WIERSZE MŁODZIEŃCZE

POEZJA

Poezja to ziarnko piasku,
które uwięzło w krtani,
które wytwarza nastrój
wieczności przetkanej chwilami.

Zasypiam nad wielkim słowem
lecz małe powraca do życia
zasypiam i daję głowę,
że moja niewielka tycia.

Utarte szlaki kopytem
konia, bo człowiek w powozie.
Piechotą chodzić zwykłem
nie drogą, lecz bezdrożem.

ŻELAZKO

to wiersz - rząd łez
nie prasuj żelazkiem 
bo wiersz będzie płaski 
gdy łzy będą płaskie

ŚNIEG CZY BÓG

I aż wstrząśnie tobą myśl ta o tym śniegu,
który padać począł tak niespodziewanie,
który haftem puszystego prządł się ściegu,
gdy odpowiedź miałeś dać na to pytanie.

"- Czy jest Bóg?" - pytała Ona natarczywie.
Chciałeś rzec, że jeszcze tego nikt nie zbadał,
i w tej samej chwili śnieg (od niebios!?) wybiegł,
choć tej zimy blisko miesiąc już nie padał.

Śnieg naprawdę padał wtedy bardzo pięknie.
I śnieg był, jak gdyby Bóg go tobie zesłał.
I czy śnieg był, czy też Bóg - kto nie uklęknie,
kiedy klękać mu pozwolą - na piedestał!

Jednak to znaczyło także wiedzieć o kimś,
kto ma prawo ciebie sądzić i określać...
Chwile grozy - chwile strachu przed Wysokim,
tak przebiegły, jak cioszący chmury cieśla.

TWÓRCZOŚĆ I MIŁOŚĆ
 
Siedzę, palę, wymyślam,
schnę, popisuje, popijam,
rozluźniam, kreślę, uściślam,
rodzę, rodzę, zabijam.
 
Gryzę, przełykam, wypluwam,
jaśnieję, sinieję, biadam,
cierpię, boruję, usuwam.
Zagadać? Mogę, zagadam.
 
Proszę wysłuchać... kocham.
Wierzę, dziękuję, skończyć.
Odchodzę, wtulam, szlocham.
Pić? Płakać? Wolę wysączyć.

POSTĘP
 
Słońce piecze jak sto nieszczęść.
Ozonowa dziura wpuszcza
Promień, który budzi dreszcze.
Męczy się spieczona tłuszcza.
 
Kto zawinił tę niedolę?
Jaki diabeł? Z jakich piekieł?
Anioł- Stróż czy całkiem poległ
W walce z tym anty - człowiekiem?
 
Biedzę się nad tym pytaniem,
A to przecież takie proste!
Ani diabeł, ani anioł!
Trudno! To zawinił… postęp!
 
Czyż więc rację miał Don Kichot,
Pierwszy wiatrak tnąc bez tremy?
„Postęp!” - dziś mówimy z pychą.
„Postęp?” - jutro z łzą powiemy!

PRZESZŁA PANI TAK BLISKO
 
Kocham Panią. Myślami.
Czy to mało, czy dużo?
Z oka ciecze dziś łza mi.
Drugie - z trudem przymrużam.
 
Kocham Panią. Za wszystko.
I po piciu, i na czczo.
Przeszła Pani tak blisko…
Moich pierwszych oświadczyn.
 
Kocham Panią. Nic więcej.
To już wie Pani o mnie.
Jeśli Panią to męczy,
Proszę o tym zapomnieć.
 
 PAMIĘĆ

 Ty pamiętasz jeszcze ten dzień,
 ten dzień, bo w nocy śpisz,
 gdy zadrwiłaś z moich tchnień,
 mówiąc, że sapię - czyż?
 
 Ty pamiętasz jeszcze tę noc,
 tę noc, bo w nocy nie spisz,
 gdy nie spałaś na poły śpiąc,
 mówiąc: nie ze mną takie śpiewki!
 
 Ty pamiętasz jeszcze ten świt,
 ten świt, bo świtu nie zaśpisz,
 gdy cykady mówiły „cyt”,
 i poczynał się stawać świat baśni?
 
 Ty pamiętasz jeszcze ten czas,
 ten czas, bo w czasie trwa pamięć,
 gdy wszystko składało się z nas?
 To przez ciebie łzą wiersz ten dziś zamiękł.
 
 

 PORÓWNANIE

 Nie wiem, co ze mną się dzieje
 i pytam, jak dawniej Adam:
 czy to jest przyjaźń? Nie jest.
 Zwolna na duchu upadam.
 
 Dywersant w sercu rozrabia,
 wkrąg jasno od ognia komet.
 I nie wiem: to Polska, czy Arabia?
 I nie wiem: jam Marek, czy Mahomet.
 
 Często wśród bólów się wszczyna
 sztorm cierpień - na wszystko zły.
 A szczęście? To taka dziewczyna
 jak Liz, Kleopatra lub Ty.

 POTĘGA SŁOWA
 
 Jest w słowie potęga olbrzymia.  
 Nie wierzysz? - to tylko posłuchaj,
 co słowo z człowiekiem wyczynia,
 jak z słowa wyrzyna się buhaj.
 
 Bo w słowach możliwe jest wszystko.
 I więcej tu zrobisz niż czynem;
 Gdy świśnie słowyszcze - biczysko,
 Gdy sensem przyprawisz drobinę.
 
 Bo skąd wielkość wszystkich poetów,
 Jak nie z łaski słowa bezkresnej?
 Skąd szale - na wadze szaletu?
 Skąd bezsens - do pary z bezsnem?
 
 Są słowa do bogów - to pacierz.
 Są słowa do ludzi: błagania.
 O, wielkość słowa poznacie,
 Gdy wzmocni ją wielkość słuchania! 
 

 PUSTELNIA I PUSTELNIK

 Historia naszej znajomości
 trwa ciągle, choć łamie się co rusz.
 Na placu wielkiej ufności
 jest pieniądz lub miłość do wyboru.
 
 I nie wiem, czy kocham cię silniej
 za zmarszczki, których masz tyle,
 czy to, że pilnujesz mnie pilniej
 niż kwiatów swoich motyle.
 
 I wiersze bym pisał, że cały
 by śmietnik się nimi zapełnił.
 Ja z tobą jak wiatr i nieśmiałość.
 Ja z tobą - pustelnia i pustelnik. 
 

 WIERSZYCZEK
 
 Napiszę dla Ciebie wierszyczek,
 byś sobie go - przeczytała.  
 On będzie tak śliczny jak piczek
 i będzie tak jasny jak pałac.
 
 On będzie wierszykiem o Tobie,
 o Twoich rzęsach i nosku.
 I wręczę Ci go na dzień kobiet,
 gdy staniesz w kolejce do kiosku.
 
 Dzień będzie ciepły jak lato
 i chmurka w nim będzie jak gejsza…
 A ja będę mądry jak Platon,
 a Ty będziesz jeszcze piękniejsza.
 
 I razem ulicą pójdziemy
 o ciepłej wiosennej woni.
 Ja kupię nam rurki bez kremu,
 a Ty za to krem kupisz do nich.

 A potem, to nie wiem, co będzie.
 Czy bieda? Czy może… dwie biedy?
 Co dalej? Tu mogę być w błędzie.
 Tylko Ty możesz wiedzieć, co wtedy. 
 

 WSZYSTKIE DROGI WIODĄ DO RYMU
 
 Cisza - i tylko wierzby,
 gdy wiatr je popieści, płaczą.
 I ja, który jestem męski,
 wiem, jak skończyć - nie wiem, jak zacząć.
 
 Poszło! - dziękować Bogu,
 usypać kopiec dziękczynny.
 Potem - zapomnieć znowu,
 Płakać z oczu, jak z rynny.
 
 Gromem jedyny mój budzik,
 Wstęp do mądrości - szkodą.
 Wszystkie (z wyjątkiem cudzych)
 Drogi do Rymu wiodą. 
 

 Z MYŚLĄ O PRZYSZŁOŚCI
 
 Gdy poeta stu nocy nie prześpi,
 przed sto pierwszą ani nie zadrży.
 O księżycu powie: - to naleśnik.
 A o gwiazdach: - to oznaki mojej szarży.
 
 Ale nie śpiąc we wierszach prześni
 całe życie. Bez ustanku marząc
 o najwęższej, najciaśniejszej z cieśnin,
 nienawistnej okrętom i żeglarzom.
 
 Będzie śnił tak, póki bałwan nie potrzaska
 jego łodzi o stu żaglach i dwu wiosłach…
 Dajcie jemu parę groszy, ile łaska!
 Młodszym wieszczom za przestrogę i na postrach. 
 
 JAK DOTĄD JESTEM NIEŚMIERTELNY
 
 To mi mniejsza, czy większa? - bez różnic,
 Czy się kiedyś przemienię w bezpostać.
 Bo tym samym: wejść próżnią w próżnię,
 Co i pełnią w pełni pozostać.
 
 Mnie - to wiesz już, a tobie? O, biednyś
 Nie miał większej?! Przymierz: razem strzelmy:
 „To mi mniejsza, czy umrę kiedyś.
 A jak dotąd - jestem nieśmiertelny!” 
 

 NIEŚMIERTELNOŚĆ
 
 Gdy kłonią się knieje
 lotowi żurawia
 i kora brzozom się łuszczy,
 to nic się nie dzieje  
 i nic nie poprawia
 w doli, co dolą jest puszczy.
 
 Lecz puszcza zamiera
 na krótką chwil - chwilę,
 by ciszę przed burzą zrobić…
 I jeden do zera!
 bo słychać motyle,
 jak larw opuszczają groby.
 

 POETA OD SIEDMIU BOLEŚCI

 Poeta od siedmiu boleści,
 starszych pań adorator nieśmiały,
 znów słowami - bez składu - pieści,
 lecz i one się mu nie oddały…
 
 Czas znów traci i traci, trwoni,
 szpitaliki odwiedza z nudów
 i nie szuka przyjaznej dłoni,
 choć ta nuda ciężka na sto pudów.
 
 Ech, poeta! Doprawdy: ślicznie!
 Ma on w głowie siano i sieczkę.
 Błyskawicy dobywa błyskawicznie,
 pijąc mleczko, podziwia Mleczkę.
 
 Ma skłonności do satyr i do lir,
 może pisałby nawet komedie.
 Może byłby i z niego jaki Molier,
 lecz miast tworzyć on stosy swych cred je!
 
 Egoistą to pewne, że byłby,
 gdyby bardzo tak siebie nie cierpiał.
 Gdyby nie chudł, to pewne, ze tyłby,
 toby w sierpów ułożył i sierpiał!
 
 Wciąż zmęczony on żony wciąż szuka,
 ale o n a się pewnie nie znajdzie.
 Bo on chciałby białego mieć kruka,
 a kruk biały to tylko jest w bajdzie.
 
 No więc cierpi poeta straszliwie,
 tak zupełnie jak Werter w młodości.
 Ma on oczy niebieskie po piwie,
 to znów oczy ma piwne, gdy pości.
 
 On to tylko o sobie rozmyśla,
 ale nie! Egoista to nie on!
 Bo on tylko ideę uściśla,
 jak poetą być może kameleon. 
 

 PRZEKŁADANIEC
 
 Mam nadzieję, że to jeszcze potrwa.
 /Te złożone chemiczne procesy./
 Że pobiegnę jak szkrab w krótkich portkach
 przez historii obszerne bezkresy.
 
 Skąd nadzieja? Stąd otóż, że bez niej
 trudno krok zrobić - naprzód, czy w górę.
 Jestem wciąż niewolnikiem i więźniem.
 Bo nad wolność przedkładam kulturę. 
 

 WÓDZ - DYSPOZYTOR
 
 Jest droga, albo jest trwoga.
 Jest szlak, albo szlag, który trafia.
 Piechota nie wierzy w Boga.
 Pojmuje: borowik - lub szatan.
 
 Piechota za wiele nie jada.
 Balastem jej plecak, nie brzuch.
 Jej balem - w marszu ballada.
 Nim strzeli, nie liczy do dwóch.
 
 Piechota - respekt wobec wodza,
 paleniska w oczodołach błysły mu:
 - Wierzcie piesi! Walka to nie poza!
 To p o e z j a, brana z jaskiń snu!
 
 I znowu zamraża się w piersiach
 wódz twardy, suchy i ciężki.
 W czworobok oddziału - wiersza
 znów skreśleń wpisuje ścieżki. 
 

 ZAWARTE W CISZY I W PIEŚNI
 
 Tę jasność, której doświadczysz,
 gdy w pełni życiem zaśpiewasz,
 mów z żarem, lecz mów bez gniewu,
 aktorom życia - w teatrze.
 
 Choć kłamstwa ich widząc, nie śnisz,
 nie powiedz: bracia, grzeszycie;
 bo kłamać naucza życie
 zawarte w ciszy i w pieśni.
 
 Stać każe w miejscu i z tyłu,
 mówi: gdy pójdziesz, rozstrzelam;
 najgorszym nauczycielem
 jak jest, tak będzie i było.
 
 Bo życie kręte jak żmija
 jest wtedy, gdy płyniesz w prądzie;
 gdy żywy życiem nie rządzi,
 to życie żywego zabija.
 
 Gdy chcesz, ja tobie nie umknę
 i jak zapragniemy, będzie;
 bo żyć to znaczy trwać w pędzie,
 a myśleć: być pędu kierunkiem. 

 AMEN
 
 Jeszcze wierzę, że to nie koniec.
 Jem ten obiad z nadzieją, że strawię.
 Za skroniami ma uszy zaskroniec.
 Co dziś wyśnię na mojej jawie?
 
 Byłbym podarł na strzępy wiersz ten,
 lecz weń nieco, co nieco, wierzę.
 A coś trzeba napisać po pierwsze,
 by po drugie móc klepać pacierze.
 
 Czy na rozkaz ojcowski stanę,
 zamiast wciąż bezprzykładnie flaczeć.
 Chociaż lud ciągle mówi AMEN,
 ja bez przerwy chcę czynić inaczej. 
 
 
 BILET POWROTNY
 
 W oczach zgliszcza płaczu, co zasechł.
 W ustach szlam, którym płakać się nie da.
 Obok: dzban, chryzantema i pasek.
 Wyżej Ikar i niżej - Dedal.
 
 Jeszcze dalej lektury serdeczne:
 zbiorki wierszy poetów, co zmarli.
 Jeszcze bliżej: cukierki „Bajeczne”.
 Całkiem blisko: flakonik konwalii.
 
 W oczach zgliszcza ogni wilgotnych.
 W ustach jaszczur, co pełznie ku słowu.
 A w kieszeni bilet powrotny,
 By po latach tę chwilę mieć znowu. 
 
 
 CHASZCZA BIESZCZAD
 
 Wtulam kark nagi w siana stóg.
 Na ścierni przy stogu - siadam.
 Patrzę, wyzuwszy buty z dróg,
 W chaszczę - zielonym Bieszczadom.
 
 Wiatr, który miota kitami traw,
 też miotłą brody mej targa.
 Wietrze! Opowieść bez końca praw!
 Lecz skargi niech nie zna twa warga.
 
 Piu - piu - ptak piuka, gdzie czarny las.
 Ja - w złotym zielu polany.
 Daleko: jazgot pokrętnych tras
 i krwią czyjś egzamin oblany. 
 
 
 DWA KOŃCE
 
 Gdy będę już stary tak bardzo,
 że większą starością - grób,
 te słowa mnie pewnie utwardzą,  
 że w nosie mam tysiące dób,
 
 gdy chwilę mogę pochwycić,
 tę chwilę, co zwie się myśl.
 Niech śmierć już robi mi wycisk,
 gdy myśl już zrobiła wcisk.
 
 Na wszystko jest czas odpowiedni,
 tak samo na ból i na śmierć.
 Gdy miara przebierze się bredni,
 tak skończę, jak kończę ten wiersz.