieprzekupny; dałby list jedynie wtedy, gdyby dentystka okazała się Sensensem Absurdsonem!!! Niebywałe, pozwólcie, że odsapnę.
	W takim razie musiałaby być mężczyzną. Głupia historia. Lecz doświadczenie przecież uczy, wyraźnie zaznacza, iż historie wcale nie są mniej cenne przez swą głupiość. I tu decyduje wierność, adekwatność. Historycy są zmuszeni, jeśli chcą być uczciwi, te głupie, głupie historie, wielkiej Historii znaczne fragmenty, wykładać potomnym. Wybaczcie: tak samo ja jestem zmuszony.